wtorek, 21 lipca 2026

"Café Macondo. Reportaże z Kolumbii" Maciej Wesołowski


Moja wiedza o Kolumbii wykracza może nieco ponad przeciętną, ale na pewno nie miała głębokich fundamentów. Wesołowski w dwudziestu rozdziałach tłumaczy głównie najnowszą historię tego kraju, skupiając się na bojówkach i wieloletniej wojnie domowej i dokładając sporą cegiełkę do tego, co już wiedziałam. Jego teksty bazują na rozmowach z przedstawicielami i przedstawicielkami różnych stron – są członkowie FARC, byli członkowie, żołnierze armii, bliscy z obu stron, osoby zwerbowane jako dzieci, ofiary i wiele innych. Widać, że celem autora jest pokazanie wielu stron i poznanie przyczyn decyzji podjęcia walki po danej stronie. I jak to w przypadku każdego konfliktu bywa, tych przyczyn jest wiele i warto je zrozumieć. Wesołowskiemu faktycznie udaje się ukazanie tego zagmatwanego kalejdoskopu przyczyn i uwarunkowań kulturowych, edukacyjnych, społecznych i klasowych.

Równocześnie Wesołowski przekazuje wiele kolumbijskiego kolorytu, opisując Bogotę i Medellin, ale i inne mniejsze miasta. Zabiera na Karaiby i w góry, przemyca informacje o klimacie i rdzennych mieszkańcach, ale nie jest to opowieść o państwie, ale skupienie na tej najmniej chwalebnej części historii. Dla mnie była to niezmiernie ciekawa lektura, bo wiele z opisanych miejsc odwiedziłam, więc do opisywanych faktów automatycznie dodawałam obrazy. Autor operuje przystępnym językiem, jego styl jest potoczysty, więc dobrze się ten reportaż czyta, choć niekoniecznie tak dobrze słucha, lektor miał wyraźnie problemy z językiem hiszpańskim. 

Moja ocena: 5/6

Maciej Wesołowski, Café Macondo. Reportaże z Kolumbii, 352 str., Wydawnictwo Agora 2019.

niedziela, 19 lipca 2026

"Obywatelka" Claudia Rankine


O rasizmie przeczytałam wszystko, No dobrze, nie wszystko, ale bardzo dużo. W różnych utworach, z różnym podejściem, różnych autorów z różnych okresów. Trudno mi było sobie wyobrazić, że można pokazać tu coś nowego, innego, ale Claudia Rankine mi pokazała, że mało wiem.

To amerykańska pisarka i poetka urodzona na Jamajce, która pokazuje, że obywatelka może być drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Rankine powołuje się tu na drobnostki dnia codziennego z własnego doświadczenia, ale i na niezauważalne dla białych oczu doświadczenia znanych osób takich jak Serena Williams czy Zinédine Zidane, oddaje głos ofiarom prześladowań ze względu na kolor skóry, tym żywym i zamordowanym. Jej książka to wcale nie barwny, a czarno-biały kalejdoskop mikroagresji, zdań wypowiedzianych mimochodem, bezrefleksyjnych reakcji, które są produktem wychowania, wszechobecnych schematów. I nawet jeśli te zachowania nie są podszyte rasizmem, to towarzyszy im myśl o poprawności, autorefleksja, krótkie zawahanie, by przypadkiem nie wpaść w rasistowski wzorzec.

Największą siłą i zaskoczeniem w tej książce jest jednak jej kompozycja. Rankine stworzyła patchwork wielu stylów i gatunków literackich. W krótkich akapitach balansuje między esejem, autofikcją, poezją, narracją powieściową, artykułem? I pewnie czymś jeszcze, bo "Obywatelkę" można czytać na wiele sposobów, na wyrywki, wracać do niej. Dla mnie to świetny wstęp do poezji, której nie umiem ani czytać, ani recenzować, w tej książce jednak odnalazłam się bez problemu. Świetna rzecz.

Moja ocena: 5/6

Claudia Rankine, Obywatelka, tł. Joanna Makowska, 176 str., Wydawnictwo Karakter 2025.

sobota, 18 lipca 2026

"Facing the Sun" Janice Lynn Mather


Cztery nastolatki mieszkają przy tej samej ulicy na jednej z wysp Bahamów. Ich plaża – miejsce spotkań i zabaw, integralna część życia tej małej społeczności – zostaje zamknięta. Okazuje się, że obszar przy plaży został sprzedany i nowy właściciel chce na nim postawić hotel. Dziewczyny są załamane – tracą przecież część swojej przestrzeni oraz centralne miejsce wspólnoty, czyli kościół. Ojciec Eve – jednej z nich – prowadzi aktywną parafię, a kościół stanowi ważne miejsce spotkań. Keekee mieszka tuż obok wraz z matką i bratem – dziewczyna pomaga w prowadzeniu domowej pralni oraz wraz z matką rozdaje kobietom w potrzebie podpaski własnej produkcji, ale i antykoncepcję. To jej brat zostanie porwany przez nieznanych sprawców po zamknięciu plaży. Wszyscy podejrzewają udział dewelopera, bo Toons głośno sprzeciwił się zakazowi wstępu nad morze. Faith jest tancerką, jak jej siostra i matka. I potajemnie podkochuje się w Toonsie. Jej matka cierpi na chorobę psychiczną, co bardzo obciąża dziewczynę, która czuję się za nią odpowiedzialna. I wreszcie Nia, sąsiadka Keekee, która boryka się z nadopiekuńczą matką. Dziewczyna marzy o wyjeździe na kreatywny osób dla dziewcząt. Niestety matka absolutnie nie chcę zgodzić, a i sama Nia nie wierzy, że ma jakikolwiek talent, który by mogła zaprezentować w liście motywacyjnym. 

Mather prowadzi narrację z perspektywy tych czterech nastolatek, przedstawiając wydarzenia z różnych punktów widzenia, ale też interakcje między nimi. W grę wchodzi tu zazdrość, niezrozumienie, smutek, dojrzewanie. Co ważne autorka naświetla też wszystkie aspekty budowy hotelu, opisując niezaprzeczalne wady tego projektu, ale i zalety, których dziewczyny na początku nie widzą. Autorka próbuje pokazać jak najpełniejszy obraz zmian, które dotkną społeczność: utratę kościoła, sklepiku, zacisznego miejsca, ale także możliwość uzyskania nowych miejsc pracy, rozwoju, dostępności. Choć jest to głównym kompleksem tematycznym tej powieści, to Mather poświęca też sporo miejsca dojrzewaniu, seksualności i jej konsekwencji, chorobom fizycznym i psychicznym, różnym metodom wychowawczym. Tłem tej historii są Bahamy – bardzo obecne w kuchni, języku, zwyczajach, miejscowościach, klimacie i krajobrazie. Gdy sięgam po powieści z krajów mi nieznanych, tego właśnie w nich szukam – lokalnego kolorytu. 

Facing the Sun bywa klasyfikowana jako YA, ale dobrze się czyta w każdym wieku i pozwala poznać Bahamy.

Moja ocena: 4,5/6

Janice Lynn Mather, Facing the Sun, 416 str., Simon Schuster Books 2020.

piątek, 17 lipca 2026

"Książka o przyjaźni" Maciej Marcisz


 

Wiele lat temu przyjaźń była dla mnie jedną z najważniejszych komponent mojego życia, z wiekiem ten obszar aktywności socjalnej zanika, wyparty przez życie codzienne, rodzinę, związki, dzieci i co tam jeszcze. Nie inaczej jest u bohaterów Marcisza, który w swojej książce skupia się na samej istocie przyjaźni, przedstawiając ją na przykładzie trójki osób. Michał, Kasia i Dorota poznają się w liceum, ich przyjaźń przechodzi różne etapy, a w momencie rozpoczęcia narracji jest na etapie upadku. 

Marcisz relacjonuje naprzemiennie życie trójki bohaterów, portretując typowe bolączki i historie pokolenia milenialsów. Podobnie jak w swojej pierwszej książce uwodzi zmysłem obserwacji i zdolnością ujęcia w słowa typowych rozmów, zachowań, sytuacji. Trzy główne postaci pochodzą z różnych domów, mają różne doświadczenia i ambicje, ale łączy ich to, że stoją za sobą murem i są dla siebie wsparciem. Marcisz wplata tu wątki LGBT, ale i kwestię potrzeby pisania, możliwości przebicia się na rynku wydawniczym i całego świata artystycznego. Niestety wiele z opisanych scen, interakcji między bohaterami jest dziwna – żeby nie powiedzieć wywołująca u mnie poczucie żenady. Wiem, że w wieku nastoletnim i studenckim robiło się wiele rzeczy, które można by opisać jeszcze mniej przyjemnymi epitetami, ale tu nagromadzenie krindżowych scen wybija w kosmos. 

Jako że ta książka nie jest o przyjaciołach, lecz o samej przyjaźni jako konstrukcie społecznym, historie trójki bohaterów gdzieś umykają. Nie pomaga tu też nagromadzenie owych wątpliwych scen. Michał, Kasia i Dorota są wprawdzie bohaterami, ale ich kreacje nie służą w zasadzie niczemu, ani nie zmierzają do żadnego punktu zwrotnego. Taka konstrukcja powieści ujmuje jej dynamiki i nie skłania do głębszych przemyśleń. Marcisz nie zachowuje żadnego aspektu w strefie domysłów, prezentuje wszystko wprost, a co za tym idzie z treści nie pozostało w mojej pamięci niemal nic. Ale okładka książki świetna.


Moja ocena: 2/6

Maciej Marcisz, Książka o przyjaźni, 304 str., Wydawnictwo W.A.B. 2021.

środa, 15 lipca 2026

"Mistrz gry" Joanna Lampka


 

Trzeci tom tej tetralogii przeczytałam cztery lata temu. Nie należy tak robić, bo oczywiście zbyt wiele ulatuje z pamięci, zacierają się szczegóły, ale też przepada przywiązanie do bohaterów. Początkowe rozdziały tej książki były więc dla mnie wchodzeniem w jej rytm i przypominaniem sobie intrygi. Lampka potrafi przykuć uwagę czytelniczki od pierwszych stron, więc ten problem okazał się być mniejszy, niż początkowo sądziłam.

Ów czwarty tom z założenia ma rozwiązać wszystkie wątki i dylemat głównej bohaterki, co autorka faktycznie czyni. Jako że nie jest to książka, po którą sięgnie ktoś, kto nie czytał poprzednich trzech części, nie widzę sensu pisania zbyt wiele o treści. Autorka spełnia tu swoje zadanie – Aline musi wybrać między mężczyznami, ale i światami. Musi znaleźć swoje miejsce w skomplikowanej polityce, musi dać synowi ojca i wreszcie skompletować wszystkie gwiazdy. Lampka tu nie zawiedzie, a i dołoży wiele aktualnych dla naszej planety wątków. Stworzony przez nią świat będzie musiał znaleźć sposób na katastrofę ekologiczną, będzie musiał odrodzić się po wojnach i wybuchu nuklearnym, a przede wszystkim mieć mądrych władców, którzy zrozumieją, że współpraca a nie wojna są kluczem do sukcesu. Lampka stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach, muszą decydować o przyszłości ludzkości, wybierać mniejsze zło, rezygnować z własnego szczęścia. Te dylematy moralne nie są proste – niektóre trudne do zniesienia, a ich wyjaśnienie gorzkie.

Sama Aline pozostaje taka sama – waha się między dwoma mężczyznami, prowadzi grę na dwa fronty i faktycznie musi podjąć decyzję, bo nawet księżniczka nie może tak żyć. Lampka konsekwentnie prowadzi tę postać, zagmatwaną między trudnymi decyzjami, nieco naiwną, czasami infantylną, ale odważną i waleczną. Wszystkie dorosłe kreacje tego cyklu są zresztą udane i spójne. Najmniej przekonuje postać syna Aline, który w tej powieści jako dwulatek zachowuje się i posiada umiejętności przynajmniej pięciolatka. Nigdzie nie pada stwierdzenie, że jest cudownym dzieckiem, często natomiast wspominane jest jego rozbrykanie i wiek, więc przypisywanie mu tak zaawansowanych umiejętności motorycznych jak i językowych jest zdecydowanie nietrafione i u mnie nie trafiło na podatny grunt.

Doceniam bardzo wykreowany przez Lampkę świat i umiejętność rozplanowania intrygi i problemów na na cztery tomy. Widać tu przemyślane zabiegi, dalekosiężne rozłożenie akcji, ogromną fantazję autorki, ale i lekkie, potoczyste pióro. Gdyby redakcji udało się wyeliminować nieliczne językowe lapsusy byłoby niemal idealnie. 

Moja ocena: 4,5/6

Joanna Lampka, Mistrz gry, 448 str., BookEdit 2023.

piątek, 10 lipca 2026

"Dewocje" Anna Ciarkowska

 


Bezimienna narratorka opowiada, a właściwie spowiada się ze swojego życia. Wraca pamięcią do lat dziecięcych i relacjonuje swoje dorastanie na wsi. To świat, któremu rytm nadaje pogoda i kościół. To proste zasady – wiadomo kiedy siać, kiedy zbierać plony, kiedy wychodzić za mąż, kiedy rodzić dzieci. Znane są reguły – dziewczynki długa spódnica, dziewictwo do ślubu, spowiedź regularnie itd. Jasne też jest, o czym się nie rozmawia: o ciele, miesiączce, popędzie. I oczywistym jest, co się czuje: wstyd, zażenowanie, pokorę, uległość. Świat niby przerysowany, ale jednak prawdziwy. Wiem, że każda z nas choć raz w życiu usłyszała któryś z padających w książce nakazów. Narratorka opowiada ten świat, z perspektywy dziecka, które się dziwi, pyta, nie dostaje odpowiedzi i się modli. Tak bardzo, że jej modlitwa nabiera nieoczekiwanych mocy. 

Ciarkowska podobnie jak w swojej debiutanckiej powieści "Pestki" fantastycznie wypunktowuje te wszystkie podszyte katolickością zasady, które ograniczają kobiety i narzucają jedyny słuszny światopogląd. Autorka jednak nikogo i niczego nie ocenia, przedstawia świat bez zbędnych komentarzy. Czyni to przepięknym językiem – bardzo literackim, barwnym, obrazowym, metaforycznym. 

Mimo to wszystkich niezaprzeczalnych zalet ta książka ujęła mnie dużo mniej niż "Pestki". Początkowo trudno mi było wejść w tę narrację, nie pomagała też lektorka, która czyta w sposób, powiedzmy, uduchowiony, a na pewno przesadzony. Dopiero gdy przyzwyczaiłam się do jej maniery, ale i zrozumiałam koncepcję autorki, zaczęłam doceniać tę powieść, a przede wszystkim jej język i celność obserwacji. 

Moja ocena: 4/6

Anna Ciarkowska, Dewocje, 186 str., Wydawnictwo W.A.B. 2021.

poniedziałek, 6 lipca 2026

"DJ Bambi" Auður Ava Ólafsdóttir


 

Bambi, Logn, a może V? Sześćdziesięciojednoletnia bohaterka wie jedno, na pewno kobieta. Choć urodziła się jako chłopiec, i to bliźniak. Jej droga do odnalezienia siebie była bardzo długa, a teraz w dojrzałym wieku czeka na operację, od sześciu lat. Bo na Islandii wprawdzie imię i płeć może zmienić w urzędzie bez problemu, ale chirurg przyjeżdża tylko raz na rok i operuje dwie osoby. Logn mieszka sama i balansuje między nadzieją na poczucie się w swoim ciele jak we własnej skórze a myślami o zakończeniu swojego życia. 

Islandka pokazuje kobietę w wieku, gdy już nie wzbudza zainteresowania, do tego trans-kobietę, której doskwiera brak akceptacji w dalszej i bliższej rodzinie. Do tego dochodzą liczne rozterki – czy w tym wieku tranzycja ma sens? Czy mogła zrobić coś inaczej? Jak ułożyć sobie stosunki z byłą żoną i synem? I dlaczego akceptacja przychodzi z najmniej oczekiwanej strony?

Najważniejszym tematem jest tu jednak wolność – Logn pragnie poczuć się wolna we własnej skórze, w zgodzie ze sobą i swoim ja. Poczucie wolności daje jej niewielki balkon, na którym czuje wiatr i przestrzeń. Poczucie wolności to obserwacja przeszkadzającym innym mew, to spacery nad morzem, powietrze, horyzont. Poczucie wolności to wreszcie tymczasowe imię – Logn – które oznacza bezwietrzny moment spokoju, po burzy. 

Język Ólafsdóttir jest oszczędny, pozostawia wiele przestrzeni dla myśli i sięga poza horyzont. Brak tu metafor, egzaltacji i porównań, bo nie ma takiej potrzeby, to wszystko pozostaje po stronie czytelniczki, wywołane kilkoma celnymi słowami. Bardzo doceniam, że Islandka wybrała na bohaterkę swojej powieści kobietę trans, do tego po sześćdziesiątce i oddała jej głos. Już z tego powodu warto.

Moja ocena: 5/6

Auður Ava Ólafsdóttir, DJ Bambi, tł. Jacek Godek, 196 str., Wydawnictwo Poznańskie 2025.

niedziela, 5 lipca 2026

"Nana" Émile Zola


 

Dziewiąty tom cyklu Rougon-Macquart jest oprócz "Germinalu" chyba najsłynniejszy. Tytułowa Nana to córka Gervaise Macquart, której życie poznać można w siódmym, jak dotąd moim ulubionym, tomie.  W tej powieści Zola opisuje także narodziny Anny, zwanej Naną oraz pierwsza lata jej życia. W tomie dziewiątym to pewna swoich wdzięków nastolatka, która robi zawrotną karierę jako prostytutka i aktorka. Jej występy w variété, podczas których nie szczędzi swoich wdzięków, dodają jej popularności, a znudzeni swoimi żonami arystokraci zaczynają walczyć o wdzięki ponętnej dziewczyny z plebsu. 

W tym tomie Zola ponownie wspaniale opisuje klasowość Paryża – aspiracje Nany i jej koleżanek do wyższego stanu oraz pogardliwe traktowanie kobiet przez arystokratów. Mężczyźni jednak chętnie korzystają z uch wdzięków, a kobiety próbują się z nimi układać. Niejeden z zakochanych delikwentów całkowicie traci głowę i fortunę, a nawet życie, by zaskarbić sobie wyłączną łaskę Nany. Ona znów bardzo dobrze potrafi manipulować tych mężczyznami, wyciągając od nich fortuny. Sama jednak przeżywa wcześniej rozczarowanie miłością, złe traktowanie, bicie i poniżanie przez wybranka powoduje u niej utratę ostatnich przejawów niewinności i szczerości. Wydaje się, że Nana nie robi sobie nic ani z bogactwa, ani z uczuć, rozkoszuje się miłością cielesną, podejmuje nierozważne decyzje, powoli, ale systematycznie pracując na swój upadek.

Zola odmalowuje wspaniały portret najgorszych ludzkich pokus, zawiści, zaślepienia, chciwości na tle ówczesnych wydarzeń politycznych i Paryża. Francuz pokazuje, jak pociąg fizyczny każe tracić mężczyznom głowę, rozsądek i bogactwo. Wskazuje na zgniliznę i marazm, nudę, która skłania arystokrację do nierozsądnych decyzji i eksperymentów.

Mimo że "Nana" to najsłynniejsza powieść tego cyklu moją ulubioną nie będzie, choć to faktycznie niezwykle udany portret i miasta, i ludzi. Mnie jednak początkowo myliły się liczne postaci mężczyzn, arystokratów i męczyły opisy plotek i zawiści. Dopiero druga część powieści wciągnęła mnie dużo bardziej, a Zola mistrzowsko powiązał losy Nany z losami cesarstwa.

Moja ocena: 4/6

Émile Zola Nana, tł. Armin Schwarz, 418 str., Die Gehörgäng 2026.

piątek, 3 lipca 2026

"Wady snu" Radka Denemarková


 

Sylvia Plath i Virginia Woolf wylądowały w jednym pokoju. W zaświatach. Sytuacja tak kuriozalna, że same pisarki nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Spędzają więc dnie na spełnianiu swoich życiowych ról. Virginia jest paniusią, która daje się obsługiwać i ciągle rozprawia o roli pisarstwa, o świecie stworzonym w jej głowie, o literaturze. Sylvia tymczasem obsługuje koleżankę po piórze, gotuje, podstawia, czesze, podaje i ciągle się martwi, co przyszykować, co zrobić i kiedy znaleźć czas na pisanie. Dialogi tych dwóch pisarek skrzą się od ironii i błyskotliwości, ale i bardzo głęboko osadzone są w ich literaturze i życiach. Nie dziw zresztą, skoro przygotowywane potrawy bazują na kartkach z ich utworów. Kobiety mogą czytać tylko własne powieści i żywią się nimi duchowo i fizycznie. Tkwią w momentum przed śmiercią, jak w stop-klatce przeżywają ten moment na nowo i na nowo. 

Gdy widać, że nie ma szans na nić porozumienia między nimi w pokoju zjawia się Ivana Trump, która ustawia obie pisarki, wskazując na rentowność pisania, biznesplan, tworzenie pod czytelnika i inne kapitalistyczne kwestie publikowania książek. Ivana zupełnie zmienia dynamikę w tym duecie, stając w opozycji do Sylvii i Virginii. 

"Wady snu" to dramat, rozpisany oczywiście na te trzy bohaterki, z didaskaliami, podzielony na trzydzieści mrugnięć. Ta forma była dla mnie bardzo odświeżająca, bo jednak nie często sięgam po ten rodzaj literacki, ale jednak nie zachwycił mnie aż tak, jak się tego spodziewałam przed lekturą. Przede wszystkim nie znam twórczości Sylvii Plath, a po Virginię Woolf sięgałam dwa razy i oba były dla mnie mało satysfakcjonujące. Z tego też powodu nie wyłapałam wielu aluzji i odwołań. Nie jestem też zafascynowana tymi postaciami a ich życiorysy znam pobieżnie, więc i tu na pewno nie odczytałam wszystkich nawiązań. Dlatego też książkę przeczytałam wprawdzie szybko, ale bez większej satysfakcji.

Moja ocena: 4/6

Radka Denemarková, Wady snu, tł. Olga Czernikow, 246 str., Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2020.

środa, 1 lipca 2026

Podsumowanie czerwca 2026

 



Przeczytane książki: 14

Liczba stron: 4787

Przeczytane książki:

– "Nie wszyscy pójdziemy do raju" Olga Górska
– "To za dużo dla mnie" Darko Cvijetić
– "Die Erfindung Roter Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969" Frank Witzel
– "Nie, po prostu nie" Nina Lykke
– "Die Habenichtse" Katharina Hacker
– "Siedem księżyców Maalego Almeidy" Shehan Karunatilaka
– "Das Ungeheuer" Terézia Mora
– "Imiona Felizy" Juan Gabriel Vasquéz
– "Piercing" Ryū Murakami
– "Awanturnica" Lauren Groff
– "Wyznania" Kanae Minato
– "Czwarty miecz" Santiago Roncagliolo
– "Wszystko dla N" Kanae Minato
– "apokalipsa ludzi pracy" Valter Hugo Mãe

W czerwcu przeczytałam niby "tylko" 14 książek, ale było wśród nich kilka dość grubych, a dwie nawet bardzo grube. ⁣⁣
Przede wszystkim zakończyłam moje wyzwanie przeczytania wszystkich książek laureatek Deutscher Buchpreis. Poza tym przeczytałam trzy książki na kluby książkowe. Cztery razy sięgałam po książki z półki, co mnie szczególnie cieszy. ⁣⁣
Odwiedziłam kilka krajów: Polskę, Portugalię, USA, Sri Lankę, Japonię, Niemcy, Bośnię i Hercegowinę, Peru oraz Norwegię.⁣⁣
A jaki był wasz czytelniczy czerwiec?⁣⁣

wtorek, 30 czerwca 2026

Stosikowe losowanie – lipiec 2026

 



Katarzyna wybiera numer książki dla Marty (w stosie 179 książek) – 49
Marta wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 1249
ZwL wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) – 199
McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania  (w stosie 14 książek) – 7
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 272 książki) – 25
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 23 książki) – 22
Guciamal wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 15 książek) – 2
Anna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 8 książek) – 2

"apokalipsa ludzi pracy" Valter Hugo Mãe



Bragança, czyli niby miasto, a jednak głęboka prowincja, gdzieś na północo-wschodnich rubieżach Portugalii. Niewiele się dzieje, życie jest ciężkie, klimat je jeszcze dodatkowo utrudnia. To tu Maria da Graça spędza dnie na sprzątaniu domu pana Ferreiry. To lokalny bogacz, którego dom w centrum miasta wymaga dużej atencji. Maria pierze, trzepie dywany, froteruje podłogę, ściera kurze, a pomiędzy tymi czynnościami zadowala pana Ferreirę także w inny sposób. Podczas rozmów ze swoją przyjaciółką Quitérią nie nazywa go inaczej niż oblech. Ów oblech pokazuje jej świat muzyki i sztuki, to biały, starszy mężczyzna, który tłumaczy świat kobiecie niższego stanu i niższego wykształcenia. I nawet jeśli to brzmi, jak brzmi, Maria przywiązuje się do niego i zaczyna rozważać istotę uczucia miłości. Jej osobisty mąż to kula u nogi, która znika na kilka miesięcy, by pracować na morzu. Co tam robi i z kim się w portach spotyka, Maria nie wie, bo para nie rozmawia. 

Miłość zastanawia też Quitérię, która żyje samotnie, ale chętnie przyjmuje różnych mężczyzn, do momentu, gdy poznaje Andrija – młodego Ukraińca, którego rodzice (straumatyzowany ojciec i opiekuńcza matka) wysłali do Portugalii po lepsze życie. 

Obie kobiety pojawiają się także na pogrzebach, by dorabiać sobie jako płaczki. Maria da Graça ma zresztą bardzo metafizyczne sny. Regularnie staje przed bramami nieba i prowadzi dialogi z świętym Piotrem – o miłości i sensie życia. 

Valter Hugo Mãe podjął próbę zbliżenia się do najmniej uprzywilejowanego człowieka, czyli sprzątaczki. Nie czyni tego z góry, ani z takiej perspektywy jak chlebodawca Marii, stara się wejść w to środowisko i empatycznie oddać bolączki. Drugą nieuprzywilejowaną grupą są emigranci, którzy brną przez portugalskie społeczeństwo skazani na pomocną rękę i dobrą wolę – sami nie znają jeszcze języka i niosą własne traumy.

Portugalczyk formalnie próbuje dopasować się do treści – brak tu wielkich liter, brak dialogów. Mãe pisze ciągiem, tak jak ludzie mówią, wplata rozmowy w narrację, przeskakuje między osobami, między jawą, a snem. Na początku trudno się wgryźć w tę prozę, z czasem wpada się w jej hipnotyzujący rytm.

Mimo tych wszystkich niezaprzeczalnych zalet tej powieści, ja nie jestem zadowolona z lektury. Temu jak najbardziej słusznemu przesłaniu i kompleksowi tematycznemu nie towarzyszy dobra historia – tak jak w życiu bohaterek niewiele się dzieje, tak niewiele mamy na kartach tej powieści, a poboczne wątki, choćby dotyczące zmarłych, którym towarzyszą kobiety, nie są umiejscowione na tyle, bym rozumiała sens ich przytaczania. Nie do końca też kupuję obie bohaterki – nie potrafię sobie wyobrazić prostych Portugalek tak zafascynowanych miłością cielesną i prowadzących takie rozmowy. Widzę je jako projekcję mężczyzny, który tak sobie życie kobiet wyobraża. 

Cieszę się, że wreszcie sięgnęłam po prozę Mãe, bo portugalskie księgarnie są pełne jego książek, ale niestety fanką na razie nie zostałam.

Moja ocena: 4/6

Valter Hugo Mãe, apokalipsa ludzi pracy, tł. Michał Lipszyc, 200 str., Wydawnictwo Ossolineum 2022.


niedziela, 28 czerwca 2026

"Wszystko dla N" Kanae Minato


 

Bogate małżeństwo ginie w swoim ekskluzywnym apartamencie na czterdziestym ósmym piętrze wieżowca. Kanae Minato prezentuje opowieści czwórki znajomych, którzy w pewien sposób związany byli z zamordowanymi. Scenariuszy jest wiele – w owym małżeństwie się nie układało, więc mogła to być zbrodnia w afekcie, ale z zeznań dowiadujemy się, że połączenia w tej grupie były bardziej skomplikowane, a motywem działań była rozumiana na przeróżne sposoby miłość.

Dzięki tej formie powieści poznajemy dogłębnie perspektywę poszczególnych osób, ich motywację, historię życia, ale i otrzymujemy dogłębne portrety psychologiczne. Kanae Minato zahacza tu o takie tematy jak nieszczęśliwe dzieciństwo, zazdrość, niespełniona miłość, przemoc domowa, rola kobiety w społeczeństwie. W centrum stoi jednak intryga kryminalna i jej rozwiązanie. To powieść nieco w stylu Agathy Christie – wszystko dzieje się na małej przestrzeni, a każdy najmniejszy ruch ma znaczenie. Czytelniczka odkrywa wszystkie szczegóły stopniowo, w trakcie konkretnych zeznać. Minto dodaje tu jednak coś więcej – ów głęboki psychologiczny rys skłania do głębszych przemyśleń i czyni z tej książki coś więcej niż tylko kryminał. Wartością dodaną dla mnie jest japoński anturaż, który pokazuje mechanizmy działające w tamtejszym społeczeństwie.

Japonka odwołuje się tu do konstrukcji, którą zaprezentowała już w "Wyznaniach" i w tamtej powieści bardziej mi się ona podobała. Tutaj nie miałam już tego efektu zaskoczenia oraz niestety miałam trudności z rozróżnieniem męskich bohaterów – moim problemem zdecydowanie było to, że słuchałam tej książki, a większość z postaci miała imię na N, co zapewne miało nadać tajemnicy i wskazać na wieloznaczność tytułu. Niestety nie władam japońskim i gdy nie widzę zapisu imion, mam trudności z dobrym ich zapamiętaniem. Drugim problemem, moim oczywiście, było to, że słuchałam tej książki dość krótko po poprzedniej, a niektóre z motywów się powtarzają (choćby przemoc domowa), co mnie jeszcze bardziej rozpraszało. Zachęcam jednak do tej lektury, myślę jednak, że tu lepszym wyborem będzie papier lub ebook oraz większy odstęp czasowy między obiema wydanymi w Polsce powieściami tej autorki.

Moja ocena: 4/6

Kanae Minato, Wszystko dla N, tł. Anna Wołcyrz, 208 str., Wydawnictwo Tajfuny 2025.

sobota, 27 czerwca 2026

"Czwarty miecz. Historia Abimaela Guzmána i Świetlistego Szlaku" Santiago Roncagliolo


 

Abimael Guzmán naznaczył współczesną historię Peru i zrobił to w sposób brutalny i krwawy. Co ciekawe przed aresztowaniem Guzmán był swoistym człowiekiem widmem, który żył w ukryciu i kontaktował się tylko z wąskim gronem osób. Podobnie było, gdy już został skazany – nie udzielał wywiadów, pozostał enigmatyczny. Roncagliolo podjął się zadania opisania życia Guzmána, a co za tym idzie, powstania organizacji Świetlisty Szlak, która tak krwawo zapisała się na kartach historii Peru. Dziesiątki tysięcy zabitych, liczne zamachy, indoktrynacja, szeroko zakrojone struktury oraz status niemal boski przywódcy – tak w skrócie można opisać jej działalność. Takie pobieżne informacje miałam już wcześniej i sięgałam po tę książkę z nadzieję dowiedzenia się więcej, usystematyzowania wiedzy oraz zrozumienia mechanizmu powstania i działania Guzmána.

Po lekturze mogę stwierdzić, że mniej więcej zorientowałam się w tym ostatnim – Roncagliolo nakreślił sytuację społeczną i polityczną Peru w okresie, gdy formowała się organizacja, tym samym wyjaśniając, dlaczego miała rację bytu. Niestety wciąż moja wiedza jest fragmentaryczna, bo autorowi nie udało się chronologicznie i systematycznie opisać działalności Świetlistego Szlaku. Zabrakło mi tu wyjaśnienia, jak zebrano tak wielką liczbę zwolenników, jak formowały się struktury i jak konkretnie wyglądała działalność. Roncagliolo nie oddał także sprawiedliwości ofiarom. Wprawdzie wspomina o blisko siedemdziesięciu tysiącu zamordowanych, ale o konkretnych przypadkach wspomina zaledwie kilka razy. I nie chodzi mi tu o drobiazgowe opisy brutalnych morderstw, ale o pokazanie skali tego procederu. 

Chaotyczność przekazu nie jest jednak moim jedynym zarzutem do tego reportażu. Roncgliolo jest także jego bohaterem i z tym nie miałabym problemu, gdyby w swojej koncepcji był spójny. Sporo tu o problemach w kontaktach z osobami bliskimi Guzmánowi, sporo o jego odczuciach w czasie wywiadów, autor kusi się nawet na opisy fizjonomii i strojów, ale gdy pisze o swoim dzieciństwie i młodości, gdy Świetlisty Szlak działał, o swoich uczuciach ledwie napomyka. Zadowoliłaby mnie większa konsekwencja, bo o ile mało mnie interesowały problemy dziennikarza w aranżowaniu wywiadów, dużo bardziej natomiast życie w kraju pogrążonym w chaosie. Rozumiem, że Limy działalność Świetlistego Szlaku aż tak nie dotyczyła, a Roncagliolo był nastolatkiem, ale jestem przekonana, że w tej kwestii można było wyciągnąć więcej. 

Nie wykluczam, że ten reportaż skierowany jest raczej do peruwiańskiej czytelniczki, która zapewne doszukałaby się w nim więcej smaczków, ciekawostek i więcej by z niego wyciągnęła, mnie pozostawił niestety z poczuciem chaosu, niedosytu, a i językowo nie była to wartka lektura.

Moja ocena: 3/5

Santiago Roncagliolo, Czwarty miecz. Historia Abimaela Guzmána i Świetlistego Szlaku, tł. Tomasz Pindel, 272 str., Wydawnictwo ArtRage 2025.

piątek, 26 czerwca 2026

"Wyznania" Kanae Minato


 

Yuko Moriguchi postanawia opuścić zawód nauczycielki, mimo że pracowała chętnie i lubiła przebywanie z dziećmi. Jej ostatnia przemowa do klasy jest swoistą spowiedzią, w której dogłębnie omawia motywy swojej decyzji. Otóż nieco wcześniej tragicznie zginęła jej czteroletnia córka, którą wychowywała sama. Dziewczynka utonęła w szkolnym basenie, a winę za tę śmierć Moriguchi przypisuje dwójce swoich uczniów. Wszyscy wiedzą, o kogo chodzi, ale nauczycielka nie zgłasza podejrzeń na policję, która odhaczyła śmierć dziecka jako tragiczny wypadek. Postanawia się zemścić na chłopcach w inny sposób.

Kolejne rozdziały to opowieści, a może podobnie jak w przypadku nauczycielki, spowiedzi obu sprawców oraz przewodniczącej klasy. Te rozdziały pokazują zupełnie inną stronę wydarzeń, ale też są fantastycznymi portretami psychologicznymi tych postaci. Japonce udało się stworzyć wiarygodne charakterologicznie postaci, ale i poruszyć cały szereg problemów, z jakimi boryka się japońskie społeczeństwo. Przede wszystkim skupia się na roli szkoły w wychowaniu dzieci, na przemocy domowej, na matkach, mobbingu, ale i przekazywaniu wartości młodemu pokoleniu. Minato szkicuje różne postawy matek – jest matka samotna, która musi łączyć pracę z wychowaniem dziecka, co nie jest dobrze widziane w Japonii, szczególnie jeśli jej praca polega na wychowywaniu innych dzieci. Jest matka nadopiekuńcza, gloryfikująca swoje dziecko i jest matka, która tkwi w pułapce i musi wybierać między dzieckiem, a karierą naukową. 

Mimo że autorka skupia się na warstwie psychologicznej i społecznej, to ta książka także zaskakuje. Wiele to zwrotów akcji, Minato sprytnie zwodzi czytelniczkę, w każdym rozdziele dodając do opisywanych wydarzeń nowe aspekty i trzyma w napięciu do ostatniej strony i zapewne dlatego klasyfikowana jest często jako thriller. To określenie jednak moim zdaniem spłyca jej przekaz, bo zawiera w sobie o wiele więcej. 

Moja ocena: 5/6

Kanae Minato, Wyznania, tł. Patryk Skorupa, 200 str., Tajfuny 2024.

środa, 24 czerwca 2026

"Awanturnica" Lauren Groff


Że Lauren Groff dobrze pisze, wiem. Tak samo jak to, że potrafi uchwycić moment graniczny w życiu. Tę chwilę, która decyduje o być lub nie być, która wpływa na naszą przyszłość, o której już zawsze będziemy myśleć. W "Awanturnicy" oczywiście nie jest inaczej. Dziewięć tekstów to dziewięć różnych światów. Trudnych, poruszających, nieoczywistych.

Pierwsze opowiadania uderza od razu w środek brzucha, pięścią. Przemoc domowa tak oczywista, że nie potrzeba dokładnych słów. Drugie zaczyna się mniej spektakularnie, Groff opisuje kochające się małżeństwo. Ona przechodzi na emeryturę i zapada się w sobie. Do czasu. Koniec tego opowiadania mnie poruszył, a autorka mimochodem pokazała ludzkie okrucieństwo.
Sunland jest słoneczny tylko z nazwy, bo to dom dla ludzi niechcianych, a bohaterka tego opowiadania musi podjąć trudną decyzję, być może najcięższą w życiu. Tytułowa awanturnica to tylko pozornie łebska dziewczyna, bo w domu musi być dorosła, bardzo dorosła. Czyż nie każda z nas ma wspomnienie wykluczenia? Zghostowania – jak teraz to określamy? Groff też i wie, jak to ująć w słowa. A jak to jest przynależeć do klasy uprzywilejowanej? Do bogatych, którzy wszystko mają i którym wszystko wolno? Jak w takiej sytuacji odnaleźć swoją drogę? A co z tym pierwotnym lekiem, że nadejdzie wielka fala i nas zmiecie? Która matka nie obawia się, że wychowa dziecko-demona? Pozornie słodkie i niewinne, a tak naprawdę knujące coś strasznego? Jak żyć, gdy trzeba szukać nowego domu, nowej rodziny? Akceptacji? 

To nie wszystkie tematy, które można wyłuskać z tego zbioru. A czy muszę dodawać, że literacko jest to wysmakowane, obrazowe, oddziałujące na zmysły? Naprawdę warto wejść do świata Lauren Groff.

Moja ocena: 5/6

Lauren Groff, Awanturnica, tł. Dobromiła Jankowska, 240 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

"Piercing" Ryū Murakami


Sięgając po "Piercing" nie miałam żadnych wyobrażeń ani oczekiwań wobec tej książki. Unikam czytania blurbów, więc moje oczekiwania były takie: skoro wydały tę książkę Tajfuny, to musi być dobra. No i była. I to jak!

Niewielka powieść, nieco ponad stustronicowa, trzyma za gardło i nie puszcza do końca! Nie mogłam się od niej oderwać, bo Ryū Murakami nie tylko zaskakuje wydarzeniami, ale i zachwyca kreśleniem portretów psychologicznych. 
Masayuki Kawashima ma wszystko – miłą, kochającą żonę, która do tego jest przedsiębiorcza i łączy pracę z opieką nad czteromiesięczną córeczką. Nie ma tu żadnych powodów do niezadowolenia i Kawashima jest szczęśliwy. Tylko że od zawsze ma kłopoty ze snem i pewnej nocy nad łóżeczkiem córki staje ze szpikulcem do lodu w ręku, zastanawiając się, czy byłby zdolny zabić własne dziecko. Jest całkowicie świadomy absurdu tej sytuacji, więc pragnie coś z tym uczuciem zrobić. To coś zaprowadzi go do hotelu i spotkania z call girl Chiaką Sanada. Te nieszczęsne postaci połączy jeden fakt – trudne dzieciństwo. Oboje doświadczyli przemocy ze strony bliskich i oboje zmagają się z jej skutkami. W różny sposób. Murakami zaskoczył mnie podczas tej opowieści nie raz, wspaniale pokazując, jak nasze skłonności do nadinterpretacji mogą nas zwieść na manowce, każde z bohaterów interpretuje wszak zachowania tej drugiej osoby, oczywiście błędnie. 

Wpływ dziecięcej traumy na psychikę osoby dorosłej jest niezaprzeczalny i nie jest to epokowe odkrycie. Japończyk jednak potrafił przedstawić tę tematykę w sposób nowatorski, zaskakujący, porażający, nie tylko swoją dobitnością, ale zagłębieniem się w umysły przedstawionych osób. Autor pozwala nam w jakiś sposób zrozumieć procesy, jakie zachodzą w głowach osób straumatyzowanych oraz ich sposoby na radzenie sobie z tą sytuacją. Świetna rzecz, którą warto przeczytać za jednym razem.

Moja ocena: 5/6

Ryū Murakami, Piercing, tł. Dariusz Latoś, 136 str., Wydawnictwo Tajfuny 2021.

niedziela, 21 czerwca 2026

"Imiona Felizy" Juan Gabriel Vásquez


Feliza była rzeźbiarką. Artystką. Kolumbijką. Żydówką. Feministką. Osobą niepokorną. Matką. Żoną. Rewolucjonistką. Córką. Emigrantką. Urodziła się w Bogocie w 1933 roku w Bogocie jako córka żydowskich emigrantów z Polski, a zmarła w wieku zaledwie czterdziestu ośmiu lat w Paryżu, na wygnaniu, podczas kolacji z przyjaciółmi. Jednym z nich był Gabriel García Márquez. Słynny pisarz twierdził, że rzeźbiarka zmarła ze smutku. 

W tej książce inny kolumbijski pisarz próbuje zrekonstruować życie Felizy – na podstawie rozmów z jej drugim mężem Pablem, jej dzienników i zapisków. Vásquez wyrusza w żmudną podróż poszukiwań i badań, by przedstawić nam jak najbardziej kompletny portret Felizy Bursztyn. I faktycznie, po zakończeniu lektury jestem usatysfakcjonowana. Poznałam osobę nietuzinkową, kobietę, która zawalczyła o swoją sztukę, ale też intensywnie przeciwstawiała się dyktaturze. Kobietę, która przeżyła wiele ciężkich chwil. Sztuka Felizy jest obrazem jej bezkompromisowości – to nie są eteryczne dzieła, ale rzeźby, które własnoręcznie spawała z odpadów żelaznych, ze złomu. To praca, która wymaga siły i samozaparcia. 

Kolumbijczyk stworzył potoczystą opowieść, której wysłuchałam z zainteresowaniem, poznając przyczyny smutku Felizy. Cieszę się, że poznałam nieznaną mi dotąd artystkę.

Moja ocena: 4/6

Juan Gabriel Vásquez, Imiona Felizy, tł. Katarzyna Okrasko, Wydawnictwo Echa 2026.


piątek, 19 czerwca 2026

"Das Ungeheuer" Terézia Mora


 

Darius Knopp stoi na zgliszczach swojego życia. Stracił pracę i żonę, i dom, i cała egzystencję, wegetuje i sprzeciwia się wysiłkom kolegi, by wyrwać go z marazmu. Jego żona, Flora, była Węgierką z pochodzenia, cierpiała na depresję i odebrała sobie życie. W lesie, całkiem sama, znaleziono ją dopiero półtora dnia po tym fakcie. Mora w naprzemiennej narracji oddaje głos obu osobom. Darius wyrusza bowiem w podróż na Węgry, by poznać miejsce pochodzenia żony i by ją pochować. Ta podróż jednak nie ma granic, ani ram i zamienia się w roadtrip po Europie południowej. Darius spotyka różne osoby, podąża za  przypadkowo poznaną dziewczyną, choruje, bije się, pije alkohol, daje łapówki, traci pieniądze, sens życia, wiarę. 

Podczas tej podróży czyta zapiski żony. Flora, mimo że odżegnywała się od swojej ojczyny, zostawiła mnóstwo zapisków po węgiersku, które Darius dał do przetłumaczenia. Z tego pamiętnika wyłania się obraz depresji, na którą kobieta cierpiała właściwie od zawsze. Z tych fragmentów można wyłuskać nieliczne informacje na temat jej dorastania, ale także na temat małżeństwa z Dariusem, które wcale nie było tak bezproblemowe, jak mogłoby się wydawać. Ten pamiętnik zaskakuje różnorodnością – są tu relacje, wspomnienia, wiersze, powtórzenia, fragmenty zupełnie niezrozumiałe. Tak jak Darius odbywa podróż fizyczną, samochodem, Flora odbyła podróż wgłąb depresji, równie samotną i równie przegraną.

"Das Ungeheuer" to powieść wielkich rozmiarów, która nużyła mnie niemal od początku. Nieliczne fragmenty z jakąś szczątkową akcją na chwilę zatrzymywały moją uwagę. Skąpe informacje o przeszłości Flory spełniały tę samą funkcję. Poza tym brnęłam przez tę książkę, a pod koniec już przebiegałam wzrokiem niektóre strony. Całkowicie odbiłam się od stylu, ale i od treści tej powieści, która z zasady powinna mi podejść. Czytałam już inną książkę tej autorki i miałam pozytywne wrażenia, niestety tutaj tytułowy potwór mnie pokonał.

Moja ocena: 2/6

Terézia Mora, Das Ungeheuer, 688 str., Luchterhand 2013.


środa, 17 czerwca 2026

"Siedem księżyców Maalego Almeidy" Shehan Karunatilaka


Maali Almeida ginie i przenosi się w zaświaty. Jak każda osoba. Tyle, że Maali Almeida jest Lankijczykiem, który jednoczy w sobie wszystkie najważniejsze grupy etniczne tego kraju – jako syn Syngaleza oraz pół-Burżki i pół-Tamilki. Maali miał ambicje zmiany świata, a chciał to uczynić za pomocą fotografii, najlepiej o takiej sile rażenia, jak słynne zdjęcia z wojny w Wietnamie, które zmieniło przynajmniej opinię publiczną, jeśli nie losy wojny. Niestety Maali to nie jest jednoznacznie pozytywny charakter – fotografuje dla tych, którzy zapłacą, miesza się w szemrane interesy, ma powiązania z handlem bronią, jest stałym klientem kasyna, a swojego chłopaka zdradza z kim popadnie. Ów Maali ląduje więc w zaświatach, które bynajmniej nie przypominają biblijnych wersji raju, ani buddyjskich czy hinduskich. To przestrzeń niemal biurowa, gdzie trzeba się zameldować, odstemplować, zbadać, odhaczyć. 
Tytułowe siedem księżyców to czas, który zostaje dany Maaliemu na zbadanie okoliczności własnej śmierci i zakończenie ziemskich spraw. To czas, w którym mu towarzyszymy, przenosimy się w przeszłość, poznajemy przyjaciół i rodzinę, a także inne osoby i zwierzęta, które spotyka w zaświatach.

Shehan Karunatilaka miał świetny pomysł na powieść – przeniesienie akcji w zaświaty daje mu duże możliwości narracyjne, ale i wymaga sporego kunsztu pisarskiego oraz wielkiej uwagi czytelniczki, by nie pogubić się w plejadzie postaci, retrospekcjach, ale i religijno-eschatologicznych wycieczkach. Lankijczyk nie boi się także tematów trudnych – główny bohater to gej, a to pozwala autorowi na wiele metafor z kontekstem seksualnym oraz na językową dezynwolturę. Najważniejszym tłem tej powieści jest jednak historia Sri Lanki, a przede wszystkim sytuacja kraju w latach 80., gdy walczyły ze sobą liczne grupy czy to rządowe, czy rewolucyjne. Nawet jeśli znałam historię tego kraju dość pobieżnie, to byłam w stanie zorientować się w opisywanych wydarzeniach, choć, nie przeczę, warto zagłębić się bardziej w te zawiłości. Karunatilaka wybiega także w dalszą przeszłość, nie oszczędzając państw kolonialnych, kusząc się na obrazowe metafory.

"Siedem księżyców Maalego Almeidy" to wielka powieść, niełatwa, czasem nużąca, wymagająca, nie do końca satysfakcjonująca europejską czytelniczkę, która zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie odczytać wszystkich nawiązań.

Moja ocena: 4/6

Shehan Karunatilaka, Siedem księżyców Maalego Almeidy, tł. Mariusz Gądek, 472 str., Wydawnictwo Marginesy 2023.