piątek, 19 października 2018

"Basia i tablet" Zofia Stanecka, Marianna Oklejak


To kolejna opowieść o Basi, którą bardzo chętnie czytamy. Chodzi w niej bowiem o tablet - gadżet, który może być przydatny, ale najczęściej denerwuje. Na przykład, gdy dziecko spotyka się z kolegami, a tam grupa chłopaków wisi nad jednym tabletem i obserwuje, jak jeden z nich gra. Albo gdy dziecko chce wreszcie wspólnie pobawić się lego, a zaproszony gość pyta od drzwi, gdzie tablet. Albo gdy wpatrzone w ekran dzieci nie wiedzą, co się wokół nich dzieje. Na szczęście mamy w domu tylko jeden tablet, do tego stary.


U Basi w domu nie było tabletu wcale, dopóki nie sprezentował go Jankowi Antek. Używany, pęknięty, ale tablet! Niestety urządzenie bardzo szybko doprowadzi do kłótni Dzieci przestają pomagać, nie są zainteresowane placem zabaw, za to wpatrują się w ekran. I walczą o pierwszeństwo w graniu. Gdy po przyjeździe na urlop, Basia rezygnuje ze wspólnego wyjścia, bo kusi ją tablet, mama ma dość. To okazja, by wytłumaczyć dzieciom, czym jest nałóg czy też nauk, jak to słowo zrozumiała Basia. Na szczęście rodzina Basi potrafi jeszcze spędzać czas razem, przytulać się, wspólnie grać i się kitwasić na łóżku. To ostatnie słowo mnie absolutnie zaskoczyło - nigdy go wcześniej nie słyszałam.


A teraz czas na mój coming out. Basia w nocy nakryła mamę łupiącą w łóżku na tablecie. W owocki. No więc, ehem, ja też w nocy łupię w łóżku w owocki, a właściwie w cukiereczki. I to jest pierwsza wspólna cecha mamy Basi i moja. Odetchnęłam z ulgą, bo dotąd wychodziło na to, że moje wychowanie to marna namiastka cierpliwości i pomysłowości basinej mamy.

 


Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i tablet, 24 str., Literacki Egmont, Warszawa 2018.

środa, 17 października 2018

"Jezioro" Bianca Bellová


Jezioro - żywiciel, źródło wody, ochłody, miejsce zadumy. Jezioro, które truje. I które znika. Człowiek korzysta z jego zasobów bez szacunku, niszcząc je. Najpierw niemożliwa jest kąpiel, ciało od razu pokrywa się wysypką. Potem brzeg coraz bardziej się oddala, pozostawiając toksyczny szlam. Ale to nie człowiek jest winny, lecz gniewa się duch jeziora. Zagniewanego ducha trzeba obłaskawić, więc wędrują do niego kolejne czółna ze zmarłymi lub nieuleczalnie chorymi. Nic nie zmienia beznadziei, jaka panuje w Borosie. Mężczyźni niby pracują, ale w zasadzie najchętniej piją. Kobiety znoszą bicie i rodzą zniekształcone dzieci. Młode dziewczyny próbują nie zostać zgwałcone przez panoszących się rosyjskich żołnierzy, choć i tak się im nigdy nie udaje. 

Nami dorasta w białym domku, pod czułym okiem babci. W jego świadomości rodzą się pytania, jego ciało go zdumiewa. Zachwyca milcząca Zaza. Gdy babcia odchodzi do ducha, nadchodzą ciężki czasy dla Namiego. Nie ma wyboru, życie w Boros stało się nie do zniesienia i chłopak wyrusza do miasta, gdzie ma nadzieję odnaleźć matkę. Zanim jednak do tego dojdzie, Nami dorośnie, sam się wychowa. Ciężką pracą i doświadczeniami. Spotka życzliwych mu ludzi i szaleńców, zobaczy jak żyją inni, pozna smak alkoholu i prostytutki. 

W tej powieści nie ma miejsca na nadzieję, szczęśliwe zakończenie i radość. Tak jak ginie jezioro, tak zanikają więzi międzyludzkie. Społeczność wokół zbiornika żyje w maraźmie, zagubieniu, rozedrganiu. Panuje tu przemoc, brak zaufania, rozpad więzi społecznych. Nami musi odnaleźć siebie w takich warunkach, przepoczwarzyć się, parafrazuję tu tytuły poszczególnych części, w osobę dorosłą. Temu nastrojowi towarzyszy oszczędna i dosadna proza autorki. Bellová jest mistrzynią krótkich, celnych zdań, które trudno zapomnieć. Bywają one przykre, wulgarne, ale także czułe. Zawsze są zachwycające w swojej prostoście. 

To świetna książka, która na długo pozostanie w pamięci. To typ prozy, który idealnie wpisuje się w mój gust literacki. Realistyczny, bez przesadnych ozdobników, pełen treści. I smutku.

Moja ocena: 6/6

Bianca Bellová, Jezioro, tł. Anna Radwan-Żbikowska, 224 str., Wydawnictwo Afera 2018.

piątek, 12 października 2018

"W ogrodzie pamięci" Joanna Olczak-Ronikier


Od wielu lat mniej lub bardziej intensywnie zajmuje się genealogią mojej i męża rodziny - przeglądam stare księgi, dokumenty, mozolnie rozszyfrowuje akty w przeróżnych językach, łączę wątki, gubię je, tracę nadzieję i na nowo ją odzyskuję, korzystam z cennej pomocy innych genealogów i dalekich krewnych. Uwielbiam to. To zajęcie łączy w sobie wiele fascynujących dziedzin, takich jak historia czy językoznawstwo, a także wymaga żyłki detektywistycznej.

Joanna Olczak-Ronikier udała się w podróż w przeszłość, rozpoczynając powieść o swoich przodkach od pradziadków ze strony matki. To bardzo ciepła, pełna czułości, uwagi i skromności powieść. Autorka traktuje swoich przodków z ogromnym szacunkiem, opisuje ich życie, myśli, charaktery, losy z wielką ostrożnością. Robi to po prostu pięknie. Bez patosu, bez krzty wyższości. Z miłością i czułością. A przy tym jej dzieje rodzinne czyta się jak kryminał. Liczne rodzeństwo matki rozsiane po całej Europie bardzo różni się kolejami losu, a przede wszystkim mimo wojny i utraty wielu rodzinnych pamiątek, autorka nadal może korzystać z setek dokumentów, listów, fotografii. Jej pochodzenie ułatwia badania genealogiczne. Inteligenckie pochodzenie, rozliczna działalność naukowa i polityczna w rodzinie oznacza wiele tekstów źródłowych, możliwości odnalezienia artykułów, świadków, wspomnień w opowieściach osób postronnych. Czytając tę powieść, zazdrościłam Joannie Olczak-Ronikier, że nie musi opierać się tylko na koślawych wpisach w księgach chrztów, ślubów czy zgonów. Że ma tak barwną rodzinę do opisania. Zazdrościłam jej jednak tyko troszeczkę, tylko czując się genealożką. Bo przodkowie autorki wiele wycierpieli, będąc Żydami, socjalistami, osobami niepokornymi musieli liczyć się z trudnym losem.

Nie będę rozpisywać się o historii życia poszczególnych osób - nie sposób z resztą cokolwiek streścić. Zbyt wiele postaci, zbyt poplątane dzieje, bym chciała psuć wam przedsmak lektury.
Historia rodziny jest dla autorki jednak także przyczynkiem do rozważań o tożsamości, jej poszukiwaniu, życiu między dwoma kulturami.
Zachęcam was bardzo do sięgnięcia po tę książkę - rewelacyjny tekst, uzupełniają fotografie, dokumenty i piękne drzewo genealogiczne. 

Moja ocena: 6/6

Joanna Olczak-Ronikier, W ogrodzie pamięci, 357 str., Wydawnictwo Znak, Kraków 2008.

niedziela, 7 października 2018

Deutscher Buchpreis czyli o niemieckiej Nike

Oczekiwaniu na ogłoszenie laureata Deutscher Buchpreis towarzyszą mi zawsze podobne emocje, jak w przypadku Nagrody Nobla czy Nike. Uwielbiam nagrody, zestawienia, statystyki i choć nie zawsze są one gwarancją dobrej lektury, to traktuję je jako swoisty drogowskaz literacki. Oczekując na tegoroczną książkę-laureatkę chciałam wam przedstawić dotychczasowych zwycięzców, którzy doczekali się tłumaczenia na język polski i zachęcić was do sięgnięcia po którąś z tych powieści. Każda z nich jest tego warta, choć z tych przetłumaczonych czytałam dotychczas tylko cztery. 

    

Najstarszą lauretką Deutscher Buchpreis, z 2005 roku, przetłumaczoną na język polski przez Karoline Niedenthal, jest "U nas wszystko dobrze" Arno Geigera. Pisałam o niej tutaj. Proszę nie kierujcie się koszmarną okładką, bo ta powieść może zainteresować! Jest mocno osadzona w austriackiej rzeczywistości i choć mnie nie zachwyciła, to jednak ukazuje spory fragment historii i przemian w tym państwie, co dla mnie zawsze jest dużym atutem.


W 2007 roku laureatką została "Południca" Julii Franck, którą od lat mam na kindle i dotąd niestety nie przeczytałam. Powieść przełożył Krzysztof Jachimczak. Tej jesieni/zimy postanowiłam przeczytać wszystkie nagrodzone książki, więc tekstu o "Południcy" spodziewajcie się niebawem.


W 2010 nagrodzono powieść mieszkającej w Szwajcarii emigrantki z Bałkanów. To chyba moja ulubiona laureatka, przede wszystkim ze względu na bardzo interesującą mnie problematykię emigracji i integracji. "Gołębie wzlatują" wydało u nas Wydawnictwo Czarne, a przetłumaczyła Elżbieta Kalinowska. Moją recenzję, napisaną swego czasu dla magazynu Archipelag, znajdziecie tu.


Bardzo podobała mi się także laureatka z 2011 roku, powieść Eugena Ruge "W czasach, gdy ubywało światła", przetłumaczona przez Ryszarda Wojnakowskiego, a wydana przez Czarną Owcę. To szeroko zakrojona powieść, obrazująca upadek NRD na przykładzie losów jednej rodziny. Także tę książkę recenzowałam dla magazynu Archipelag, mój tekst można przeczytać tutaj


Ostatnia, dość świeża lauretka, bo z 2014 roku to "Kruso" Lutza Seilera, którą przetłumaczyła Dorota Stroińska, a opublikowało Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jestem świeżo po lekturze tej powieści i jest to książka, która najmniej mi się podobała. Pisałam o niej zaledwie kilka dni temu, tutaj.

Cieszę się, że choć pięć laureatów zostało przetłumaczonych na język polski i mam nadzieję, że sięgnięcie choć po jedną z tych powieści. Mam wrażenie, że w Polsce mało się czyta i mało się wydaje współczesnej literatury niemieckiej, która ma naprawdę wiele do zaoferowania. Sama żałuję, że czytam jej stosunkowo mało, wciąż koncentruję się na polskich wydawnictwach, poza tym czytelniczo wybiegam także do krajów bardzo egzotycznych, a dla Niemiec zawsze brakuje mi czasu.

sobota, 6 października 2018

"Kruso" Lutz Seiler


Wrzesień miesiącem nudnej książki - bo i laureatka Deutscher Buchpreis z 2014 roku i nominowana do Nagrody Angelusa powieść Kruso zupełnie mnie nie zachwyciła.

Edgar Bendler - student literatury z Halle porzuca swoje dotychczasowe życie i wyjeżdża. Udaje się na malutką wyspę Hiddensee - miejsce, które w NRD miało kultowy status. Było azylem dla myślących inaczej, krytykujących system, wyrzutków społecznych i tych, którzy przed kimś lub czymś uciekali. Edgar dociera na wyspę latem 1989 roku i znajduje zatrudnienie w jednej z restauracji jako pomywacz. Stopniowo poznaje panującą na wyspie hierarchię, zwyczaje, społeczność uciekinierów, a także tereny wojskowe. Ludzie, żyjący na Hiddensee tworzą swoistą komunę, której niepisanym przywódcą jest Kruso. Alexander Krusowitsch. Zbieżność przezwiska z Robinsonem Cruzoe nie jest przypadkowa. 

Edgar stopniowo pracuje na swoją pozycję na wyspie, a gdy zostaje przyjacielem Kruso od razu podskakuje w hierarchii. Obu mężczyzn połączą wiersze Georga Trakla i pewien detal z przeszłości. Oboje przeżyli stratę, z którą nigdy się nie pogodzili. Odosobnienie na wyspie ma swoje zalety i wady - okazuje się, że wielu z uciekinierów traktuje Hiddensse jako możliwość ucieczki do Danii. Wpław. Ucieczki, która nie zawsze się udaje. 

To powieść o wolności, a raczej o poczuciu wolności. Hiddensee je daje, ale nie na zawsze. Wewnętrzna emigracja nie jest rozwiązaniem na całe życie. Każdy z nowych mieszkańców na swój własny sposób szuka możliwości ucieczki. Seiler wyśmienicie włada piórem - jego język, styl może tylko zachwycić, a atmosfera na wyspie jest wręcz namacalna. Choćby dzięki temu, powinna to być powieść, która mnie zainteresuje. Niestety, rozmowy, wydarzenia na wyspie zupełnie do mnie nie przemawiały. Nie mój świat, nie moja percepcja. Nie byłam w stanie wskrzesać w sobie sympatii do choćby jednej postaci w tej powieści. Gdybym jej nie słuchała, podejrzewam, że nie skończyłabym lektury. W zasadzie jedynym ciekawym fragmentem jest zakończenie, które przenosi czytelnika do współczesności.

Moja ocena: 2/6

Lutz Seiler, Kruso, 484 str., czyt. Franz Dinda, Hörbuch Hamburg 2004. 

piątek, 5 października 2018

"Jadąc do Babadag" Andrzej Stasiuk


Jadąc do Babadag okazała się być kolejną w tym miesiącu książką, której forma zupełnie nie jest kompatybilna z moją percepcją. W zasadzie miała wszystkie cechy lektury idealnej - podróże, wyprawy, przemyślenia im towarzyszące, stare fotografie. Tym bardziej cieszyłam się, że wreszcie ją przeczytam. Tymczasem jednak zupełnie nie nadaję na tych samych falach co Stasiuk. 

Autor przemierza kraje, powiedzmy Europy Wschodniej. Porusza się, dość losowo po Słowacji, Węgrzech, Rumunii, Mołdawii, Bałkanach. Wsiada w przypadkowe pociągi i obserwuje. Absorbuje wszystkimi zmysłami, rozmawia, doświadcza. Niestety towarzyszące temu rozważania mnie nużyły. Stasiuk doświadcza odwiedzane kraje jako szare, zatrzymane w czasie, pełne marazmu, bezruchu. I taka jest jego proza. Stagnacja, rezygnacja, nuda. Przyznam, że ostatnie 50-60 stron już tylko przekartkowałam, bo nie byłam w stanie zmusić się do dalszej lektury.

Moja ocena: 2/6

Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag, 321 str., Wydawnictwo Czarne 2004.

czwartek, 4 października 2018

"Chamowo" Miron Białoszewski



Zupełnie nie pamiętam, co skłoniło mnie do zakupu tej książki, ale teraz, gdy sięgam po nią po kilku latach, nigdy bym się na kupno nie zdecydowała. Pamiętniki Białoszewskiego - spisane w latach 1975-1976 podczas przeprowadzki - zupełnie do mnie nie przemawiają. Nie moja tematyka, nie mój świat. Nie znam warszawskich ulic, nie znam postaci, które wymienia autor, nie czuję klimatu. 

Początkowo czytałam z zaciekawieniem, ale z każdą stroną codziennostki Białoszewskiego mniej mnie interesowały, a bardziej nużyły. Stopniowo zaczynałam przebiegać wzrokiem strony i zatrzymywać się na fragmentach, które faktycznie mnie zaciekawiły. Na opisach problemów adaptacyjnych w mieszkaniu z wielkiej płyty - nowych odgłosach, dźwiękach, sąsiadach, nowym widoku z okna. Wszystko to przeszkadza twórcy w rutynie pracy. Musi najpierw oswoić nowe kąty, zaprzyjaźnić się z nimi. Przeszkadza mu jednak ciągły przymus wędrowania od spółdzielni do ciecia. Od jednego biura do drugiego. Niestarannie wybudowane bloki, błędy budowlańców i architektów dają się we znaki wszystkim mieszkańcom. 

Te fragmenty chowają się jednak wśród dialogów, urwanych myśli, obserwacji współpasażerów w komunikacji miejskiej, opisach zakupów. Ciekawostki dla wielkich miłośników Białoszewskiego, czy choćby czytelników, którzy sięgając po tę książkę mają jakąś wiedzę na temat życia poety. Dla mnie okazały się nudne i nieistotne.

Moja ocena: 2/6

Miron Białoszewski, Chamowo, 388 str., Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.

"Dom sióstr" Charlotte Link



Od dawna zachęcano mnie do lektury tej książki, ale ja jakoś zwlekałam, obawiając się rozrywki niskich lotów. Pomyślałam jednak, że ta powieść może być dobra do słuchania i nie omyliłam się. Najlepszymi audiobookami są długie, trzymające w napięciu sagi. Link wie, jak takie pisać. Jej proza może nie ociera się o geniusz, ale to kawałek niezłej rozrywki. Powieść na długie wieczory lub na plażę. Powieść, która nie musi uczyć, a na celu ma po prostu zająć i dobrze wypełnić czas.

Małżeństwo Barbary i Ralpha przechodzi kryzys. Ona jest wziętą prawniczką, znaną i cenioną w Niemczech, lubi swoją sławę. On także jest prawnikiem, woli jednak pracę w zaciszu, ceni spokój i brak rozgłosu. Barbara postanawia sprezentować mężowi na czterdzieste urodziny wyprawę do północnej Anglii, dokąd zawsze chciał pojechać. Ich celem jest samotny, stary dom w Yorkshire, spędzą tam Boże Narodzenie oraz Nowy Rok, a przede wszystkim przypadające na 27 grudnia urodziny Ralfa. Zaraz po przyjeździe okazuje się, że nadciąga zima stulecia i pierwszej nocy śnieg dosłownie zasypuje dom. Małżeństwo przedziera się przez zwały śniegu do szopy na drewno, by w jakiś sposób ogrzać dom. Nie mają niemal nic do jedzenia, z powodu braku prądu nie działa telefon, i ogrzewanie. Jednym słowem są odcięci od świata. I mają dużo czasu na rozmowy, rozmyślania i czytanie. Barbara znajduje bowiem przypadkiem plik zapisanych kartek. Okazuje się, że to opowieść ostatniej właścicielki farmy - Frances Grey. Teraz dom należy do Laury - starszej bojaźliwej kobiety, która z uporem stara się utrzymać ogromne domostwo w swoich rękach, mimo problemów finansowych.

Barbara czytając wspomnienia Frances poznaje historię rodziny Grey - niełatwą i zaskakującą. I rozumie nagle, dlaczego Laura wydaje się być przewrażliwiona na punkcie domu. Starsza pani od lat szuka zapisków swojej zmarłej chlebodawczyni i wynajmując dom za każdym razem żyje w lęku, że ktoś je przypadkowo znajdzie. Nie bez powodu, jak się później okaże. Opowieść Frances to niemal rodzinna saga, w której opowiada o małżeństwie swoich rodziców, o swoim dzieciństwie, o buncie, wyjeździe do Londynu, przyłączeniu się do ruchu sufrażystek, o obu wojnach i powrocie do Yorkshire. Charlotte Link świetnie prowadzi oba wątki, a przede wszystkim niezwykle umiejętnie szkicuje charaktery wszystkich postaci. W pierwszej linii współczesnych - Barbary, Ralpha, Laury i jej siostry itd. oraz tych z opowieści Frances. Poznajemy bliżej nie tylko samą autorkę wspomnień, ale jej siostrę i brata, rodziców i sąsiada Johna. Muszę przyznać, że nie mogłam się oderwać od słuchania. Ciekawa byłam dalszych losów Frances. Współczesny wątek zainteresował mnie o wiele mniej, a wydarzenia na końcu książki zupełnie mnie nie przekonały. Link udało się przekazać spory kawałek angielskiej historii, ciekawie przekazała koloryt, zwyczaje, ducha epoki.

To powieść głównie o kobietach - bardzo różnych. Frances i jej siostra Victoria reprezentują zupełnie odmienne postawy, każda z nich inaczej rozumie szczęście i inaczej chce się zrealizować w życiu.  Frances walczy o prawa kobiet, nie poddaje się wymogom epoki, sama o sobie decyduje, prowadzi farmę, rządzi. Victoria to idealny produkt swoich czasów - bezrozumna, skupiona na sobie, zakochana w strojach i wygodnym życiu osoba. Nie mogłam oprzeć się porównywaniu Barbary z Frances choć w zasadzie różni je wszystko, a łączy tylko siła i zdecydowanie. W powieści jednak kobiecych postaci jest więcej: sufrażystka Alice, Laura i Marjorie (tak odmienne jak Frances i Victoria), matka i babka Frances, przybyła z Francji wdowa. Każda z tych postaci jest bardzo wyrazista i każda przeżywa swoje osobiste tragedie, musi podejmować decyzje i żyć z ich konsekwencjami.

Link świetnie włada piórem, potrafi budować napięcie, nie tracąc jednak nic z rozmachu w szkicowaniu charakterów czy opisywaniu otoczenia. Dom sióstr to idealna powieść do słuchania.

Moja ocena: 5/6

Charlotte Link, Dom sióstr, tł. Ryszard Wojnakowski, 636 str., czyt. Joanna Jeżewska, Wydawnictwo Sonia Draga.

poniedziałek, 1 października 2018

Stosikowe losowanie 10/18 - pary

Guciamal wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 199
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 210 książek) - 199
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 39 książek) - 25
Mania czytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 110
ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 101 książek) - 77

wtorek, 25 września 2018

Stosikowe losowanie 10/18


Zapraszam do zgłaszania się do rundy październikowej! Pary rozlosuję 1 października, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

"W Dolinie Muminków" Tove Jansson



To nasze drugie spotkanie z Muminkami - i o ile Kometa w Dolinie Muminków w pewien sposób mi się podobała, to ten tom trafił do mnie znaczniej mniej. Niespecjalnie odnajduję się w świecie Muminków - mój syn przyjmuje tę opowieść taką, jaką jest, ja nie mogę się powstrzymać od doszukiwania się aluzji, nawiązań, głębszego sensu i za każdym razem muszę stwierdzić, że nie czuję percepcji świata Jansson. Nie współgramy, nie nadajemy na tych samych falach.

W tym tomie Muminki powoli budzą się ze snu zimowego i podczas pierwszej wiosennej wyprawy odnajdują Czarodziejski Kapelusz, który przysporzy im wielu kłopotów. Niepozorne, choć spore nakrycie głowy okaże się być bardzo kłopotliwe, a do tego jest zgubą Czarnoksiężnika, który oczywiście ją musi odzyskać. Jak najbardziej pokojowo, ma się rozumieć. Muminki jednak zbyt wiele czasu nie poświęcają na rozmyślania, wolą wyruszyć na wycieczkę jachtem, by spędzić czas na małej wyspie. Owa wyspa nie jest jednak tak samotna, jak się spodziewali, trafiają tam bowiem na wielbiących barometr Hatifnatów. Przygód będzie więcej, bo Kapelusz spowoduje zarośnięcie domku dżunglą, a dzięki przybyciu Topika i Topci, serdecznie przyjętych przez Muminków, kłopoty osiągną apogeum i rozwiązana zostanie zagadka Kapelusza.

Przyznam, że z ulgą zakończyłam lekturę tego tomu - fantastyczne przygody i wydarzenia nużyły mnie, na szczęście sytuację ratowały charaktery niektórych z postaci. I mój syn, który, właściwie ku memu zdziwieniu, słuchał z ciekawością.

Pochwalić muszę koniecznie piękne wydanie tej książki i oczywiście nastrojowe, urocze ilustracje.

Tove Jansson, W Dolinie Muminków, tł. Irena Szuch-Wyszomirska, 181 str., Nasza Księgarnia 2016.

piątek, 21 września 2018

"Tygrys i Róża" Małgorzata Musierowicz



To już kolejny tom z rzędu, którego akcja toczy się wokół Laury, Róży i Natalii. Tym razem Laura jest najważniejsza, w zasadzie nie wiem, co Róża robi w tytule, bo nawet Natalia i jej perypetie miłosne są istotniejsze niż jej postać. 

Tygrys tymczasem staje się jeszcze bardziej problematyczny niż był. Nadal gnębi ją kwestia jej pochodzenia, co w zasadzie dziwne nie jest. Dziwna jest za to zmowa milczenia na temat Janusza Pyziaka. Borejkowie unikają tego tematu jak ognia, jakby mąż Gabrysi był conajmniej mordercą albo pedofilem. Nie dziw więc, że czternastoletnia dziewczyna zaczyna zachodzić w głowę, jaki jej ojciec jest i gdzie przebywa. Przypadkiem odkrywa jedno jedyne zdjęcie ze ślubu i dostrzega swoją fizyczną podobiznę do ojca, zaczynając zastanawiać się, czy jej odmienność charakteru od borejkowskiego, nie oznacza tego, że przypomina Pyziaka. Pyziaka, którego wszyscy tak nie lubią. Dziewczyna bierze więc sprawy w swoje ręce i wyrusza na poszukiwania ojca. Pierwszym krokiem jest odnalezienie jego siostry, o której istnieniu dowiedziała się przez przypadek. 

Kreowana na złośliwą, odmienną, nieuczynną, krnąbrną Laura bardziej przypomina normalną nastolatkę niż kryształowa Róża, wierna kopia swojej mamy - ostoi całej rodziny. Wyprawa Laury byłaby świetną osią powieści, gdyby nie ciągłe przypadkowe spotkania. Jak to możliwe, że dziewczyna na trasie z jednego niemałego do drugiego sporego miasta, przypadkowo spotyka aż dwie osoby, które znają jej rodzinę. Ano są one potrzebne, by zadziałać delikatnie na niecny charakter Laury. Nie warto jednak po raz setny krytykować upraszczania fabuły przez Musierowicz. Przemiany w Laurze także nie są wiarygodne, tak samo jak długo wyczekiwany happy end historii miłosnej Natalii. Najbardziej wkurzające jest jednak podejście do osób, które zdecydowały się iść przez życie same - staropanieństwo to klątwa. Siostra Janusza Pyziaka to potworna hetera, osoba odpychająca, bo jakaś tam historia zakochania z młodości jej nie wyszła. Jej współpracownica Aleksandra jest samotna i nieszczęśliwa w swoim staropanieństwie, no a Natalia musi koniecznie sobie kogoś znaleźć, bo w życiu potrzebuje opoki. No ludzie, to już kobieta bez mężczyzny szczęśliwa być nie może?

Mimo tych mankamentów, machnęłam tę książkę w dwa dni, bo Musierowicz po prostu przyjemnie się czyta, a i ciekawa byłam perypetii Laury, z których zupełnie nic nie pamiętałam.

Moja ocena: 3/6

Małgorzata Musierowicz, Tygrys i Róża, 160 str, Akapit Press 1999.

środa, 19 września 2018

"Po trochu" Weronika Gogola



Po trochu jest książką swojską, domową, do lubienia i szybkiego czytania. Książką o wiejskim życiu i o Gogolach. O wujkach, dziadkach, babciach, ciociach, kuzynkach, sąsiadkach. O dorastaniu w latach 90. - o przygodach, chłopakach, przyjaźniach, dojrzewaniu. I o śmierci. Śmierć dzieli wspomnienia na kawałki, przerywa narrację, stawia kropkę nad i. Ta wyczekiwana i ta nagła. Bo trzeba wiedzieć, że Gogole płci męskiej umierają nagle i szybko, około pięćdziesiątki. 

Najpierw jednak Gogola zaskakuje narracją - świat obserwujemy oczyma dziecka, dziewczynki kilkuletniej. Ta dziewczynka jednak nie jest do końca autentyczna, za jej plecami siedzi osoba dorosła, które pisze tak, jak uważa, że myśli dziecko. Dziecko, trzeba dodać, dość rezolutne, momentami nad wyraz dojrzałe, a potem znowu bardzo dziecinne. I ta narracja świetnie się czyta, łatwo się w lekturze zapamiętać, a trudno zatrzymać, co byłoby wskazane, bo w tym słowotoku wszystko zaczyna się rozpływać. Tu dzwonnica, tu porzeczka, tam dziadek i po dwudziestu stronach nie sposób sobie przypomnieć, co było na pierwszej. Dopiero śmierć ratuje sytuację, przerywając gadaninę i życie. Śmierć matki koleżanki, kolegi, wujka. Śmierć kończy życie i ratuje narrację. 

Mimo że książka mi się podobała, to ciągle miałam świadomość, że to jednak nie jest powieść wybitna, aczkolwiek doceniam bardzo pomysł autorki na ukazanie motywu przewodniego. Czytając, podświadomie czekałam na koniec - byłam szalenie ciekawa w jaki sposób Gogola spointuje tę książkę. I faktycznie, ostatnie rozdziały są dobre, zaskakująco dobre. To dla nich warto czytać. Dla nich i dla swojskości - poczucia bycia u siebie, tego porozumienia, które jest możliwe tylko między osobami wychowanymi w podobnych uwarunkowaniach kulturalnych. To dla tego tę powieść czuję bardziej niż zdecydowanie lepszą książkę Bajai.

Moja ocena: 4/6

Weronika Gogola, Po trochu, 180 str., Książkowe Klimaty 2017.

wtorek, 18 września 2018

"Nad piękną modrą Dřevnicą" Antonín Bajaja



Powieść Antonína Bajai pełna jest wspomnień i nostalgii. Autor opisuje swoje dzieciństwo, które przypadało na lata 40. i 50. w Zlinie, a robi to w formie listów do siostry. Te listy to prawdziwe epistoły, w których wspomnienia żyją własnym życiem, rozrastają się, piętrzą, są powodem licznych dygresji i przyczynkiem do przeskoków do współczesności. Dzięki nim czytelnik poznaje losy rodziny oraz wielu krewnych, sąsiadów i przyjaciół. Powieść ta bowiem rozrasta się do sagi, w której Bajaja szkicuje rodzinne dzieje na tle przemian politycznych w Czechach. 

Dziecięce przygody i psoty, melancholijne i ckliwe czasem wspomnienia poszerzane są o szerszą perspektywę. Perspektywę Zlina przede wszystkim - to tutaj obok fabryki Baty żyją mieszczanie, burżuazja, inteligencja, którzy nmuszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie plucie na delikatesy rodziców jednego z kolegów małego Tonika, jest normą. Dla wychowywanych w Czechosłowacji dzieci największym dobrem jest upragniona pionierska chusta, a socjalistyczne pieśni śpiewane są dla rozrywki. Dzieci wyrastają więc w uwielbieniu dla komunistycznego ustroju, nieświadome niechęci rodziców, którzy dla ich dobra, starają się ukrywać własne nastawienie. Mimo to w domu widoczna jest miłość do kultury - muzyki, książek, rozmów na poziomie. Bajaja świetnie przedstawia to życie na krawędzi dwóch światów - nostalgię za minionym i uporczywe ignorowanie nowego porządku. 

W tej powieści przewija się wiele wątków - wyżej wymienione życie pomiędzy światami obejmuje także tych członków rodziny, którzy wrócili do ojczyzny ze Stanów Zjednoczonych oraz ciocię Lili, która tam wróciła. To wieczna tęsknota, rozdarcie, widoczne przede wszystkim na płaszczyźnie językowej, gdzie mieszają się czeski z angielskim. Żadna z osób nie może wybrać, bo zawsze będzie żyć z poczuciem straty - ojczyzny, domu (dziadkowie zmuszeni są opuścić dom i zamieszkać na wsi), języka, zwyczajów, wartości. 

Czytając tę powieść miałam ciągle poczucie, że nie jestem w stanie jej zrozumieć tak, jak czeski czytelnik. Miałam świadomość, ze nie znam na tyle czeskiej kultury, że nie mam w sobie dość czeskości, by odkryć wszystkie zawarte w niej konotacje, nawiązania i smaczki. Siłą rzeczy porównywałam ją do także nominowanej do Nagrody Angelusa Po trochu Weroniki Gogoli i mimo, że miałam poczucie, że Nad piękną modrą Dřevnicą jest o wiele bardziej monumentalna, to ta druga jest zwyczajnie bardziej swojska. Gogolę czuję intuicyjnie, bez słów, Bajaję przyjmuję tylko rozumem, nie potrafię zanuczyć się w nurcie Dřevincy tak, jak to z pewnością bez trudu uczyni Czeszka czy Czech. 

Kilka słów należy powiedzieć jeszcze o narracji Bajai - jego listy potrafią nużyć, odmalowane obrazy nudzić, a przeskoki w czasie wymagają sporej uwagi czytelnika. To nie jest prosta powieść do czytania przy okazji, lecz wymagająca narracja. Bajaja potrafi przeskakiwać do kolejnego wersu pozostawiając w poprzednim tylko jedno słowo, wytłuszczać niektóre wyrazy, wplatać piosenki i cytaty, czym nie zawsze mnie zachwycał. I przyznam, że nie zawsze byłam w stanie odgadnąć jego zamiar, dlatego duży ukłon w stronę tłumaczki, pewna jestem, że przekład tej powieści był bardzo wymagający. 

Moja ocena: 4/6

Antonín Bajaja, Nad piękną modrą Dřevnicą, tł. Dorota Dobrew, 556 str., Książkowe Klimaty 2017.

czwartek, 13 września 2018

"O srebrnej łyżce" Justyna Bednarek, Daniel de Latour


Bardzo mi się podoba kolejna seria wydawnicza Literackiego Egmontu. Poczytaj ze mną ma na celu (między innymi, bo wspólne czytanie z pewnością jest celem nadrzędnym) przybliżenie dzieciom różnych i niekoniecznie oczywistych gatunków literackich, takich jak baśń, kryminał, bajka, ale także fantasty, epos, a nawet przypowieść.

Do tego ostatniego gatunku należy właśnie O srebrnej łyżeczce. Zanim jednak zaczniemy lekturę, warto spojrzeć na sam początek książki, gdzie krótko i przystępnie wyjaśniono czym jest przypowieść, ułatwiając to zadanie rodzicom. 


Justyna Bednarek snuje przepiękną, nastrojową opowieść o stworzeniu świata - bardzo odmienną od tej biblijnej, bo pełną swar i kłótni między zwierzętami. Zadanie zaprowadzenia porządku dostają pani i pan Lahman, którzy jednak mają z tym początkowo trudności. Pomoże im dopiero rezolutna i sprytna srebrna łyżka. Od chwili, gdy wprowadza się ona do domu Lahmanów, na świecie zaczyna panować pokój, a rodzina wiedzie szczęśliwe życie. Rodzina, bo niebawem dołącza do rodziców  chłopczyk Dawid. 


Między synkiem a łyżką powstaje szczególna więź, której nie zniszczy ani spór z sąsiadem Lewim, ani napad na tatę. Łyżka towarzyszy rodzinie w dobrym i złym, a potem staje się ulubioną łyżką córki Dawida. Niestety pewnego dnia rodzina musi opuścić miasteczko i nie może zabrać łyżki... Co się z nią stało, przeczytajcie sami, bo zakończenie jest zaskakujące.

Bednarek cudownie wplata w tę przypowieść elementy magiczne oraz kultury żydowskiej. Czytaliśmy z synem tę książkę jak zaczarowani - odmalowany przez autorkę świat całkowicie nas pochłonął, a ilustracje Daniela de Latoura fantastycznie dopełniały lekturę. 


Nie potrafię sobie wyobrazić lepszego sposobu na zapoznanie dziecka z tym gatunkiem literackim, a także z kulturę żydowską - oczywiście nie można tu mówić o dogłębnej wiedzy, ale przypowieść oferuje dużo impulsów do dalszych rozmów. Bednarek wspomina o wielu potrawach żydowskich, o rabinach, o żydowskim weselu itd. 
To także książka przyjazna małemu czytelnikowi - spory druk, wyżej wspomniane, przepiękne ilustracje i spory format ułatwiają lekturę. 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, O srebrnej łyżce, 48 str., Literacki Egmont, Warszawa 2017.

środa, 12 września 2018

"Małgosia contra Małgosia" Ewa Nowacka



Bardzo lubiłam tę książkę i to chyba pierwsza książka mojego dzieciństwa, która nadal mi się podoba. Przeczytałam ją jednym tchem, zachwycona stylem autorki, dbałością o szczegóły, charakterystyką postaci i samą akcją. W zasadzie nie mogę nic skrytykować.

Małgosia to rozbestwiona nastolatka, która niespecjalnie pomaga w domu, niezbyt chętnie się uczy, interesuje się chłopakami i rozrywkami, a do tego podkrada ubrania mamy i kłamie w żywe oczy. Gdy pewnego popołudnia zostaje sama w domu po sprzeczce z mamą, nagle przenosi się do innego domu. Szlacheckiego dworku w XVII wieku. Okazuje się, że ma dwie starsze siostry, surową, ale kochającą matkę, ciotkę i służbę. Niestety to zubożała szlachta, a jedyną szansą na wzbogacenie się jest spadek, obiecany Małgosi przez dziadka. Pieniądze i włości przypadną jej jednak tylko, gdy wyjdzie za mąż. Zaraz po przybyciu poznaje więc swojego przyszłego męża - podstarzałego pana Stanisława. Szok kulturowy jest dla Małgosi ogromny. Dla dziewczyny wszystko jest nowe - poczynając od strojów, na obyczajach kończąc. Dziewczyna zaskoczona jest monotonią życia, ilością pracy fizycznej, opieką lekarską - wszystkim dosłownie. Stopniowo jednak akceptuje swój los i postanawia korzystać z tej sytuacji, ile się da, wierząc, że jest to stan tymczasowy. Jej sposób mówienia i zachowania nie przystaje do epoki jednak tak bardzo, że matka wzywa lekarza i księdza, by odprawił nad odmienioną córką egzorcyzmy.

Małgosia trwając przy swoich postanowieniu wyciągnięcia jak największych korzyści z pobytu w przeszłości, chce zaimponować swoim szkolnym koleżankom i rozkochać w sobie napotkanych młodych mężczyzn, co zakończy się zupełnie inaczej niż planowała. Jej nieznajomość tła kulturowego i lekkomyślność doprowadzą niemal do katastrofy, a dziewczyna orientuje się, że polubiła swoje spokojne życie, matkę i siostry.

Co ciekawe, autorce udaje się całkiem rozsądnie uzasadnić przenosiny dziewczyny w przeszłość - w tym celu wprowadza do powieści Dytko. To jeden z magicznych stworów, w które wierzyli ówcześnie ludzie i który odpowiedzialny jest za całe zamieszanie.

Książka mogłaby trącić moralnymi pouczeniami i w zasadzie takie przesłanie się w niej kryje, ale Nowackiej udało się je przemycić bardzo sprytnie i nienachalnie. Ja przede wszystkim świetnie się bawiłam podczas lektury, podziwiając autorkę za doskonałe przedstawienie realiów życia w XVII wieku - nie tylko w domu szlacheckim, ale i na wsi czy w dworku bogatego wuja.

Moja ocena: 5/6

Ewa Nowacka, Małgosia contra Małgosia, 271 str., Nasza Księgarnia, Warszawa 1975.

poniedziałek, 10 września 2018

"Colas Breugnon" Romain Rolland


Cóż to za nudna książka! Nie odnalazłam w niej nic, co by mnie poruszyło. Ani styl, ani główny bohater, ani jego przygody nie przypadły mi do gustu. W całej powieści nie doszukałam się także idealizmu, współczucia i umiłowania prawdy, za które Romain Rolland uhonorowany został Nagrodą Nobla.

Tytułowy Colas Breugnon to utalentowany rzeźbiarz, który jednak woli się lenić, gadać, błaznować, kombinować, spacerować i mile spędzać życie. Ot, taki Dyl Sowizdrzał, który ciągle musi znosić utyskiwania żony, bo zamiast poświęcać czas pracy, trwoni go na bzdury. I zawsze ma dobry humor. Zakładam, że takie jest głównie przesłanie tej powieści. Colas niczym Hiob dotykany jest przez wszelakie nieszczęścia - epidemię, śmierć żony, spalenie domu, utratę dobytku, ale zawsze zachowuje optymizm. Zdolność odnajdywania pozytywnej strony w życiu łączy go z jedyną córką, która ma podobne rysy charakteru, w przeciwieństwie do braci. 

Dla mnie jednak powieść Rollanda była mało strawna - archaiczny język nie jest dla mnie problemem, ale tutaj mnie zupełnie nie ujął, a raczej nudził dłużyznami, opisami i sformułowaniami. Wiecznie zadowolony z życia Breugnon mnie po prostu wkurzał, a już najbardziej fakt, że to właśnie on zawsze wychodzi z wszystkiego obronną ręką. Nie pracowita żona, ale próżniak i wesołek. Gdyby życie było takie proste....

Romaina Rollanda odhaczam więc, jako kolejnego "zaliczonego" noblistę, który niestety zupełnie nie przypadł mi do gustu.

Moja ocena: 2/6

Romain Rolland, Colas Breugnon, tł. Franciszek Mirandola, 206 str., Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983.

niedziela, 9 września 2018

Statystyka sierpień 2018




Przeczytane książki: 10

Ilość stron: 2942

"Imieniny" Małgorzata Musierowicz


Akcja Imienin skupia się wokół Róży... i Tygrysa. Bo nie ma jednej siostry bez drugiej. Róża jest jednak ważniejsza, to już nastolatka pełną gębą, którą zaczynają się interesować chłopcy. I to jest bardzo nie w graj Laurze. Pięknej, uwodzicielskiej, dominującej. To ona nadaje ton w działaniach dziewczyn, to ona rządzi i to ona ma najlepsze pomysły. A tu nagle Róża zaczyna być samodzielna, zaczyna mieć swoje sprawy i do niczego już nie potrzebuje Laury. Nawet jej dobroduszna natura nie pozwala jej traktować siostry po staremu. Zamiłowania miłosne stają się bowiem ważniejsze.

A wszystko zaczyna się od przypadku. Podczas spaceru z młodszym bratem Róża trafia na happening teatralny, podczas którego ginie chłopczyk. Zrozpaczona Róża panicznie szuka dziecka, a pomagają jej w tym Adrian i Lucek Lelujkowie. Rodzina znana już z poprzednich tomów Jeżycjady. Chłopcy mają jeszcze jednego, starszego brata, który także zapatrzy się w Różę. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy oni oraz Róża i jej mama obchodzą imieniny w marcu, akcja książki skupi się więc w tych dniach. Róża spędza bowiem każdy z tych dni z kolejnym Lelujką, do momentu, aż okaże się, że znienawidzony klasowy kujon Fryderyk Schoppe jednak nie jest taki zły.

Akcja Imienin jest bardzo przewidywalna i nieszczególnie porywająca, ale książkę oczywiście czyta się błyskawicznie. Bardzo dużo dzieje się tu na linii Laura - mama/babcia/dziadek. Musierowicz stara się nadać głębi jej dotąd podłemu charakterkowi. Swoje wystąpienie ma także senior rodu, który ostro krytykuje zakup zmywarki jako objaw konsumpcjonizmu, nie zauważając, spędzających godziny w kuchni kobiet. Na szczęście po jakimś czasie się otrząsa i nowy sprzęt akceptuje.

Znając dalsze losy Róży, nie mogłam oczywiście czytać tego tomu, bez uprzedzeń. Z przyjemnością jednak przypomniałam sobie uczuciowe początki związku Róży, ponieważ zupełnie zatarły mi się w pamięci. 

Moja ocena: 3,5/6

Małgorzata Musierowicz, Imieniny, 208 str., Akapit Press 1998.

piątek, 7 września 2018

"Kuba znad Morza Emskiego", "Wyspa San Flamingo", "Choinka Monte Bello" Natalia Rolleczek



Wróciłam do zeszłorocznego wspólnego czytania powieści Natalii Rolleczek - zostały mi na półce jeszcze trzy książki, a na pierwszy ogień wzięłam trylogię o Kubie. Chłopcu wyjątkowo niesfornym,  obdarzonym nietuzinkową fantazją, indywidualiście jakich mało. Kuba ma jakieś siedem-osiem lat, mieszka w sfatygowanym domu w Krakowie wraz z babcią, dziadkiem, ciocią Alą, wujkiem Boromeuszem oraz wujkiem Henrykiem, ciocią Wacławą i ich córkami bliźniaczkami. Mama Kuby nie żyje, a tata mieszka w Maroku wraz z nową rodziną i niespecjalnie interesuje się chłopcem. 

Ta nietypowa rodzina wspólnymi siłami próbuje wychować Kubę, który wychować się po prostu nie da. Dodać trzeba, że ówczesne metody wychowawcze opierają się na biciu, kazaniach, zakazach i karach. Żadna z tych metod skuteczna nie jest, bo Kuba jest polskim Emilem z Lönebergi i z kar nic sobie nie robi. Przenosi się za to bardzo chętnie w świat fantazji, a ta ostatnia podsuwa mu przeważnie mało rozsądne i praktyczne rozwiązania aktualnych problemów rodzinnych. Do tego często zapomina, co i komu miał przekazać, albo dosłyszy tylko strzępy rozmowy dorosłych i problem gotowy. Kuba jest mały, zwinny i zawsze w odpowiednim miejscu, dlatego wie, w kim kocha się ciocia Ala, zna afery miłosne wuja Boromeusza i problemy dziadka - lekarza. Jego dobre chęci pomocy krewnym niestety kończą się najczęściej bardzo źle, albo przynajmniej całkiem opatrznie.

Pierwszy tom opowiada o przygodach domowych Kuby, który uwielbia spędzać czas w ogrodzie - na tytułowym Morzu Emskim, którym jest po prostu trawnik. Niestety rodzinie grozi utrata całego ogrodu, który ma zostać przeznaczony na budowę nowych bloków. Kuba jest tym faktem przerażony i na swój, dziecięcy sposób, próbuje stracie zapobiec.

Druga część to opowieść o wspólnej wyprawie wuja Boromeusza i Kuby na wakacje - które oczywiście będą na Wyspie San Flamingo. Tutaj na scenę wkracza Mila - dziewczyna, która Kubie zepsuje wakacje, przynajmniej do pewnego stopnia. Bo okaże się, że w leśnej głuszy nie będą sami. Dzieci połączy zainteresowanie ukrytą w kniei leśniczówką oraz jej tajemniczym mieszkańcem - chłopcem Jankiem.

Trzeci tom rozgrywa się w okresie świątecznym - zaplanowane przez babcię skromne święta bez choinki zamienią się w wielkie wydarzenie, ponieważ przyjazd zapowiedział brat dziadka, który na stałe mieszka za granicą. Rolleczek opisuje liczne, rodzinne perypetie związane ze zdobywaniem produktów na świąteczny stół, ale także miłosne zawirowania Boromeusza i Ali. Kuba jak zwykle odgrywa w nich bardzo istotną rolę, podobnie jak tajemniczy cudzoziemiec, w oczach chłopca wcielenie diabła.

Wszystkie trzy tomy przeczytałam błyskawicznie. Rolleczek pisze rzutko, ze swadą, przygody Kuby i jego rodziny są po prostu wciągające. Sam chłopiec w pewien sposób przypominał mi Judytę z Kochanej rodzinki. Ta przypadkowość, zdolność do wplątywania się w kłopoty i zarazem komiczność jest bardzo podobna. Chłopca natomiast wyróżnia wspomniana wyżej wyobraźnia, która podsuwa mu fantastyczne pomysły zabaw, ale także często zupełnie skrzywioną wizję rzeczywistości. Powieści Rolleczek to swoisty sentymentalny powrót do dzieciństwa, a może nawet pean na jego cześć, zakłócony tylko przedpotopowymi i okrutnymi metodami wychowawczymi. Sporo tu także socjalistycznych realiów - w pewien sposób drażniących, bo gloryfikowanych, a z drugiej strony nastrajających nostalgicznie. Choć z tą gloryfikacją nigdy nie wiadomo, bo styl Rolleczek często zachwyca sporą dozą ironii, którą, ma się rozumieć, uwielbiam. Muszę dodać jeszcze, że powieść została cudownie zilustrowana przez Teresę Wilbik.

W ramach "Uroczych wakacji z powieściami Natalii Rolleczek" o Kubie znad Morza Emskiego pisali też Zacofany w Lekturze oraz sama inicjatorka

Moja ocena: 5/6

Natalia Rolleczek, Kuba znad Morza Emskiego, 432 str., Nasza Księgarnia Warszawa 1983.

środa, 5 września 2018

"Legia to jest potęga" Dariusz Tuzimek


Nie jesteśmy fanami Legii, właściwie nie jesteśmy fanami żadnego polskiego klubu, mój syn jednak bardzo lubi piłkę nożną i ta książka wydała mi się być idealna, by zapoznać go z polskim futbolem. I dobrze mi się wydawało, ponieważ Dariusz Tuzimek z pasją i swadą opowiada o fascynacji Legią i polską piłką nożną.


Narracja książki to rozmowa ojca z synem Antkiem oraz Aigelem - starym szalikiem w barwach Legii. Tata rozpoczyna swoją opowieść od wspomnień rodzinnych o wspólnych codziennych meczach oraz o skarbach, jakie zbierał w dzieciństwie. Są to między innymi pamiątki związane z piłką nożną, które staną się przyczynkiem do opowieści o historii klubu Legia Warszawa.


Tuzimek w trzynastu rozdziałach opowiada o powstaniu klubu, o strojach piłkarzy, o najważniejszych postaciach związanych z klubem, o sukcesach, porażkach i wreszcie o kibicach.


To książka pełna kolorów, statystyk, informacji, zdjęć i pasjonujących historii. Dzięki niej mój syn dowiedział się o tak słynnych postaciach polskiego futbolu jak Kazimierz Deyna czy Kazimierz Górski. Myślę, że dla polskiego czytelnika tych nowości będzie mniej, ale dla nas to było odkrywanie nowego świata. Do tego w tak atrakcyjnej formie. 


Czytałam wprawdzie tę książkę synowi na głos, ale sam z chęcią analizował podpisy pod zdjęciami, szukał różnic między koszulkami, porównywał fotografie. Ta książka łączy w sobie bowiem ciekawą fabułę z leksykonem. Powiedziałabym nawet, że to jest leksykon dla dzieci.

Polecam wszystkim fanom futbolu!

Dariusz Tuzimek, Legia to jest potęga, 192 str., Egmont 2017.

poniedziałek, 3 września 2018

"Die Sprachen der Welt. Geschichte, Fakten, Geheimnisse" Hans Joachim Störig


Tę książkę kupiłam już jakiś czas temu, wtedy poszukiwałam czegoś popularno-naukowego o językach Azji Południowo-Wschodniej. Nie znalazłszy niczego, co by mnie usatysfakcjonowało, zaopatrzyłam się w tę, ciekawie się zapowiadającą lekturę. I w zasadzie był to całkiem dobry zakup.

Autor bardzo szeroko zakreślił obszar swych wywodów, dzieląc książkę aż na czternaście rozdziałów, koncentrując się jednak na językach europejskich przede wszystkim. Przytaczane na ten temat fakty nie były dla mnie nowością, ale Störig świetnie wszystko systematyzuje oraz umiejscawia w szeroko zakrojonym zarysie historycznym. Poczynając od najstarszych języków oraz uwieńczonych sukcesem lub porażką prób ich odczytania, autor prowadzi czytelnika przez zawiłości języków indoeuropejskich. Na pierwszy rzut oka nie są to informacje, które byłyby dla filologa nowością, ale niektóre z języków są potraktowane na tyle wyczerpująco, że faktycznie dowiedziałam się wiele nowego. Störig sporo miejsca poświęca łacinie i grece i właśnie o tym ostatnim języku, szczególnie jego współczesnej wersji dowiedziałam się sporo nowego. Autor następnie przechodzi do głównych rodzin językowych w Europie - niestety nie opisuje każdego języka na tyle dokładnie, by zaspokoić moją ciekawość, choć nie przeczę, że dowiedziałam się sporo nowego o takich językach jak rumuński, jidisz czy albański.

Dla mnie najciekawsza część książki zaczyna się od rozdziału poświęconego językom europejskim, które nie należą do indoeuropejskich. Potem już jest coraz bardziej interesująco. Autor opisuje rodziny językowe w Afryce, Azji, języki kreolskie, indiańskie itd.

Na koniec książki dzieli jeszcze języki według składni oraz poświęca sporo miejsca językom sztucznym. Nie zdawałam sobie sprawy, że esperanto miało tylu poprzedników!

Bardzo ciekawa i pouczająca lektura - dla pasjonatów języków z pewnością! Żałuję tylko, że autor nie poświęcił więcej miejsca językom spoza Europy - o tajskim znalazłam tylko kilka zdań. Zrozumiałe, że ze względu na objętość i ogólnikowość publikacji, musiał wybrać języki, o których napisze trochę więcej. Dzięki temu dowiedziałam się sporo o bahasa indonesia czy suahili.

Moja ocena: 4/6

Hans Joachim Störig, Die Sprachen der Welt. Geschichte, Fakten, Geheimnisse, 400 str., Anaconda Verlag 2012.

sobota, 1 września 2018

Stosikowe losowanie 9/18 - pary

Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 106 książek) - 89
Guciamal wybiera numer książki dla Niekonieczniepapierowych (w stosie 70 książek) - 6
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 1
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 15 książek) - 6
Mania czytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 213 książek) - 6