niedziela, 24 stycznia 2016

"Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka" Swietłana Aleksijewicz


Tożsamość, jej poszukiwanie, potrzeba identyfikacji z krajem i językiem - to tematyka, która od dawna mnie fascynuje i która, ku wielkiemu zaskoczeniu, dominuje w książce Aleksijewicz. Autorka stara się zrozumieć, a może właściwie ukazać istotę człowieka sowieckiego. Aleksijewicz zna zapewne fenomen homo sovieticusa z autopsji, rozumie jego problemy, nie zapomina jednak o czytelniku spoza rosyjskiego kręgu kulturowego - czytelnik radziecki (piszę świadomie radziecki, bo myślę tu o wszystkich były republikach ZSRR) odnajdzie tutaj swoje doświadczenia, pewnie nie raz pokiwa ze zrozumieniem głową, czasem porówna swój punkt widzenia z bohaterami reportażu, podobnie jak zrobiłabym to ja czytając książkę o PRL. Odbiorca zagraniczny znowu nie raz się zadziwi, a przede wszystkim lepiej zrozumie sytuację w ZSRR i Rosji po pieriestrojce. Niejeden zapewne zamarnie w przerażeniu - nie ukrywam, że mnie wiele razy odebrało mowę, a ikilka razy miałam wilgotne oczy. Ze wstydem muszę przyznać, że zupełnie wyparłam z pamięci okres przemian radzieckich, umknęło mi wiele szczegółów, a o niektórych faktach nawet nie wiedziałam. Aleksijewicz zainspirowała mnie do przypomnienia sobie przebiegu tamtych wydarzeń. Powracają one niemal w każdej opowieści, stanowią przecież cezurę w życiu każdego z rozmówców. Ta zmiana była tak fundamentalna, że pokusiłabym się o stwierdzenie, iż stanowiła traumatyczne przeżycie dla wielu z nich.

Człowiek radziecki to ktoś, kto wyrósł w czasach po Rewolucji Październikowej, osoba oddana krajowi, idei, socjalizmowi. Homo sovieticus nie kwestionuje decyzji państwowych, nie koncentruje się na dobru prywatnym, żyje dla ojczyzny i gotowy jest w każdej chwili poświęcić swoje życie. Niewyobrażalnym dla mnie jest, jak dalece można było przekonać niezwykle zróżnicowany kulturowo naród o tym, jak nieistotna jest wartość pojedynczgeo życia. A może było to właśnie dlatego możliwe, że mówimy tu o bardzo rozległym państwie?
Aleksijewicz bada co stało się z ludźmi po pieriestrojce i dochodzi do wniosku, że większość z nich nie potrafiła się dostosować do nowego życia. Ludzie stracili swoją tożsamość. Idee, dla których żyli okazały się być nic nie warte i śmieszne, świat, który ich otaczał diametralnie się zmienił. W Czasach secondhand najbardziej uderza rozpacz jednostki, która jest zagubiona, nie rozumie świata i nie poatrafi się do niego dostosować. To przeważnie starsze osoby, zostawione same sobie, wyobcowane, często wyśmiewane. To także ludzie, którzy przeżyli piekło w gułagach i nadal wierzą w ideę socjalizmu oraz ludzie, którzy stracili wiarę w cokolwiek. 

Ta książka epatuje rozpaczą i samotnością. Rosyjski świat zmienił się do tego stopnia, że rodzic nie rozumie dziecka. Raczkujący i brutalny kapitalizm, pogoń za pieniądzem, imanie się jakiegokolwiek sposobu na zarobek decyduje o bycie. Kultura, rozmowy i wspólnota straciły na wartości. Człowiek radziecki jest przerażony tym, co się stało ze społeczeństwiem, nie potrafi wskrzesać w sobie przedsiębiorczości i najczęściej klepie biedę. Nowy porządek budzi sentyment za starym i znanym, oswojonym. Socjalizm jawi się jako złote czasy, Stalin staje się wodzem, który potrafił ujarzmić ogrom rosyjskiego państwa. 

Sposób narracji Aleksijewicz poznałam podczas lektury Czarnobylskiej modlitwy. Także w tym reportażu nie pokazuje swojego zdania, jest przeźroczystym słuchaczem, pozwala swoim rozmócwom na długi monolog, jej postawa wydaje się wzbudzać zaufanie. Wielu rozmówców podejrzliwie bada jej reakcje, czeka na szyderstwo czy krytykę, gdy jednak zaczynają odczuwać w autorce akceptację, zdobywają się na szczerość.

Kolejna książka Białorusinki, która mnie emocjonalnie wyczerpała, ale równocześnie otwarła oczy. Lepiej rozumiem teraz zachowanie rosyjskich znajomych - ich ogromną dumę z ojczyzny przede wszystkim. 

Moja ocena: 4/6

Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, tł. Jerzy Czech, 512 str., Wydawnictwo Czarne.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Podsumowanie roku 2015

Uwielbiam podsumowania, potrzebuję jednak ciszy i spokoju, by przemyśleć mój rok, podliczyć książki, spojrzeć na nie z boku. Pod koniec roku trudno mi jednak znaleźć choćby chwilę na tę zadumę, bo jestem pod stałą okupacją dzieci. Jak zwykle więc z poślizgiem przedstawiam moją roczną statystykę.

Przeczytałam 77 książek, o kilka więcej niż w 2014, co mnie cieszy. Końcówka roku była tak słaba, że obawiałam się, że będzie ich o wiele mniej.

Okazało się, że podobnie jak w 2014, czytałam dużo polskiej literatury, po polsku i przeważnie papierowe książki. Jestem zadowolona, bo oznacza to, że czytałam książki z półki. Dużo rzadziej niż zazwyczaj zaglądałam do Niemiec i Islandii. A szczegółowo zestawienie wygląda tak:

Polska - 29 
Niemcy - 10
USA - 8
Wielka Brytania - 6
Francja - 3
Szwecja - 3
Islandia - 2
Norwegia - 2
Rosja - 2

Po jednej książce z Argentyny, Australii, Białorusi, Danii, Finlandii, Gujany, Indii, Izraela, Kuby, Rumunii, Ugandy oraz Urugwaju.

Także w tym roku odwiedziłam literacko wszystkie kontynenty, udało mi się także trafić do kilku krajów po raz pierwszy (Gujana, Białoruś, Izrael, Urugwaj).

Po polsku przeczytałam 50 książek, po niemiecku 23, a po angielsku i po śląsku po 2. Jestem zadowolona z tego wyniku, a w tym roku mam zamiar przeczytać choć jedną książkę w jeszcze jednym języku.

Autorkami 31 książek były kobiety, 42 mężczyźni, 2 zostały napisane przez męski duet, jedna przez duet mieszany, a jeszcze jedna przez dwie kobiety. 

Wysłuchałam 16 audiobooków, 21 książek było e-bookami, a 40 z nich to tradycyjne wydania, przeważnie ze stosu. 

Z wyzwaniami radziłam sobie średnio. Przeczytałam tylko dwie książki napisane przez noblistów. Ale za to udało mi się zrobić porządki na stosownym blogu, bo okazało się, że bardzo wielu uczestników zrezygnowało z udziału. Jeśli ktoś z was ma ochotę dołączyć, bardzo serdecznie zapraszam:

http://projektnoblisci.blogspot.pt/

Podobnie było w przypadku Emila Zoli - tylko dwa razy sięgałam po książki związane z wyzwaniem: raz po biografię, a raz po niewielką nowelę Francuza. Bardzo zachęcam was do dołączenia do nas. Wielu blogowiczów deklaruje powrót do klasyki, więc może warto zacząć od Zoli?

http://czytamyzole.blogspot.pt/

I w końcu wyzwanie południowoamerykańskie. W tym roku byłam dwa razy w Argentynie oraz w Gujanie i Urugwaju. Poza tym przeczytałam jedną książkę podróżniczą, której akcja rozgrywa się w Ameryce Południowej. Latem zabrałam się za porządne poszukiwania i już mam na półce książki do prawie wszystkich brakujących krajów, więc powinnam w tym roku zakończyć to wyzwanie. 

http://literacka-amerykapoludniowa.blogspot.pt/

Nadal bardzo sympatyzuję z wyzwaniem Czytamy książki nieoczywiste, które ostatnio dorobiło się nawet wydarzenia na Fejsbuku. 

http://setna-strona.blogspot.pt/2016/01/czytamy-ksiazki-nieoczywiste.html

I najtrudniejsza część podsumowania, czyli książki, które wywarły na mnie w ubiegłym roku największe wrażenie, kolejność przypadkowa:


Zaskakujące, ale przeglądając spis książek, po prostu wypisywałam tytuły i całkiem przypadkowo trafiłam w dziesiątkę. Nic więc już nie zmieniam, choć dobrych książek było więcej. Wśród tej dziesiątki jest pięć książek, które szczególnie mnie poruszyły. To przede wszystkim Zorkownia - najtrudniejsza, najcięższa książka, jaką kiedykolwiek czytałam, wylałam przy niej sporo łez; Kieszonkowy atlas kobiet - wstrząsnął mną, uświadomił, że dałam się wepchnąć w pewien schemat, sfrustrował i pewnie zmusi do zmian w życiu; Dom Róży - bo Islandia jest mi bliska, bo kocham styl Klimko-Dobrzanieckiego; Samotność Portugalczyka - wspaniała książka dla mnie, świeżej nadal mieszkanki Portugalii, błagam wydawnictwo o przekład na portugalski i wreszcie Beksińscy - po prostu za całokształt. 
Na wschód od Edenu zachwyciło mnie rozmachem, konotacjami i powiązaniami; Komisorz Hanusik tym, że tak świetnie można pisać po śląsku i to kryminał, że w ogóle można pisać po śląsku; Stalowe anioły nad Yari znalazły się w tym zestawieniu, bo podchodzę do tej książki emocjonalnie, ma dla mnie znaczenie, powiedzmy, sentymentalne i w końcu kryminał Friedricha Ani za odmienność i metafizyczny wymiar.

Rok temu cieszyłam się z 400 polubień na Fejsbuku, w tym roku jest ich ponad 600. Wygląda na to, że przybywa ich o 200 rocznie. Mała rzecz, a cieszy :)

Planów czytelniczych na 2016 mam niewiele - przede wszystkim czytać, chciałabym przeczytać więcej niż te 77 książek, bo wiem, że mogę, że marnuję czas na internety, a tyle wspaniałych książek czeka na półce. Jak pisałam wyżej, koniecznie chcę zakończyć wyzwanie południowoamerykańskie oraz przeczytać choć kilku noblistów, których książki już czekają na kindle. Fajnie by było, gdyby udało mi się przeczytać choć dwie-trzy książki Zoli. Jak będzie, zobaczymy?

Wam, drodzy czytelnicy, dziękuję za wizyty, komentarze i miłe słowa. Życzę wam wielu literackich przeżyć w tym roku!

niedziela, 3 stycznia 2016

Statystyka grudzień 2015

Przeczytane książki: 8

Ilość stron: 1853

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego:1
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę:1
Książki w ramach wyzwania Czytamy książki nieoczywiste:1

Ilość książek w stosie: 95

"Jak być rodzicem, jakim zawsze chciałeś być" Adele Faber, Elaine Mazlish


Dwie książki Faber i Mazlish stoją na mojej półce. Czytałam je dawno, bardzo odpowiadała mi idea wychowania autorek, niestety tłumaczenie zniechęciło mnie na tyle, że rzadko do nich wracałam. Ostatnio jednak moje dzieci tak mi dały popalić, wszystkie metody zawiodły, a ja doszłam do wniosku, że poniosłam ostateczną klęskę pedagogiczno-wychowawczą, że nie mam szans, przegrałam tę nierówną walkę, wychowałam dwa potwory, które tłuką się dzień i noc, wyją maaaamaaaa we wszystkich tonacjach i potrafią się pokłócić w ciągu dziesięciu sekund od opuszczenia domu. Jednym słowem, a właściwie kilkoma - dno, muł i wodorosty, kaplica i Armaggedon. Wobec tego, że ostatnią niewypróbowaną metodą był słynny klaps, (jestem zagorzałą pacyfistką i przeciwniczką przemocy, a poza tym lać Dziesięciolatkę? Serio?), a konsultacje z innymi rodzicami przekonały mnie (choć nie do końca!), że ich dzieci zachowują się tak samo (serio, te dwie dobrze wychowane, uprzejme dziewczynki???) doszłam do wniosku, że nie pozostaje mi nic innego, tylko wrócić do książek. Krótki research i zorientowałam się, że Faber i Mazlish napisały kolejne książki. Na początek zdecydowałam się na Jak być rodzicem, jakim zawsze chciałeś być, choć przyznam, że Rodzeństwo bez rywalizacji mnie kusiło, ale doszłam do wniosku, że to stan nieosiągalny, a tytuł musi być marketingowym chwytem.

Tę książkę na pewno warto mieć w wersji papierowej, ze względu na ćwiczenia i płytę. Na czytniku efekt pewnie jest częściowy, choć dla mnie wystarczający, bo nie przepadam za pisaniem po książce i robieniem ćwiczeń. Czytam już prawie miesiąc, odkładam, wypróbowywuję i dalej czytam. Na początku byłam sceptyczna, bo opisywane strategie i sposoby komunikacji wydawały mi się być bardziej odpowiednie dla młodszych dzieci i obawiałam się, że Dziesięciolatka mnie wyśmieje, ale ku mojemu zdumieniu widać było efekty. Największym problemem jest popadanie w stare nawyki i nie pilnowanie wypracowanych zasad. Zakładam, że teraz nie jest najlepszy czas na ich wprowadzanie, bo okres świąteczny to czas ogólnego rozpasania. Są ferie, jestem z dziećmi 24/24, co negatywnie wpływa na moje pokłady cierpliwości, spędzamy dni bardziej na luzie, a dzieci mają dużo więcej czasu na konflikty, bo poniekąd są skazane na siebie. 

Nadal jestem przekonana, że strategie Faber i Mazlish są dobre, przede wszystkim korespondują z moim wyobrażaniem wychowania (nawet jeśli pada ono regularnie w gruzy). Bardzo podobnych metod uczyłam się wiele lat temu na kursie dla rodziców w Niemczech - (ciekawostka - sponsorowanym przez ministerstwo), którego celem było m. in. obniżenie poziomu przemocy w rodzinie.

Niechętnie nazywam rady autorek metodą, bo to żaden kolejny cudowny środek. Stawiają one na komunikację opartą na respekcie, wzajemnym szacunku, rozumieją wyczerpanie, rozczarowanie i niecierpliwość rodziców i przede wszystkim radzą jak zachowywać się w takich momentach. Ich wskazówki nie odnoszą się tylko do dzieci, warto stosować je w życiu codziennym czy w pracy - pewna jestem, że w ten sposób można wypracować zdrowsze stosunki międzyludzkie.

Czym więc różni się ta książka od tych, które już mam? Przede wszystkim językiem - tłumaczenie jest o wiele lepsze. Po drugie strukturą - zamierzeniem autorek było stworzenie praktycznego kompedium wszystkich sytuacji, które opisywały bardziej wyczerpująco w pozostałych książkach. To bardziej apteczka pierwszej pomocy dla rodziców, którzy już wiedzą o co w ich metodzie chodzi, ale (tak jak ja) popadają w stare nawyki albo na codzień zapominają o właściwej komunikacji.

Jestem zadowolona z lektury, na pewno będę do niej przez najbliższe, hmmm, 10? lat wracać i z chęcią sięgnę po Rodzeństwo bez rywalizacji i przekonam się czy to możliwe :)

Adele Faber, Elaine Mazlish, Jak być rodzicem, jakim zawsze chciałeś być, tł. Krzysztof Puławski, 108 str., Media Rodzina

sobota, 2 stycznia 2016

"Buxton Spice" Oonya Kempadoo


Długo szukałam powieści z Gujany i bardzo cieszę się, że trafiłam, między innymi dzięki temu blogowi, na tę książkę, a przede wszystkim, że odważyłam się na jej lekturę. Czytanie po angielsku nie sprawia mi problemów ale szybciej czytam po niemiecku czy po polsku więc zawsze mam opory przed perspektywą wolniejszej lektury. Dobrze, że nie wiedziałam wcześniej, że Kempadoo wplata bardzo dużo kreolskiego dialektu, praktycznie wszystkie dialogi są tak napisane. Na szczęście liznęłam jamajskiego patois i dzięki temu w ogóle byłam w stanie tę książkę zrozumieć. Z zasady nie sprawdzam nie znanych mi słów w słowniku tylko staram się zrozumieć je z kontekstu, wiem, że ciągłe korzystanie ze słownika zniechęca, spowalnia lekturę, a w końcu frustruje. 

Spójrzcie na tę piękną okładkę, jej kolory są tak soczyste jak proza Kempadoo i życie Luli - nastolatki z Tamarind Grove. Lula, jej siostra i córki sąsiadów tworzą zgraną paczkę - wszystkie są w podobnym wieku, stoją u progu dojrzewania, podejrzliwe obserwują swoje dojrzewające i budzące się ciała, obserwują pulsujące od seksu życie ale także polityczne wydarzenia oraz zamieszki na tle rasowym, jakie mają miejsce w Gujanie. Życie dziewczyn jest beztroskie - wspinają się na drzewa, plotkują, podglądają, komentują wioskowe życie, które w wielu aspektach tak bardzo różni się od domu Luli. Jej rodzice prowadzą szkołę, produkują z soi tofu, a także mają inne poglądy na wychowanie dzieci, np. nie biją ich, co dla sąsiadów graniczy z dziwactwem.

Autorka delikatnie i bardzo plastycznie opisuje budzącą się seksualność Luli - jej niepewność, rozmowy z przyjaciółkami, obserwacje i w końcu odkrywanie ciała i pierwsze doznania. Podobnie przedstawia przyrodę Gujany - pełną roślin, wody, drzew. Jednym z nich jest tytułowy mangowiec, który oplata swoją ogromną koroną dom Luli i jest niemym świadkiem jej przeżyć. Z taką samą obojętnością spogląda na gwałt, zamieszki, morderstwo jak i na radość i szczęście. Lula, która zapamiętale wspina się na drzewa i kocha przyrodę, nienawidzi za to mangowca. 

Bardzo lubię tak egzotyczne książki, które wprowadzają mnie w nieznany świat. Autorka godna uwagi!

Moja ocena: 5/6

Oonya Kempadoo, Buxton Spice, 170 str., Dutton 1999.

Stosikowe losowanie 1/16 - pary

Guciamal wybiera numer książki dla Anne18 (w stosie 16 książek) - 11
Anne18 wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 602 książki) - 516
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 7 książek) -
Maniaczytania wybiera numer książki dla Agnieszki (w stosie 18 książek) - 9
Agnieszka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 898 książek) - 
ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 228 książek) - 199
Anna wybier numer książki dla Gucimal (w stosie 105 książek) -

Kochani proszę was przejrzyjcie zakładkę stosikowe losowanie, także poprzednie lata i dajcie mi znać, czy brakuje linków do recenzji, czy może zrezygnowaliście z lektury niektórych książek. Byłabym wdzięczna za feedback do wszystkich brakujących linków, bo chciałabym w najbliższym czasie je uporządkować. 

czwartek, 31 grudnia 2015

Podsumowanie stosikowego losowania 2015

Styczeń

Anna: Kate Morton "Dom w Riverton"
Guciamal: Julia Frey "Toulouse-Lautrec. Biografia"
Marianna: Mircea Cartarescu "Travesti"
Karto_flana: Janusz Głowacki "Jak być kochanym"
ZwL: Janusz Zajdel "Paradyzja"
Bujaczek: Magda Kordel "Wymarzony czas"
Maniaczytania: Joanne K. Rowling "Harry Potter"

Luty

Anna: Karin Fossum "Oko Ewy"
Bujaczek: Abbi Glines "Przypadkowe szczęście"
Maniaczytania: Fleszerowa-Muskat "Pod jednym dachem"
Guciamal: Norbert Hugede "Savonarola i Florentyńczycy"
ZwL: Karin Wahlberg "Szpital" - przerwana
Marianna: Angela Carter "Love"

Marzec

Iza: Tadeusz Dołęga-Mostowicz "Braca Dalcz i s-ka"
Anna: Ian McEwan "Pokuta"
Guciamal: Helena Modrzejewska "Artykuły, referaty, wywiady, varia"
Marianna: Jed Rubenfeld "The interpretation of murder"
ZwL: Wiktor Hugo "Ostatni dzień skazańca"
Bujaczek: Joanna Sałyga "Chustka"
Anne18: Rebecca Donovan "Oddychając z trudem"

Kwiecień

Anna: Halina Suwała "Emil Zola"
Guciamal: Sándor Márai "Pierwsza miłość"
Marianna: Iwan Turgieniew "Zapiski myśliwego" - przerwana
Bujaczek: "Demonolog"
ZwL: Julia Frey "Biografia Toulouse-Lautreca"

Maj

Anna: Ryszard Kapuściński "Czarne gwiazdy"
ZwL: Scott Fitzgerald "Listy do córki"
Marianna: Wojciech Jagielski "Trębacz z Tembisy"
Guciamal: Alan Riding "A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu"

Czerwiec

Anna: Ursula Krechel "Landgericht"
ZwL: "Dramaty" Gabriela Zapolska
Marianna: Barbara Kingsolver "Poisonwood Bible"
Guciamal: Zbigniew Herbert "Labirynt nad morzem"
Bujaczek: "Samotność ma twoje imię"
Karto_flana: Elisabeth Gilbert "Jedz, módl się i kochaj"

Lipiec

Anna: Wojciech Kuczok "Spiski. Przygody tatrzańskie"
Maniaczytania: Lucy Maud Montgomerry "Ania z Zielonego Wzgórza"
ZwL: Edith Wharton "Opowieści małżeńskie"
Guciamal: Joanna Chmielewska "(Nie)boszczyk mąż"
Marianna: China Miéville "The City and the City"

Sierpień

Guciamal: Guy de Maupassant "Historia pewnego życia"
Maniaczytania: William Golding "Władca much"
Anna: "Kapliczki i krzyże przydrożne w Polsce"
Marianna: "The Life and Times of Thunderbolt Kid" Bill Bryson

Wrzesień

Anna: Emile Zola "Brzuch Paryża"
Guciamal: Charles Nicholl "Leonardo da Vinci, Lot wyobraźni" 
ZwL: Henryk Makower "Pamiętnik z getta warszawskiego"
Marianna: Margaret Atwood "Kocie oko"
Maniaczytania: Z. Shalev "Mąż i żona"

Październik

Anna: Tomasz Piątek "Bagno" 
ZwL: Mika Waltari "Karin, córka Monsa"
Marianna: Per Olov Enquist "Wizyta królewskiego konsyliarza"
Maniaczytania: "Gra o tron"
Guciamal: "Wesele Figara"
Karto_flana:

Listopad

Anna: Ajahn Brahm "Meditation"
Guciamal: Janet Malcolm "Dwa życia"
Marianna: Aravind Adiga "Between teh Assassinations"
Maniaczytania:
Karto_flana:

Grudzień

Marianna: Daphne du Maurier "Rebecca"
Anna: Emil Zola "Herrn Chabres Kur"
ZwL: Józef Hen "Crimen"
Guciamal: Emil Zola "Zdobycz"
Karto_flana: Santa Montefiore "Ostatnia podróż Valentiny"
Maniaczytania:

wtorek, 29 grudnia 2015

"Gra na cudzym boisku" Aleksandra Marinina


Chciałam sięgnąć po coś lekkiego, co przyciągnie mnie znowu do czytania. Ferie szkolne jednak nie są najlepszym momentem na długie godziny z książką, nawet na pięć minut z książką nie są. Na szczęście Marinina ogromnych pokładów skupienia nie wymaga i sprawnie przeczytałam ten kryminał. Niestety dopiero po lekturze zorientowałam się, że na półce miałam wcześniejszy tom, a bardzo nie lubię czytać cykli nie po kolei, no ale trudno, stało się.

Anastazja Kamieńska wyjeżdża do sanatorium do pewnego Miasta, w którym wyjątkowo spokojnie się żyje. Pewien biznesmen ma pod sobą cały świat gospodarczy, administracyjny i przestępczy miasta. Dochodzą go jednak słuchy, że ktoś postanowił działać na jego terenie. Obiektem działań jest to samo luksusowe sanatorium, w którym leczy się, przy okazji tłumacząc powieść, Kamieńska. To właśnie tam kręcone są okrutne pornole oraz poszukiwane dziewczęta dla psychopatycznych bogaczy z innych krajów. Niestety pewnego dnia grupa filmowców traci kontrolę nad swoim biznesem i do akcji wkracza miejscowa policja. Śledczy, oczywiście mężczyźni, nie doceniają Anastazji, a wręcz odrzucają jej propozycję współpracy, co bardzo źle działa na ego kobiety. 

Niestety nie zapałałam sympatią do Kamieńskiej - nie odbieram jej sposobu bycia jako naturalnego, a słynne zdolności analityczne nie są widoczne. Kobieta wprawdzie zamyka się w pokoju i myśli, rozumuje i dochodzi do celnych wniosków ale wyjaśnienie jej toku dochodzenia było moim zdaniem dość marne. Zakładam, że albo zbyt pobieżnie czytałam lub za wiele razy zmuszona byłam przerwać lekturę, bo w efekcie niespecjalnie dla mnie widoczna była błyskotliwość analizy policjantki. Niemniej moje założenia zostały spełnione - lektura była lekka i dość przyjemna. Na półce mam jeszcze dwa kryminały Marininy, więc na pewno nie było to moje ostatnie spotkanie z Rosjanką.

Moja ocena: 3/6

Aleksandra Marinina, Gra na cudzym boisku, tł. Ewa Rojewska-Olejarczuk, 271 str., WAB 2005.

sobota, 26 grudnia 2015

"Cuando fumar era un placer" Cristina Peri Rossi

 
W poszukiwaniu literatury urugwajskiej trafiłam na Cristinę Peri Rossi i jej niewielką książkę o papierosie. Tak, właśnie papieros jest głównym bohaterem tej powieści. Peri Rossi opisuje rolę papierosa w swoim życiu - od pierwszego spotkania, poprzez czterdziestoletnią przyjaźń, aż po wymuszony koniec. Opis jej słodko-gorzkiej miłości jest przyczynkiem do opisania historii tej używki, przybycia tabaki do Europy czy mitu Cigarerras - kobiet pracujących w sewillskich fabrykach papiersów.

Autorka skrupulatnie opisuje zgubny wpływ nikotyny na zdrowie człowieka, wyraźnie stara się zachować obiektywizm, równocześnie jednak wskazując na kultową rolę papierosa, szczególnie wśród ludzi kultury. Poczynając od Hollywood, a kończąc na pisarzach ukazuje jak ważny jest papieros w procesie twórczym. To towarzysz podczas pisania, to główny bohater wielu najbardziej znanych scen filmowych, to w końcu nieodłączny element seksu - od uwodzenia do słynnego papierosa, wypalanego jako uwieńczenie orgazmu.

Autorka rzucając palenie podsumowała swoje życie, punktując wszystkie momenty, w których nieodłączny był dla niej papieros. Przy okazji szkicuje różnice między przyzwyczajeniem, a nałogiem. Niewyobrażalne było dla niej wartościowe w jej oczach życie bez papierosa. Stopniowe wychodzenie z nałogu ukazuje jej jednak zmiany w rutynie oraz natychmiastową niemal poprawę zdrowia, co nie przeszkadza jej ciągle tęsknić za papierosem. Nie jako używką, ale jako towarzyszem.

To nie jest poradnik o wychodzeniu z nałogu, to pean na cześć tabaki i jej społecznego znaczenia. Ciekawa opowieść, choć dla literatury urugwajskiej pewnie niezbyt reprezentatywna.

Moja ocena: 4/6

Cristina Peri Rossi, Die Zigarette. Leben mit einer verführerischen Geliebten, tł. Sabine Giersberg, 175 str., Diana Verlag 2006.

Stosikowe losowanie 1/16

Zapraszam do zgłaszania się do rundy styczniowej! Pary rozlosuję 1 stycznia, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

niedziela, 20 grudnia 2015

"Frywolitki czyli ostatnio przeczytałam książkę" Małgorzata Musierowicz

Siegając po Frywolitki, miałam nadzieję na sentymentalny powrót do dawnej Musierowicz. W tym celu jednak powinnam była sięgnąć po pierwsze tomy Jeżycjady, bo Frywolitki mnie wynudziły i przesłodziły. Pamiętałam jej felietony, publikowane chyba jeszcze w Filipince, które wtedy mi się podobały. Ten zbiór zawiera jednak teksty z Tygodnika Powszechnego, które z założenia miały zawierać informacje o ostatnio przeczytanych książkach, jednak Musierowicz często i chętnie odbiega od tematu, co samo w sobie nie musi być złe. Na pewno symaptyczne są bezpośrednie zwroty do czytelniczek, odwoływanie się do konkretnych listów - zakładam, że w ten sposób Musierowicz budowała z tym gronem ścisłą więź. Mnie wydały się one jednak infantylne i egzaltowane. 

Dygresje autorki dotyczą przede wszystkim najgorszego postrachu dzisiejszego świata, czyli telewizora - ołowianego oka i ryczącego pudła. Sama nie miałam telewizora przez wiele lat, a teraz mimo że mam, nie oglądam, ale daleko mi do fanatyzmu Musierowicz. Publikowane felietony pochodzą z lat 1994-97. Już wtedy autorka ubolewała nad marnością ramówki, beznadzieją programów i niskim poziomem całości. Obawiam się, że teraz brakuje jej już słów na diabelstwo wcielone jakie prezentowane jest w telewizji :) Naprawdę rozumiem krytykę, sama lubię ponarzekać na telewizję, ale gdy zaczyna ona przechodzić w fanatyzm, to robi się śmieszna i żenująca. 

Musierowicz nie stroni także od podkreślania jej katolicyzmu, fascynacji ogrodnictwem, peanów na cześć natury czyli wyraźnie wpada w trend, jaki dominuje w jej najnowszych książkach. Być może jej egzaltowany, pensjonarski czasem styl, podobałby mi się trzydzieści lat temu, teraz nudził, nawet wśród proponowanych przez nią lektur, nie znalazłam żadnych inspiracji. Polecam tylko zagorzałym fanom autorki.

Moja ocena: 3/6

Małgorzata Musierowicz, Frywolitki czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!, 237 str., Akapit Press 1997.

"Smak śmierci" Michael Tsokos, Andreas Gößling



Od dawna czekałam na kolejną książkę Tsokosa. Liczyłam na następny tom opowieści o przypadkach, z jakimi zetknął się w swoim życiu zawodowym. Tymczasem otrzymałam coś zupełnie innego. Tsokos wraz z Andreasem Gößlingiem stworzył thriller/kryminał, korzystając ponownie z doświadczeń zawodowych i wplatając podobno autentyczne wątki.

W centrum akcji stoi Fred Abel, medyk sądowy, który pracuje dla Wydziału Kryminalnego berlińskiej policji. Ze względu na to miejsce pracy nie zajmuje się tylko sekcjami zwłok czy obdukcjami, ma często czynny udział w śledztwie. Czasami czyni to na własną rekę, tak jak w opisanym przypadku.
W Berlinie zostaje zamordowana starsza kobieta. Morderca zakradł się za nią, gdy wracała z zakupów do swojego pokoju w domu spokojnej starości. Uwagę śledzczych zwraca nietypowy napis wycięty na jej ciele. A uwagę Abla fakt, że podejrzany jest jego starym kumplem z wojska. Aresztowany Lars jest ciemnoskórym Niemcem, ojcem umierającej na raka dziewczynki, samotnikiem, chodzącym swoimi ścieżkami. Na jego niekorzyść przemawia też fakt, że na koncie ma już kary za pobicia. W oczach komisarza prowadzacego śledztwo wszystko się zgadza, Fred jednak ma inne przeczucia. Podczas wizyty w areszcie utwierdza się w przekonaniu o niewinności Larsa oraz obiecuje mu pomoc. Lars musi jak najprędzej opuścić więzienie, by spełnić ostatnie życzenie umierającej córki.

Gdy okazuje się, że kilka dni wcześniej w Londynie zostało popełnione podobne przestępstwo, Abel zaczyna powątpiewać w niewinność Larsa, który właśnie wtedy przebywał w angielskiej stolicy, gdzie rzekomo starał się o dobrze płatną pracę. Mimo to postanawia dowieść niewonności kumpla i umożliwić mu pożegnanie się z córką.

Starsza kobieta zamordowana w Londynie, podobnie jak berlińska ofiara, mieszkała w pobliżu lotniska, a jej ciało zostało ozdobione takim samym napisem. Akcja powieści rozwija się lawinowo. Abel kontaktuje się ze znajomymi medykami sądowymi w Europie, by dowiedzieć się, czy nie są im znane morderstwa o podobnym schemacie. Po krótkim pobycie w stolicy Wielkiej Brytanii, wyrusza do Bari - wszystko wskazuje, że to kolejna stacja poszukiwanego.

Jak na słynnego i znanego specjalistę przystało, Abel ma szerokie znajomości i kontakty, także w Bari w nieskomplikowany sposób otrzymuje potrzebne informacje, równocześniej korzystając ze wskazówek znajomego profilera z Berlina. Zdradzę wam, że pogoń za psychopatycznym mordercą nie zakończy się we Włoszech.

Równocześnie Tsokos i Gößling kreują Abla na bohatera cyklu. Poznajemy więc jego życie prywatne - związany z cenioną prawniczką, bezdzietny, właśnie stracił matkę, którą od wielu lat zajmowała się jego starsza siostra. Fred ma wobec niej dług wdzięczności, ponieważ to właśnie ona przejęła nad nim opiekę, gdy zachorowała matka. Jej śmierć poróżni rodzeństwo i to właśnie jest największą bolączką Abla. Ale to nie wszystko, do Abla wrócą inne wydarzenia z przeszłości, zarówno te negatywne, jak i te pozytywne.

Nie jestem całkiem przekonana do nowego projketu Tsokosa. Bardzo dobre są fragmenty, bazujące na jego doświadczeniu zawodowym - wiele tu szczegółów, dotyczących pracy patologa, procedur śledczych i sądowych. Ciekawe są opisy działania mordercy, jego portret psychologiczny oraz umotywowanie zachowania. Widać, że autor korzysta z wiedzy i dogłębnie zna tę tematykę. Sama akcja jest wartka ale czułam się przytłoczona informacjami, szczegółami oraz dokładnym opisem licznych postaci. Mam wrażenie, że autorzy mieli mnóstwo pomysłów i chcieli upchnąć wszystkie w jednej książce.
Mimo to książka mi się podobała, bardzo dobrze mi się jej słuchało. Wpływ na mój odbiór na pewno miał lektor, mój ulubiony, Simon Jäger, podejrzewam, że nawet najgorszy gniot w jego wykonaniu by mnie zachwycił!

Moja ocena: 4/6

Michael Tsokos, Andreas Gößling, Zerschunden, 432 str., czyt. Simon Jäger, Drömer-Knaur.

niedziela, 6 grudnia 2015

"Les Coquillages de M. Chabre" Émile Zola




Tę nowelę Zoli czytałam już dawno, w wersji papierowej. Jakiś czas temu zaopatrzyłam się w e-booka, by przypomnieć ją sobie w ramach wyzwania Czytamy Zolę. Zlitował się nad tą nowelką Zacofany w Lekturze i wybrał mi ją w stosikowym losowaniu. I bardzo się cieszę, bo mimo że dobrze pamiętałam jej treść, z przyjemnością przeczytałam ją ponownie. Zdążyłam już (niestety) zapomnieć jak wspaniałe jest pióro Zoli.

Monsieur Chabre mógłby wieść życie spełnionego czterdziestolatka - dorobił się niezłej fortunki, a niedawno poślubił młodziutką i prześliczną Stellę. Niestety nie może doczekać się potomka. Wszystkie sposoby zawodzą, a Stella wyraźnie daje do zroumienia, że wina musi leżeć po jego stronie. Ta tryskająca zdrowiem i urodą, nie stroniąca od sportu i aktywności młoda kobieta nie może być przecież bezpłodna. Lekarz pana Chabre radzi spożywanie owoców morza. Pacjent bierze sobie tę radę do serca i wyjeżdża z żoną nad morze, by żywić się mimo swojej odrazy różnorakimi muszlami, krewetkami i innymi morskimi żyjątkami. Stella rozkoszuje się morskim powietrzem, krajobrazami i kąpielami w morzu, pan Chabre natomiast tego wszystkiego nie znosi. W pełnym rynsztunku i z ponurą miną chadza jednak z żoną na plażę i obserwuje jej poczynania w wodzie. Para poznaje miejscowego rektora, Hectora Larivière, przystojnego młodego mężczyznę, który od razu zyskuje sobie sympatię pana Chabre. Także Stella z przyjemnością spędza z nim czas, jej sympatia jednak jest nieco innego rodzaju, a przede wszystkim zostaje odwzajemniona. Zola określa Hectora jako młodego, niedoświadczonego i wciąż niewinnego człowieka. Mimo to jest on zdolny do wyrafinowanej gry niedomówień, w którą wciąga Stellę i która zaprowadzi oboje do odciętej przypływem jaskini. Dobroduszny pan Chabre niczego nie zauważa, cieszy się wręcz, że jego skłonna do przygód żona ma towarzysza, a on sam nie musi brodzić w wodzie i deptać po tym ohdynym, mokrym piachu.
Kilkudniowy urlop nad morzem zostaje zwieńczony sukcesem, a pan Chabre nie posiada się z wdzięczności wobec swojego lekarza.

Soczysta proza, przepiękne opisy, delikatna ironia - niezmiernie ucieszyła mnie ta lektura!

Moja ocena: 5/6

Emile Zola, Herrn Chabres Kur, 39 str.

sobota, 5 grudnia 2015

"Kobieta w 1000° C" Hallgrímur Helgason


Rozpoczynając lekturę tej książki nastawiałam się na przyjemną rozrywkę, ironiczny język i wartką akcję. Hallgrímur przekonał mnie do siebie już raz, więc dałam się skusić promocji Znaku. Oh, jak srogo się rozczarowałam. Ostatecznie czytałam tę książkę miesiąc i to w dwóch językach. 

Samo założenie historii jest świetne - autor opowiada o życiu blisko osiemdziesięciolatki, która wegetuje w garażu, czekając na śmierć i podszywając się pod różne, dużo młodsze, osoby w Internecie. Herra czyli Herbjörg María jest bezczelna, złośliwa, ma cięty język i niczego się nie wstydzi. Tak samo opowiada o swoim życiu. Zza ironii i sarkazmu wyzierają jednak potwornie traumatyczne przeżycia, smutek i samotność. W pierwszym odruchu czytelnik chce się śmiać, ale to będzie tylko śmiech przez łzy. Herra niewątpliwie nie była dobrą matką, ale na samotne leżenie w garażu raczej nikt nie zasłużył. Hallgrímur przedstawiając życie Herry, prowadzi przez meandry dwudziestowiecznej historii Europy, zdominowanej przez II wojnę światową. Herra tuła się po Niemczech i Polsce, ciągle w rozterce między ojcem-nazistą i matką. Równocześnie Helgason przedstawia rodzącą się niepodległość Islandii - dziadek Herry będzie pierwszym prezydentem. Etapy islandzkie to przyczynek do wyśmiania przywar Islandczyków. Helgason bez pardonu punktuje negatywne cechy rodaków i swojej ojczyzny, co mnie akurat bardzo się podobało. Lubię jego zmysł obserwacji oraz cięty język.

Dlaczego więc napisałam, że lektura mnie rozczarowała. Przyzwyczajona do rzutkiego języka Helgasona, przecierałam oczy ze zdumienia podczas czytania. Drętwe, czasem niezrozumiałe zdania, okropne dialogi, nudna proza - to nie był Helgason, jakiego znam. Przy czym od początku wiedziałam, że książka jest tłumaczona, o zgrozo, z niemieckiego. Wolałabym jednak nie mieć tej świadomości, bo czytając, widziałam przed oczami niemieckie zdania. Moja rozpacz osiągnęła dno, gdy trafiłam na fragment (już na 33 stronie), gdzie Herra mówi o swoich trzech mężach, którzy wszyscy mieli na imię Jón:

"Dla wygody nazwałam ich Vorjón, Mittjón i Nachjón, czyli kolejno Jón Pierwszy, Jón Środkowy i Jón Ostatni."

Domyślacie się już? Vorjón, Mittjón i Nachjón to niemieckie tłumaczenie islandzkiego: Forjón, Midjón i Síðjón. Czyli tłumaczka pozostawiła w swoim przekładzie cytat z przekładu niemieckiego. Nie wiem jak wy to widzicie, ale dla mnie to skandal! Nie wierzę, że nie zrobiła tego świadomie, przecież musiała wiedzieć, że po islandzku to zdanie brzmiało inaczej! 
Kolejnym skandalem jest, że ta Kobieta w 1000 C, którą możecie przeczytać jest niepełna. Autorka tego bloga przeprowadziła na ten temat śledztwo. Ja śledztwa prowadzić nie musiałam, bo pośrednio znam niemieckiego tłumacza i krótki mail wystarczył, by wyjaśnić, że prawdziwa jest wersja druga. Helgason pisał tę powieść w pośpiechu i we współpracy z niemieckim lektorem i tłumaczem stworzył skróconą wersją, by mogła ukazać się przed Targami Książki we Frankfurcie, na których w 2011 roku Islandia była honorowym gościem. 
Wydawnictwo Znak dotąd ceniłam i zastanawiam się co poszło nie tak przy pracy nad tą książką.

Byłam tak zdegustowana lekturą, że po 1/3 książki, zaopatrzyłam się w niemiecką wersję i tylko dlatego ukończyłam czytanie. Niestety straciłam zapał i serce do Kobiety i na dobrą sprawę, wymęczyłam ją do końca tylko dlatego, by móc napisać tę notkę.

Moja ocena: 3/6 

Hallgrímur Helgason, Kobieta w 1000° C, tł. Alicja Rosenau, 421 str., Wydawnictwo Znak 2013.
Hallgrímur Helgason, Eine Frau bei 1000°, tł. Karl-Ludwig Wetzig, 400 str., Klett-Cotta Verlag 2012.

piątek, 4 grudnia 2015

Statystyka listopad 2015

Przeczytane książki: 2

Ilość stron: 992

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści:1
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 0
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0
Książki w ramach wyzwania Czytamy książki nieoczywiste: 0


Najlepsza książka: 

Ilość książek w stosie: 93

"Zwetschgendatschikomplott" Rita Falk



Z niewymowną przyjemnością wróciłam do serii o komisarze Eberhoferze Rity Falk. Poprzednie tomy bardzo mnie ubawiły, a interpretacja Christiana Tramitza jest wręcz mistrzowska. Jestem pewna, że gdybym czytała te książki, przyjemność z lektury byłaby zaledwie połowiczna. Nie jestem fanką Bawarii, co więcej mam nawet delikatne uprzedzenia wobec tej części Niemiec, a od dialektu bawarskiego, wolę berliński ale dzięki Ricie Falk i Christianowi Tramitzowi nabrałam do tego bundeslandu sentymentu, a tamtejsza gwara nabrała w moich usza ciepła i swojskości.

A co nowego u Franza Eberhofera? Po tym, jak nie doszło do ślubu z Susi, cała wioska, a zwłaszcza ukochana babcia patrzy na niego spode łba. Susi unika wszelkich kontaktów, a skołowany Franz próbuje wyciągnąć informacje od niej w wiejskim szynku lub od miejscowej plotakry. Zawodowo też ma pełne ręce roboty. Jego przyjaciel Rudi dokonuje makabrycznego odkrycia - na jego balkonie ląduje kruk z ludzkiem palcem w dziobie. Szybko udaje się odnaleźć pasujące do niego ciało - to młoda, prześliczna Azjatka, ubrana w bawarską suknię. Jako że w Monachium trwa Oktoberfest, policjanci początkowo sądzą, że to jedna z turystek, która z tej okazji przyjechała do Bawarii. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy odnalezione zostają ciała jeszcze dwóch młodych Azjatek.

Falk ponownie niezwykle sympatycznie i dowcipnie opisuje wioskowe życie (a w Niederkaltenkirchen wiele się dzieje - ma tam bowiem powstać hotel i mieszkańcy powołują komitet, który bez pardonu walczy o nie naruszanie wsi), śledztwo (Franz jak zwykle podchodzi do wszystkiego na pełnym luzie i ma czas na życie prywatne) oraz perypetie miłosne policjanta.

Już się nie mogę doczekać na wysłuchanie kolejnego tomu, na szczęście Rita Falk nie próżnuje!!

Moja ocena: 5/6

Rita Falk, Zwetschgendatschikomplott, czyt. Christian Tramitz, 272 str., Der Audio Verlag 2015.

wtorek, 1 grudnia 2015

Stosikowe losowanie 12/15 - pary

Marianna wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 105 książek) - 100
Karto_flana wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 102 książki) - 13
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie książki od 41 do 50) - 44
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 898 książek) - 123
Zwl wybiera numer książki dla Anny (w stosie 259 książek) - 234
Anna wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 116 książek) - 16