sobota, 15 grudnia 2012

"Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków" Juliette Morillot, Dorian Malovic



Dawno nie czytałam tak poruszającego reportażu - chciałam napisać, lecz przecież w tym roku czytałam wiele świetnych książek reporterskich. Należą do nich także Uchodźcy z Korei Północnej. Książka trudna tematycznie, aczkolwiek przystępna językowo, naszpikowana licznymi informacjami lecz mimo to łatwa w lekturze. Na pewno przeczytałabym ją dużo szybciej, gdyby nie brak czasu (pisałam w listopadzie o tym). 

Wiedziałam o Korei niezbyt wiele, słyszałam o obozach, o głodzie, o bezgranicznym uwielbieniu dla wodza, przeczytałam właśnie Phenian Delisle. Z relacji Koreańczyków wyziera przede wszystkim groza: potworny głód, jedzenie ryżu, później ziół, korzonków, a w końcu kory drzew; absolutne oddanie wodzowi, który steruje całym życiem obywateli - pracą, mieszkaniem, strojem, nawet życiem intymnym; wysyłanie do obozów za najmniejsze przewinienie, takie jak na przykład utrata odznaki z podobizną Kim Ir Sena lub Kim Dzong Ila. 
Uchodźcy nie opowiadają z patosem, są wręcz beznamiętni - nie zdawali sobie sprawy z inności życia poza granicami kraju, co więcej trzy dziewczyny, które wyjeżdżały na praktykę do Chin nawet nie zdawały sobie sprawy, że poza Koreą Północną obowiązuje inny kalendarz.
Dopiero poza granicami wielu uciekinierów reflektuję jak zmanipulowane było ich życie, nadal jednak twierdzą, że Kim Ir Sen był ich ojcem, dbał o nich, dopiero Kim Dzong Il doprowadził kraj do ruiny. 

Uchodźcy pochodzą z różnych warstw społecznych - od wojskowych wysokiej rangi, zwykłych ludzi, handlarzy, którzy regularnie przekraczali granicę z Chinami po prostytutkę. Autorzy dbają bardzo, by czytelnik otrzymał jak najpełniejszy obraz życia w Korei Północnej - wiele razy podkreślają, że starali się zdobyć zaufanie swoich rozmówców oraz skłonić ich do opowiedzenia o ich zwykłym życiu. Wielu uchodźców wiedziało bowiem już z wcześniejszych wywiadów jakie wiadomości interesują dziennikarzy i relacjonowali tylko najbrutalniejszy fakty. Morillot i Malovicowi udaje się wykrzesać emocje z Koreańczyków i zamienić beznamiętność ich relacji w pełne emocji opowiadania. Dodać jednak muszę, że autorzy starają się być niewidzialni - z książki dowiadujemy się, że podróżowali wiele miesięcy po Mandżurii, Korei Południowej, Japonii, poznali pas graniczny wzdłuż 38 równoleżnika i wreszcie odwiedzili Koreę Północną. W pozyskiwaniu rozmówców a przede wszystkim ich zaufania pomagała im znajomość języków chińskiego i koreańskiego, a w szczególności dialektu północnego. Z pewnością zrozumienie i nić porozumienia ułatwiała im dogłębna znajomość koreańskiej historii. Ten duet to reporterzy idealni!

Ze szczególnym zainteresowaniem czytałam o problemach adaptacyjnych Koreańczyków z Północy na południu, o stosunkach między oboma koreańskimi państwami. Wielokrotnie przewija się problematyka  ewentualnego zjednoczenia, przedstawiane są paralele do zjednoczenia Niemiec, które jednak w porównaniu z Koreami było przysłowiową bułką z masłem. Nie miałam pojęcia o tym, jak trudna jest adaptacja uciekinierów - po przybyciu na południe przechodzą trzymiesięczne szkolenie, na którym uczą się na przykład obchodzenia z pieniędzmi, zakupów czy życia w społeczeństwie.

Gdy kupowałam tę książkę, sądziłam, że znajdę w niej zbiór opowieści uchodźców, ale mimo, że stoją oni w centrum uwagi, ich opowieści nie wysuwają się na pierwszy plan. Francuzi poniekąd chronologicznie umieszczają swoje spotkania z uciekinierami - dzięki nim można śledzić podróż autorów i podążać ich śladem. Jak pisałam, reporterzy są niemal przeźroczyści, z krótkich akapitów można się tylko domyślać jak trudna i niebezpieczna była ich podróż. Zaskoczyły mnie najbardziej informacje wyróżnione inną czcionką i ramkami - to zarys historii Korei, Mandżurii, a po części nawet Japonii, to informacje o architekturze koreańskiej, o języku, o polityce nuklearnej Korei Północnej, a nawet szkic stosunków koreańsko-japońskich czy koreańsko-chińskich. Bardzo żałuję, że książka nie wybiega poza rok 2004, bo odczuwam niemal dziesięcioletnią lukę w wiedzy na temat wydarzeń na Półwyspie Koreańskim. Teraz będę uważniej śledzić doniesienia stamtąd - mam dużo lepszą bazę, by je zrozumieć i odpowiednio ocenić.

Moja ocena: 5/6

Juliette Morillot, Dorian Malovic, Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków, tł. Katarzyna Bartkiewicz, 365 str., WAB 2008.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Phenian" Guy Delisle



Guy Delisle wyjechał na dwa miesiące do Phenianu, gdzie pracuje w SEK-u, czyli tamtejszym studio animacji. Rzeczywistość koreańska jest niezwykle egzotyczna, każda strona, każdy rysunek Delisle jest pełen zdumienia i zadumy. W znany mi już z Kronik birmańskich sposób obserwuje i opisuje rzeczywistość - różnic jednak między książkami jest sporo.

Bardzo podobał mi się układ Kronik - poszczególne historyjki tematycznie tworzyły osobne rozdziały. W Phenianie natomiast takiego rozgraniczenia nie ma, kilka razy wracałam, by zorientować się czy nadal czytam o tym samym, czy też autor opisuje już inne wydarzenie.

Phenian ma ogromny ładunek poznawczy - z dziką wręcz ciekawością rzuciłam się na książkę, bo o Korei Północnej poza wytartymi sloganami nie wiem nic. Dzięki Delisle poznałam przynajmniej mały, niestety przerażający, wycinek północnokoreańskiej rzeczywistości.
Nie mogę uniknąć porównań z Kronikami, które podobały mi się bardziej - może mały Louis spowodował, że z większą ciekawością czytałam o Birmie, a może większe zainteresowanie tym krajem? Trudno mi powiedzieć.

Mimo to także gorąco polecam Phenian - świetna lektura, świetny rysownik, zaskakujące spostrzeżenia. To nie jest ostatnia książką Delisle, którą przeczytałam.

Moja ocena: 5/6

Guy Delisle, Pjöngjang, tł.Jochen Schmidt, 176 str., Reprodukt 2007

Stosikowe losowanie 1/13


Zapraszam do zgłaszania się do rundy styczniowej! Pary rozlosuję 16 grudnia, czas na przeczytanie książki mamy do końca stycznia.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

wtorek, 4 grudnia 2012

Nareszcie jest nowy numer Archipelagu!

Z dumą przentuję wam wreszcie najnowszy Archipelag, bardzo przeze mnie wyczekany. Czytajcie i komentujcie - bardzo jestem ciekawa waszych wrażeń! 


niedziela, 2 grudnia 2012

Statystyka listopad 2012


Przeczytane książki: 6

Ilość stron: 1995

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania reporterskiego: 2
Książki w ramach wyzwania nagrody literackie: 0
Książki w ramach wyzwania peryferyjnego: 1
Książki w ramach wyzwania azjatyckiego: 2

Przeczytane tytuły:

"Biały tygrys" Aravind Adiga
"Journal 64" Jussi Adler-Olsen
"Kroniki birmańskie" Guy Delisle
"Droga 66" Dorota Warakomska
"Mythos Mekong" Rüdiger Siebert
"McDusia" Małgorzata Musierowicz


Najlepsza książka: "Mythos Mekong" oraz "Kroniki birmańskie"
Ilość książek w stosie: 192

W tym miesiącu móg blog obchodził swoje szóste urodziny;) Nie miałam jednak czasu tego odnotować - mój czas na czytanie i pisanie dramatycznie się skurczył w tym miesiącu i niestety tak już zostanie:(

"McDusia" Małgorzata Musierowicz



Obawiam się, że to będzie jedna z najkrótszych recenzji w dziejach bloga:) Nie napiszę nic innego, niż to, co pisałam o poprzednich tomach Jeżycjady.
W McDusi jest słodko, cukierkowo, wszystkie problemy mają rozwiązanie, bije domowe ciepło, wiara w dobroć ludzi i niepowtarzalność świata. Naiwnie, prawda?
No ale czytam, a właściwie połykam kolejne tomy, tak jak się ogląda serial. Płynę wspomnieniami z podstawówki, zatapiam się w absolutnie pozytywny świat, jak w bajkę i przez dwa wieczory uśmiecham się pod nosem z filozoficznych wywodów Musierowicz i zawsze się dobrze kończących przygód klanu Borejków. Ale nie uśmiecham się ironicznie, nostalgicznie raczej i czytam dalej.

Podejrzewam, że po McDusię sięgną na pewno wierni fani Jeżycjady, a nowicjusze zaczną przygodę z Musierowicz raczej od wcześniejszych tomów. Dlatego nie będę popadała we frazesy i zakończę tę jedną z najkrótszych notek. 

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Musierowicz, McDusia, 292 str., Akapit Press 2012.

sobota, 1 grudnia 2012

"Mythos Mekong" Rüdiger Siebert


Jakiś czas temu czytałam azjatyckie reportaże Sieberta, które, mimo że powstały kilkanaście lat temu i straciły na aktualności, bardzo mi się podobały. 
Długo zastanawiałam się nad zakupem ostatniej książki tego autora, dotyczącej Mekongu. Siebert wraz z żoną wybrał się na kolejną wyprawę wzdłuż tej rzeki na przełomie lat 2008/2009. 6 stycznia nagle zmarł w małym miasteczku w Kambodży. Żona autora postanowiła wydać już gotowe rozdziały oraz pamiętnik autora, prowadzony podczas podróży. Niedawno wreszcie kupiłam tę książkę i nie żałuję.

Siebert bardzo skrupulatnie opisuje wszystko, co dotyczy Mekongu. Pierwszy rozdział to geografia rzeki - jej bieg, długość, a przede wszystkim problemy związane z odkryciem i umiejscowieniem źródeł. Mieszczą się one w Tybecie wśród lodowców na znacznej wysokości. Ich dokładne określenie jest tak trudne, ponieważ lodowiec wciąż się topi i zmienia położenie.

W kolejnych rozdziałach autor zapoznaje czytelnika z mitami i legendami o rzece oraz z pozostałościami ludzi (np. rysunkami skalnymi), którzy żyli nad Mekongiem przed wiekami. Arcyciekawe są rozdziały o pierwszych podróżnikach, którzy próbowali spłynąć rzekę do jej źródeł. Nieprzystępna dżungla, liczne bystrza i wodospady utrudniały eksplorowanie rzeki. Najciekawszą i najważniejszą postacią był Francuz - Henri Mouhot, który samotnie przemierzał dżunglę. To on jako pierwszy szczegółowo zbadał i opisał świątynie kompleksu Angkor Wat oraz powiadomił szersze grono o swoim odkryciu. Wyczerpany trudnymi warunkami zmarł w Luang Prabang, gdzie do dziś stoi nad jednym z dopływów Mekongu jego grób.

Pisząc o odkryciach geograficznych, Siebert przedstawia problematykę kolonializmu w Azji Południowo-Wschodniej - robi to świetnie, globalnie opisuje problematykę, sposób działania Anglików i Francuzów oraz wpływ kolonizacji na późniejsze losy krajów. Arcyciekawe są informacje na temat historii najnowszej, czyli głównie dwudziestowiecznej Laosu, Kambodży, Wietnamu i Tajladnii. Dzięki tym rozdziałom usystematyzowałam i poszerzyłam moją wiedzę - bardzo mnie to cieszy!

I wreszcie Siebert pisze o własnej podróży, o wycieczkach rowerowych wzdłuż Mekongu, o podróżach autobusem, a przede wszystkich o sowich spostrzeżeniach i wrażeniach. Autor jest świetnym obserwatorem - pisze o ludziach, o architekturze, budynkach, o życiu zwykłych ludzi, ale także o problemach ekologicznych, przemysłowych czy ekonomicznych. Dzięki uprzednim podróżom w te regiony, Siebert analizuje zmiany, ich przyczyny i skutki ale, co najważniejsze, nie ocenia! Wiele z procesów zmieniających ekosystem Mekongu, zaśmiecających rzekę czy zmieniających wioski w betonowe, krzykliwe, chaotyczne osiedla go zasmuca ale nigdy nie krytykuje, nie wywyższa się, nie staje na pozycji osoby wszystkowiedzącej. Taką postawę cenię najbardziej, zwłaszcza po przeczytaniu Powiedział mi wróżbita Terzaniego, który swoją postawą mnie wręcz zniesmaczył.
Pokora, bystrość i zdolność obserwacji i analizy oraz zachwyt nad azjatyckim krajobrazami, a zwłaszcza nad Mekongiem, są największymi atutami i autora i jego reportażu.

Ostatnia część książki to zapiski pamiętnikarskie Sieberta - krótkie obserwacje, spis faktów, spostrzeżenia, opisy noclegów, cen. Wszystko bardzo ludzkie, ciepłe, szczere. Potrafię sobię wyobrazić w jaki sposób Siebert wykorzystywał swoje zapiski, pisząc książkę. Opublikowanie pamiętnika to takie spojrzenie za kulisy pracy autora, dostrzeżenie w nim człowieka, turysty właściwie i w końcu możliwość pożegnania się z nim.

Wspaniała, pouczająca lektura!

Moja ocena: 5/6

Rüdiger Siebert, Mythos Mekong, 223 str., Horlemann Verlag 2011.

Stosikowe losowanie 12/12 - pary

Maniaczytania wybiera numer książki dla Zacofanego w lekturze (w stosie 575 książek) - 8
Zacofany w lekturze wybiera numer książki dla Anne18 (w stosie 6 książek) - 4
Anne18 wybiera numer książki dla Momarty (w stosie 180 książek) - 45
Momarta wybiera numer książki dla MalakJK (w stosie 47 książek) - 15
MalakJK wybiera numer książki dla Izy (w stosie 170 książek) - 32
Iza wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 99 książek) - 46
Guciamal wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 135 książek) - 77
Karto_flana wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 300 książek) - 155
Bujaczek wybiera numer książki dla Anny (w stosie 160 książek) - 100
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 131 książek) - 122

Proszę o podawanie w komentarzu wybranego numeru oraz tytułu wylosowanej książki a po przeczytaniu linka do recenzji. Efekty stosikowego czytania można znaleźć w zakładce z boku strony.

UWAGA: na przeczytanie wylosowanej książki mamy czas do 31 grudnia.

"Droga 66" Dorota Warakomska



Któż nie słyszał o słynnej route 66, łączącej Chicago z Los Angeles? Wybrałam się z Dorotą Warakomską na przejażdżkę tą drogą - kosztowało mnie to nieco samozaparcia, bo nie pałam aż takim entuzjazmem do USA jak autorka. Co więcej liczne pobyty i podróże w tym kraju mój zapał skutecznie zmniejszyły. Uściślę - kocham amerykańskie krajobrazy, parki stanowe i narodowe ale jest w tym kraju jeszcze więcej rzeczy, których nie kocham:(
Dlatego zachwyt i podziw Warakomskiej mnie zaciekawiły - po lekturze rozumiem ich źródło, ale nadal nie podzielam.

Autorka jadąc słynną drogą opisuje jej historię ale to nie jest powieść tylko o route 66, to przede wszystkim opowieść o ludziach, mieszkających przy niej. Legendę drogi tworzą bowiem jej pasjonaci, którzy prowadzą hotele, restauracje, bary, sklepy przy niej, którzy nie zwątpili w jej magię po powstaniu autostrad i drastycznym spadku ruchu drogowego. Ciekawość Warakomskiej i naturalna gadatliwość Amerykanów pozwalają jej poznać wiele burzliwych historii, często bardzo intymnych. Podziwiam autorkę za jej zdolność rozmowy, a przede wszystkim słuchania oraz autentyczne zainteresowanie drugim człowiekiem. 

Droga 66 ma ogromny ładunek poznawczy - autentycznie cieszyłam się, że mogłam się dowiedzieć tylu ciekawostek o tej niezwykłej drodze, równocześnie z przyjemnością rozpoznawałam znane mi miejsca. Kiedyś nawet mieliśmy pomysł wybrania się w trasę właśnie tą drogą ale nigdy go nie zrealizowaliśmy. Na razie wystarczą mi te fragmenty, które przejechaliśmy, ale może kiedyś zdecydujemy się na wyprawę śladem Warakomskiej.

Wszystkich entuzjastów drogi 66 łączy głęboka wiara w to, co robią. Każda z nich podsumowuje opowieść o własnym losie słowami, że siłę do życia i szczęście dało jej robienie tego, co kocha. Nie mogłam pozbyć się uczucia płytkość tych twierdzeń - nie potrafię tutaj odnaleźć siebie, ani podzielić entuzjazmu. Warakomska opisuje wiele tragicznych losów ale chyba każda z postaci ma niebywałą siłę walki i stawiania czoła przeciwnościom. Nie potrafię w tym odnaleźć szczerości - wiem, że teraz bardzo generalizuję - ale to jedna z cech Amerykanów, której nie rozumiem i nie lubię. Męczy mnie ten optymizm i zalatuje powierzchownością.
Nie ma to jednak nic wspólnego z książką Warakomskiej, które jest dobra i ciekawa. Wspomniana już wartość poznawcza to dla mnie ogromny atut - Droga 66 to wręcz literacki przewodnik.

Książki wysłuchałam - do głosu i sposobu czytania autorki szybko się przyzwyczaiłam. Jej nieco beznamiętny ton przeszkadzał mi tylko przez kilka pierwszych minut, niestety do ostatniego rozdziału o zgrzytanie zębów doprowadzała mnie angielska wymowa Warakomskiej. Naprawdę nie oczekuję perfekcyjnej znajomości języka, ale ja zwyczajnie wiele razy musiałam dwa razy się zastanowić jakie słowo autorka wymawia. Nawet z tytułowej drogi zrobiła wibruj ące i krótkie rut. Siłą rzeczy reportaż naszpikowany jest angielskimi wtrętami, więc przysłowiową gęsią skórkę i zgrzyt zębów miałam niestety co chwilę.

Moja ocena: 4/6

Dorota Warakomska, Route 66, 408 str., WAB 2012.

środa, 28 listopada 2012

"Kroniki birmańskie" Guy Delisle



Nie mogłam w lepszy sposób poznać życia w Birmie. Bardzo cieszę się, że sięgnęłam właśnie po tę pozycję z mojej listy książek dotyczących tego kraju.

Autor przyjeżdża do Rangoon z żoną/partnerką Nadège, która pracuje dla Lekarzy bez Granic. Guy przejmuję opiekę nad małym synem. Wraz z nim krok po korku poznaje otoczenie i reguły życia w nowym kraju. 
Luis okazuje się być świetną przepustką do wielu miejsc i ludzkich serc - mały berbeć zachwyca i rozwiązuje języki. Ten sposób świetnie sprawdza się także w przypadku moich dzieci:) Równocześnie, odwiedzając przeróżne grupy dla bobasów, Guy utrzymuje kontakty z innymi cudzoziemcami, mieszkającymi w Birmie. Dzięki nim poznaje wszystkie lokalne ploteczki ekspatów oraz zna sytuację innych organizacji pozarządowych.

Birmańskie ulice i miasta widzimy oczyma Guya - bardzo przypadł mi do gustu jego sposób postrzegania świata, jego humor i naturalnie rysunki. Książka dzieli się na wiele krótkich historyjek - niektóre z nich to tylko grafika, autorowi udaje się przekazać wrażenia bez słów. 
Z ogromną przyjemnością śledziłam doświadczenia i przygody autora - zaskoczyło mnie to, że nie przeczytałam książki błyskawicznie, jak to zazwyczaj bywa z komiksami. Kroniki birmańskie zaliczam zdecydowanie do gatunku graphic novel - to nie tylko rozrywka, to także baza do dalszych przemyśleń. 

Genialna książka, pędzę szukać pozostałych prac Delisle, mam nadzieję, że biblioteka nie zawiedzie:)

Moja ocena: 6/6

Guy Delisle, Aufzeichnungen aus Birma, tł. Kai Wilksen, 272 str., Reprodukt 2009.

wtorek, 27 listopada 2012

"Kartoteka 64" Jussi Adler-Olsen



Nareszcie zdobyłam kolejny tom z Mørckiem i Assadem w roli głównej! Odłożyłam wszystkie zaplanowane lektury i rzuciłam się na kindle'a jak na pudełko czekoladek. I to, że czytałam tę książkę tak długo, nie oznacza, że była zła. Brak czasu nie pozwalał mi zatopić się całkowicie w lekturze. A było w czym!

Adler-Olsen prezentuje czytelnikowi niemal dwie osobne powieści, które (oczywiście) w pewnym momencie się splatają. Mamy więc prowadzone przez Mørcka & co (choć dodać trzeba, że ten pierwszy tym razem nie błyszczy umiejętnościami) śledztwo, które zasadza się na nietypowo wysokiej liczbie osób zaginionych w 1964 roku. Wszystkie te osoby zginęły mniej więcej w tym samym czasie i nigdy nie zostały odnalezione. Równocześnie autor pozwala Nete Hermansen opowiedzieć historię jej życia. To nie wszystko! W Journal 64 nie brak polityki, losy Nete ściśle związane są z Curtem Wadem - lekarzem, który założył w podeszłym wieku partię polityczną. Jego przekonania polityczne opierają się na eliminacji jednostek słabych i nieprzydatnych dla społeczeństwa. W imię tych przekonań dokonuje aborcji i sterylizacji kobiet. 

Praca nad tym przypadkiem szczególnie dotyka i angażuje Assada i Rose, którzy wydają się być emocjonalnie poruszeni losem kobiet, więzionych swego czasu na małej wyspie Sprogø, gdzie przetrzymywano dziewczęta uznane za rozwiązłe i debilne.
Postać Assada nadal pozostaje tajemnicza, poznajemy kilka faktów ale Adler-Olsen nadal trzyma Mørcka i czytelnika w niepewności. Inaczej ma się kwestia ekscentrycznej Rose - ale przeczytajcie sami...!

Ciekawy wątek socjologiczny, oparty zresztą na faktach oraz całkiem dobrze skonstruowana intryga mają swój finał na ostatnich stronach książki. Finał nie byle jaki - godny najlepszej powieści kryminalnej - zaskakujący i łączący wszystkie postaci.

Co tu zresztą pisać - jestem fanką wszystkiego, co wyjdzie spod pióra Duńczyka, a losy Carla, Assada i Rose śledzę z przyjemnością. Zagadki kryminalne są dla mnie prawie przyjemnym dodatkiem:)
Wyczytałam, że kolejna powieść ukaże się 6 grudnia - nie mogę się doczekać!!

Moja ocena: 5/6

Jussi Adler-Olsen, Verachtung, tł. Hannes Thiess, 544 str., dtv 2012.

niedziela, 25 listopada 2012

Stosikowe losowanie 12/12


Zapraszam do zgłaszania się do rundy listopadowej! Pary rozlosuję 1 grudnia, czas na przeczytanie książki mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

UWAGA: Już w połowie grudnia losowanie styczniowe!

niedziela, 4 listopada 2012

"Biały tygrys" Aravind Adiga



Tak się złożyło, że pozostałam w Indiach - niebawem spotkam koleżankę, od której pożyczyłam tę książkę, więc zdecydowałam się na jej lekturę zaraz po Lalkach w ogniu. Zazwyczaj nie lubię pozostawać dłużej w jednym państwie (w kręgu kulturowym już tak) ale przekonałam się, że moja niechęć była całkiem nieuzasadniona. 

Słusznie chwalono powieść Adigi (dopiero po napisaniu tekstu znalazłam recenzje krytyczne) - to naprawdę świetny kawałek literatury. Przede wszystkim forma powieści - dla mnie innowacyjna - przypadła mi do gustu. Bardzo lubię książki odmienne w układzie, z pomysłem na formę, ale nie przekombinowane. U łożenie fabuły w listy do mającego odwiedzić Bangalur chińskiego premiera było dla mnie strzałem w dziesiątkę. Pisane nocą listy są pretekstem do przedstawienia życia Balrama - indyjskiego chłopaka z nic nie znaczącej wioski, który zrobił karierę, zostając kierowcą bogatego właściciela kopalni. Pisząc o sobie, Balram szkicuje obraz Indii, bynajmniej nie pozytywny.

Balram zachwyca w swojej prostocie myślenia, nie ocenia i nie analizuje, ale jest niezwykle spostrzegawczy - widzimy świat Ciemności (czyli niskich kast), skąd pochodzi i Jasności, gdzie pracuje w Delhi. Dla Balrama i jego rodziny to ogromny awans, ale kontrast między jego życiem i faktycznie odczuwanymi potrzebami, a życiem jego pana jest kolosalny. 

W obrazie Indii ukazanym przez Adigę, podobnie jak w tym Pauliny Wilk, nie ma miejsca na idyllę, piękno czy zachwyt - to brutalny świat pełen karaluchów, biedy i smrodu. A Balram to wieczny niewolnik, nawet gdy kierowany impulsem i poniżony zachowaniem pana, który wszem i wobec opowiada, że kierowca to człowiek rodziny, zabija pracodawcę, nie traci mentalności niewolnika.
Przeraża obraz Indii, które potrzebują zmian gruntownych, czyli niemożliwych - Adiga zrywa z bollywoodzkim, barwnym obrazem tego państwa, pozbywa iluzji, posuwa się wręcz do antyindyjskości.
Po obu lekturach moja chęć na wyprawę do Indii równa się niemal zeru, ale na dobrą sprawę trudno by mi było znaleźć kraj, do którego bym nie pojechała. Moja ciekawość świata jest zbyt wielka:)

Świetna książka - cieszę się, że dzięki Renacie, mogłam ją przeczytać.

Moja ocena: 5,5/6

Aravind Adiga, Biały tygrys, tł. Ludwik Stawowy, 256 str., Prószyński i S-ka 2008.

sobota, 3 listopada 2012

"Lalki w ogniu" Paulina Wilk



Nigdy nie byłam w Indiach, co więcej gdzieś w głowie plącze mi się stos niesprawdzonych stereotypów, do książki Pauliny Wilk podeszłam więc, chcąc nie chcąc, z ufnością laika. Takie nastawienie było jednak, jak się okazało pod koniec lektury, jedynym możliwym i właściwym - autorka pisze tak, że nie sposób jej nie wierzyć. Jej obraz Indii mnie przekonał, nie wyczułam w nim fałszu, czy wywyższania się, nie odnalazłam zadufania człowieka świata zachodniego, ani wartościowania obserwowanych obrazów.

Paulina Wilk dzieli swoje wrażenia na szesnaście obszarów - każdy z nich jest zlepkiem, układanką obserwacji, czasem bardzo zaskakujących. Autorka pisze o sprawach bardzo skomplikowanych i trudnych, takich jak sytuacja kobiet w Indii, żebractwo, bieda, religia, ale także całkiem prozaicznych jak na przykład codzienna kąpiel czy higiena włącznie z załatwianiem się.

Zachwycona jestem jej zmysłem obserwacji, fotograficznym wręcz. Wilk opisuje dokładnie to, co widzi, oddaje dokładny obraz rzeczywistości. Nie ocenia, nie wartościuje, raczej ukazuje wszystkie aspekty danej sprawy - tłumaczy, stara się odkryć przyczynę oraz uwarunkowania historyczne.

Czemu nie piszę więcej o treści? Bo bardzo mi zależy, żebyście przeczytali tę książkę. Nie chcę ukazywać mojej wersji, mojego postrzegania i wreszcie mojego obrazu Indii. Chcę byście poznali świat widziany oczyma autorki. A przede wszystkim chcę, byście zobaczyli jak świetnym językiem pisze - na tę kwestię zwracam zawsze szczególną uwagę. W Lalkach w ogniu zachwyciłam się pisarstwem Wilk od pierwszych stron.

Nie planowałam podróży do Indii, teraz jestem od niej równie daleka, ale bardzo się cieszę, że mogłam chociaż odbyć tam podróż literacką.

Moja ocena: 6/6

Paulina Wilk, Lalki w ogniu, 259 str., Carta Blanca 2011.

czwartek, 1 listopada 2012

Statystyka październik 2012


Przeczytane książki: 5

Ilość stron: 1509

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania reporterskiego: 2
Książki w ramach wyzwania nagrody literackie: 0
Książki w ramach wyzwania peryferyjnego: 1
Książki w ramach wyzwania azjatyckiego: 1

Przeczytane tytuły:

"Wyspa klucz" Małgorzata Szejnert
"Codex Regius" Arnaldur Indriðason
"Lalki w ogniu" Paulina Wilk

Najlepsza książka: "Wyspa klucz" oraz "Lalki w ogniu"
Ilość książek w stosie: 185

Stosikowe losowanie 11/12 - pary

Karto_flana wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 73 książki) - 70
Guciamal wybiera numer książki dla Momarty (w stosie 178 książek) - 63
Momarta wybiera numer książki dla Izy (w stosie 173 książki) - 68
Iza wybiera numer książki dla Anny (w stosie 156 książek) - 80
Anna wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 500 książek) - 367
Bujaczek wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 134 książki) - 100
Maniaczytania wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 138 książek) - 3

Proszę o podawanie w komentarzu wybranego numeru oraz tytułu wylosowanej książki a po przeczytaniu linka do recenzji. Efekty stosikowego czytania można znaleźć w zakładce z boku strony.

UWAGA: na przeczytanie wylosowanej książki mamy czas do 30 listopada.

środa, 31 października 2012

"Codex Regius" Arnaldur Indriðason



Codex regius to największy skarb Islandczyków. Niewielka książka, zawierająca spisane w XIII wieku na pergaminowych stronach pieśni Eddy ma ogromne znaczenie w kulturowym dziedzictwie Islandii. Trudno tam znaleźć monumentalne budowle czy dzieła sztuki świadczące o historii tego kraju. Wspólnym elementem jest właśnie tytułowa książka - aż do 1971 roku przetrzymywana wraz z innymi ważnymi dokumentami w Królewskiej Bibliotece w Kopenhadze.

Powieści Indriðasona nie można nazwać kryminałem, to raczej thriller opleciony wokół losów manuskryptu. Młody Islandczyk - Valdemar - absolwent filologii islandzkiej i pasjonat starych woluminów wyjeżdża do Kopenhagi, by kontynuować swoje studia pod okiem starego profesora - znanego w świecie specjalisty od odczytywania starych pergaminów.

Profesor nie sprawia najlepszego wrażenia na Valdemarze - jest obcesowy, nieprzyjemny i nadużywa alkoholu. Mężczyźni jednak odnajdują nić porozumienia. Profesor od lat bada Codex Regius i poszukuje zaginione strony manuskryptu. Badania są ściśle związane z jego życiem prywatnym, powiązania sięgają II wojny światowej. Naziści byli bardzo zainteresowani rabunkiem dzieł sztuki, a manuskrypty związane z mitologią nordycką miały dla nich szczególne znaczenie.
Trudno pisać o fabule powieści, nie zdradzając zbyt wielu szczegółów. Poszukiwania zaprowadzą profesora i Valdemara do powojennego Berlina (akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych), do NRD, a w końcu na statek, płynący do Islandii. Zakończenie jest brawurowe, prawie hollywood-like, jak zwykłam mawiać, ale dla mnie jeszcze do strawienia.

Najmocniejszym punktem książki jest jednak tematyka - Indriðason opisuje dzieje islandzkich manuskryptów oraz miłość do książek nie tylko badaczy, ale i zwykłych ludzi. Wspaniale się czyta powieść traktującą tak intensywnie o historii literatury i znaczeniu starych woluminów - dla mnie bomba! Jestem w stanie wybaczyć każde niedociągnięcie - choć w moim odczuciu tak wiele ich nie było. Zaskoczyły mnie liczne negatywne recenzje, ja jako słabe odebrałam tylko wydarzenia kulminacyjne na statku.
I tym razem Indriðason mnie nie zawiódł:)

Moja ocena: 4,5/6

Przeczytane tego autora:

  1. Synir Duftsins. 1997, Menschensöhne
  2. Dauðarósir. 1998, Todesrosen
  3. Mýrin. 2000, Nordermoor, W bagnie
  4. Grafarþögn. 2001, Todeshauch, Grobowa cisza
  5. Röddin. 2002, Engelsstimme, Głos
  6. Kleifarvatn. 2004, Kältezone, Jezioro
  7. Vetrarborgin. 2005, Frostnacht
  8. Harðskafi. 2007, Kälteschlaf
  9. Myrká. 2008, Frevelopfer
  10. Svörtuloft, 2009, Abgründe
  11. Furðustrandir, 2010
  12. Einvigið. 2011

Oraz inne powieści tego autora:

  • Napóleonsskjölin. 1999, Gletschergrab
  • Bettý. 2003, Tödliche Intrige
  • Konungsbók. 2006, Codex Regius

Arnaldur Indriðason, Codex Regius, tł. Coletta Bürling, 445 str., Bastei Lübbe 2010. 

piątek, 26 października 2012

Stosikowe losowanie 11/12

Zapraszam do zgłaszania się do rundy listopadowej! Pary rozlosuję 1 listopada, czas na przeczytanie książki mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

piątek, 19 października 2012

"Cichym ścigałam go lotem" Joe Alex



Bodajże w pierwszych klasach liceum, a może to były ostatnie klasy szkoły podstawowej?, zaczytywałam się w kryminałach Macieja Słomczyńskiego, bliżej znanego jako Joe Alex. Zapragnęłam przypomnieć sobie ówczesne wrażenia i sięgnęłam po pierwszy (z trzech, które mam) z nich. 

Joe Alex jest detektywem i autorem powieści kryminalnych. Jego przyjaciel, pracownik Scotland Yardu - Ben Parker, zasięga jego rad w przypadku wyjątkowo zagmatwanych śledztw. Tym razem zbrodnia nastąpiła w domu bogatego ekonomisty i znanego badacza ciem. Upozorowane na samobójstwo morderstwo wydaje się być niemożliwe do rozwikłania. Sprawcą mógł być wprawdzie tylko jeden z domowników, ale każda z tych osób wydaje się mieć motyw i być w równym stopniu podejrzana. Dzięki wyjątkowemu talentowi dedukcyjnemu Joe Alex wpada na trop mordercy i w brawurowym wywodzie, wygłoszonym w obecności przyjaciela i wszystkich domowników, ukazuje swój sposób myślenia, a w końcu sprawcę. Smaczku dodają powieści wiadomości na temat ćmy trupia główka - jest ona nie tylko obiektem badawczym ofiary, ale odgrywa także znaczenie w poszukiwaniu jej oprawcy.

Od kilku dni głowię się jak ocenić książkę Alexa. Niby dobrze się czyta, niby śledztwo ma ręce i nogi, nawet napięcie jest, ale jednak to nie jest już to. Zniknął dreszczyk emocji, który odczuwałam wieki temu, czytając kryminały Alexa. Za dużo przeczytanych, wybitnych wręcz, kryminałów oraz zbyt szczupła objętość książki pozostawiły we mnie odczucie niedosytu. Nie zrozumcie mnie źle, z ogromną przyjenością wróciłam do tej książki, i pewnie sięgnę po pozostałe dwie, które mam wstosie, ale niestety nie można jej zaliczyć do wybitnej lietartury. Za to okładka bardzo mi się podoba:)

Znacie, czytaliście kryminały Alexa? Macie ochotę do nich wrócić?
 

Moja ocena: 4/6

Joe Alex, Cichym ścigałam go lotem, 157 str., Wydawnictwo Literackie Kraków 1974.

sobota, 13 października 2012

"Some Girls: My Life in a Harem" Jillian Lauren



Pewnie zastanawiacie się skąd pomysł na tę książkę. Od dawna szukałam powieści z Brunei - gdy odkryłam, że odnalezienie brunejskiego autora jest rzeczą niemal niemożliwą, skoncentrowałam się na książkach, których fabuła związana jest z tym państwem. Niedawno trafiłam właśnie na tę powieść i od razu ją zamówiłam.

Nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Obawiałam się słodkiego romansidła podbarwionego orientem, a otrzymałam raczej psychologiczną powieść o życiu i poszukiwaniu siebie. 

Jillian jest dzieckiem adoptowanym przez żydowską rodzinę, miota się między marzeniem o aktorstwie, dorabianiem jako tancerka w klubie nocnym i poszukiwaniem swojej tożsamości. Podczas kręcenia bardzo miernego horroru osiemnastoletnia Jill poznaje dziewczynę, pracującą jako dama do towarzystwa bogatych biznesmenów. I, jak nie trudno się domyślić, pewnego dnia podczas kolejnego frustrującego obiadu u rodziców dzwoni pod zanotowany numer i rozpoczyna nową pracę. Kolejnym krokiem w jej karierze kochanki jest udział w castingu, gdzie poszukuje się dam do towarzystwa dla bogatych przedsiębiorców z Singapuru. Gdy Jill zostaje wybrana okazuje się, że jej prawdziwym chlebodawcą będzie młodszy brat sułtana Brunei. Robin, takim imieniem zwracają się do księcia Jafri kochanki, to niebieski ptak, dandys i chłoptaś - przystojny, tajemniczy i okrutny. Lubi się bawić uczuciami innych ludzi, robi to jednak w tak czarujący sposób, że zjednuje sobie szybko wszystkie dziewczęta. Po przybyciu do Bendar Seri Begawan okazuje się bowiem, że harem Robina jest ogromny: są w nim Indonezyjki, Filipinki, Tajki i kilka Amerykanek. Jill jest jedną z pierwszych Amerykanek na dworze księcia, przybyła już w drugiej turze dziewczyn z Zachodu.
Dziewczęta spędzają dnie na nic-nie-robieniu, ewentualnie leżeniu przy basenie, które z nic-nie-robieniem jest właściwie równoznaczne, lub na grze w tenisa. Każdego wieczoru sadowią się w pałacowej dyskotece, gdzie Robin spędza noce. Celem dziewcząt jest przywilej siedzenia na jednym z krzeseł obok Robina, który wydaje się obserwować świat z ogromnym dystansem. Każdy wieczór kończy się wyborem dziewczyny na noc. Wybranka Robina może opuścić z nim dyskotekę, a jeśli spodoba mu się na tyle, iż zostanie jego faworytą, ma szanse spędzić z nim wiele dni w ekskluzywnych apartamentach. Jill dość prędko osiąga ten status. Seks z Robinem oznacza przede wszystkim kosztowne prezenty, zakupy na jego koszt (podczas których dosłownie można wykupić wszystkie ekskluzywne butiki), wycieczki helikopterem czy nowym lamborghini księcia. By trwać w mikrokosmosie haremu trzeba mieć silną konstrukcję psychiczną. Wśród dziewcząt toczy się walka - zawiązują się unie, rozprzestrzeniają plotki i złośliwości. Każda z nich ma ten sam cel, a gdy któraś z nich zostaje odsunięta na drugi tor, popada w depresję lub rozpaczliwie, wszystkimi sposobami próbuje wrócić do łask. Monotonia, nuda i niepewność życia skłaniają Jill do powrócenia do Nowego Jorku, gdzie wydaje się starać zmienić w swoim życiu wszystko. Nowa fryzura, ekstrawagancki tatuaż, nowy chłopak, powrót do teatru eksperymentalnego i próba odnalezienia biologicznej matki nie pomogą w niczym. Jill nadal miota się, popełnia błędy, podejmuje nieprzemyślane decyzje i po roku wraca do Brunei. Tam jednak wiele się zmieniło, a ona nigdy już nie osiąga statusu wybranki. Dopiero po kolejnym powrocie przestaje się szarpać i traktować życie jako walkę.

Podtytuł książki (Moje życie jako kochanka najbogatszego człowieka świata) oraz jej reklama zwracają głównie uwagę na Brunei, jednak to zdecydowanie powieść-autoterapia. Początkowo obawiałam się grafomaństwa i psychologizowania na siłę ale Jillian Lauren się obroniła, głównie dzięki dobremu językowi. I oczywiście dzięki Brunei - jej relacja z pałacu księcia jest fascynująca i wręcz niewyobrażalna. Gdyby nie fakt, że autorka pisze o swoich doświadczeniach, włożyłabym tę fabułę między bajki.
Dodać muszę, że Jill jest szczera do bólu - odsłania swoje najskrytsze myśli, bolączki, opisuje swoje odczucia podczas seksu z klientami, swoją niepewność i brak akceptacji własnego ciała. Wbrew pozorom jednak nie znużyły mnie jej wynurzenia - i tu ponownie dzięki naprawdę niezłemu językowi.

Mój cel poznania Brunei został, choć częściowo, osiągnięty - na pewno nie jest to obraz życia w tym kraju, autorka ogranicza się tylko do tego, co poznała, czyli pałacu księcia. Mam nadzieję, że uda mi się odnaleźć jeszcze inne powieści traktujące o tym państwie. Gdybyście mieli jakieś wskazówki to chętnie przyjmę każdą sugestię:)

Moja ocena: 4/6

Jillian Lauren, Harem Girls. Mein Leben als Geliebte des reichsten Mannes der Welt, tł. Ingrid Exo, 333 str., Bastei Lübbe 2012.