Że Lauren Groff dobrze pisze, wiem. Tak samo jak to, że potrafi uchwycić moment graniczny w życiu. Tę chwilę, która decyduje o być lub nie być, która wpływa na naszą przyszłość, o której już zawsze będziemy myśleć. W "Awanturnicy" oczywiście nie jest inaczej. Dziewięć tekstów to dziewięć różnych światów. Trudnych, poruszających, nieoczywistych.
Pierwsze opowiadania uderza od razu w środek brzucha, pięścią. Przemoc domowa tak oczywista, że nie potrzeba dokładnych słów. Drugie zaczyna się mniej spektakularnie, Groff opisuje kochające się małżeństwo. Ona przechodzi na emeryturę i zapada się w sobie. Do czasu. Koniec tego opowiadania mnie poruszył, a autorka mimochodem pokazała ludzkie okrucieństwo.
Sunland jest słoneczny tylko z nazwy, bo to dom dla ludzi niechcianych, a bohaterka tego opowiadania musi podjąć trudną decyzję, być może najcięższą w życiu. Tytułowa awanturnica to tylko pozornie łebska dziewczyna, bo w domu musi być dorosła, bardzo dorosła. Czyż nie każda z nas ma wspomnienie wykluczenia? Zghostowania – jak teraz to określamy? Groff też i wie, jak to ująć w słowa. A jak to jest przynależeć do klasy uprzywilejowanej? Do bogatych, którzy wszystko mają i którym wszystko wolno? Jak w takiej sytuacji odnaleźć swoją drogę? A co z tym pierwotnym lekiem, że nadejdzie wielka fala i nas zmiecie? Która matka nie obawia się, że wychowa dziecko-demona? Pozornie słodkie i niewinne, a tak naprawdę knujące coś strasznego? Jak żyć, gdy trzeba szukać nowego domu, nowej rodziny? Akceptacji?
To nie wszystkie tematy, które można wyłuskać z tego zbioru. A czy muszę dodawać, że literacko jest to wysmakowane, obrazowe, oddziałujące na zmysły? Naprawdę warto wejść do świata Lauren Groff.
Moja ocena: 5/6
Lauren Groff, Awanturnica, tł. Dobromiła Jankowska, 240 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz