sobota, 12 sierpnia 2017

"Świetna i najświetniejsza" Natalia Rolleczek



Trzecie spotkanie z Natalią Rolleczek kosztowało mnie wiele samozaparcia. Nie myślcie, że to zła książka, zdecydowanie nie! To jednak powieść w starym stylu - pełna opisów, kolorytu, długich zdań. I właściwie taką prozę lubię, mimo to było mi bardzo trudno wdrożyć się w styl Rolleczek, rozsmakować się w szczegółowych opisach i zaufać jej narracji. Po raz kolejny stwierdzam, że niestety padłam ofiarą współczesności - krótkich zdań, rwanej narracji i pędu. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że będąc nastolatką czytałam niemal tylko powieści w stylu tej. Nie chce mi się wierzyć, że moja córka miałaby cierpliwość do tego typu narracji, mimo że czyta bardzo dużo różnorakiej literatury. Równocześnie nie chcę twierdzić, że czas takich powieści minął. Nie lubię takich ostatecznych sądów, poza tym obawiam się, że to raczej my popędziliśmy w złym kierunku.

Wracając jednak do powieści Rolleczek. Po dwóch książkach współczesnych, zabarwionych autobiograficznie, przeskoczyłam do podbitej przez Rzymian Aleksandrii - tygla wielu kultur i centrum handlu. Współżyją tu Egipcjanie, Rzymianie, Syryjczycy, Żydzi, Fenicjanie, Nubijczycy oraz wielu mieszańców. Rolleczek skupia się na grupie głównych bohaterów, pochodzących z różnych środowisk. Poczynając od zastępcy prefekta Publiusza Koponiusza, który zupełnie nie radzi sobie ze swoim urzędem, ulega nałogowi hazardu i lawiruje pomiędzy licznymi sitwami i kontaktami za cel mając jedynie utrzymanie stanowiska i zadowolenie żony, a na podrzutku Unim kończąc. Uni, jak wiele aleksandryjskich niechcianych niemowląt został tuż po narodzinach podrzucony na śmietnik i przygarnięty przez dobrego człowieka. Teraz pracuje w królewskiej farbiarni i podkochuje się w pięknej Ammonii. Dziewczyna jest sierotą, córką Egipcjanki i Greka, pracuje w tkalni i na odległość troszczy się o braciszka, który jest na służbie u handlarza szkłem. To sprytny i rezolutny chłopiec, który nawiązuje przyjaźń z niemniej przebiegłym starcem Himilkonem. Apion ucieka wraz z nim i zamieszkuje w domu Tety, Egipcjanina, u którego Himilkon służy od lat. Syn Tety, Enum jest sparaliżowany po ataku węża i wymaga specjalnej opieki. Ale to jeszcze nie wszystkie postaci, które odgrywają ważną rolę w powieści - nie można zapomnieć o Lamechu, od którego wszystko się zaczęło.

Ta mnogość wątków wymaga wielkiej uwagi czytelnika i oddania się lekturze całym sercem. Dość wartką i pełną niespodziewanych wydarzeń akcję spowalniają przecież drobiazgowe opisy aleksandryjskiego życia - zarówno politycznego jak i codziennego. Rolleczek sprytnie dobrała bohaterów powieści. Ich różnorodność daje jej pole do popisu. Dzięki nim może ukazać wygląd i życie w egipskiej świątyni, jak i w domu żydowskiego kupca czy w słynnej aleksandryjskiej bibliotece. Dla wielbicieli historii starożytnego Egiptu to prawdziwa perełka, nawet jeśli autorka nie zawsze kurczowo trzyma się chronologii. Muszę jednak przyznać, że przez pierwsze sto stron rozważałam porzucenie lektury, dopiero później rozsmakowałam się w niej na tyle, że ostatecznie z przyjemnością ją ukończyłam.

Moja ocena: 4/6

Natalia Rolleczek, Świetna i najświetniejsza, 447 str., Nasza Księgarnia 1982.

czwartek, 10 sierpnia 2017

"Łauma" Karol Kalinowski


Skuszona licznymi zachętami kupiłam ostatnio dwie książki Karola Kalinowskiego. Dawno nie czytałam komiksów, czy właściwie powieści graficznych, więc z przyjemnością sięgnęłam po Łaumę.

Nie będę ukrywać, że przed lekturą tej książki pojęcia nie miałam co oznacza jej tytuł. Pojęcia też nie miałam o wierzeniach ludowych Jaćwingów. I po trzecie pojęcia nie miałam o czym słynne komiksy Kalinowskiego są. Tymczasem okazało się, że rekomendacje zaprzyjaźnionych blogerów były wyjątkowo trafione. Od dawna interesują mnie wierzenia ludowe oraz wplatanie ich w światy współczesne. Ostatnio takie fantastyczne połączenie spotkałam w kryminałach o Komisorzu Hanusiku. Śląsk interesuje mnie szczególnie, ale jestem otwarta na wszystkie regiony Polski i świata oraz na ich baśnie ludowe.

Narratorką w Łaumie jest Dorotka, która opowiada o wyjeździe na wakacje do babci Rozalii, mieszkającej na wsi za Suwałkami. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że babcia popełniła samobójstwo i zostawiła dla dziewczynki list. Rodzice decydują się opuścić wielkie miasto i zamieszkać w babcinym domu. Tata porzuca pracę w agencji i bez reszty poświęca się remontowi, odkrywając swoje zamiłowanie do majsterkowania. Gdy rodzice zajęci są urządzaniem nowego lokum, dziewczynka poznaje bliżej wierzenia mieszkańców Suwalszczyzny. Jako wnuczka szeptuchy jest osobą obserwowaną w szkole i we wiosce. Dorotka wydaje się mieć dar babci - spotyka bowiem skrzaty i inne magiczne stworzenia, które objaśniają jej swój świat.

W powieściach graficznych rysunki ważne są na równi z tekstem. Kalinowski nie trafia idealnie w mój gust, choć lubię oszczędną kreskę i czarno-białe ilustracje, a te są wyjątkowo klimatyczne i świetnie komponują się z zimową aurą. Niestety tata głównej bohaterki ciągle przypominał mi Jasia Fasolę, a wyraz twarzy Dorotki mnie odstręczał. Co gorsza miałam problem z zapamiętaniem wyglądu poszczególnych postaci duchów i skrzatów więc ciągle musiałam kartkować wstecz, by sobie przypomnieć kto jest kim. W Łaumie treść zdecydowanie wygrywa z ilustracjami. Dodać muszę, że książka jest świetnie wydana - twarda oprawa, kredowy papier i poręczny format to bez wątpienia jej atuty.

Ciekawa jestem teraz jak spodoba mi się Kościsko, które zamierzam przeczytać niebawem, a Łaumę podsunę córce.

Moja ocena: 4/6

Karol Kalinowski, Łauma, 80 str., Kultura Gniewu 2016.

czwartek, 3 sierpnia 2017

"Opium w rosole" Małgorzata Musierowicz



Po nieplanowanej przerwie w lipcu wracam do czytania Jeżycjady. Od ostatniego tomu minęły 4 lata i wiele zmieniło się i w Polsce, i u Borejków.

Na ulicach jest mroźno, szaro i beznadziejnie, co rusz ruch samochodów zatrzymywany jest przez pędzące samochody pancerne i policyjne, rodzice znikają, w sklepach jest pusto - jednym słowem warunki życia są tragiczne. Także u Borejków nastąpiły zmiany - Gabrysia jest samotną matką, jej mąż wyjechał do Australii i słuch po nim zaginął. Ale to nie Borejkowie są głównymi bohaterami tej książki, choć ważną rolę odgrywa w niej kamienica przy ulicy Roosvelta 5 i znane już z poprzednich tomów postacie. W centrum akcji stoi jednak Kreska czyli Janina Krechowicz, wnuczka profesora Dmuchawca, która przeprowadziła się do niego z Wrocławiu, po zniknięciu rodziców, i rozpoczyna naukę w pierwszej klasie liceum. 

Kreska niespecjalnie dobrze czuje się w nowej szkole. Jej klasa nie jest zbyt zgrana, ona sama nie nawiązała żadnych przyjaźni, a wychowawczyni jest odpychająca i surowa. Do tego pomagający jej w matematyce Maciek zakochuje się w zblazowanej Matyldzie zamiast zwrócić uwagę na nią. Pikanterii zawirowaniom miłosnym Kreski dodaje mała dziewczynka. Genowefa Bombke vel Lompke vel Trombke wędruje od mieszkania do mieszkania, gdzie z rozkoszą zajada się domowymi obiadkami i wdycha rodzinne ciepło. Geniusia zdobywa serca wszystkich mieszkańców, a każda rodzina chętnie dzieli się z nią tym, co ma. 

Sceny z Genowefą są przekomiczne - jej uwagi, skojarzenia i kombinacje są rewelacyjne. Humor sytuacyjny to jest to, co Musierowicz wychodzi najlepiej. Jak każda z powieści autorki, także ta ma przesłanie, czasem zbyt nachalne, ale jednak do przełknięcia. 

Wykształcona pedagogiczno-psychologicznie wychowawczyni Kreski sypie z rękawa cytatami z wielkich pedagogów, ale nie radzi sobie ze swoją klasą. Nie wie jak zbudować autorytet, ani jak rozmawiać z uczniami. Podobnie ma się sprawa w domu. Nauczycielka jest więźniem rytuałów i powinności. W kreacji tej postaci Musierowicz zdecydowanie poszła na całość i przejaskrawiła ją w opozycji do kultowego w tej książce profesora Dmuchawca, który przecież kilka tomów wstecz też bez skazy nie był. Idealny stary nauczyciel oraz wzór matki czyli Mila Borejko miażdżą więc zagubioną w sobie kobietę.

Z ciekawością czytałam o polskich realiach z roku 1983. Musierowicz nie tworzyła oczywiście powieści historycznej ale są one tak wszechobecne w książce, że stały się niezwykłym obrazem tych smutnych czasów. 

Z przyjemnością wróciłam do tej książki, której nie czytałam od czasów wczesnego liceum. Naprawdę poczułam ducha Jeżycjady, przeniosłam się duszą do Poznania i po prostu połknęłam tę książkę w jeden dzień.

Moja ocena: 5,5/6

Małgorzata Musierowicz, Opium w rosole, 238 str., Nasza Księgarnia 1990.


wtorek, 1 sierpnia 2017

"Bogaty książę" Natalia Rolleczek


Natalia Rolleczek napisała Bogatego księcia bezpośrednio po uprzednio przeze mnie czytanych Uroczych wakacjach. Ta powieść nie jest tak wyraźnie autobiograficzna ale w swoim wydźwięku w pewnym stopniu do poprzedniej podobna. Podobna nawet do tego stopnia, że kończąc lekturę nie byłam pewna, czy nie mieszam faktów.

Bogaty książę to powieść wielopłaszczyznowa i wymagająca sporej koncentracji czytelnika. Początek, przyznam, nie jest zachęcający. Znajdujemy się bowiem na enigmatycznym Subkontynencie, pełnym sfer i niespokojnych dusz. Wśród nich znajduje się dusza Marty i jej matki, które mają do omówienia nierozwiązane ziemskie sprawy. Sprawy niezwykle zagmatwane, których rozwiązanie zawiedzie czytelnika do Włoch. Tutaj przebywa na wyprawie dziennikarskiej Janka ze swoim mężem Frankiem. To niezbyt udane małżeństwo, zawarte przypadkowo. Janka kochała się w bracie Marty, który zakochany był w narzeczonej Franka. Wojna pokrzyżowała losy wszystkich bohaterów. Marta zginęła w obozie, jej brat zaginął, a jego żona zmarła.

Janka podróżuje po Włoszech mając w głowie projekt książki o ewangelicznej przypowieści o bogatym młodzieńcu, który pyta Jezusa, co może zrobić, by do niego dołączyć. Kobieta obsesyjnie myśli o tej historii, szukając w niej drugiego dna. Niespodziewanie pomoże jej w tym sam diabeł, uzyskując od niej w zamian swobodny dostęp do mężowskiej duszy. Szatan będzie pędził ich przez całe Włochy w pogoni za nieprzyzwoicie wysokim honorarium, powodując kłótnie i nieporozumienia między małżonkami. Janka uzyskuje jednak dostęp do czasów minionych i podąża za młodzieńcem, którego historia okazuje się być odmienna od krótkiej przypowieści z Ewangelii. Główną rolę będzie odgrywał w niej Judasz, przedstawiony w zupełnie odmiennym od powszechnie znanego wymiarze. 

Narracja przeplata się więc między Subkontynentem, współczesnością, Cesarstwem Rzymskim oraz wojennymi wspomnieniami. Rolleczek stopniowo rekonstruuje przeszłość bohaterów, która w decydujący sposób zaważyła na ich losach. 

To nie jest łatwa lektura - odebrałam ją jako mroczną, gorzką opowieść o tym jak jedna decyzja może tragicznie wpłynąć na losy ludzkie. To także powieść o wyborach i wolnej woli, alegorycznie przedstawionej w postaci sznura czy też diabła.

Moja ocena: 4/6

Natalia Rolleczek, Bogaty książę, 335 str., Wydawnictwo Literackie Kraków 1977.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Stosikowe losowanie 8/17 - pary

McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 23 książki) - 13
Maniaczytania wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 150 książek) - 15
Marianna wybiera numer książki dla Anny (w stosie 216 książek) - 174
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 110 książek) - 99
Guciamal wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 200 książek) - 150
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1000 książek) - 555
ZwL wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 17 książek) - 9

"Urocze wakacje" Natalia Rolleczek



Skuszona przez Pierogi pruskie postanowiłam dołączyć do wspólnego wakacyjnego czytania powieści Natalii Rolleczek. Niestety nie udało mi się odszukać odziedziczonego po babci egzemplarza Drewnianego różańca i postanowiłam przeczytać wpierw książki zdobyte na allegro i z biblioteki.
Zrezygnowałam z chronologicznego ponownego odkrywania twórczości autorki, ponieważ pięć książek wypożyczyłam z biblioteki w moim rodzinnym mieście i mogę oddać je tylko podczas kolejnego przylotu do Polski. Mają więc pierwszeństwo! Najwcześniejszą z nich okazały się być Urocze wakacje. 

Tytuł tej powieści przywiedzie każdemu czytelnikowi co innego na myśl. Urok wakacji to sprawa przecież bardzo indywidualna. Tak też ma się z wakacjami głównej bohaterki, alter ego autorki, bo trzeba wiedzieć, że to powieść pełna wątków autobiograficznych. Początek Uroczych wakacji skrzy od humoru - w siermiężnym PRL-u niełatwo było zdobyć zeszyty bezdrzewne czy przygotować się do wyjazdu wakacyjnego. A tutaj trzeba zapakować samochód na wyjazd do Bułgarii. Taka wyprawa oznacza, że wziąć należy wszystko, poczynając od namiotu, a na produktach na handel wymienny kończąc. Pakowanie wymaga szczególnych umiejętności i wielkiej wirtuozerii, a podróż przez liczne kraje socjalistyczne pomysłowości i szczęścia. 

Ta zapowiadająca się na bardzo lekką lektura, ma jednak drugie dno. Główna bohaterka nie może wyzbyć się duchów przeszłości - cień siostry Łucji, która zginęła w Ravensbrück, dościga ją nawet na bułgarskiej plaży. Natalia prowadzi z nią nieme rozmowy, które mają pomóc jej w rozrachunku z wojenną przeszłością. Łucja o nieprzystępnym charakterze był inna od wesołej, ufnej i łatwo nawiązującej kontakty Tali - te różnice w osobowości stanęły między siostrami i nie pozwoliły im nawiązać głębokiej więzi. Natalia przeżyła wojnę i nie może pozbyć się wyrzutów sumienia, poczucia, że w jakiś sposób mogła pomóc Łucji. Wewnętrzny dialog prowadzony przez główną bohaterkę rzuca cień na beztroskie chwile w Bułgarii, wojna zresztą jest wszechobecna. Synowie namawiają mamę na opowieści z okresu okupacji, ekscytując się atakami partyzantów. 

Beztroskie wakacje przeplatają się z traumatycznymi wspomnieniami tymi z okresu wojny jak i z pobytu w sierocińcu. Żałuję, że nie przypomniałam sobie przed tą książką Drewnianego różańca, bo autorka wiele razy nawiązuje do tej powieści. 
Bardzo przypadł mi do gustu autobiografizm powieści - prawdziwe losy ludzkie interesują mnie o wiele bardziej od wyobraźni literackiej. Rolleczek świetnie włada językiem - z przyjemnością powróciłam do prozy, która nie boi się długich zdań, opisów, przenośni i metafor. 

Ciekawa jestem dalszych powieści Rolleczek - udało mi się ich zebrać wiele, więc spodziewajcie się kolejnych notek.

Moja ocena: 4,5/6

Natalia Rolleczek, Urocze wakacje, 243 str., Wydawnictwo Literackie Kraków 1975.

niedziela, 30 lipca 2017

"Wampir z Zagłębia" Przemysław Semczuk



Nie pamiętam już, co skłoniło mnie do zakupu tego reportażu i pewnie długo nie zabrałabym się za lekturę, gdyby nie ponownie niezawodne stosikowe. 

Na dobrą sprawę o historii słynnego wampira niewiele wiedziałam, poza nazwiskiem skazanego i pobieżnych wiadomościach o jego poczynaniach. Semczuk otwarł mi dopiero oczy na tę sprawę oraz kontrowersje, jakie wokół niej narosły. Prolog książki jest przewrotny, bo rozpoczyna się na cmentarzu. Autor próbuje odnaleźć grób Zdzisława Marchwickiego i jego brata Jana, bezskutecznie. Wydaje się, że ówczesna władza zrobiła wszystko, by zatrzeć pamięć o zbrodniarzach. 

W kolejnych rozdziałach Semczuk stopniowo rekonstruuje śledztwo oraz proces rodziny Marchwickich. Odniosłam wrażenie, że stara się zachować stanowisko jak najbardziej obiektywne, skrupulatnie analizuje i przytacza fragmenty przesłuchań, wypowiedzi, nagrań oraz artykułów. Jestem pod wrażeniem ogromu jego pracy - autor przejrzał kilogramy akt, przesłuchał nagrania, porównał, zestawił i odtworzył setki tekstów i wypowiedzi. Stawia czytelnika przed tymi informacjami, pozostawiając mu pole do własnej oceny zebranych materiałów. Ta jednak sama się nasuwa, kombinacje i zatajanie faktów są oczywiste. Semczuk stopniowo obdziera skomplikowaną sprawę Marchwickiego z mitów i kłamstw. Czytelnikowi przedstawia postać zagubioną, uwikłaną w niezrozumiałą dla niego sprawę, człowieka prostego, prymitywnego wręcz. 

Komentarz autora jest w tym reportażu zbędny, przedstawione fakty tak wyraźnie mówią za siebie, że wiele razy podczas lektury ogarniało mnie przerażenie. Konstrukcja książki skupia się na przedstawieniu procesu, same morderstwa wymieniane są tylko przy okazji przesłuchań i w trakcie samej rozprawy, bo nie one leżą w centrum zainteresowania autora lecy właśnie ów proces, zorganizowany w auli zakładów przemysłowych, zainscenizowany jak sztuka teatralna, pokazowy, potwierdzający doskonałość ustroju politycznego. Semczuk zwraca uwagę na wszystkich aktorów tego cyrku - sędziego, prokuratora, śledczych oraz ich uwikłanie w systemie.

Przerażająca i poruszająca, skrupulatnie przygotowana książka, która nie daje odpowiedzi lecz zmusza do wyciągania własnych wniosków.

Moja ocena: 4,5/6

Przemysław Semczuk, Wampir z Zagłębia, 385 str, Wydawnictwo Znak 2016.

piątek, 28 lipca 2017

Stosikowe losowanie 8/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy sierpniowej! Pary rozlosuję 1 sierpnia, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 15 lipca 2017

"Kochanie, zabiłam nasze koty" Dorota Masłowska


Po trzeciem spotkaniu z Masłowską, stwierdzam, że każda jej książka jest inna, każda zaskakująca, ale łączy je jedna kwestia - niebywale fascynujący język. 

Kochanie, zabiłam nasze koty to w zasadzie nowela, którą można przeczytać w nieco więcej niż godzina. Język Masłowskiej jest tak dobitny, potoczysty, pełen zaskakujących metafor, że przybiera rolę głównego bohatera książki. Niezmiennie podziwiam składnię Masłowskiej - każde jej zdanie to przygoda. Warto jednak zwrócić uwagę także na narrację - psychodeliczno - oniryczną. 

Akcja rozgrywa się w hipsterkim środowisku w Stanach Zjednoczonych i umieszczona jest głównie na osi Joanne - Farah. Ta niezbyt dobrze dobrana przyjaźń właśnie się rozpada. Jo znalazła chłopaka i ma mniej czasu dla Fah. Fah jest przeraźliwie samotna i zazdrosna. Szarpie się ze swoim życiem, które nie ma sensu ani celu. Między kursem jogi, medytacją i niesatysfakcjonującą pracą nie jest w stanie znaleźć swojego miejsca na świecie. W zasadzie każda postać w powieści Masłowskiej zmaga się z tym problemem. Blady sąsiad Fah, przypadkowo poznana Go czy walcząca z niemocą twórczą pisarka. Uwikłani w lęki, pokonani przez teraźniejszość wegetują na granicy snu i jawy. 

Nie jestem jednak całkowicie usatysfakcjonowana tą lekturą - forma przerosła tu treść, która wydaje się by ć na siłę poszatkowana. Mam wrażenie, że trochę więcej prostoty pomogło by tej powieści. Z drugiej strony podziwiam różnorodność Masłowskiej i to, jak odnajduje się w zupełnie różnych tematach.

Moja ocena: 4/6

Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, 160 str., Noir Sur Blanc 2012.

piątek, 14 lipca 2017

"Dziedzictwo" Eva Tvrdá


Tak się ciekawie złożyło, że całkiem niedawno mój dobry kolega zza południowej granicy, doszkalał mnie na temat Kraiku Hulczyńskiego, o którym, muszę przyznać, poza nazwą nic nie wiedziałam. Minęło kilka tygodni, a przywędrowała do mnie książka, której akcja rozgrywa się właśnie w tym regionie. Autorka opowiada historie prostych, ciężko pracujących ludzi, którzy bardzo silnie związani są ze swoją małą ojczyzną. 

Pierwsza, najdłuższa opowieść rozpoczyna się w 1933 w przeddzień ślubu młodziutkiej Agnes. Dziewczyna trafia do rodziny, gdzie nie jest kochana, cichego sprzymierzeńca ma tylko w teściu. Teściowa i brat męża okazują jej jawną nienawiść, a jako zwolennicy Hitlera czują się powołani do wyższych czynów. Szczególnie Johann, który kryguje się przed pracą w gospodarstwie i robi karierę jako jeden z najgorętszych zwolenników nowej władzy. Agnes sceptycznie podchodzi do polityki, jako jedna z nielicznych nie cieszy się z wkroczenia niemieckich żołnierzy do Kraiku Hulczyńskiego. Boi się wojny. Jej życie to ciężka praca i opieka nad dziećmi. Wojna jednak nadejdzie, zabierze jej męża i nadzieję. 

Tvrdá niezwykle zajmująco opisuje zwykłe życie prostej kobiety. Po wojnie Agnes stanie przed trudnym pytaniem o tożsamość - jej gwara jest bardzo odmienna od języka czeskiego, w którym nagle wszyscy mówią i którego jej dzieci uczą się w szkole. Jej przeszłość, zwyczaje i historia różne od narzuconych przez władzę. Jej życie jest gorzkie, trudne i pełne rozczarowań.

W drugiej części książki Tvardá zawarła krótkie opowiadania luźno związane z historią Agnes. Pojawią się w nich postaci czytelnikowi już znane, jak i całkiem nowe, których losy pokrzyżowała wojna. Najciekawsze są oczywiście historie postaci, które w jakiś sposób były związane z główną bohaterką pierwszego opowiadania - synową czy szwagierką. Taka konstrukcja książki daje dużo pełniejszy obraz losów mieszkańców tego regionu Czech - spoglądamy na nie poniekąd z zewnątrz, oczami Czechów, poznajemy także historie innych mieszkańców hulczyńskich wiosek. Cudownym uzupełnieniem są stare fotografie z archiwum autorki - uwielbiam studiować takie zdjęcia!

Bardzo podobała mi się powieść pochodzącej z Opavy Tvrdej, dobrze napisana i świetnie przetłumaczona nie pozwoliła mi się oderwać od czytania choćby na chwilę. 

Moja ocena: 5/6

Eva Tvrdá, Dziedzictwo, tł. Karolina Pospiszil, 134 str., Silesia Progress 2016.

czwartek, 13 lipca 2017

"Dzieci Hanyski" Helena Buchner


Ta książka znalazła się u mnie w bardzo nietypowy sposób. Od lat niewidziana szkolna koleżanka przywiozła mi ją do Portugalii i przekazała. Do niej zaś książka dotarła z Klubu Twórców Górnośląskich Karasol, o którym wcześniej nigdy nie słyszałam. Gdy przyjadę (niebawem!) do Polski, książkę przekażę dalej.

Dzieci Hanyski to kontynuacja powieści Hanyska, której niestety nie znam. Nie lubię czytać drugich tomów, bez znajomości pierwszego, ale w tym przypadku nie miałam wyboru. W kilku momentach brakowało mi znajomości uprzednich dziejów głównej bohaterki, ale z podanych informacji, mogłam się wielu faktów domyślić. 

Maria Brunn pochodzi ze Śląska Opolskiego - czuje się Ślązaczką, ale po wojnie nagle staje się Niemką. Oficjalnie Niemką, ale dla ludności napływowej jest niemrą i hanyską, którą należy nienawidzić, za krzywdy jakie wyrządził Polakom Hitler. Maria żyje więc między dwoma światami i na próżno próbuje zdefiniować swoją narodowość. Czasem jest bardziej Niemką, Polką raczej nigdy, najbardziej jest po prostą Ślązaczką, która kocha swój hajmat. W jeszcze gorszej sytuacji są jej dzieci, które szkoły wychowują na Polaków. O ich pochodzeniu ciągle przypomina im jednak otoczenie - dzieci i młodzież wyśmiewają się ze śląskiej gwary, a nauczyciele w szkole szykanują jako Niemców. Ich jedynym wyjściem jest jak najszybsze dopasowanie się do sytuacji.

W okresie powojennym wielu Ślązaków opuściło Polskę, jako Niemcy otrzymali pozwolenie na wyjazd i najczęściej z ogromnym smutkiem pożegnali swoją małą ojczyznę. Mieszkając już w Niemczech spotkałam taką rodzinę - przyjaciółka mojej teściowej zawsze bardzo boleśnie wspominała ten czas i specjalnie dla moich rodziców wróciła do mówienia w niemal zapomnianym już przez nią języku polskim. Dlaczego więc nie wyjechała książkowa Maria? By dogłębnie zrozumieć tę kwestię, trzeba znać treść Hanyski - zakaz ma bowiem podłoże w wydarzeniach wcześniejszych oraz w prywatnej zemście urzędnika, decydującego o wyjazdach. Mężowi Marii udało się uciec, w Polsce wydano na niego zaocznie wyrok śmierci. Paul mieszka w Berlinie, a jego kontakty z rodziną są coraz luźniejsze. Dzieci niemal nie pamiętają ojca i do pomysłu wyjazdu odnoszą się sceptycznie. Maria jednak uparcie składa kolejne podania, związana obietnicą daną uciekającemu mężowi. To już nawet nie jest kwestia uczucia, lecz poczucia obowiązku.  Przyzwyczaiła się przecież do samotnego życia i wychowywania czwórki dzieci. Jedno z nich nie jest jej własne, przygarnęła synka zamordowanych niemieckich sąsiadów. 

Buchner opowiada skomplikowane losy tej rodziny - rozterki, niepewność przyszłości, niemoc podjęcia właściwej decyzji, ale także codzienne trudne sprawy. Maria ciężko pracuje na stacji kolejowej, dzieci oprócz nauki w szkole dużo pomagają w gospodarstwie i zmagają się ze swoimi problemami, o których wspominałam już wyżej. Ich śląskie, wiejskie pochodzenie jest świetnym celem szyderstw opolskiej młodzieży i nauczycieli. Starsze córki przeżywają swoje pierwsze miłości, Erika związuje się z Polakiem, którego matka jest jej bardzo nieprzychylna, Lisa także zakochuje się w polskim chłopcu, nawet nie spodziewając się jego o wiele bardziej dla swojej rodziny niekorzystnego pochodzenia. 

Warto sięgnąć po tę książkę, by poznać losy rodziny Brunnów, które na pewno są reprezentacyjne dla setek Ślązaków. Spodziewam się, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego trudnego dla Śląska okresu. Zaletą prozy Buchner jest jest wartkość oraz ciekawa fabuła, niestety ma ona także wady. Nie mogłam strawić stylu autorki. Jej język jest koszmarny - składnia zdań urąga jakimkolwiek zasadom języka polskiego. Bardzo chciałam wierzyć, że ten styl ma jakiś głębszy sens czy zamiar ale niestety nie widzę w nim żadnej konsekwencji. Cała powieść napisana jest w czasie przeszłym bardzo prostymi zdaniami, w których orzeczenie najczęściej znajduje się na końcu. Myślałam, że Buchner może chciała stworzyć język zainspirowany językiem śląskim czy niemieckim, ale jeśli tak, to niestety nie wyszło jej to zupełnie. Owszem po niemiecku czasowniki bardzo często są na końcu, ale w czasie przeszłym znajduje się tam zaledwie imiesłów. Znalazłam też wiele zdań, w których orzeczenie zostało przerzucone na początek, gdzie po niemiecku na pewno nigdy by się nie znalazło. Ale nie tylko czasowniki mnie przyprawiały o gęsią skórkę, ale także liczne powtórzenia czy nagminne zaczynanie zdań od już. Taka składnia powoduje, że ksi ążka ma raczej formę relacji, a nie opowieści, gawędy. Autorka wiele razy podkreśla w narracji, że któraś z osób odpowiedziała po śląsku. Dlaczego więc nie wprowadziła elementów języka śląskiego? Są tu zaledwie pojedyncze wyrazy, co ponownie podkreśla jej językową niekonsekwencję. Wyobrażałabym sobie w tego typu powieści wiele więcej śląskości na płaszczyźnie językowej. 

Szkoda mi bardzo, że styl Buchner umniejszył mi przyjemność lektury, bo to bardzo wartościowa i potrzebna książka. Dla wielbicieli i entuzjastów Śląska to oczywiście mus ale myślę, że zaciekawiłaby każdego czytelnia, niezależnie od pochodzenia. Jeśli tylko byłby w stanie przymknąć oko na styl.

Moja ocena: 3,5/6

Helena Buchner, Dzieci Hanyski, 201 str., Silesia Progress 2017.

poniedziałek, 10 lipca 2017

"Stambuł" Orhan Pamuk


Z Pamukiem i jego Stambułem spędziłam kilka tygodni. Kilka bardzo inspirujących i wymagających tygodni. Pamuk stworzył niepowtarzalny hymn pochwalny na cześć swojego rodzinnego miasta. Jego książka pełna jest wspomnień, impresji, ciekawostek i elementów biograficznych. Tak jak życie Pamuka splecione jest nierozerwalnie ze Stambułem, tak oba te wątki przenikają się w tej książce. Nie ma Stambułu bez Pamuka i nie ma Pamuka bez Stambułu.

Może się wydać, że autor chciał początkowo stworzyć autobiografię ale spostrzegłszy, że jego życie, przede wszystkim życie jako pisarza, jest tak mocno związane z miastem, zmienił koncepcję książki. Prawdopodobnie wcale tak nie było, ale ja nie mogłam oprzeć się temu wrażeniu. Trudno osądzić, kto jest tu ważniejszy - niektóre rozdziały zdominowane są przez wspomnienia z dzieciństwa, inne znowu całkowicie poświęcone są miastu. Nie spodziewajcie się jednak przewodnika, wskazówek turystycznych czy nawet spisu ulubionych miejsc. Pamuk stara się raczej odnaleźć duszę miasta, zrozumieć źródło jego melancholijnej atmosfery, ukazać unikatowość Stambułu. 

To w zasadzie książka o przemijaniu - o ulicach, których już nie ma, o ludziach, którzy opuścili miasto, o zanikaniu ostatnich śladów ery osmańskiej. Pamukowi udaje się odtworzyć tę atmosferę, jego proza jest nostalgiczna i melancholijna. To druga książka noblisty i po raz kolejny zachwycił mnie swoim stylem - nasuwa mi się tylko jedno określenie tej prozy - elegancka. Pamuk tworzy piękne, długie, wyrafinowane zdania. Obcowanie z jego prozą to duchowa przyjemność. Podziwiam tłumaczkę, która wykonała tak wspaniałe tłumaczenie.

W tej książce na równi z prozą stawiam także zdjęcia - są ich setki, każdy rozdział ilustrowany jest mnóstwem fotografii zarówno miasta, jak i rodziny autora. Najwięcej czasu podczas lektury zajęło mi właśnie oglądanie owych zdjęć. 

Muszę przyznać, że bardziej podobały mi się rozdziały, dotyczące przeszłości Pamuka. Naprawdę zainteresowało mnie jego życie, ale także sytuacja Turków tuż po wojnie, informacje dotyczące przemian społecznych. Myślę, że rozdziały o Stambule byłyby dla mnie dużo bardziej interesujące, gdybym znała to miasto. Wyobrażam sobie taką książkę o którymś z bliskich mi miast i jestem pewna, że bym ją uwielbiała! Po lekturze mam ogromną ochotę zobaczenia Stambułu, choć zapewne nie odnajdę już takiego, jakim pamięta go Pamuk.

Moja ocena: 4,5/6

Orhan Pamuk, Stambuł, tł. Anna Polat, 478 str., Wydawnictwo Literackie 2008.

niedziela, 9 lipca 2017

"Złota różdżka czyli bajki dla niegrzecznych dzieci" Heinrich Hoffmann


Mam wrażenie, że Złotą różdżkę znam od zawsze. Pamiętam jak z niezdrową ciekawością gapiów, zbiegających się do wypadku, czytałam te wiersze i obgryzając paznokcie (!) wyglądałam końca, by dowiedzieć się jaki rodzaj kary trafił się niesfornym dzieciom. 
Później, gdy dorosłam, studiowałam odpowiednią filologię i zamieszkałam w ojczyźnie Heinricha Hoffmanna i okazało się, że Struwwelpetera znają tam wszyscy. I większość wspomina te wiersze conajmniej traumatycznie. Nie planowałam kupienia tej książki moim dzieciom, ale wcale nie musiałam, bo o jej znajomość zadbała wychowana na niej babcia. 



Heinrich Hoffmann znany jest w Niemczech tak, jak w Polsce Brzechwa czy Tuwim. Hoffmann był lekarzem i psychiatrą, a zawarte w Złotej różdżce wiersze napisał sam w 1844 roku, gdy sfrustrowany wrócił z wycieczki do księgarni, gdzie chciał kupić książkę na Boże Narodzenia dla swojego trzyletniego synka Carla. Wszystkie książki wydały mu się być zbyt infantylne lub pedagogiczne i postanowił napisać swoje wierszyki. Moim zdaniem wcale nie mniej moralno-pedagogiczne, ale zdaniem jego znajomych były one bardzo dobre. Po wielu namowach Hoffmann zdecydował się na wydanie książki w 1845 roku, która od razu zyskała na popularności, została przetłumaczone na wiele języków, doczekała się setek adaptacji i parodii, a język niemiecki zyskał dzięki niej wiele nowych zwrotów. Niektóre cytaty funkcjonują w języku potocznym, podobnie jak określenia niegrzecznych dzieci - Struwwelpeter czyli Piotruś Czupiradło, Zappelphilipp czyli Filip, co się bujał czy Hans Guck-in-die-Luft czyli Jacek Wniebogapek używane są nawet w medycynie. 


Bardzo byłam ciekawa jak wyglądają nowe adaptacje wierszy Hoffmanna oraz jak zareaguje na nie mój syn. Wiersze poprzedzone są wstępem Michała Rusinka, w którym twierdzi on, że utwory Hoffmanna należy widzieć jako satyry, których zamiarem było napiętnowanie wad oraz wyolbrzymienie kar. Niewspółmiernie wysokie kary oraz ironiczne przedstawienie dzieci mają wywołać śmiech, a nie lęk. Rusinek twierdzi, że książka zdobyła popularność poprzez niezamierzony purnonsens kar. Cały jego wywód brzmi spójnie, a nie mogę się z nim zgodzić. Nie jestem w stanie poprzeć mojego zdania literaturoznawczymi czy historycznymi argumentami, opieram się tylko na moim prywatnym odczuciu i reakcji dzieci. Wiadomym jest, że w XIX wieku, a także jeszcze długo w XX wieku, podstawą wychowania było posłuszeństwo i autorytarność rodzica. I dokładnie w ten trend wpisują się te wiersze. W latach 70-tych, gdy zaczęły przybierać na sile inne style wychowania, ta książka w Niemczech znalazła się niemal na czarnej liście i na dobrą sprawę do dziś nie znam ani jednego dziecka, któremu by czytano te wiersze. Mój siedmioletni syn, zareagował na opisywane kary płaczem! Dlatego ja tę książkę traktuję jako ciekawostkę z minionej epoki, kanon niemieckiej literatury dziecięcej, a mniej jako rozrywkę.



Najnowsze polskie wydanie bardzo mnie ciekawiło - przede wszystkim sposób adaptacji do współczesności, tłumaczenie imion dzieci oraz kary. I muszę przyznać, że byłam i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, nie mogłam się powstrzymać nawet od porównania oryginalnego tekstu z tłumaczeniem. Wszyscy autorzy polskich adaptacji wykonali naprawdę kawał dobrej roboty. Teksty są spójne, zrozumiałe dla współczesnego dziecka oraz dopasowane do realiów. Najfantastyczniejsze w tej książce są jednak ilustracje. Spodziewam się, że nie wszystkim przypadną do gustu, ale są dokładnie w takim stylu, jak lubię, a przede wszystkim pozostawiają duże pole do popisu dla dziecięcej wyobraźni. Zobaczcie zresztą sami!



Mimo mojego sceptyzmu muszę stwierdzić, że to bardzo udana publikacja, małe arcydziełko wręcz, książka do wielokrotnego oglądania dla dużych i małych.

Heinrich Hoffmann, Złota różdżka czyli bajki dla niegrzecznych dzieci, tł. Anna Bańkowska, Karolina Iwaszkiewicz, Zuzanna Naczyńska, Adam Pluszka, Michał Rusinek, Marcin Wróbel, il. Justyna Sokołowska, 110 str, Egmont 2017.

sobota, 8 lipca 2017

"Smerfy i wioska dziewczyn. Zakazany Las" Alain Jost, Luc Parthoens, Thierry Culliford


To komiksowy debiut na moim blogu! Od dawna zachęcałam dzieci do sięgnięcia po komiksy ale jakoś nieszczególnie mi się to udawało. Starsza przeczytała kilka albumów z serii o Yakari ale na inne komiksy nie zdołałam jej namówić. W domu mam wiele komiksów ale młodszy też jakoś nie zapałał miłością do żadnego cyklu.
Gdy podczas pobytu w Polsce zobaczył w księgarni komiksy o Smerfach stanął jak zaczarowany i kazał kupić wszystkie. Nie bardzo chciałam s ię na to zgodzić, ale obiecał, że będzie czytał i teraz dzielnie przedziera się przez nawet najcięższe teksty. Gdy kilka dni później przyfrunęła do nas paczka z opisywanym tutaj albumem prawie rozpłakał się z radości :)


W tym tomie akcja toczy się we Wiosce Dziewczyn, którą zamieszkują bardzo bojownicze, smerfastyczne można by powiedzieć, kobietki. Wioska otoczona jest wielkim murem i dziewczynom nie wolno jej opuszczać. Jak można się jednak domyślić, ciekawe i odważne dziewczyny nie wytrzymają długo w zamknięciu i w końcu dochodzi do spotkania ze Smerfami. Obie grupy ze zdumieniem i nieśmiałością doszukują się różnic i podobieństw między sobą.

Na pierwszy ogień idzie Ważniak, który wybrał się na spacer z nowymi koleżankami. Okazuje się jednak, że wśród dziewczyn nie jest aż tak ważniakowaty jak zazwyczaj ;) Także Osiłek i Ciamajda przekonują się podczas bliższego spotkania z fioletowo-włosymi dziewczynami, że koniecznie trzeba docenić ich wojowniczość i emancypację. 


Ten album zawiera pięć krótkich historii, które okazały się być idealne dla mojego siedmiolatka. Niezbyt długie, tak że nie tracił zapału podczas lektury, a równocześnie ciekawe i wciągające. Na tyle, że właśnie czytamy już trzeci album o Smerfach.

Alain Jost, Luc Parthoens, Thierry Culliford, Smerfy i wioska dziewczyn. Zakazany las, tł. Maria Mosiewicz, 44 str., Egmont 2017.

środa, 5 lipca 2017

"Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" Kazimierz Nowak



Myślałam, że tę książkę przeczytam w momencie, a jednak zapiski Nowaka zajęły mi ponad dwa tygodnie. Tak wolna lektura nie wynikała jednak ze zniechęcenia czy znudzenia - raczej wymagała spokoju, skupienia i zamyślenia.

Historię Kazimierza Nowaka znałam już dzięki książce dla dzieci Afryka Kazika, czytanej w moim domu chętnie i namiętnie. Teraz poszłam o krok dalej i chciałam dokładniej poznać szczegóły niesamowitej podróży Nowaka. Łukasz Wierzbicki wykonał tytaniczną i żmudną pracę, pracując przy tworzeniu tej książki. Podróżnik niestety nie zdążył usystematyzować swoich notatek i korespondencji z Afryki, ponieważ w niespełna rok po powrocie zmarł. Wierzbicki wyszukiwał więc dawne artykuły, korespondencje do ówczesnych gazet, listy i fotografie rozproszone w różnych źródłach. I chwała mu za to, bo powstała książka spójna i logiczna. Gdybym nie wiedziała, że to zaledwie zlepek odnalezionych tekstów, sądziłabym, że to pamiętnik podróżnika.

Publikacja podzielona jest na rozdziały, a każdy z nich poświęcony jest jednemu z przejechanych przez Nowaka afrykańskich krajów i poprzedzony mapką. Tu niemal nie postawiłam wykrzyknika, bo ta mapka była dla mnie niemal najważniejsza i strasznie denerwowało mnie czytanie na kindle i niemożność szybkiego wertowania wstecz.

Cóż więc uczynił Nowak? Wyrusza ze skromnymi środkami finansowymi z rowerem w podróż w nieznane. Jego plan jest niewyobrażalny - przejechanie Afryki z północy na południe w latach trzydziestych wydaje się być przedsięwzięciem godnym szaleńca. I tak, Nowak miał w sobie coś z szaleńca. Należał on do tego gatunku ludzi, którzy muszą wyruszyć, muszą brnąć przed siebie, poznawać nowe, podążać. Przez całą podróż towarzyszy mu ogromna tęsknota za żoną i dziećmi, za Polską i językiem polskim, ale mimo to napędzająca go siła jest mocniejsza, ważniejsza. Niemal w każdym tekście uderza ogromna miłość do natury, do ciszy, bezkresu. I mimo że wyobrażam sobie, jak ciężko musiało być pozostawionej w Polsce rodzinie, to wydaje mi się, że rozumiem pobudki Nowaka.

Podróżnik przedstawia w swoich tekstach dokładnie to, co widzi. Nie upiększa, nie przejaskrawia ani nie obawia się pisać prawdy. Równocześnie podchodzi do napotkanych ludzi z pokorą czy może respektem - nie ocenia ich życia, nie krytykuje. Owszem potrafi stwierdzić bezpardonowo, że któreś z napotkanych plemion jest leniwe ale nie czyni tego z pozycji osoby stojącej na wyższym szczeblu cywilizacji. Właśnie takie podejście, pełne respektu, cenię sobie bardzo u podróżników. Nowak podchodzi do każdego z napotkanych plemion z taką samą, czasem wręcz dziecięcą, ciekawością, bez stereotypów i uprzedzeń. Fantastyczne są jego komentarze na temat polityki kolonizacyjnej. Już w latach trzydziestych oczywiste były dla niego błędy popełniane przez kolonizatorów oraz widoczne skutki ich działań - począwszy od wyrębu lasów, poprzez niekontrolowany odstrzał zwierząt po zanikanie rdzennych kultur afrykańskich. Nowak zapewne był jednym z ostatnich Europejczyków, którzy mieli możliwość zobaczenia Afryki i Afrykańczyków na przełomie między tradycją, a postępem, niestety najczęściej bardzo wątpliwym. Znalazłam w tej książce wiele mądrych słów, gorzkich stwierdzeń i ciekawych spostrzeżeń na ten temat.

Wspaniałe są wykonane przez Nowaka zdjęcia - fantastyczne zbliżenia postaci, sceny rodzajowe krajobrazy - miejsca, ludzie, których już nie ma. Nie mogłam pozbyć się ogromnej nostalgii i wiele razy długo przyglądałam się fotografiom.

Pięć lat trudu, chorób, wyrzeczeń, pragnienia i niedojadania odbiły się poważnie na zdrowiu Nowaka, który bardzo szybko po powrocie do Polski zmarł. Wielka szkoda, że nie udało mu się dokończyć swoich planów ale jestem pewna, że nie żałował ani jednego dnia spędzonego w Afryce.

Moja ocena: 5/6

Kazimierz Nowak, Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936, zebrał Łukasz Wierzbicki, 404 str., Wydawnictwo Sorus 2013.

poniedziałek, 3 lipca 2017

"Zerbrochen" Michael Tsokos



Trzecia z kolei powieść Tsokosa o medyku sądowym Fredzie Ablu dostarczyła mi wprawdzie rozrywki, ale nie zaskoczyła ani zwrotami akcji, ani ciekawymi charakterami.

Tsokos w tym tomie powraca do chronologii czyli rozpoczyna akcję jakiś czas po wydarzeniach finałowych z tomu pierwszego. Abel dochodzi do siebie po poważnym urazie, jakie doznał w skutek pobicia przed domem siostry. Właściwie cudem uniknął śmierci i cudem powrócił do niemal pełni sił. 
Pierwszy dzień pracy mimo to przyprawia go tremę - Abel chce uniknąć wylewnych powitań. I faktycznie nie ma na nie czasu, bo jego zespół jak zwykle ma pełne ręce roboty. Prywatnie także dzieje się sporo - lekarz nawiązał bliski kontakt ze swoimi dziećmi na Gwadelupie. Okazuje się, że Manon i Noah są dwójką świetnych nastolatków i bardzo dobrze rozumieją się z ojcem i jego partnerką. Po tym jak Fred odwiedził ich na wyspie, przylatują do Berlina na wakacje. Ojciec jednak nie poznaje bliźniaków - z beztroskich nastolatków zamienili się w wietrzące wszędzie niebezpieczeństwo, zastraszone dzieciaki.

Po kilku dniach Fred i Lisa wyciągają z dzieci, że mimowolnie byli świadkiem szantażu, jakiemu został poddany partner ich matki. Niestety szantażyści zauważyli ukrywające się bliźniaki. Wprawdzie udało się im umknąć ale wciąż boją się, że brutalni mężczyźni mogą podążać ich śladem. 
Także Abel ma ciągle wrażenie, że jest śledzony - te przeczucia przerzuca jednak na karb stresu pourazowego, którego z pewnością doświadczył po napadzie. Jakby tego było mało, w pierwszym dniu pracy udaje mu się odnaleźć decydujący trop, który pomaga na zidentyfikowanie człowieka, który zabija i okrada homoseksualistów w tak zwanych dark rooms. Ten sukces przekłada się jednak na kolejny stresujący faktor - domniemany zabójca poprzysięga Ablowi zemstę. 

Jak się można spodziewać, akcja nabiera tempa, gdy uprowadzone zostają dzieci lekarza. Tropów jest wiele - policja stawia początkowo na gangi, które specjalizują się w porywaniu dzieci uchodźców, Inną opcją jest osoba, którą przypadkowo zaobserwowały bli źniaki, podczas podejrzanego dealu na tyłach francuskiej kawiarni, w której byli umówieni z ojcem. Abel obawia się także, że szantażyści z Gwadelupy mogli dotrzeć aż do Berlina i wreszcie nie wyklucza opcji, że to sprawka tych samych osób (lub ich zleceniodawców), które tak brutalnie go pobiły kilka miesięcy wcześniej. 

Zaczyna się mozolne sprawdzanie tropów i poszukiwanie dzieci. Abel nie ma zaufania do działań policji i stwarza prywatną grupę śledczą, składającą się ze znanych już z poprzednich tomów profilera, jego koleżanki-informatyczki, Larsa oraz Lisy. Niestey nie mogę powiedzieć, że akcja wciągnęła mnie bez reszty - śledztwo wydało mi się być dość przewidywalne i w wielu miejscach nieprawdopodobne. W tym tomie specjalność Abla czyli sekcje zwłok nie odgrywają niemal żadnej roli, a szkoda, bo to właśnie na nich zasadza się wyjątkowość tej serii. Mimo to pozostaję wierna tej serii. Przyciąga mnie postać Abla - bardzo różnego od autora, ale nie mogę powstrzymać się od doszukiwania się podobieństw (Michaela znam osobiście). 

Moja ocena: 4/6

Poprzednie tomy tej serii:


Michael Tsokos, Andreas Gössling, Zerbrochen, 432 str., czyt. David Nathan, Lübbe Audio 2017. 

sobota, 1 lipca 2017

Stosikowe losowanie 7/17 - pary

McDulka wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 215 książek) - 215
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 12 książek) - 4
Maniaczytania wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 107 książek) - 17
Guciamal wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 200 książek) - 99
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla Anny (w stosie 216 książek) - 108
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1000 książek) - 351
ZwL wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 171 książek) - 86

"Kostek pies nie z tego świata", "Kostek i ostatni cyrkowy tygrys" Claire Barker, Ross Collins


Do tych książek podchodziłam nieco sceptycznie - powieści o psie, który jest duchem? Tak koncepcja mnie nie przekonywała. I chyba moja rezerwa przeniosła się na syna, który przez pierwsze dwa rozdziały nie wykazywał szczególnego zainteresowania lekturą. Uronił nawet kilka łez, gdy czytałam mu o rozpaczy głównej bohaterki po utracie psa. Już myślałam, że będziemy musieli odłożyć te książki na później, ale syn niespodziewanie polubił Kostka i Dusię i z zapartym tchem słuchał o i przygodach.

Akcja rozgrywa się w Pechowej Woli, gdzie mieszka rodzina Pepperów. Niezwykle ekscentryczna rodzina. Biedni jak mysza kościelna i dziwaczni arystokraci rezydują w rozsypującym się dworze. Jedyną rozsądną osobę w rodzinie wydaje się być Dusia. Lord i lady Pepper spędzają dni na kolekcjonowaniu dziwacznych nakryć głowy i roztrząsywaniu nieprawdopodobnych kwestii w stylu czy pingwiny mają kolana? Gdy do rodziny dołącza znaleziony w krzewach żywokostu pies, staje się on największych przyjacielem i powiernikiem Dusi. Kostek Pepper jednak umiera i życie dziewczynki wypełnia rozpacz. Nie wie niestety, że Kostek nadal obok niej jest, ale jako duch. Do tego nie sam, wraz z nim Pechową Wolę zamieszkują duchy innych pupili, których panie lub panowie już dawno nie żyją. Kostek jest tak samo nieszczęśliwy jak Dusia i gorączkowo szuka sposobu na nawiązanie z nią kontaktu.


Dodatkowo w Pechowej Woli kończy się sielankowe życie, gdy okazuje się, że jej mieszkańcy winni są radzie miasta jeden milion funtów. Lord i lady Pepper podchodzą do tej sprawy beztrosko, dopiero rezolutna Dusia zaczyna wietrzyć podstęp i rozpoczyna nierówną walkę o zatrzymanie Pechowej Woli.


Nie zdradzę wiele z akcji, gdy napiszę, że książka kończy się happy endem, bo przecież nie byłoby drugiego tomu, prawda? Także on dostarczył nam wiele rozrywki. W celu podreperowania arystokratycznego budżetu Pepperowie wpadają na pomysł założenia muzeum kolekcjonowanych przez nich nakryć głowy. Ten pomysł początkowo przeraża Dusię ale nie pozostaje jej nic innego niż poddać się woli szalonych rodziców. Dziewczynka wpada nawet na pomysł zaproszenia do Pechowej Woli cyrku. I właśnie ten fragment odstraszał mnie od lektury. Mam alergię na cyrk, nie mogę patrzeć na cyrkowe zwierzęta i unikam wszystkiego, co z cyrkiem związane. Cyrk Truppi to jednak cyrk bez zwierząt! Zastanawiacie się pewnie skąd więc tygrys w tytule? Przeczytajcie i na pewno się nie rozczarujecie. I w tym tomie autorka pisze o potędze przyjaźni między człowiekiem, a zwierzęciem.


Obie książki o Kostku są bardzo dowcipne i pełne przygód. Nadzwyczajnych i niespotykanych, jak na Pechową Wolę przystało. To jednak przede wszystkim powieści o przyjaźni i zaufaniu. Co ważne nie są to słodkie i cukierkowe teksty - jak pisałam, na początku umiera Kostek i pierwsze rozdziały są naprawdę smutne. Autorka świetnie pokazuje uczucie smutku, a nawet rozpaczy, które przecież należą do każdego życia, nawet dziecięcego.

Mnie bardzo podobał się język obu książek, tutaj ogromne ukłony wobec tłumaczy. Podziwiam ich pracę - to bardzo twórcze tłumaczeni: mnóstwo tu neologizmów, zabawnych gier słów i rejestrów językowych. Wiele razy z zachwytem czytałam ich rozwiązania językowe, domyślając się brzmienia w oryginale.

Obie książki są bardzo starannie wydane - twarda oprawa, zakładka i jednolita szata graficzna bardzo mi się podobają. Świetne są także ilustracje Rossa Collinsa - czarno-biała, nienachalna kreska i pełne detali rysunki ubarwiają lekturę.

Mój syn z nicierpliwością czeka na trzeci tom!

Claire Barker, Ross Collins, Kostek pies nie z tego świata, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, 287 str., Media Rodzina 2016.
Claire Barker, Ross Collins, Kostek i ostatni cyrkowy tygrys, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, 284 str., Media Rodzina 2016.