Proza autobiograficzna, rozprawienie się z poczuciem własnej nieśmiertelności, przewrócenie życia do góry nogami po granicznym doświadczeniu – to wszystko w literaturze już było. Grynberg pisze właśnie o tym i tworzy coś nowatorskiego, choć trudno na pierwszy rzut oka dostrzec, w czym ta nowatorskość się kryje. Autor ma zawał, ląduje na kardiologii, lekarze ratują mu życie, po szeregu szpitalnych doświadczeń wraca do dawnego życia – brzmi banalnie, ale nie w słowach Grynberga.
Jego proza zasadza się na krótkich scenach, wspaniałych portretach ludzi, których napotyka na swojej drodze i niebanalnej autorefleksji. Grynberg chronologicznie opowiada historię swojej choroby – od wezwania karetki pogotowia, wyjazdu do szpitala, zabiegu, pobytu w szpitalu po wyjście do domu, rehabilitację i życie po zawale. I właśnie w tych wszystkich miejscach trafia na przeróżnych ludzi – ratowników, lekarzy, pielęgniarki, rehabilitantki i współpacjentki i pacjentów. To pyszne historie o ludziach, którzy przeszli kilka zawałów, rutynowcach szpitalnych, o podjadaniu karpatki, kombinowaniu ze zdrowiem, stosunku do własnego życia. Te ludzkie obserwacje autor przeplata swoimi refleksjami, które jednak dalekie są od banału, a jego chęć klękania przed lekarzami w podzięce jest mi bardzo bliska i mocno rezonuje z moimi doświadczeniami. Szczerość Grynberga nie jest żenująca czy niewygodna lub egocentryczna, jest po prostu szczera – prosta, ujmująca. Porusza się on literacka na takim poziomie wrażliwości, który współgra z moimi, więc była to dla mnie książka idealna. Dobra, przeplatana humorem i autoironią, nie robiąca z memento mori dramatu ani prawdy objawionej.
Moja ocena: 5/6
Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem, 144 str., Wydawnictwo Agora 2025.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz