sobota, 27 lipca 2024

"Z nieba spadły trzy jabłka" Narine Abgaryan

 


Moje pierwsze spotkanie z literaturą z Armenii było nad wyraz udane. Sięgnęłam po tę powieść bez większych oczekiwań i utonęłam w baśniowym świecie wioski Maran. Ta wioska swoje najlepsze lata ma za sobą, teraz mieszka w niej garstka starców i staruszek. Położona w górach, daleko od innych miejscowości, wymagająca trudnej wspinaczki, by do niej dotrzeć, nie zachęca do zamieszkania. Najmłodszą mieszkanką jest pięćdziesięcioośmioletnia Anatolia, która zaraz na początku decyduje się umrzeć. Ma dość życia, które jej nie rozpieszczało, obserwuje dziwne krwawienia, które ją osłabiają, więc kładzie się do łóżka, uprzednio przygotowawszy strój do grobu i uprzątnąwszy dom. 

Abgaryan nie napisała powieści linearnej, z głównym wątkiem przewodnim. Sytuacja Anatolii popycha ją do opisywania poszczególnych mieszkańców i ich przeszłości. Dowiadujemy się więc, skąd pochodzą nazwiska, jak się potoczyło ich życie i kto z całego rodu w Maranie pozostał. Te wątki zaczynają się przeplatać, łączyć i mimo że każda z części koncentruje się na jednej postaci, to wciąż wracamy do Anatolii, która nie umrze, a jej życie całkowicie się odmieni. 

Autorka snuje tę gawędę, nie szczędząc opisów życia, zwyczajów, legend, języka, bardzo mocno osadzając swoją fabułę w ormiańskiej kulturze. Co więcej wprowadza wątek osób z zewnątrz, którzy przybywają do wioski i wcale nie wyśmiewają jej zacofania, lecz wspaniale wtapiają się marańskie życie. Mimo że w historiach bohaterów pobrzmiewa wiele tragicznych wydarzeń, które dotknęły Armenię (głód, wojna, trzęsienie ziemi) i każda z postaci wiodła ciężkie i pełnie cierpień życie oraz straciła wielu bliskich, to jest to niezwykle pozytywna powieść. Abgaryan czaruje językiem, otula, daje nadzieję, tworząc współczesną baśń o Armenii.

Jak widać, czytałam wydanie angielskie, bo za późno zorientowałam się, że ta powieść ukazała się także po polsku nakładem wydawnictwa Glowbook.

Moja ocena: 5/6

Narine Abgaryan, Three Apples Fell from the Sky, tł. Lisa C. Hayden, 256 str., Oneworld Publications 2020.

piątek, 26 lipca 2024

"Czas starego Boga" Sebastian Barry


Nie czytałam dotąd Barry'ego i to nie była dobra decyzja, bo warto po prozę Irlandczyka sięgnąć, a to z wielu względów. Językowo to majstersztyk, a tematycznie proza tak gęsta i wieloznaczna, że trudno złapać oddech.

Tom Kettle przeszedł na emeryturę dziewięć miesięcy wcześniej i mimo że chętnie wykonywał pracę policjanta, teraz zupełnie się od niej odciął. Spędza dni w przybudówce starego zamku, z widokiem na morze i rozmyśla. Dobrze mu jest. Aż pewnego dnia wpada do niego dwóch policjantów potrzebujących pomocy Toma przy pewnym śledztwie. Pozornie, bo szybko się okazuje, że ta pomoc ma szerszy wymiar i każe Tomowi wrócić do traum przeszłości. Bardzo powoli ze wspomnień Toma wyłania się obraz jego życia – początkowo szczęśliwy. Policjant miał wspaniałą żonę, którą bardzo kochał, dwoje udanych dzieci, satysfakcjonującą pracę. Stopniowo gdzieś tam zaczyna przebłyskać, że to życie wcale nie było takie kolorowe. Wspomnienia Toma balansują między jawą, a wizjami, między własnymi przemyśleniami, a rzeczywistością. 

Barry pisze bardzo pięknie, korzysta z wielu metafor, maluje językiem, a w tym pięknie kryje się tak niewyobrażalna groza, że ten kontrast aż paraliżuje. Czasem trudno się zorientować, co jest wytworem wyobraźni Toma, a co dzieje się naprawdę, ale warto zaufać autorowi, bo stopniowo wszystko się wyjaśni. To zaskakujące, jak ta melancholijna proza potrafi trzymać w napięciu, zwodzić i nie puszcza aż do końca.

Trudno mi więcej pisać, by nie zdradzić zbyt wiele i nie zepsuć efektu tej książki. Sięgajcie po nią, ale nastawcie się na dramatyczne sceny i ogromną dawkę emocji.

Moja ocena: 5/6

Sebastian Barry, Czas starego Boga, tł. Aga Zano, 224 str., ArtRage 2024.

poniedziałek, 22 lipca 2024

"Podbój miasta Plassans" Emil Zola


 

Akcja czwartego tomu cyklu Rougon-Macquart umieszczona jest ponownie w Plassans w domu Marty Rougon, która poślubiła kuzyna z linii Macquartów – Francoisa. To zgodne małżeństwo, które wychowuje troje dzieci: Octave'a, Serge'a i Desirée. Dziewczynka jest umysłowo opóźniona, zapewne na skutek małżeństwa osób spokrewnionych, ale tego tematu Zola tu jeszcze nie podejmuje. Marta to spokojna osoba, chętnie przebywa w domu i ogrodzie, gdzie spędza długie godziny na szyciu i obserwowaniu córki. Francois to obrotny kupiec, rubaszny, zadowolony z życia, zawsze skory do żartów. Pewnego dnia wynajmuje poddasze nowemu księdzu w Plassans – Abbé Faujas. Ten sprowadza się z matką i wzbudza od razu całą falę plotek. Nikt nie wie, dlaczego opuścił poprzednią parafię, dlaczego przybył tak nagle, rodzą się najdziwniejsze spekulacje, a w tym wszystkim nie pomaga skrytość księdza. By lepiej go poznać, Francois inicjuje wspólne wieczory. On gra z matką Faujasa w karty, a ksiądz rozmawia z Martą. Kobieta stopniowo ulega fascynacji kościołem i wiarą. Porzuca skromne i ciche życie, stawiając na częste wizyty w kościele, a nawet spowiedź. Dotychczas niereligijna Marta angażuje się w zbiórkę i budowę domu dla dziewcząt, którym grozi ulica oraz dla chłopców, którzy powinni bardziej sensownie spędzać czas. Z troskliwej matki nie zostaje nic, a Francois jest zaskoczony przemianą żony. Równocześnie Faujas zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze, mieszając się w polityczne rozgrywki w Plassans a także te na szczeblu kościelnym, które są coraz bardziej zajadłe w obliczu zbliżających się wyborów.

Marta popada stopniowo w szaleństwo, tymczasem Abbé Faujas sprowadza do domu siostrę i szwagra, który zostaje zaangażowany do pomocy formalnej przy prowadzeniu zbiórki na dom dla dziewcząt. To chciwe małżeństwo ma jednak jeden cel – zawłaszczyć sobie dom Mouretów. Podczas ataków szału Marta kaleczy samą siebie, ale sprytne małżeństwo wrabia Francoisa, twierdząc, że to on maltretuje żonę. Zamknięcie go w zakładzie dla psychicznie chorych to pierwszy krok do celu.

Zola fantastycznie opisuje stosunki panujące w miasteczku – manipulacje, plotki, przetasowania, które prowadzą do popularności konkretnej osoby. Jego punkt ciężkości leży jednak na krytyce kościoła i żądnych władzy hierarchów.  Autor umiejętnie obnaża mechanizmy osób przy władzy, ale także kobiet, które dzięki plotkom mają wymierny wpływ na działania w mieście. Wiele tu zapadających w pamięć scen rodzajowych – w ogrodzie Mouretów, na wsi u wujka Macquarta itd., natomiast dużo mniej opisów, które stanowiły trzon poprzedniego tomu.

Moja ocena: 4/6

Émile Zola, Die Eroberung von Plassans, tł. Armin Schwarz, 350 str., Die Gehörgäng.

środa, 17 lipca 2024

"Córka weterynarza" Barbara Comyns

 


Alice Rowland ma siedemnaście lat i mieszka na przedmieściach Londynu z chorowitą matką i ojcem weterynarzem. Pozornie normalna rodzina. Ojciec jednak to zły, nie stroniący od przemocy człowiek. Podobno świetny weterynarz, ale jego skłonności do brutalności widać w traktowaniu zwierząt i ludzi. Matka jest całkowicie przez niego zastraszona, cierpi w milczeniu, stopniowo jej choroba staje się tak poważna, że zalega na stałe w łóżku i umiera. Alice troszczy się o matkę z pomocą serdecznej pani Churchill, ale równocześnie podlega tyranii ojca, który traktuje córkę tak samo jak żonę. Jej dni wypełnia ciężka praca ze zwierzętami, sprzątanie, usługiwanie oraz spacery z psami. Los Alice odmieni dopiero pomocnik ojca, który zaprosi dziewczynę do rodzinnego domu, gdzie będzie opiekować się jego matką.

Ten wyjazd w jakiś sposób poprawi los dziewczyny, która zamieszka na walijskiej wyspie, pozna inne krajobrazy, zakocha się, ale równocześnie postawi ją przed innymi wyzwaniami. Matka weterynarza cierpi na depresję, podjęła już jedną próbę samobójczą, opieka nad nią to spore wyzwanie dla młodej dziewczyny. Podobnie ma się rzecz z gospodarzami domu – ludźmi obcesowymi, brutalnymi, brudnymi. A i zauroczenie okaże się być rozczarowaniem.

Comyns niepostrzeżenie wprowadza do tej historii wątek, powiedzmy, fantastyczny, a konkretnie lewitację. Ten zabieg totalnie mnie zaskoczył, początkowo sądziłam, że to sny i nie bardzo miałam chęć na pogodzenie się z takim zwrotem narracji. Z drugiej strony czytając, ciągle się zastanawiałam, dokąd zmierza ta powieść. Nie twierdzę, że wprowadzenie elementu fantastycznego pogłębiło jej sens, bo w moim odczuciu niekoniecznie, ale w jakiś sposób ukierunkowało zakończenie. 

Córka weterynarza to dobrze napisana powieść, którą pochłania się bardzo szybko, ale dla mnie pozostaje zagadkowa. Starałam się odkryć jej metaforyczne znaczenie, zamysł autorki, poza tym że przedstawia los samotnej, uciśnionej dziewczyny, ale niestety nie udało mi się to. Niestety nie oddziaływał na mnie mrok powieści, nie odczułam jej duszności, zbyt zajęta byłam próbami odgadnięcia jej przesłania (i tak, wiem, nie każda powieść musi je mieć). 

Podsumowując, lektury nie żałuję, bo to faktycznie przekonało mnie zręczne pióro i potoczysty język, ale mam nadzieję, że pewien klub książkowy oświeci mnie na temat głębszego sensu tej powieści.

Moja ocena: 4/6

Barbara Comyns, Córka weterynarza, tł. Jolanta Kozak, 208 str., Wydawnictwo MOVA 2023.

niedziela, 14 lipca 2024

"Testament" Nina Wähä

 


Objętość tej książki przywodzi na myśl takie słowa jak monumentalna, opasła, przytłaczająca, ale żadne zn nich do Testamentu nie pasuje. To napisana zaskakująco lekkim językiem opowieść o rodzinie Toimi. Specjalnie napisałam opowieść, bo trudno jednoznacznie sklasyfikować Testament – są tu elementy dramatu, powieści, kryminału, a nawet notatnika (brudnopisu?). 

Wähä zabiera czytelniczkę w podróż przez ponad sześćdziesiąt lat, choć akcja zasadza się na kilku dniach. Liczna rodzina Toimich spotyka się na święta 1983 roku – to nie jest bagatela, zjechać musi się dwanaścioro dzieci! My podróżujemy z Annie, najstarszą córką, która jest w ciąży, do domu rodzinnegi, dokąd nie jeździ zbyt często. Toimi mieszkają na północy Finlandii nad Zatoką Botnicką, Annie natomiast wyprowadziła się aż do Sztokholmu. Te święta będą specjalne – rodzinę czekają poważne roszady. Okaże się, że nic nie jest takie, na jakie wygląda i nie można wychodzić z założenia, że zna się swoje rodzeństwo. Siri i Peitti doczekali się czternaściorga dzieci, dwoje najstarszych umarło w dzieciństwie. Pozostała dwunastka wychowała się mniej lub bardziej sama. Siri wiecznie zapracowana, zastraszona, surowa, nieukazująca uczuć nie miała czasu dla każdego z dzieci. Peitti był bardziej postrachem i dręczycielem niż kochającym ojcem. Teraz większość dzieci jest dorosła i postanawia wkroczyć w rodzinne układy i coś w nich zmienić, a także wyjaśnić niektóre wydarzenia z przeszłości. Do tej rodziny wrócimy ponownie latem, gdy będziemy już znać charaktery wszystkich dzieci, przeszłość rodziców i kluczowe wydarzania.

Autorka umieściła na początku spis postaci, ale po kilkudziesięciu stronach nie będzie on już potrzebny. Mimochodem opisuje poszczególnych braci i siostry, tak że czytelniczka z łatwością orientuje się w ich osobowościach i cechach szczególnych. Wähä czyni to w bardzo ciekawy sposób. Mamy poczucie, że główną postacią jest tu Annie, ale środek ciężkości raz po raz przenosi się na poszczególne osoby i na matkę. W ten sposób poznajemy stosunki panujące w rodzinie, historię rodziców oraz marzenia i cele każdego z dzieci. Autorka krąży wokół pytania: czy rodzina stanowi centrum świata, czy jest azylem, miejscem, do którego się wraca, które daje oparcie, a może taką funkcję może spełnić tylko własna, stworzona przez siebie rodzina? Wychowane na małej przestrzeni rodzeństwo stopniowo przekonuje się, że wcale nie zna się nawzajem tak dobrze, jak sądziło. Mimo okresowej bliskości byli tylko czasowo ze sobą związani, decyzją przeznaczenia, a gdy opuścili dom przestała ona odgrywać rolę. Wływ ma na to wiele czynników, zapewne przede wszystkim charaktery rodziców, szczególnie ojca. I tu widać, jak dzieci różnie radzą sobie i interpretują jego przemocowość. 

Wähä stworzyła niezwykle interesujący kalejdoskop postaci, nie zapominając o rysie historycznym (II wojna światowa, rola Finlandii, Karelia, Szwecja), a nadając każdemu dziecku bardzo odrębne cechy, stworzyła ciekawy przekrój postaci. Mnie bardzo podoba się język tej książki – niby nonszalancki, pamiętnikowy, czasem wręcz przypominający brudnopis (tytuły rozdziałów, angielskie wstawki), a zarazem głęboko psychologiczny, sięgający do wnętrza bohaterów, a mimo to prosty, oszczędny, pozostawiający pole do domysłów. 

Testament to fantastycznie skonstruowana powieść, którą można czytać na wiele sposobów – jako sagę rodzinną, powieść psychologiczną, powieść kryminalną. Jednym słowem, każda czytelniczka ma szanse znaleźć w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 6/6

Nina Wähä, Testament, tł. Justyna Czechowska, 512 str., Wydawnictwo Poznańskie 2022.

czwartek, 11 lipca 2024

"Wie die einarmige Schwester das Haus fegt" Cherie Jones

 


Pochodząca i wciąż mieszkająca na Barbadosie Cherie Jones umiejscowiła akcję swojej powieści w 1984 roku. Dwudziestoletnia Lala jest w zaawansowanej ciąży, gdy nagle zaczyna rodzić. Jej mąż Aden zajmuje się tym, co zawsze – okradaniem willi bogatych turystów. Tym razem jednak trafia na kłopoty i podczas przepychanki postrzela śmiertelnie właściciela domu. Jego żona Martha widziała twarz napastnika, Aden będzie się więc ukrywał, bo na sumieniu ma już nie jedno. Ukrywać się musi więc i Lala oraz nowonarodzona córeczka. 

Ta sytuacja wyjściowa pozwoli autorce pokazać szeroki wachlarz postaci. Barbados to raj dla jednych i piekło dla innych. Miejscowi zajmują się wyplataniem warkoczyków na plaży, oferowaniem usług seksualnych, wypożyczaniem jet ski, napaściami, handlem narkotykami itd. Ten kontrast nie jest jednak głównym tematem powieści. Jones sięga po rodzinne traumy – taka ciąży na kobietach z rodziny Lali. Dziewczynkę wychowała babcia po śmierci jej matki. Wilma chce uchronić wnuczkę przed losem matki, stara się ją ustrzec przed niedobrymi mężczyznami, ale się jej to nie udaje. Gdy Lala wychodzi za Adena, zrywa kontakt z babcią. Mężczyzna ma wprawdzie charyzmę i dobry wygląd, ale poza tym jest przemocowym tyranem. Lala próbuje się wyrwać z nieudanego związku, zbierając zarobione na wyplataniu warkoczyków pieniądze, ale gdy ginie jej mała córeczka wszystko się zmienia. 

Ta powieść to pozornie kryminał – w tle przewija się miejscowy policjant, który koniecznie chce wykryć mordercę bogatego Anglika oraz przyczynę śmierci noworodka, by wskoczyć na kolejny szczebel kariery. Ten wątek jednak służy tylko pokazaniu relacji międzyludzkich. Oprócz Lali i Adena mamy jeszcze Tone'a – przyjaciela Lali z dzieciństwa, jej pierwszego chłopaka, który po pobytach w zakładzie poprawczym dorabia jako żigolak. To on jako jedyny widzi pułapkę, w jakiej znalazła się Lala i jako jedyny próbuje jej pomóc. 

Autorka nakreśla także historię Wilmy i kilku innych postaci (prostytutki królowej Saby, dzieciństwo Tone'a i Adena), dopełniając obraz życia i dorastania na Barbadosie. Natomiast intrygujący tytuł opiera się na miejscowej legendzie – ale nie zdradzę szczegółów!

Jones przeskakuje w swojej powieści w czasie, wymagając skupienia czytelniczki, ale pisze językiem potoczystym, dość lekkim, wciągającym. Warto sięgnąć, by poznać prawdziwy (albo inny) obraz Karaibów, w którym królują podziały, rasizm, nierówność, przemoc, a nie beztroskie życie na plaży. 

Moja ocena: 5/6


Cherie Jones, Wie die einarmige Schwester das Haus fegt, tł. Karen Gerwig, Culturbooks 2022.

niedziela, 7 lipca 2024

"Kąkol" Zośka Papużanka

 


Wybór dość przypadkowy, choć nazwisko autorki od dawna przewijało mi się na liście zwanej potocznie: trzeba wypróbować. I faktycznie weszłam w tę prozę jak nóż w miękkie masło. Papużanka pisze przecież potoczyście, nie stroni od zaskakujących metafor, uwodzi zmysłem obserwacji i wydarzeniami, które mi, dziecku lat 70., są bardziej niż bliskie. Od pierwszej strony czułam ten vibe, echem odbijały mi się w uszach niektóre zdania i nawet jeśli nie podzielam wielu doświadczeń z narratorką, to czułam tę wspólnotę przeżyć, doświadczeń, odczuć, kierowanych do nas słów. 

Można by sądzić, że to kolejna autofikcja o dorastaniu w PRL, na wsi, sielskiej i wesołej, w kwiatach, ziołach, malinach wsadzanych garściami w usta, czereśniach żartych do wyrzygu, dzikich zabawach na dworze bez nadzoru i bez żadnych zasad BHP. Można by, gdyby się nie czytało dalej. Bo z pozoru tak jest. Papużanka zaprawia jednak tę idyllę trującym kąkolem. Mimo że bohaterka idzie dopiero do klasy szóstej i jeszcze niewiele wie, to już do niej dotarło, że jest dzieckiem z gruntu złym, że jej matka do rodziny nie przynależy, że dziadek Antoni to bóg, a wieloletnie wiejskie zatargi są ważniejsze od spontanicznej zabawy z dzieciakami z sąsiedztwa. To wszystko się znosi, nawet niespecjalnie wyraża się zdumienie, choć jako dziecko można, bo przecież zdrowe wiejskie powietrze, owoce, warzywa, nie to co te bloki i mury. 

Kąkol urzekł mnie językiem, bardzo różnorodnym, balansującym między opisem, wyliczanką, groteską, pamiętnikiem. Podobały mi się nietypowe metafory, giętkość, potoczystość. Doceniam bardzo, że autorka potrafiła z ogranej już przecież tematyki wyciągnąć coś nowego. W pozornej idylli tkwią zapracowane dzieciaki, zatargi, kłótnie, przejmujące milczenie jako wyraz niechęci i braku akceptacji. To ciekawy głos i pociągająca proza, warto, jak ja, wypróbować.

Moja ocena: 5/6

Zośka Papużanka, Kąkol, 320 str., Wydawnictwo Marginesy 2021.

sobota, 6 lipca 2024

"Wiosenna noc. Zamek z lodu" Tarjei Vesaas

 


Nie ukrywam, że nie jestem specjalistką od norweskiej klasyki i o prozie Vesaasa nigdy wcześniej nie słyszałam. Gdyby nie Seria Skandynawska, pewnie nigdy bym po nią nie sięgnęła. Tymczasem okazała się być dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Wiosenna noc i Zamek z lodu to dwie osobne opowieści, które jednak wiele łączy.

Wiosenna noc wydarzyła się w pewnym leżącym na uboczu domu. Rodzeństwo nastolatków zostaje same na noc. Osiemnastoletnią dziewczynę odwiedza chłopak, czternastoletni syn, Hallstein, bardzo cieszy się ze swobody i krąży po domu i okolicach, obserwując przyrodę, żyjątka i nasłuchując lasu. Ten spokój i beztroskę zakłóca przyjazd dziwnego pojazdu. To nietypowa rodzina, w której tuż przed przyjazdem coś się wydarzyło. Kłótnia? Konflikt? Nie wiemy. Wiemy za to, że składa się z ona z ojca, jego drugiej żony oraz dwójki dzieci z poprzedniego małżeństwa. Starszemu synowi towarzyszy żona, która zaczęła rodzić. Młodsza dziewczynka jest niemal w wieku nastolatka i przypomina mu dziewczynkę z jego fantazji. Ci dziwni goście wnoszą do domu niepokój, który szczególnie skupia się na Hallsteinie, który wydaje się być wrażliwy na to, co magiczne, niespotykanie, niewytłumaczalne. Druga żona przyjezdnego mężczyzny nie chodzi i nie mówi, ale do Hallsteina się odzywa, prosząc go o pomoc. O to samo poproszą go inni członkowie tej dziwacznej rodziny, szczególnie ojciec, który kompulsywnie mówi i ciągle się krząta.

Zamek z lodu to zaś opowieść o jedenastoletnich dziewczynkach. Unn po śmierci matki przeprowadza się do ciotki i przybywa do nowej szkoły. Siss jest prowodyrką w tej klasie, lubianą dziewczynką i próbuje zintegrować Unn. Ta jednak wydaje się skrywać jakąś tajemnicę i trzyma się na uboczu. Pewnego dnia zaprasza do siebie Siss, a następnego dnia znika i zamarza w zamku z lodu, który utworzył się na pobliskim wodospadzie. Siss czuje się winna zniknięcia nowej koleżanki.

W obu tych powieściach uwodzi podobna atmosfera – oniryczna, niepokojąca, zwodnicza. Czytając Wiosenną noc, czułam się jak podczas lektury horroru czy thrillerów Stephena Kinga. Vesaas buduje taką aurę poprzez opisy przyrody, która ma tu zdecydowanie ogromną moc i wpływ na ludzkie działania. To ona potrafi przyciągać, niszczyć, zatracać. Równocześnie pojawiają się tu postaci, które mają władzę nad naturą, potrafią wywołać lub uciszyć wiatr czy deszcz. Na tę specyficzną atmosferę wpływają także dialogi – pełnie niedopowiedzeń, czasem wręcz niezrozumiałe, sugerujące jakieś przeszłe wydarzenia. 

Nie jest to może proza, którą bym się zaczytywała, ale z pewnością mnie zaskoczyła swoją nietypowością, tajemniczością i antropomorfizacją natury.

Moja ocena: 4/6

Tarjei Vesaas, Wiosenna noc. Zamek z lodu, tł. Maria Gołębiewska-Bijak, 400 str., Wydawnictwo Poznańskie 2023.

czwartek, 4 lipca 2024

"Powiedziała, że nie żałuje" Tommi Kinnunen


 

Losy Finlandii w czasie drugiej wojny światowej nie były proste – początkowa współpraca z Niemcami zamieniła się w 1944 w zerwanie stosunków dyplomatycznych i przystąpienie do strony alianckiej. Dla głównych bohaterek tej powieści miało to poważne skutki. Każda z nich zaciągnęła się do pracy przy wojsku niemieckim – jako kucharki, sekretarki, pielęgniarki. Z różnych przyczyn opuściły swoje domy i ruszyły wraz z armią. Niektóre z nich znalazły wśród żołnierzy kochanków, niektóre zaszły w ciążę. Początkowo traktowane jako zwykłe kobiety pracujące zamieniają się w kolaborantki i niemieckie k..wy. Z końcem wojny Niemcy opuszczają Laponię, paląc wszystko, co napotkają. Po dotarciu do Norwegii okazuje się, że i ten kraj opuszczają, a kobiety zostają umieszczone w obozach jenieckich. 

Ta niepewność ich losów jest trudna do zniesienia, kobiety lękają się o życie, podejrzewają, że zostaną zabite. Gdy zostają wywiezione na ciężarówkach spodziewają się najgorszego. Kierowca jednej z nich zawozi jednak pasażerki na granicę z Finlandią, oddaje ich paszporty i pozostawia samym sobie. Grupa kilku z nich wyrusza do domów pieszo. Kinnunen opisuje ich wędrówkę – bardzo uciążliwą. Najpierw kobiety idą przez pustkowia, w zimnie, bez odpowiedniej odzieży, bez jedzenia, bez pewności, że dojdą do celu. Stopniowo trafiają na powojenny krajobraz – zniszczone mosty i domy, spalone wsie, zaminowane drogi. Następnie spotykają ludzi, którzy najczęściej nie są przyjaźni. Ogolne głowy kobiet są najgorszą wizytówką, ale i ich sama obecność zaskakuje, bo w Laponii na razie są sami mężczyźni. Grupka więc zaczyna unikać spotkań, ale częściowo jest od nich zależna, bo to jedyna szansa na osuszenie, ogrzanie i zdobycie jedzenia. 

To nie jest jednak tylko powieść o wędrówce. Kinnunen stworzył głębokie portrety psychologiczne każdej z bohaterek – rozważania na temat własnych losów, sprawczości, wyborów, a także przyczynienia się do wojennych zbrodni zaprzątają umysły kobiet podczas długiej wyprawy. Nie poznajemy zbyt wiele z ich przeszłości, to zaledwie fragmenty, urywki wspomnień, które pozwalają domyślać się, dlaczego opuściły swoje domy. Na pierwszy plan wysuwa się tu Irene, która wyrwała się z nieudanego małżeństwa i frustracji po tym, jak jedyny syn zerwał z rodzicami kontakty. Ale każda z bohaterek ma zupełnie inną motywację i przeszłość i każda wybierze inną drogę. Można by sądzić, że ciężkie przeżycia, mozolna wędrówka czy wspólnota doświadczeń połączą te kobiety na zawsze, ale nie, wojna nigdy nie łączy, zawsze dzieli. Wobec niej każdy jest samotny.

To bardzo ciekawa powieść, oszczędna w słowach, Kinnunen nie prezentuje łatwych odpowiedzi, nie ocenia, nie dopowiada – nakreśla za to prawdę trywialną, ale zawsze aktualną. Podczas wojny najbardziej cierpią najsłabsi, a po niej nigdy nie ma wygranych. 

Moja ocena: 5/6

Tommi Kinnunen, Powiedziała, że nie żałuje, tł. Sebastian Musielak, 320 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

środa, 3 lipca 2024

"Wiek czerwonych mrówek" Tania Pjankowa

 


Tę książkę wybrałam zupełnie przypadkowo i ten przypadek zaprowadził mnie w zupełnie nieoczekiwane rejony literackie. Powieść Pjankowej bowiem rozgrywa się w 1933 roku na Ukraine podczas Wielkiego Głodu w wiosce Macochy. Autorka zasadziła narrację na opowieści trzech osób. 

Młoda kobieta Dusia wraz z matką i bratem mieszka w niewielkiej chatynce i została sklasyfikowana jako kułaczka. Ojca wywieziono, matka pracuje w kołchozie, a rodzina cierpi koszmarny głód. Dusia opisuje stopniowe tracenie ciała, zmiany fizyczne, swoje rozmyślania o głodzie, który opanowuje rodzinę niczym mrówki. Niczym mrówki działają też partyjniacy, którzy wprowadzają nowe porządki. Kto nie chce oddać swojej ojcowizny jest wrogiem partii i kułakiem. Dla takich osób nie ma nawet ziarna ani okrucha.

Swyryd to także mieszkaniec Macoch, on jednak zdecydował się na współpracę z partią i próbuję swoją lepszą pozycję wykorzystać, by zdobyć serce matki Dusi, w której kocha się od młodości. Początkowo pewny swojego stopniowo traci rezon i pewność siebie. 

Trzecia osoba to Sola – żona aparatczyka, pogrążona w traumie po utracie maleńkiej córki, kompulsywnie zajadająca ból. Podczas gdy jej mąż terroryzuje wieś i zaspakaja swoje żądze, korzystając z partyjnej władzy, ona przebywa w pobliskim sanatorium, w którym ma schudnąć. 

Ten dobór bohaterów jest bardzo mądrym i przemyślanym zabiegiem, który pozwala ukazać bardzo odmienne perspektywy, ale i motywacje działań tych osób. Upór matki Dusi, która nie dopuszcza do siebie Swyryda, mimo że obiecuje jej jedzenie, poświęcenie Dusi dla brata, zachowanie Swyryda po urodzeniu dziecka, decyzja Soli po utracie psa – te sytuacje można rozegrać na wiele sposobów, Pjankowa stawia jednak na pokazanie tego, co dla poszczególnych osób oznacza człowieczeństwo, poświęcenie, uczucie, idea. Tytułowe mrówki przewijają się tu na wiele sposobów – autorka inteligentnie gra tym motywem, wplatając go w różne sytuacje.

I wreszcie sam głód – potworne ludobójstwo, o którym trudno pisać, nie popadając w naturalizm i patos. Pjankowa czyni to w sposób bardzo delikatny, pośredni, ale mimo to czyta się to ze ściśniętym gardłem i niemal łzami w oczach. Cudowna, przejmująca proza, bardzo warto!

Moja ocena: 6/6

Tania Pjankowa, Wiek czerwonych mrówek, tł. Marek S. Zadura, 312 str., Wydawnictwo MOVA 2023.

Statystyka czerwiec 2024


Przeczytane książki: 16 + 1

Liczba stron: 4479

Przeczytane tytuły
Najlepsza książka: "Dziewczęta z Nowolipek", "Rajska jabłoń", "Czas huraganów", "Ukłon świata"

poniedziałek, 1 lipca 2024

"Opowiadania wszystkie" Clarice Lispector

 


Sięgając po tę książkę, byłam uprzedzona. Mimo to bardzo chciałam dać jej szansę, bo literatura z obszaru języka portugalskiego bardzo mnie interesuje. A uprzedzona byłam po lekturze powieści Clarice Lispector W pobliżu dzikiego serca, która tak totalnie, zupełnie, absolutnie do mnie nie trafiła, że do dziś nie wiem, co przeczytałam i co autorka chciała w ogóle przekazać. 

Sześćset stron nie ułatwiało decyzji o lekturze, wspomogła mnie jednak akcja wyboru dwudziestu czterech książek na ten rok. Nadszedł więc czas zmierzenia się z tym tomiszczem. Pierwsze wrażenia nie były wcale złe! Zbiór podzielony jest na osiem części, ja zaczęłam czytać po kolei, czyli od Pierwszych opowiadań. To teksty o kobietach i ich związkach, najczęściej o związkach nieudanych, a nawet w jakiś sposób przemocowych. Te kobiety wpadają w pułapkę mężczyzn, którzy nimi rządzą, je usidlają, poddają swojemu dyktatowi. Potem przeskoczyłam do drugiej części Więzy rodzinne, ale tematyka wydała mi się być podobna. 

Na czym więc polega mój problem z tymi tekstami? Po pierwsze zupełnie mnie nie interesuje ich treść. Autorka nie potrafi mnie poruszyć, nie wzbudza we mnie żadnych emocji, jej bohaterki są mi zupełnie obojętne, a opisywane historie, w moim odczuciu, nudne. Mimo że w porównaniu z powieścią język opowiadań jest bardzo przystępny, to w żaden sposób nie jest, korzystając z nowomowy, angażujący. Spojrzawszy na opowiadania z innych części, uznałam, że już nie chcę poznawać prozy Lispector i porzucam bez sentymentów to tomiszcze. 

Bez oceny

Clarice Lispector, Opowiadania wszystkie, tł. Wojciech Charchalis, 592 str., W.A.B. 2019.

niedziela, 30 czerwca 2024

Stosikowe losowanie – lipiec 2024


 

ZwL wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 9 książek) - 3
Agnes wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 30 książek) - 
Katarzyna wybiera numer książki dla Guci (w stosie 37 książek) - 33
Gucia wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 222
Mcdulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 232 książki) - 77
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 22 książki) - 17 
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 49

"O mojej córce" Kim Hye-Jin


Narratorka tej powieści to samotna kobieta po sześćdziesiątce, która pracuje w domu opieki. Jej podopieczna Jen odniosła za życia wiele sukcesów, teraz jednak osamotniona wegetuje w ośrodku, pogrążając się w demencji. Główna bohaterka prowadzi uporządkowane, przewidywalne życie, osadzone na tradycji i koreańskich konwenansach. Pewnego dnia spotyka się ze swoją trzydziestoletnią córką, która ewidentnie ma jakieś kłopoty, nie tylko finansowe. Po długiej rozmowie i próbach zdobycia kredytu, kobiety dochodzą do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie, gdy córka zamieszka z matką. Ta sprowadza się do niej jednak z partnerką – to jest jednak dla starszej kobiety absolutnie nie do zaakceptowania. Homoseksualizm zupełnie nie mieści się w jej światopoglądzie, targają nią obawy, co powie otoczenie, męczą troski, że córka nie ułożyła sobie normalnego życia. 

Matka krok po kroku poznaje życie córki, dowiaduje się, że jest ona zaangażowana w protesty pod uniwersytetem, na którym wykładała. Homoseksualni pracownicy zostali wyrzuceni z pracy, co wzburzyło sporą grupę osób. Matka balansuje więc na linii – troska o córkę i troska o Jen. W domu opieki nie dzieje się dobrze, oszczędza się na środkach higieny, a osoby pogrążone w demencji przenoszone są w inne miejsca. Narratorka decyduje się na swój prywatny protest. Równocześnie autorka szczegółowo opisuje jej myśli i rozterki. Miłość do córki i przywiązanie do tradycji stanowią dwa bieguny, które nie mogłyby być bardziej oddalone od siebie. Paradoksalnie jednak to partnerka córki nawiązuje z nią nić porozumienia.

Ta niewielka powieść porusza dwa bardzo ważne tematy – opiekę nad osobami starszymi oraz akceptację homoseksualizmu. Tematy odległe, ale jednak w pewien sposób powiązane. To, co dzieje się w pracy pomaga narratorce rozpocząć powolny proces wewnętrznej rewolucji kulturowej. Ale nie będzie tu happy endu, lecz delikatne zbliżenie się, próba zrozumienia niezrozumiałego i mnóstwo rozważań na temat stosunków międzyludzkich. Ciekawa powieść, bardzo koreańska w sposobie myślenia i języku, melancholijna, pełna emocji i zaskakująco uniwersalna. 

Moja ocena: 5/6

Kim Hye-Jin, O mojej córce, tł. Łukasz Janik, 184 str., Kwiaty Orientu 2022.

piątek, 28 czerwca 2024

"Zew oceanu. 312 dni samotnego rejsu" Tomasz Cichocki, Marcin Mastalerz

 


Tomasz Cichocki wymyślił sobie plan – opłynąć samotnie świat, mijając trzy najważniejsze przylądki (Dobrej Nadziei, Horn i Leeuwin) i nie zawijając do portów. Plan, powiedzmy, dość karkołomny, ale i ciekawy. Cichocki zabiera nas więc w ten rejs, dzieląc się wpisami z dziennika pokładowego, ale nie jest to tylko relacja na jego podstawie.
Cichocki pokusił się o barwną narrację okraszoną wspomnieniami i przemyśleniami, która pozwala nam poznać go jako człowieka, a nie tylko towarzyszyć mu podczas wyprawy. Autor jawi się więc jako postać nietuzinkowa, która lubi iść pod prąd, nie stroni od przygód i która zaliczyła już wiele przygód. To jednak także człowiek z dystansem do siebie, pełen humoru, człowiek, który da się lubić. O swoim rejsie pisze bez zadęcia i maniery, potrafi wypunktować swoje słabości, śmiać się z siebie i popatrzeć na siebie z szerszej perspektywy.

Oczywiście ta książka aż skrzy się od przygód, których Cichocki podczas rejsu miał wiele i to dość niebezpiecznych. Opisuje także problemy, na jakie się natknął – brak snu, brak jedzenia, sztormy, demolka wewnątrz łodzi, liczne awarie, samotność, zimno i wiele innych. Nie ma tu koloryzowania ani romantyzowania tej wyprawy, jest za to pot, krew i pewnie też łzy. 

Nie ukrywam, że chętnie sięgam po książki podróżników ekstremalnych i z całą pewnością mogą powiedzieć, że ta zalicza się do tych, które nie tylko są wciągające, ale które też warto przeczytać. 

Moja ocena: 5/6

Tomasz Cichocki, Marcin Mastalerz, Zew oceanu. 312 dni samotnego rejsu, 256 str., Carta Blanca 2013.

czwartek, 27 czerwca 2024

"Ognie. Miłość i inne katastrofy" Sigríður Hagalín Björnsdóttir

 


Ziemia pod islandzkim półwyspem Reykjanes ciągle drży. Sztab specjalistów spodziewa się najgorszego, czyli erupcji wulkanu. Problem w tym, że system wulkanów w tym miejscu jest skomplikowany i nie bardzo wiadomo, jak przemieszcza się magma. Na pewno nie będzie to erupcja stożkowa, a szczelinowa, a gdzie te szczeliny się otworzą nie wie nawet najlepszy specjalista. Sytuacja jest bardzo delikatna, bo na polach lawy z dawnych erupcji pobudowano rozległe osiedla domów. To okręg stolicy Islandii, gdzie mieszka większość obywateli.

W sztabie naukowym ważną rolę odgrywa Anna – wulkanolożka, specjalistka w swoim fachu i autorytet dla wielu osób. Anna, jako córka wulkanologa, ma ogromną wiedzę i wyczucie tematu, lecz napięcie przed erupcją przenosi się na jej życie. Podczas jednego z lotów zwiadowczych poznaje Tomasa – fotografa, który przyciąga ją jak magnes. Naukowyczyni zdolna jest postawić na szalę wspaniałego męża, dzieci i wpaść w ramiona kochanka. Nie czyni tego jednak bez wątpliwości, które buzują w niej niczym magma pod skorupą ziemi. Tytułowe ognie to określenie tego typu erupcji, ale to także emocje władające sercem i ciałem Anny. 

Kolejne rozdziały wprowadzają cytaty z rozpraw naukowych na temat wulkanologii – przyznam, że były one często ciekawsze od fragmentów fabularnych. Björnsdóttir nie kupiła mnie tą opowieścią. Romans Anny mnie nie przekonał, jej rozterki są niewiarygodne, a zachowanie nieracjonalne. Ciekawym wątkiem są jej rodzice, zwłaszcza matka, ale także niedopracowanym. Nie potrafię sobie wyobrazić, co autorka chce w tej powieści przekazać? Że romans po czterdziestce zaćmiewa umysł i się zemści? Że nie warto iść za głosem serca? Że uporządkowane życie kryje niespełnione marzenia i niezrealizowane emocje? Wszystkie te wnioski wydają mi się być miałkie. Niemniej przeczytałam tę książkę do końca i się nie rozczarowałam, bo samo zakończenie jest świetne, choć przyznam, że znamion thrilleru w tej powieści nie widzę.

Na moje niezadowolenie z lektury miał ogromy wpływ przekład – nie rozumiem, dlaczego usunięto wszystkie islandzkie litery i znaki diakrytyczne? Czytelniczka wie, że jest w Islandii, zresztą tekst jest wręcz naszpikowany islandzkimi nazwami miejscowymi, dlaczego więc taka zbrodnia na tekście (ale na okładce nie)? Drga kwestia to absolutnie nielogiczne i niekonsekwentne używanie feminatywów, chyba na zasadzie, jak mi się napisze – na jednej stronie mamy ministrę i naukowca, geolożkę i wulkanologa, wszystko w odniesieniu do kobiet. Gdy Anna została nazwana islandzkim geologiem to już w ogóle straciłam serce do tego tekstu. Jeszcze rozumiem, gdyby w całej powieści używano maskulatywów, jakoś bym to przełknęła, ale ten miszmasz przyprawiał mnie o wewnętrzne drgawki. 

Moja ocena: 3/6

Sigríður Hagalín Björnsdóttir, Ohnie. Miłość i inne katastrofy, tł. Jacek Godek, 360 str., Wydawnictwo Literackie 2021.

środa, 26 czerwca 2024

"Rajska jabłoń" Pola Gojawiczyńska


Rajska jabłoń to kontynuacja losów kobiet z powieści Dziewczęta z Nowolipek. Amelia, Cechna, Kwiryna i Bronka nie mają ze sobą już wiele wspólnego, każda inaczej ułożyła sobie życie. Amelia przeszła swoisty awans społeczny. Jako żona aptekarza ma pieniądze, służbę, piękne stroje i mnóstwo czasu na nudę. Równocześnie odkrywa, że nie kocha dużo starszego od siebie męża i że jej życie nie jest szczęśliwe. Najbliższy kontakt Amelka ma z Kwiryną, która pozostała w sklepie i zajmuje się ponadto wynajmem mieszkań. Podobnie jak Amelia prowadzi dostatnie życie, ale nie pozbawione wątpliwości moralnych, które zasiewa w niej mąż Roman, człowiek o dobrym sercu, pomagający biedniejszym.
Cechna natomiast powraca z dalekich wschodnich rubieży jako samotna matka, a wkrótce rozwódka i robi karierę, choć nie bez początkowych trudności. Cechna stawia jednak na emancypację, niezależność i zaufanie sobie samej, po tym jak pomieszkała w domu siostry.
Bronka natomiast spotyka Ignacego – aktualnie męża Magdaleny, człowieka zaangażowanego politycznie, co zakończy się niekoniecznie dobrze rokującym romansem.

Gojawiczyńska bardzo dojrzale pociągnęła wątki tych czterech kobiet, wskazując na liczne problemy, z jakimi muszą się zmagać. To już nie tylko parcie na awans społeczny czy wyrwanie się z Nowolipek, ale też to, że osiągnięcie tego nie zawsze będzie oznaczać szczęście i spełnienie. Sporo tu moralnych rozważań na temat sposobów walki o dostatek, poczucia szczęścia, ale także radzenia sobie z otaczającą biedą. Autorka rozwinęła tu mocno wątek polityczny, pokazując często bezsensowne działania aktywistek i aktywistów. 

Rajska jabłoń to powieść dojrzalsza, bardziej spójna narracyjnie niż pierwsza część, poruszająca szerszą gamę tematów i oczywiście w swoim realizmie smutna. Co ważne, ta dylogia dobrze się zestarzała – wiele z wątków, problemów, tematów są wciąż aktualne. Podobnie prowadzenie narracji przez Gojawiczyńską jest na tyle dynamiczne i ciekawe (mowa pozornie zależna), że ułatwia wejście w głowę każdej z bohaterek i zarazem dobrze się czyta. 

Ogromną wartością dodaną tej dylogii jest obraz Polski z początku XX wieku, a zwłaszcza Warszawy. Gojawiczyńska nie skupia się na głównych bohaterkach, wprowadzając cały szereg postaci drugoplanowych, których kreacje tworzą fantastyczny obraz ówczesnego życia. Widać tu zmiany polityczne i społeczne, które jednak nie mają bezpośredniego przełożenia na poprawę życia bohaterek. Osoby znające dobrze Warszawę na pewno wyłuskają tu wiele smaczków o poszczególnych dzielnicach czy nawet ulicach.

Bardzo polecam obie powieści, klasyka, która wciąż potrafi zachwycić.

Moja ocena: 5/6

Pola Gojawiczyńska, Rajska jabłoń, 304 str., Zielona Sowa 2006.

niedziela, 16 czerwca 2024

"Czas huraganów" Fernanda Melchor

 


La Matosa – prowincjonalne miasteczko w Meksyku, w którym ton nadaje bieda, brak perspektyw, brutalność i lęk. To tam banda dzieciaków odkrywa w rzece rozkładające się ciało Wiedźmy. W kolejnych rozdziałach Melchior będzie odkrywać warstwa po warstwie życie w mieście i poszukiwać mordercy Wiedźmy.

Okaże się, że Wiedźma była ratunkiem kobiet, zwłaszcza tych w niechcianej ciąży, i postrachem mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy ukrywają swój homoseksualizm. W La Matosie żyje się z dnia na dzień, zarabia na podstawowe potrzeby, poza tym pije, ćpa i uprawia seks, a czasem morduje, bije i gwałci. Tu nie ma miejsca na czułość, oznakę miłości czy jakiegokolwiek pozytywnego uczucia, nie ma niczego poza kłótnią, nienawiścią i rozpaczą. Matki wyzywają dzieci, dzieci rodzeństwo, mężczyźni kobiety, kobiety mężczyzn. Zaufania i wsparcia nie można odnaleźć także u jakichkolwiek służb, które są skorumpowane i w ogóle nie są zainteresowane pomocą komukolwiek, czy to będzie szpital, opieka społeczna czy policja.

Melchor szkicuje ten świat bez perspektyw w bardzo specyficzny sposób. Jej narracja jest pospieszna, pędzi w długich zdaniach, których nie sposób przerwać. Te zdania to gorączkowe słowa, wulgaryzmy, wyzwiska, epitety. Nie ma tu wyróżnionych dialogów, nie ma zabiegów ułatwiających czytanie, mimo to nie sposób odłożyć tę książkę, co więcej, nie sposób nabrać powietrza i odetchnąć. Czytelniczka czuje się wręcz zmuszona, by podążać z autorką i zagłębiać się w świecie La Matosy. To podróż bardzo ciężka, przypomina zatapianie się w bagnie. To podróż bez nadziei, bez perspektyw i bez jakiejkolwiek szansy na poprawę lub zmianę losu. To beznadzieja wyuczona, ciągnąca się przez lata, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Czas huraganów to jednak nie tylko powieść o braku perspektyw i dorastaniu w najmniej uprzywilejowanym środowisku, jakie można sobie wyobrazić. To także powieść o przejmującym lęku i wstydzie. Lęku przed tym, że ktoś odkryje prawdziwą seksualność, lęku przed wyrwaniem się z wyuczonych schematów, lęku przed staniem się pośmiewiskiem. Wstyd obejmuje podobne kwestie – wstyd wykorzystywanego dziecka, wstyd homoseksualisty ukrywającego swoją tożsamość, wstyd kobiet za mężczyzn nieudaczników, wstyd noszony do kościoła, obmodlony i przemilczany. 

Melchor pisze wprawdzie o meksykańskiej mieścinie, ale jej powieść zdaje się być uniwersalna. Taka La Matosa może istnieć wszędzie, na każdym kontynencie. Czytanie o ludzkiej słabości i niemocy jest bardzo przygnębiające, ale Melchor robi to w tak mistrzowski sposób, że naprawdę bardzo warto.

Moja ocena: 5/6

Fernanda Melchor, Czas huraganów, tł. Katarzyna Sosnowska, 280 str., Wydawnictwo Mova 2021.

czwartek, 13 czerwca 2024

"Zaufanie" Hernan Diaz


 

Benjamin Rask to multimilioner, który dzięki wspaniałej intuicji, słusznym decyzjom i sprzyjającym warunkom dorobił się na amerykańskiej giełdzie lat 20. XX wieku. Rask i jego żona Helen wzbudzają powszechne zainteresowanie, to jednak wycofana para, która nie lubi zadawać szyku na wytwornych balach. Helen stawia na muzykę i organizację koncertów oraz realizuje się w filantropii. Benjamin powiększa fortunę, nienaruszoną nawet przez krach na giełdzie. Tak się zaczyna ta powieść. To pierwsza część, która potrafi zniechęcić do dalszej lektury. Mnóstwo opisów instrumentów finansowych, działań na giełdzie, konszachtów i spekulacji to zaiste monotonna i niezbyt porywająca lektura. Co więcej ta pierwsza część nie zachwyca stylistycznie, płynie bez większych zwrotów akcji, przypominając bardziej relację niż powieść. Kilka razy wracałam zresztą do początku książki, bo zmyliła mnie druga karta tytułowa z innym autorem i innym tytułem. Jest w tym jednak sens i metoda, co okaże się później. 

Drugi rozdział to kolejna historia o podobnej parze potentatów finansowych. Podobne losy, podobne szczęście i podobna tragiczna śmierć żony. Moje zniechęcenie było jeszcze większe, bo po raz kolejny musiałam się przedzierać przez rozwlekłe opisy kwestii finansowych. 

Dopiero trzecia część mi podeszła, która wreszcie tłumaczy zamysł autora, ale też napisana jest z największą swadą, potoczystością i obejmuje szerszy wachlarz postaci. Czwarta i ostatnia część natomiast to po raz kolejny rozczarowanie, choć pięknie dopełnia kompozycję powieści.

Nie będę się jednak skupiać na treści, by nie zdradzić zbyt wiele. Cały pomysł tej książki opiera się na jej konstrukcji i to ona jest jej najmocniejszą stroną. Ten zaskakujący zamysł faktycznie uratował dla mnie tę powieść i uczynił z niej coś zupełnie innego niż historia nowojorskiej finansjery na początku XX wieku. Diaz bowiem zasadził narrację na tytułowym zaufaniu, a właściwie wierności (tak ja bym tłumaczyła ten tytuł). Wierności faktom, wierności temu, co się przeżyło, czego się doświadczyło. Autor wspaniale ukazuje, jak wiele oblicz może mieć jedna prawda, jak można ją kreować, nią manipulować i ją zmieniać. To samo życie można opisać na wiele sposobów i nie chodzi tu o celowe kłamstwo, ale o to, co zapamiętamy, jak zapamiętamy i co wpływa na nasze postrzeganie świata oraz co chcemy przekazać innym.

To ciekawa koncepcja i tematyka, nieźle ubrana w formę, ale niezbyt pasjonująco napisana. Doceniam oczywiście zmiany stylu w zależności od części książki, doceniam jeszcze bardziej pracę tłumacza, ale sama tematyka okazała się być dla mnie zwyczajnie nudna. 

Moja ocena: 3,5/6

Hernan Diaz, Treue, tł. Hannes Meyer, 416 str., Hanser Berlin 2022.

środa, 12 czerwca 2024

"Fechmistrz" Arturo Pérez-Reverte

 


Jaime Astarloa to fechmistrz starej daty. Człowiek zasad i tradycji. Dobiegający sześćdziesiątki szermierz mieszka w Madrycie i pracuje jako nauczyciel. Oprócz tajników szermierki przekazuje swoim młodym uczniom zasady, tradycje i uczy honorowego zachowania. Czas spędza także ze swoim codziennym uczniem markiem Luisem de Arayolą, który jest całkowitym przeciwieństwem Astarloi, mimo to obu mężczyzn połączy przyjaźń. Popołudnia natomiast to wizyty w kawiarni, gdzie grupa przyjaciół żywo dyskutuje o polityce, a jest o czym dyskutować. W dziewiętnastowiecznej Hiszpanii wrze – królowa Izabela nie cieszy się popularnością, a monarchiści i rewolucjoniści walczą o władzę. To polityczne tło jest dla powieści ważne, choć równocześnie zupełnie nie interesuje fechmistrza, stoika nie angażującego się w spory, żyjącego w swoim zamkniętym świecie.

Pewnego dnia kontaktuje się z nim młoda i piękna Adela de Otero. Mistrz początkowo nie chce przyjąć kobiety – tradycyjne podejście do życia nie pozwala mu uczyć płci pięknej szermierki. Gdy się jednak okazuje, że Adela lepiej włada szpadą niż nie jeden mężczyzna, ulega. Ta znajomość zachwieje jego życiem – wstrząśnie jego donkichotowskimi przekonaniami, zmusi do konfrontacji ze współczesnością.

Ta niewielka powieść pełna jest szermierczych opisów, ale są one tak dobrze wplecione w akcję, a nawet z nią sprzężone, że, nawet mnie laiczki, nie były nudne. Jako takie odbierałam raczej wydarzenia polityczne. Dzięki przedsłowiu tłumacza, chwała mu za to, miałam szansę w ogóle zrozumieć ówczesną sytuację, ale nie wystarczyło to, by wzbudzić we mnie autentyczne zainteresowanie. Na nich zasadza się jednak intryga i dobrze się w te wydarzenia wgryźć i choć trochę je zrozumieć.

Pérez-Reverte jak zawsze zachwyca sprawnym piórem, rewelacyjnymi charakterami (Jaime i Adela są naszkicowani po mistrzowsku), ale i kontekstem, w którym umieszcza swoje powieści. Cieszę się, że wróciłam do jego prozy.

Moja ocena: 4,5/6

Arturo Péerez-Reverte, Fechmistrz, tł. Filip Łobodziński, 280 str., Muza 2006.