niedziela, 25 września 2016

"Kolacja z zabójcą" Aleksandra Marinina


To moje trzecie spotkanie z Marininą, niestety nie czytałam jej cyklu po kolei, czego bardzo żałuję, bo takiego braku chronologii bardzo nie lubię. Nawet nie wiem, jak do tego doszło, zapewne po prostu w takiej kolejności trafiały na moją półkę. Kolacja z zabójcą jest pierwszym tomem cyklu o Anastazji Kamieńskiej, z którego wreszcie się dowiedziałam jak ta niezwykle inteligentna kobieta trafiła do policji. Równocześnie po raz trzeci przekonałam się, że nie zaprzyjaźnię się ani z Kamieńską, ani ze stylem Marininy. Choć samemu stylowi nie mogę nic zarzucić, a po lekturze Theresy Monsour przywrócił mi wiarę w literaturę.

Pierwsza wielka sprawa Kamieńskiej to śledztwo w sprawie zabójstwa Iriny Fiłatowej - wybitnej badaczki, która zajmowała się tematyką korpucji w kryminologii. Wielu ze współpracowników podchodzi do zajęcia Anastazji sceptycznie, sądząc, że tylko siedzi w biurze i pije kawę. Tymczasem ona myśli, dedukuje i analizuje. Dzień rozpoczyna od tłumaczenia słów na wszelkie możliwe języki, biegle porusza się w zagadnieniach matematycznych i obdarzona jest magiczną wręcz intuicją. Jeśli nie myśli o rozwiązaniu przestępstwa, to nieustannie stwierdza jak beznadziejnie neutralny i szary jest jej wygląd i jak bez wyrazu jej twarz. Ten opis Kamieńskiej powtarza się w książce wielokrotnie. Jak widzicie nie mam ani krzty sympatii do Kamieńskiej, do tego jej postać jest w moim odczuciu mało spójna.

Sama intryga także mnie nie zachwyciła, do tego, ze wstydem muszę przyznać, ciężko mi zapamiętać imiona męskich bohaterów. Normalnie to mój konik i nigdy, przenigdy nie mam z tym problemów ale ci wszyscy Władimirowie Wasilijewicze i Aleksandrowie Jewgienijewicze mylą mi się na potęgę i co rusz musiałam wertować, by zweryfikować o kim mowa. Marinina wprowadziła ustępy rozmów zleceniodawcy i zabójcy, w których po pewnym czasie zaczęły występować imiona i otczestwa, więc dla zrozumienia akcji istotnym było dopasowanie powyższych do konkretnej osoby. Za każdym razem musiałam przerwać lekturę i analizować imina ojców poszczególnych panów.

Jednym słowem nie czuję rosyjskiego klimatu tych kryminałów i mam wrażenie, że w tych odczuciach jestem odosobniona. Niemniej mam jeszcze jedną książkę Marininy - za chińskiego boga nie mogę pojąć dlaczego kupiłam ich aż tyle - i zapewne przeczytam ją niebawem na zakończenia września z kryminałem.

Moja ocena: 3/6

Aleksandra Marinina, Kolacja z zabójcą, tł. Margarita Bartosik, 273 str., WAB 2007.

"Zimna krew" Theresa Monsour


Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nie dokończyć lektury kryminału. Książka Theresy Monsour jest jednak tak pasjonująca jak spis telefonów, a jej język na tyle toporny, że na stronie 45 książkę odłożyłam.

Samo zawiązanie akcji nie jest złe. Z wesela wraca podpita i nieszczególnie szczęśliwa druhna Bunny Pederson. Kobieta ma nieszczęście trafić na równie sfrustrowanego życiem Justice'a Tripa, który ją celowo śmiertelnie potrąca. Rozpoczynają się poszukiwania Bunny, w których udział bierze Justice. Równocześnie oglądająca telewizję Paris Murphy widzi informację o poszukiwaniach i rozpoznaje Justice'a. A właściwie nie rozpoznaje, potrzebuje niemal całego wieczoru, żeby sobie przypomnieć chłopaka, który chodził z nią do małej szkoły, był niezwykle dziwny, a ona się za nim wstawiała. Seriously? So long? Albo ta pani ma krótką pamięć, albo autorka musiała dopisać kilka stron, żeby ten pasjonujący rozdział objętościowo przestał przypominać szkolne wypracowanie. Pozostałe 45 stron to niezwykle zaskakujące retrospekcje, by ukazać jak straszne dzieciństwo miał Justice. 

Tę akcję może bym jeszcze łyknęła, gdyby nie język Monsour. A może tłumaczki? Gdy doszłam do tego fragmentu miarka się przelała:

"Była z nimi przez około rok, dopóki nie wpadła pod samochód pewnego jesiennego wieczoru, wracając ze sklepu do domu. Zostawiła tatę Tripa z tyłu, żeby zamknął. To było w ciemnej, bocznej uliczce."

Nie wiem jak wy, ale ja tego nawet nie rozumiem.

Moja ocena: 1/6

Theresa Monsour, Zimna krew, tł. Anna Łaskarzewska, 304 str., Wydawnictwo Aurum 2009.

piątek, 23 września 2016

"Leberkäsjunkie" Rita Falk


Z wielką przyjemnością wróciłam do Rity Falk, a przede wszystkim do Franza Eberhofera. Jako zagorzała fanka tej serii, jestem bezkrytyczna. Można Ritę Falk krytykować, bo faktycznie trudno utrzymać poziom przez tyle tomów. To, co jednym może się nie podobać, dla mnie jest zaletą. Autorka poyostaje w tej samej konwencji i nie rezygnuje z prześmiewczego stylu. Wiadomo przecież, że przypadki, którymi zajmuje się Franz są nieprawdopodobne, a właściwie ich nagromadzenie w Niederkaltenkirchen. Nie mówiąc już o sposobie pracy samego Franza.

Akcja tej książki kręci się, cóż za niespodzianka!, wokół jedzenia i prywatnych perypetii policjanta. Typowe bawarskie potrawy, których podstawą jest góra mięsa nie mają najlepszego wpływu na zdrowie Franza. Dieta warzywna natomiast nie ma najlepszego wpływu na siły witalne i humor Franza. A pracować trzeba - właśnie spłonął dom największej wioskowej plotkary. Ale na tym nie koniec, w domu znajduje się ciało młodej kobiety, która wynajmowała tam pokój. W Niederkaltenkirchen nadal mówi się o budowie hotelu, a zmarła lokatorka sondowała teren i nastroje we wiosce. Śledztwo należy więc prowadzić w wielu kierunkach, podejrzany jest niemal każdy. Głodny i zestresowany Franz prosi o pomoc Rudiego - najlepszego kumpla. Nie zapomnijmy jednak o Susi, która z małym synkiem odwiedza Franza co piątek. To święty termin, ale niestety dla ciężko pracującego policjanta trudny do zapamiętania.

Zapewne się powtórzę, ale podkreślę, że tej książki nie wolno czytać, jej trzeba słuchać w świetnym bawarskim wykonaniu Christiana Tramitza. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom i mam nadzieję, że autorka nie planuje zakończenia tej serii.

Moja ocena: 4/6

Rita Falk, Leberkäsjunkie, 320 str., czyt. Christian Tramitz, Der Audioverlag 2016.

piątek, 16 września 2016

"Rzeki Hadesu" Marek Krajewski


Rzutem na taśmę, po Liczbach Charona sięgnęłam po Rzeki Hadesu i dokupiłam kolejne brakujące mi tomy lwowskiego cyklu.

Akcja powieści rozpoczyna się w powojennym Wrocławiu - zaskoczyło mnie to, spodziewałam się przecież Lwowa. Okazało się jednak, że Krajewski główne śledztwo spina we wrocławskie klamry. Po wojnie nie tylko lwowska śmietanka została przesiedlona do Wrocławia, z miasta uciekł także cały półświatek. Porwanie dziewczynki, córki wysoko postawionego pracownika UB, bardzo przypomina podobne porwanie, które wydarzyło się w 1933 roku we Lwowie. Popielski nie może sam zająć się śledztwem, jest jednak bardzo zainteresowany rozwiązaniem zagadki. Liczy, że dzięki odnalezieniu dziewczynki, wyciągnie z więzienia torturowaną kuzynkę Lodzię. Żyjący incognito policjant spotyka się więc ze starym kumplem Mockiem i prosi go o pomoc, uprzednio opowiadając historię lwowskiego śledztwa.

Porwana została niepełnosprawna umysłowo dziewczynka. Dziecko wróciło do rodziców ale ojciec pała żądzą zemsty. Popielski niedawno ponownie został przyjęty do pracy w policji, co stawia go przed dylematem moralnym. Do odszukania porywacza dziewczynki chce go zatrudnić bogaty ojciec  - przemytnik i bandzior. Po odnalezieniu pedofila sam chce wymierzyć mu sprawiedliwość. Popielski waha się, nie chce stracić pracy w policji, ulega jednak szantażowi, gdy ów ojciec porywa Ritę - jego córkę. Clou śledztwa jest identyfikacja pewnych białych użytych przez pedofila kwiatów.

Bardzo podobało mi się połączenie Wrocławia i Lwowa oraz Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego, jak i powtórzenie ram porwania. Krajewski stara się bardzo wiernie oddać realia życia w powojennym Wrocławiu oraz koloryt przedwojennego Lwowa. Autor zachwyca jak zwykle językowo - przede wszystkich w scenach tortur we wrocławskim więzieniu jak i molestowania seksualnego dziecka. U Krajewskiego to nie śledztwo jest najważniejsze - trudno tu szukać wartkiej akcji i jej niespotykanych zwrotów. Autor uwodzi raczej zamysłem, szukaniem istoty zbrodni i językiem. Liczne łacińskie wtręty, gwara i dosadność czynią z tej książki lingwistyczną ucztę. Nie jest to jednak uczta dla osób o delikatnym podniebieniu. Takiego czytelnika może ogarnąć obrzydzenie i wstręt. Krajewski zawarł w powieści to, co najgorsze w naturze ludzkiej - brutalność, agresję i pedofilię.

Już cieszę się na kolejne książki Krajewskiego - ponownie przekonałam się, że bardzo mi leży jego stylistyka.

Moja ocena: 5/6

Marek Krajewski, Rzeki Hadesu, 275 str., Wydawnictwo Znak 2012.

środa, 14 września 2016

"Liczby Charona" Marek Krajewski


Po latach wreszcie wróciłam do Krajewskiego. Na półce kurzyły się dwa kryminały o Popielskim, a wrzesień z kryminałem zachęcał do skupieniu się na tym gatunku literackim. Muszę przyznać, że nie pamiętałam już szczegółów treści poprzednich tomów i musiałam sobie nieco przypomnieć klimat przedwojennego Lwowa oraz zawiłości rodzinne Edwarda Popielskiego.
Krajewski należy do tych autorów, którzy wciągają mnie w swój stron od pierwszego zdania. Doskonale czuję jego styl i właściwie nie wiem, dlaczego tak długo do niego nie wracałam.

Popielski bieduje, stracił przez swój niewyparzony język pracę w policji i zmuszony jest dorabiać korepetycjami. Taka sytuacja jest dla niego nie do zniesienia, ten wymuskany i elegancki Lwowiak, który lubi stołować się w eleganckich knajpach za wszelką cenę próbuje znaleźć bardziej intratne zajęcie. Nowa fala morderstw daje mu możliwość złapania dwóch srok za ogon. W Lwowie giną dwie kobiety - obie zostają brutalnie zamordowane, a po ich śmierci policja otrzymuje listy z kilkoma słowami napisanymi po hebrajsku. Na komendzie nie ma specjalisty od języków i pomoc Popielskiego okazuje się być niezbędna. Sukces w tym dochodzeniu może zapewnić mu powrót w szeregi policji. Równocześnie syn jednej z zamordowanych wynajmuje usługi Popielskiego jako prywatnego detektywa. Chęć zemsty wstrzymuje go przed skorzystaniem z usług policji. Popielskiego kusi wysoka nagroda pieniężna.

W tym śledztwie Popielski korzysta ze swojej wiedzy filologicznej jak i matematycznej. Litery przesyłane przez mordercę podlegają bowiem matematycznym regułom i skrywają pewne wiadomości. Zadanie idealne dla byłego policjanta.
Krajewski nie zawiódł mnie także w kwestii kolorytu lwowskiego, gwary oraz realiów. No i oczywiście odpowiedniej dozy obrzydliwości i brutalności. I seksu. Popielski wpada po uszy na widok pewnej ponętnej Renaty.

Sama zagadka kryminalna jest nieco zawikłana, zwłaszcza jej aspekt matematyczny, ciekawego smaczku dają jej ramy powieści, umieszczone współcześnie w Norwegii. Krajewskiego czytam jednak mniej dla zagadki, a bardziej dla bohaterów, literackich smaczków i międzywojennej atmosfery.

Moja ocena: 4,5/6

Marek Krajewski, Liczby Charona, 303 str., Wydawnictwo Znak 2011.

środa, 7 września 2016

"Hałas spadających rzeczy" Juan Gabriel Vásquez


Antonio Yammara - młody prawnik, pracownik uniwersytetu, nawiązuje znajomość z Ricardem Laverde. Znajomość dość nietypową - mężczyźni grywają razem w bilard, zamieniają kilka słów ale nigdy nie prowadzą długich rozmów. Na dobrą sprawę Antonio o Laverdem nic nie wie. Los chce, że towarzyszy mu w ostatnich chwilach życia. Ricardo pada ofiarą zamachu, a towarzyszący mu Antonio jest ciężko ranny. Z odniesionych obrażeń się wyleczy ale jego dusza pozostanie chora. Nie potrafi cieszyć się małżeństwem ani ojcostwem, ciągle gdzieś podąża. Jego głównym celem jest odkrycie zagadki śmierci Laverde, co ma być terapią dla własnych lęków.

Dwutorowo prowadzona narracja przeprowadza czytelnika przez współczesną historię Kolumbii, z niewielkim ekskursem do lat czterdziestych XX wieku. Z jednej strony autor przedstawia życie Antonia, a z drugiej wracamy do lat siedemdziesiątych, gdy Kolumbia uwikłana była w narkobiznes. W pogrożonym w kryzysie kraju działają w terenie młodzi Amerykanie i Amerykanki, którzy w ramach Korpusu Pokoju próbują pomóc Kolumbijczykom odbudować ich kraj. W wielu jednak przypadkach poddają się oni pokusie szybkich pieniędzy, jakie przynosił handel narkotykami.

Vásquez ciekawie szkicuje te czasy, warunki życia w Kolumbii oraz organizację pracy Korpusu, a także opisuje słynną posiadłość z prywatnym zoo Pablo Escobara. Nieszczególnie wyszedł mu jednak pomysł na książkę - mimochodem przedstawione życie Antonia podczas jego wysiłków odkrycia tajemnicy Ricarda Laverde jest zabiegiem tak oklepanym, że bez większej ciekawości śledziłam akcję. Podobnie z założenia bardzo tajemnicze życie Ricarda nie zawierało wielkich niespodzianek, od początku niemal domyśliłam się w jaki sposób zarabiał na życie. A sam Antonio to postać niezbyt sympatyczna - niezdecydowana, niedojrzała i denerwująca. Mimo to nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę - niedociągnięcia wynagrodziła mi możliwość poznania historii współczesnej Kolumbii.

Moja ocena: 3/6

Juan Gabriel Vásquez, Hałas spadających rzeczy, tł. Tomasz Pindel, 230 str., Wydawnictwo Muza 2013.

Statystyka sierpień 2016

Przeczytane książki: 6

Ilość stron: 2327

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 1
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0

"Przygody detektywa Blomkvista" Astrid Lindgren


Eva-Lotta przekonana jest, że trzeba się szybko bawić, bo czas tak prędko ucieka i lada chwila będzie stara i dorosła, na przykład będzie miała piętnaście lat. I ma rację. Najlepiej nie zważać na to, co mówią dorośli tylko wraz z Kallem i Andersem walczyć z Czerwonymi Różami. Bo musicie wiedzieć, że Czerwone Róże to najwięksi wrogowie i najlepsi przyjaciele Białych Róż. Przez całe wakacje trwa między drużynami walka o Stormumrika (nieważne, że to tylko kamień), podchody, bitwy, gonitwy, a czasami tylko leżenie na trawie. 

Nie, nie chcę przejść w ton moralizatorski i zacząć ubolewać ile współczesne dzieci tracą, wolę przypomnieć sobie jak bardzo zaczytywałam się w książkach Lindgren, gdy byłam mała. Wtedy tak trudno było je dostać, przeczytałam wszystkie, jakie udało się zdobyć w bibliotece lub kupić, ale Przygód detektywa Blomkvista wśród nich nie było. Jestem przekonana, że byłabym książką zachwycona, a i teraz z przyjemnością, w dwa dni, ją połknęłam.

Lindgren ma swój jedyny w swoim rodzaju styl - przypuszczam, że współczesne nastolatki (na książce widnieje oznaczenie: od lat 10) mogą go uznać za naiwny lub dziecinny ale mnie wydał się uroczo staroświecki. Przygody trójki bohaterów w porównaniu z filmami i grami, z jakimi konfrontowane są współczesne dzieci, wydadzą się pewnie przewidywalne i mało ekscytujące. Na pozór. Kalle bowiem ma zadatki na detektywa, aspiruje do osiągnięć znanych detektywów i stale jest w gotowości. W takich małym miasteczku jednak niewiele się dzieje, wszyscy się znają, a życie toczy się leniwie i przewidywalnie. Jednak i w Lilköping pojawia się podejrzany i to w domu Evy-Lotty! Wojna z Czerwonymi Różami schodzi na drugi plan, najważniejsze jest śledztwo. Już w pierwszej części Lindgren wprowadza dość traumatyczne dla dzieci momenty, jak na przykład zamknięcie w lochach, jednak dopiero w drugim tomie trzynastoletni bohaterowie zostaną skonfrontowani z morderstwem. Bliska styczność z zabójcą ma na dzieci wielki wpływ, autorka jednak wprowadza umiejętnie ten trudny temat, szkicując motywy oraz odczucia mordercy. W trzeciej części Kalle i jego paczka wpadają na trop całej grupy przestępców i niestety dostają się w ich ręce.

Najbardziej w tej książce podoba mi się absolutna swoboda dzieci, ich nocne wyprawy, wycieczki i brak kontroli. Który rodzic miałby współcześnie aż tyle zaufania do własnych dzieci i świata, by nie umierać z nerwów, gdy znikają na noc czy choćby na cały dzień!

Lindgren umiejętnie łączy sielskie dzieciństwo z brutalnością świata przestępczego, z każdym tomem wprowadza brutalniejsze elementy i choć rozwiązanie zagadki było dla mnie przewidywalne z zapartym tchem połknęłam tę dość przecież sporą objętościowo książek. No ale Lindgren to Lindgren, dla mnie gwarancja dobrej lektury i nabrałam ogromnej ochoty na powtórzenie sobie jej innych książek.

Moja ocena: 5/6

Astrid Lindgren, Przygody detektywa Blomkvista, tł. Maria Olszańska, Anna Węgleńska, Irena Szuch-Wyszomirska, 526 str., Nasza Księgarnia 2015.

czwartek, 1 września 2016

Stosikowe losowanie 8/16 - pary

Marianna wybiera numer książki dla Anny (w stosie 211 książek) - 111
Anna wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 120 książek) - 19
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 7 książek) - 3
Maniaczytania wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 680 książek) - 140
Anna wybiera numer książki dla gucimal (w stosie 102 książki) - 97

środa, 31 sierpnia 2016

"81:1. Opowieści z Wysp Owczych" Marcin Michalski, Maciej Wasielewski



Z zapartym tchem przeczytałam ten fantastyczny reportaż i cięgle nie mogę wyjść z podziwu, że to debiut literacki tego duetu autorów! Michalski i Wasilewski opisali miejsce bardzo wyjątkowe, o którym pewnie wiele ludzi nigdy nie słyszało. Mnie Wyspy Owcze interesowały od dawna, fascynacja tym miejscem jest konsekwencją mojej bliskości z Islandią. Mimowolnie podczas lektury wyłapywałam podobieństwa między tymi narodami.

A co robią autorzy? Zatapiają się w społeczność 18 wysp, co nie jest bardzo trudne. Dość łatwym wydaje się poznanie narodu, który liczy blisko 48 tysięcy mieszkańców oraz ponad 70 tysięcy owiec. Michalski i Wasilewski to ten typ, który wlezie w każdą dziurę, czyli zrobi wszystko, by dogłębnie zbadać temat. Bardzo lubię takich ludzi więc piszę to jak najbardziej pozytywnie. Czego więc autorzy doświadczają? Pracują w fabryce ryb, obserwują nocne życie Farerów, włóczą się po bibliotekach (których jest tam bardzo dużo), podążają śladem Polaków, mieszkających na wyspach, rozmawiają z politykami i całkiem zwykłymi ludźmi. Wszystko po to, żeby móc powiedzieć - znam to miejsce, mogę o nim pisać. A przede wszystkim potrafią zarazić zainteresowaniem tym krajem.
Ich książka naszpikowana jest ciekawostkami, dykteryjkami, przygodami, faktami historycznymi - to kolaż wszystkiego, co miłośnik wysp powinien wiedzieć.

Świetne są opisy języka farerskiego, który ma multum wyrazów na opisanie deszczu (który nieustannie pada) i wiele ciekawych głosek (niektóre podobne do islandzkiego), ale jeszcze ciekawsze jest badanie fenomenu tej społeczności. Farerzy są dumni, trzymają się razem, dbają o swoją tożsamość i unikalność. Życie w izolacji ma jednak także swoje trudniejsze strony. Ten reportaż nie jest tylko peanem pochwalnym i bezrefleksyjnym uwielbieniem Farerów, to szeroki i w gruncie rzeczy dość obiektywny obraz. Wyżej wspomniana izolacja i dystans do reszty świata, który stale się zmniejsza, niosąc ze sobą groźbę utraty tożsamości i takie atrakcje jak narkotyki powodują, że lata tej społeczności wydają się być policzone. Wszechobecna globalizacja, dobrobyt nie zatrzymują się przed żadnym miejscem i trzeba mieć ogromną siłę woli i wspólny front, by uniknąć zalania przeciętnością.

Ten reportaż to balans między zachwytem nad odkryciem społeczności idealnej, pierwotnej niemal, a lękiem przed jej utratą. Ale przede wszystkim to fascynująca lektura, piękny język i ekscytacja odkrywania nieznanego. Oh, jak chciałabym tam pojechać!

Moja ocena: 6/6

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski, 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, 328 str., Wydawnictwo Czarne 2011.

wtorek, 30 sierpnia 2016

"Podmorska wyspa" Isabel Allende


Przełom XVIII i XIX wieku, Saint-Domingue - czas kolonializmu i fortun zbijanych na plantacjach trzciny cukrowej. Właścicielem jednej z nich jest Toulouse Valmorain, młody Francuz, który nigdy nie planował życia we francuskiej kolonii. Planowany na kilka miesięcy przyjazd do ojca okazuje się być emigracja na zawsze. Gdy ojciec umiera, Valmorain obejmuje zarządzanie plantacją, znajduje na Kubie ponętną żonę i zamierza wieść spokojne i dostatnie życie. Dla żony kupuję niewolnicę - dziecko właściwie - Zarite, zwaną Tete. To właśnie ona, a nie zadufany w sobie i słaby Valmorain, jest główną bohaterką Podmorskiej wyspy. Jej życie stanie się przyczynkiem do napisania pełnej rozmachu powieści historycznej.

Zarite jest mulatką, sierotą, która niczego bardziej nie pragnie niż wolności. Tymczasem staje się osobistą niewolnicą dony Eugenii, a po zapadnięciu przez nią na chorobę psychiczną, konkubiną Valmoraina. Allende bardzo sprawnie opisuje losy Tete, nie wpada w pułapkę sztampowych rozwiązań i unika łzawych i nieprawdopodobnych zwrotów akcji. Przede wszystkim jednak koncentruje się na przedstawieniu historii Haiti - wyrżnięcie pierwszych mieszkańców wyspy, brutalnie prowadzone plantacje, bunt niewolników, krwawe zamieszki, wiele stron dążących do zagarnięcia władzy, w dziejach tego kraju brak pozytywów. Autorka pisze także sporo o kulturze kreolskiej, o stylu życia białych, mulatów i czarnych, nie zapomina o szamanizmie i voodoo.

Po rewolucji na Saint-Domingue Valmorain przenosi się do Luizjany, gdzie ponownie wychodzi za mąż, a życie Zarite całkowicie się zmienia. Ta przeprowadzka ponownie jest przyczynkiem do szerszego spojrzenia na losy Stanów Zjednoczonych i Francji. Podczas gdy we Francji upada monarchia i Napoleon obejmuje władzę, życie we francuskiej kolonii toczy się własnym trybem. Nawet sprzedaż Luizjany Stanom Zjednoczonym nie zmienia podejścia plantatorów. I znowu Allende drobiazgowo opisuje ramy życia w Nowym Orleanie i na plantacjach. Szkicuje sytuację w jakiej znaleźli się byli niewolnicy, atmosferę panującą w wyższych sferach, a także życie na ulicy.

By skompletować ówczesny obraz świata, autorka wprowadza całą gamę ciekawych bohaterów - złośliwa i podstępna druga żona Valmoraina, jego hiszpański szwagier - bawidamek i nicpoń o dobrym sercu, Violette - była ekskluzywna kokota, doktor Parmentier i wielu innych.
Podmorska wyspa to jednak głównie powieść o kobietach - ich woli walki, sile i cierpieniach.

Mimo całego kunsztu pisarskiego Allende, trudno mi nazwać tę powieść dziełem. To w gruncie rzeczy tylko czytadło, które jednak z czystym sumieniem mogę polecić.

Moja ocena: 4/6

Isabel Allende, Die Insel unter dem Meer, tł. Svenja Becker, 552 str., suhrkamp 2011.

sobota, 27 sierpnia 2016

"Hotel New Hampshire" John Irving


Bardzo długo słuchałam tej książki. Przytłoczyła mnie ilość wątków, postaci, losów i historii. 
Win Berry i Mary Bates poznają się podczas wakacyjnej pracy w pewnym hotelu, zakochują się w sobie i w końcu biorą ślub oraz stają się rodzicami piątki dzieci. Frank, Franny, John, Lilly i Egg to niezwykłe zestawienie przeróżnych charakterów. Historię rodziny opowiada John, dodać trzeba, że robi to bardzo szczegółowo i skrupulatnie. Największy wpływ na życie rodziny ma zakup byłej szkoły dla dziewcząt, którą, zgodnie z marzeniem ojca, przerabiają na tytułowy Hotel New Hampshire. 

Irving tworzy wybuchową mieszankę osobowości, która ma być bazą do bliższego przyjrzenia się różnym problemom. Przede wszystkim jest to seksualność - gwałt, homoseksualizm, biseksualizm czy kazirodztwo i prostytucja. Na dobrą sprawę cała fabuła kręci się wokół tych zagadnień - bardzo wcześnie seksualnie rozbudzona Franny dopytuje rodziców na temat ich życia seksualnego, przyjmująca na godziny w swoim pokoju hotelowa pokojówka wprowadza Johna w tajniki seksu, stale przewijający się temat gwałtu i ciąży, cała grupa prostytutek, które towarzyszą dorastaniu dzieci - ta książka przytłacza seksualnością. Na pierwszym planie jest jednak gwałt - jego przebieg, wyparcie, trauma i wreszcie przepracowanie. Koncentracja na tym wątku by wystarczyła. Tak szerokie ujęcie tematu moim zdaniem książce szkodzi, rozdrabnia ją i czyni momentami niestrawną, bo zwyczajnie nierealną. Nagromadzenie absurdalnych sytuacji i zbiegów okoliczności miejscami mnie nużyło. Niektóre sceny uwodziły komizmem sytuacyjnym ale w skali całej książki były dla mnie rażące. I rozumiem, że Irving ma taką manierę i jego sposób kreowania świata czemuś służy, podoba mi się zresztą jego dosadny język, ale sama narracja w mój gust nie trafia. I o ile Regulamin tłoczni win był dla mnie spójny, skierowany na jeden główny temat, to w tej książce autor zwyczajnie przedobrzył. Czasami czułam się jak podczas lektury Stulatka Jonasa Jonassona. 

Gawędziarski sposób prowadzenia narracji, dykteryjki, szkicowane z rozmachem sceny tworzą mieszankę wybuchową. Taka proza jest są natarczywa, dokuczająca, wyzywa czytelnika, tak jakby autor mrugał do niego okiem, ciągle udawadniając, że w swojej powieści może wszystko. 

W jednym zgadzam się z Irvingiem całkowicie - by ogarnąć rzeczywistość, by przystosować ją do własnej koncepcji na życie, trzeba być w jakiś sposób szalonym, odstawać od reszty, iść pod prąd i nie bać się. Tacy są bohaterowie Irvinga i w taki sposób idą przez życie. 

Moja ocena: 4/6

John Irving, Das Hotel New Hampshire, tł. Hans Hermann, 605 str., czyt. Rufus Beck, Random House Audio 2012.

piątek, 26 sierpnia 2016

Stosikowe losowanie 9/16

Zapraszam do zgłaszania się do rundy wrześniowej! Pary rozlosuję tradycyjnie 1 września, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

Dziękuję za wszystkie linki, sporo już uzupełniłam. Proszę spojrzyjcie na zestawienie w zakładce po prawej stronie, także na te z wcześniejszych lat, czy wszystkie recenzje są już ujęte. Dziękuję!

środa, 17 sierpnia 2016

"Absurdy PRL-u" Michał Matys, Piotr Lipiński



Do PRL-u sentyment ma wiele osób - mimo szarości i pustych sklepów, to jednak czas mojego dzieciństwa, który wspominam z łezką w oku. Nie przeszkadza mi to być krytycznym wobec tych czasów i dzięki reportażom odkrywać kulisy wielu wydarzeń i afer, które wstrząsały krajem. Z perspektywy czasu wiele aspektów życia w PRl-u wydaje się być komicznych i absurdalnych w swoim braku logiki. 

Inspiracją do powstania książki były powstałe w 2009 roku filmy, które opowiadały o związanych z PRL-em nieznanych szerokiej publiczności historiach. W tym zbiorze znajdziemy aż 16 tekstów, które można czytać odrębnie. 

Reportaże dotyczą spraw, które dotykały każdego obywatela PRL - autorzy na przykład próbują dociec przyczyn braku papieru toaletowego, mięsa i cukru. Kto z nas nie pamięta kolejek po papier i widocznych na okładce korali robionych z zakupionych rolek. Kwestia mięsa jest poważniejsza - afera mięsna doprowadziła do jedynego w powojennej Polsce wyroku śmierci w wyniku przestępstwa gospodarczego. Pamiętam, że czytałam o tej histerii w Dużym Formacie, nie wiem już jednak czy autorami byli Matys i Lipiński, czy może ktoś inny.

Zaciekawił mnie bardzo reportaż o nastolatkach, tzw. junakach, którzy przymusowo musieli odbudowywać nową Polskę. Autorzy piszą także o zmarnowanym talencie genialnego informatyka i wynalazcy Jacka Karpińskiego. Nie sposób pojąć motywacji działania i traktowania jego wynalazków przez ówczesny rząd. 

Nie mogło zabrakanąć także tekstów o słynnych perfumach Pani Walewska i Brutal, o magii sklepów PEWEX (do dziś pamiętam ten zapach!), a także o łódzkich włókniarkach, które miały podczas strajku pokazać premierowi pewne części ciała. 

Autorzy wykonali kawałek świetnej roboty - widać, że skrupulatnie badali poszczególne tematy, studiowali teksty źródłowe i przeprowadzali liczne rozmowy. Każdy z tych teksów ma ambicje być kompletnym. Wiele się z reportaży dowiedziałam, wiele razy potrząsałam ze zdumienia głową, a i nie raz zasmuciłam się nad tym, jak rządzono Polską. Ta książka byłaby na pewno świetną lekturą dla tych, którzy PRL-u już nie pamiętają, zamiast nudnej książki do historii. 

Moja ocena: 4,5/6

Michał Matys, Piotr Lipiński, Absurdy PRL-u, 320 str., Dom Wydawniczy PWN 2014.

wtorek, 16 sierpnia 2016

"Wyspa na ulicy Ptasiej" Uri Orlev


Dwunastoletni Alek mieszka z tatą w warszawskim getcie. Jest rok 1943, trwają wywózki z getta, a ludność stara się na wszelkie sposoby przetrwać. Mama Alka zniknęła - poszła odwiedzić koleżankę i nigdy nie wróciła. Tata pracuje w fabryce lin, ale wraz z zaufanym kolegą ma obmyślony plan uratowania chłopaka, na wypadek czyszczenia getta. I faktycznie nadchodzi ten dzień, kiedy pracownicy fabryki muszą opuścić budynek, Alkowi udaje się uciec. Chłopiec chowa się w opuszczonym, zrujnowanym budynku, początkowo w piwnicy. Stopniowo wpada na pomysł urządzenia sobie kryjówki na jednym ze zrujnowanych pięter. Alek bardzo sprytnie buduje drabinkę sznurową, obmyśla sposób dostania się na piętro, zbiera prowiant i urządza swoją wyspę. Chłopiec żyje między ziemią, a niebem, za towarzystwo ma jedynie ptaki i małą białą myszkę. Jest wojennym Robinsonem, samotnym i pozostawionym samemu sobie.

Podczas swoich wypraw po opuszczonych domach w getcie Alek spotyka ludzi - dobrych i złych. To jednak przede wszystkim powieść o jego dojrzewaniu. Czytelnik obserwuje jak ewoluują jego myśli, jak chłopiec rozumie świat i walczy o przeżycie. Orlev wspaniale przedstawia mechanizmy obronne dziecka, jego wolę życia i sposób radzenia sobie z utratą rodziców.

To przepiękna opowieść o dorastaniu i woli życia umieszczona w nieludzkich realiach. Na początku nie byłam w stanie czytać więcej niż jeden rozdział na raz, gdy jednak ochłonęłam i nie brałam sobie grozy wojny tak bardzo do serca, nie mogłam odłożyć książki. Zachwycił mnie sposób w jaki autor pozwala Alkowi opowiadać o swoich przemyśleniach. Chwile, gdy reflektuje, że zachowuje się tak, jak zawsze uczyli go mama i tata, a kiedyś puszczał te nauki mimo uszu, są niezwykle wzruszające.

Wyspę na ulicy Ptasiej przełożył wspaniale Ludwik Jerzy Kern - to literatura wysokich lotów, czyta się świetnie! A lekturę dopełniają nastrojowe, przypominające szkice ilustracje.


Przeżycia Alka wydają się być niemal fantastyczne, on sam wspomina, że urodził się w czepku - całą książkę byłam przekonana, że jest ona autobiograficzna. Tymczasem Orlev wprawdzie korzysta ze swoich wojennych doświadczeń, ale tworzy na ich podstawie nowe historie. To wspaniała książka przygodowa, historyczna, psychologiczna - jednym słowem koniecznie po nią sięgnijcie!

Uri Orlev, Wyspa na ulicy Ptasiej, tł. Ludwik Jerzy Kern, 230 str., Media Rodzina 2011. 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł



Niepotrzebnie tak długo zwlekałam z lekturą tej książki. Już Gottland bardzo mi się podobał ale tak to jest z książkami na półce - wiem, że są świetne, ale tyle ich jest, że czekają i czekają.

Szczygieł ponownie zabiera czytelnika w podróż po czeskiej mentalności. Bada jej wszystkie aspekty, dziwiąc się ale przede wszystkim słuchając. To najbardziej lubię w reportażach Szczygła - jego świetny zmysł obserwacji, pokorę wobec rozmówcy i zaskakujące pointy. I humor - odnoszę wrażenie, że autor stara się być przeźroczysty ale ja zawsze czuję jego uśmiech, czasem delikatną ironię, a czasem mrugnięcie okiem. No i jak tu być obiektywnym skoro tak bardzo kocha się Czechy?

Wracając jednak do książki - z wielką przyjemnością udałam się w tę czeską podróż. Nie powiem, że Czechy to mój ulubiony kraj ale należy do tych, które mnie interesują od dawna. Nie mogę się nadziwić, jak różni są od Polaków Czesi, jakby stali dokładnie na drugim biegunie, ale właśnie ta ich przyziemność, brak patosu i zamiłowanie do humoru bardzo mi się podoba. 

Teksty w książce dotyczą przeróżnych aspektów, najbardziej Polce jednak wpadną w oko reportaże dotyczące czeskiego stosunku do wiary - ich tak odmienna od polskiej postawa jest totalnie zaskakująca. Świetnie czyta się o podejściu Czechów do kwestii śmierci, pogrzebów i Boga. Reportaż o policjancie, który nawrócił się na wiarę chrześcijańską jest rewelacyjny!

Czesi u Szczygła stawiają na pohodę czyli nieustanny dobry humor, na zabawę, uśmiech, wypierają temat śmierci, unikają tematów trudnych i bolesnych. To uwodzi Polaków, zmęczonych martyrologią, patosem i cierpieniem. Ja widzę tu jednak drugie dno - obawiam się, że zamiatanie wszystkiego pod dywan nie ma najlepszego wpływu na psychikę. I taki wydźwięk dostrzegam także u Szczygła - trzeba tylko bardzo się wysilić, żeby go dojrzeć. 

Myślę, że Szczygieł chciałby by jego książka zachęciła czytelnika do polubienia Czechów, do zakochania się w tym kraju i jestem przekonana, że mu się to w wielu przypadkach udaje. Z drugiej strony z dziką przyjemnością przeczytałabym podobną książkę, napisaną przez Czecha.

Moja ocena: 5/6

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, 290 str., Wydawnictwo Czarne 2011.

sobota, 13 sierpnia 2016

"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" Adam Jaromir, Gabriela Cichowska



Temat II wojny światowej fascynował moją córkę już kilka lat temu. Teraz to zainteresowanie na szczęście zelżało, bo zawsze to były trudne rozmowy. Ostatnie przedstawienie panny Esterki znalazło się u nas, by powiększyć spory zbiór książek poświęconych wojnie. Dzięki lekturze Pamiętnika Blumki córka zna historię Janusza Korczaka i jego domu dla dzieci. Książka Jaromira i Cichowskiej w pewien sposób przypomina książkę Chmielewskiej ale zaskoczyła nas spora ilość tekstu i jej objętość. 
Jaromir konstruuje książkę na wielu płaszczyznach, dopuszczając do głosu dzieci, Korczaka jak i pannę Esterkę. Te głosy splatają się ze sobą, łączą się, a uważny czytelnik zauważy podążającą za nimi zmieniającą się czcionkę. 


W Ostatnim przedstawieniu panny Esterki widzimy więc życie w getcie oczyma wielu narratorów.
Stary Doktor zatroskany jest losem dzieci, głodem, brakiem środków, nie potrafi przejść obojętnie obok żadnego dziecka. Jego dni to zmartwienie, wędrówka od drzwi do drzwi i ciągłe starania, by nawet w obliczu nieuchronnej śmierci wychować dzieci na dobrych ludzi. 


Gienia opisuje życie w sierocińcu - przeżycia dzieci, ich mały świat. Dzieci cieszą się z możliwości pielęgnowania kwiatów, kłócą się, rozmawiają, trzymają w pudełkach swoje skarby, dorastają po prostu. Życie w zamknięciu oraz nieustanny głód mają wpływ na nastroje - dzieci są apatyczne, smutne. Panna Esterka wie jednak jak dodać życiu dzieci koloru - dzięki literaturze pragnie pomóc im zrozumieć rzeczywistość oraz odwrócić uwagę od wojennej rzeczywistości. Zachęca więc dzieci do wystawienia sztuki na podstawie Poczty Rabindranatha Tagorego. To trudny i smutny tekst o chorym chłopcu, który nigdy nie opuszcza swojego pokoju. Dzieci jednak z zapałem zabierają się do opracowania przedstawienia - wspólnie robią dekoracje i stroje, uczą się ról i z niecierpliwością wyczekują dnia wystawienia sztuki. Trzy tygodnie po przedstawieniu trafiają na Umschlagplatz.



Ta książka to perełka, wyraźnie inspirowana pracami Iwony Chmielewskiej, równie refleksyjna i poruszająca. Autorka ilustracji Gabriela Cichowska używa stonowanych kolorów - sepii, beżu, szarości i czerni. Szkice i kolaże uzupełniają tekst. Mnie jednak najbardziej zachwyciły dokumenty archiwalne - stare pocztówki, mapy, zapiski, wycinki z gazet czy pieczęcie. To właśnie one tworzą klimat książki oraz osobną płaszczyznę. Podczas pierwszego czytania najważniejszy był tekst, potem jednak jest czas na rozszyfrowywanie wspomnianych wyżej dokumentów - adresów, kartek z kalendarza czy ogłoszeń. A potem jeszcze na smakowanie ilustracji, na otwarcie domu i przyjrzenie się buziom jego mieszkańców. 


To nie jest książka tylko dla dzieci, to książka dla wszystkich. Dziecko odkryje w niej co innego, niż dorosły. Mnie ona bardzo poruszyła, nie czuję się na siłach, by rozmawiać o niej z dziećmi, bo jak wytłumaczyć to, co przeżyły sieroty Korczaka? Córka chyba instynktownie odłożyła tę książkę na później, choć z uwagą przejrzała ilustrację. A mnie po lekturze było tak bardzo smutno :(

Bardzo ważna książka - polecam wam ją z całego serca!

Adam Jaromir, Gabriela Cichowska, Ostatnie przedstawienie panny Esterki, 124 str., Media Rodzina 2014.

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Book of you"


Pomyślicie, że ta książka niespecjalnie pasuje do mojego blogu? A jednak przeczytałam i czytam ją nadal. Pewnie wpisuję się w któryś z aktualnych trendów ale tematyka zmiany swojego życia i poszukiwania tożsamości interesuje mnie od dawna. Od kilku lat przerabiam już lektury z różnych kręgów kulturowych oraz te luźno związane z poszukiwaniem siebie i sensu życia.
Tego ostatniego pewnie nie odnajdę nigdy ale swoje życie mogę choć trochę zmienić, załóżmy, że na lepsze. Dwa lata temu przewróciłam już wszystko do góry nogami, zmieniając ramy życiowe, teraz warto by je inaczej wypełnić, zwłaszcza, że znowu dochodzę do momentu, w którym pędzę w dzikim kołowrotku i niespecjalnie mogę się z niego wyrwać.


Wiadomo, że zmienić wszystkiego na raz się nie da. Ci, którzy polegli na realizacji postanowień noworocznych wiedzą dobrze, że bardzo łatwo przedobrzyć. Z drugiej strony łatwo popaść z jednej w drugą skrajność - czyli nie robić nic. Bo za trudno, bo nie wiadomo jak, bo i tak się nie uda. Book of you ma pomóc w podjęciu pierwszych kroków w kierunku zmiany. Zespół autorów proponuje w tym celu mikroakcje. Zastanawiacie się pewnie w czym rzecz? To żaden nowy wynalazek ani epokowe odkrycie. To raczej zachęta do działania i impulsy, jak się za zmiany zabrać. Autorzy mikroakcjami nazywają bardzo małe zmiany, które dzielą na cztery kategorie - jedzenie, umysł, ruch i miłość.
Taka mikroakcja faktycznie jest mikro - to właściwie drobnostka. Każdego dnia trzeba jednak się zastanowić, którą kategorię wybrać i jaką mikroakcję zaplanować. Zastanawicie się co to właściwie da?


Otóż idea autorów bazuje na przysłowiu - ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Systematycznie wykonywane mikroakcje wejdą w nawyk, a co za tym idzie zmuszą nas do poświęcenia kilku minut  dziennie właśnie na nie. To porzucenie gonienia z obowiązkami i zatrzymanie się na kilka chwil. To może być minuta, w której obserwujemy otoczenie, miły gest wobec kogoś bliskiego, kilka ćwiczeń, zastanowienie się nad własnymi celami. Jednym słowem refleksja, namysł, zauważenie czegoś innego niż kolejne zadanie.


Ja ten pomysł kupuję i małymi kroczkami staram się wprowadzić go w życie. Niektóre z proponowanych akcji wdrożyłam u siebie jakiś czas temu i wykonuje je bezrefleksyjnie, ale nadal nie opanowałam sztuki nic-nie-robienia i zauważania siebie. 

Dopełnieniem książki jest aplikacja you. Zawiera więcej propozycji mikroakcji, a przede wszystkim jest dodatkową motywacją, bo najważniejsze jest przecież wsparcie innych. Zdjęcia innych użytkowników zachęcają i pokazują, jak inni sobie radzą z mikroakcjami. Autorzy aplikacji proponują szczególne mikroakcje na początek, zachęcają do pracy nad sobą, na przykład mikroakcjami tygodnia. Obsługa jest intuicyjna, przypomina bardzo instagram. Jeśli macie ochotę podpatrzyć mnie i moje mikroakcje, znajdziecie mnie tam jako Anna Barbara.


Zespół autorów, Book of you, tł. Maria Brzozowska, 288 str., Wydawnictwo Insignis 2016.

wtorek, 2 sierpnia 2016

"Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery" Piotr Strzeżysz


Piotr Strzeżysz urzekł mnie swoim sposobem podróżowania podczas lektury jego Campy w sakwach. Szanuję go za skromne i pełne respektu podejście do tubylców oraz pokorę. W Makaronie w sakwach autor opisuje swoje podróże po obu Amerykach, w sumie trzy, nie każda z nich udana. Tym razem Strzeżysz zrezygnował z transportu roweru i w pojazd zaopatrzył się na miejscu. 

Mimo że autor jest wytrawnym rowerzystą, zaprawionym podróżnikiem, to czasami każde naciśnięcie w pedały to ból, wyrzeczenie i walka. W tej książce mniej jest wrażeń krajoznawczych, mniej spotkań z ludźmi, a więcej właśnie istoty pedałowania, poszukiwania samego siebie, siedzenia w samotności w namiocie i myślenia. Poszukiwanie siebie, badanie swojego ja i zakresu własnych sił wysuwają się na pierwszy plan. Jeśli więc czytelnik nastawia się na typową książkę podróżniczą, może się rozczarować. Krajobrazy i zachwyt naturą ustępują miejsca zmaganiom z brakiem pieniędzy, porządnego jedzenia czy surowym klimatem. Ważniejsze wydają się być spotkania i rozmowy z tubylcami - czasami kuriozalne, czasami bardzo przyjacielskie, ale wielokrotnie bardzo wrogie. 

Na dobrą sprawę z samej treści książki niewiele zapamiętałam. To bowiem jedna z moich urlopowych zaległości, której nie miałam możliwości opisać na świeżo. O dziwo o wiele więcej utkwiło mi w pamięci z książki Siłami natury Michała Kozoka, którą czytałam rok temu. 
Nie przeczę, że opowieść Strzeżysza mnie zaciekawiła, jednak jego pierwsza książka wywarła na mnie o wiele większe wrażenie. Tę zapamiętałam przede wszystkim jako przedstawienie walki z własnymi ograniczeniami. 

Ponieważ od lektury Makaronu w sakwach upłynęło zbyt dużo czasu, bym mogła napisać więcej o treści, postanowiłam napisać choć taką krótką notkę, by zaznaczyć jej obecność na blogu.

Cenię Strzeżysza jako podróżnika i przekonana jestem, że to na pewno bardzo sympatyczny człowiek. Mam na czytniku jeszcze jedną jego książkę i na pewno po nią sięgnę, bo mimo wszystko jestem ciekawa jego rozterek oraz podróży.

Moja ocena: 3,5/6

Piotr Strzeżysz, Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery, 280 str., Wydawnictwo Bezdroża 2014.



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Statystyka lipiec 2016

Przeczytane książki: 5

Ilość stron: 1352

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 1
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0


Przeczytane tytuły: 

"E.E." Olga Tokarczuk


To jedna z nielicznych książek Tokarczuk, której jeszcze nie czytałam. Właściwie to dawno już nie sięgałam po Tokarczuk i zapomniałam jak wspaniale jest zatopić się w jej stylu. W tej kwestii nic się nie zmieniło, nadal trafia do mnie i urzeka mnie jej sposób przedstawiania rzeczywistości.

Akcja E.E. rozgrywa się na początku XX wieku w niemieckim Wrocławiu. Tytułowa E.E. to piętnastoletnia Erna Eltzner, która wychowuje się pod okiem zafascynowanej seansami spirytystycznymi matki wraz z pięcioma siostrami i dwojgiem braci w dostatnim mieszczańskim domu. Erna nie wyróżnia się wśród rodzeństwa, niknie pośród starszych sióstr i wymagającego większej opieki młodszego rodzeństwa. Zdaje się być niezauważana przez nikogo aż do dnia, gdy mdleje podczas rodzinnego obiadu i zwierza się matce, że ten stan wywołała zjawa - według zafascynowanej okultyzmem pani Eltzner - duch jej dawno zmarłego ojca. Od tego dnia pozycja Erny w rodzinie całkowicie się zmienia - matka bardzo interesuje się nieco zaniedbaną córką, regularnie odwiedza ją lekarz oraz przyjaciel matki - prowadzący seanse spirytystyczne pan Walter Frommer. 

Zdolności Erny jako medium stają się słynne, coraz więcej osób interesuje się seansami, ale także samą dziewczyną. Wokół niej toczą się losy kilku najważniejszych przyjaciół domu - Waltera Frommer i jego upośledzonej siostry Teresy, która utraciła swoje zdolności medium w okresie dojrzewania, starego doktora Löwe, młodego Artura Schatzmanna, który czyni Ernę obiektem swoim badań do pracy doktorskiej i wreszcie matki i sióstr Erny. 

Delikatnie nakreślone losy tych osób są tłem do rozmów o rodzącej się psychoanalizie, istocie psychologii, duszy i świadomości, a wreszcie śmierci. Stykają się tu poglądy naukowe z intuicją, cielesność z duszą. Wydarzenia przypadają na okres dojrzewania dziewczyny - ten tajemniczy czas odkrywania ciała i przemiany w kobietę. Wizje Erny wydają się być ściśle sprzężone z tym stanem i być tak krótkotrwałe jak on. 
Powieść Tokarczuk to przede wszystkim książka o dojrzewaniu kobiety - jego tajemnicy, ulotności i magii.

Moja ocena: 5/6

Olga Tokarczuk, E.E., 221 str., Wydawnictwo Ruta 1999.