poniedziałek, 1 czerwca 2009

"Tajemnica" Jurij Andruchowycz


Nie bardzo wiem, jak zrecenzować tę książkę. Nie żałuję, że przeczytałam - w końcu to moje pierwsze spotkanie z literaturą ukraińską. Nie żałuję również ze względu na sporą obecność Berlina. Jurij Andruchowycz tworzy właściwie autobiografię ale czyni to w pomysłowy sposób, w formie wywiadu-rzeki, prowadzonego przez wymyśloną przez niego postać. Osoba ta zna więc Jurija jak nikt inny i stawia pytania, których ktoś obcy z pewnością by nie postawił. Poznajemy więc życie w ZSRR, studia, czas wojska i wreszcie podróży. Opowieści Jurija przeplatane są dygresjami o życiu, o twórczości, co tu pisać o wszystkim niemal. Czasem ciężko jest podążać za chronolgią wydarzeń, wśród niedokończoncyh wątków szukać trzeba kontynuacji ale przekonana jestem, że owa ciągłość wcale nie była zamierzona. Nie jest to wszakże typowa bopgrafia, z której dowiadujemy się, kiedy i co robił autor, a raczej rozważania o szukaniu miejsca na ziemi, o fascynacji Europą Środkowo-Wschodnnią czy o istocie tworzenia. Musze przyznać, że pod koniec książka utraciła rozpęd a zagubiła się w niejsanych dygresjach i wątkach, które trudno mi było zrozumieć, które nawet nie zawasze chciałam zrozumieć. Wyraźnym plusem jest język - czasem dosadny, wręcz soczysty, gawędziarski, dzięki któremu udało mi się ukończyć czytanie.

Jurij Andruchowycz, Tajmenica, tł. Michał Petryk, 339 str., Czarne.

piątek, 29 maja 2009

"Engin spor" Viktor Arnar Ingólfsson


Kolejny kryminał Viktora Arnara - w mooim odczuciu to jednak bardziej niemal saga rodzinna i dobry kawałek historii dwudziestowiecznej Islandii niż kryminał. Swoją opowieść oplata autor wokół wątku morderstwa Jacoba Kielera juniora - potomka znanej i szanowanej rodziny mieszczańskiej. Ciało Jacoba odnajduje jego gospodyni i w tym momencie rozpoczyna się zadziwiające śledztwo. Akcja powieści toczy się na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pełna podziwu śledziłam drobiazgowe opisy ówczesnych metod śledczych - sposobu analizy odcisków palców i innych obiektów znalezionych w miejscu zbrodni. Jestem pełna podziwu wobec wiedzy autora. Rozdziały, dotyczące śledztwa przelatane są fragmentami dziennika, jaki przez całe swoje życie prowadził ojciec ofiary. Był on wybitnym inżynierem, którego pasją i idee fixe było wybudowanie na Islandii kolei. Dzięki zapiskom z dziennika poznajemy jego życie, walkę o realizcję marzeń, warunki życia w Isladnii, aktualne wydarzenia polityczne i ich odbiór a także życie codzienne. Akcja nabiera rumieńców gdy dowiadujemy się, iż Jacob Kieler senior czyli ojciec ofiary zginał w niemal identyczny sposób. Viktor Arnar również szczegółowo opisuje policjantów biorących udział w śledztwie - każdy z nich ma zupełnie inną osobowość i mam wrażenie, że można było poświęcić więcej czasu na jeszcze bliższe ich naszkicowanie. Dla miłośników Islandii piękne zapewne będą również opisy przyrody islandzkiej. Bardzo podobała mi się ta powieść i podziwiam autora za wiedzę i z pewnością drobiazgowe badania, które poprzedziły pisanie.

Viktor Arnar Ingólfsson, Haus ohne Spuren, tł. Coletta Bürling, 366 str., Lübbe.

wtorek, 26 maja 2009

"Afturelding" Viktor Arnar Ingólfsson


Miałam ochotę na coś lekkiego i przyjemnego więc przyniosłam sobie kilka islandzkich kryminałów. Zaczęłam od Viktora Arnara, którego "Rätsel von Flatey" (Zagadka wyspy Flatey) szalenie mi się swego czasu podobała. "Bevor der Morgen graut" to drugi kryminał tego autora - niestety nie pamiętam imienia policjanta, prowadzącego śledztwo w pierwszej książce ale mam wrażenie, że nie ma tu postaci łączącej obie powieści.
Tutaj mamy do czynienia z moderstwami osób polujących na gęsi - morderca osacza je wczesnym rankiem i urządza polowanie na myśliwych. Śledztwo prowadzi dwóch policjantów - oboje są na swój sposób ciekawi. Jeden z nich pochodzi z Wietnamu, a drugi został wychowany przez samotną matkę Niemkę. Rózni ich niemal wszystko - wygląd, sylwetka, zwyczaje, sposób bycia - mimo to tworzą zgrany zespół i świetnie się uzupełniają.

Viktor Arnar dość ciekawie szkicuje tło morderstw, postaci w nie uwikłane - ich pochodzenie, uwikłanie środowiskowe, problemy. Wszystko mocno osadzone w Islandii - czuć klimat, naturę, problemy. To akurat dla mnie bardzo istotny aspekt. Dość szybko zaczęłam podejrzewac, kto jest mordercą myśliwych, ale autor potrafił tak zagmatwać zagadkę, źe po pewnym czasie nie byłam pewna. Samo zakończenie wydaje się być dość pospieszne i momentami wręcz niewiarygodne ale nie ujęło to w moim przypadku ani krzty przyjemności czytania. Powieść połknęłam dosłownie w niecałe dwa dni. Zabieram się czym prędzej za trzeci kryminał Viktora Arnara.


Viktor Arnar Ingólfsson, Bevor der Morgen graut, tł. Coletta Bürling, 335 str., Lübbe.

niedziela, 24 maja 2009

"Skugga-Baldur" Sjón


Sjón jest tajemniczy, pisze pod pseudonimem wiersze, teksty piosenek, scenariusze i powieści. Powieści bardzo poetyckie. "Skugga-Baldur" to powieść skąpa w słowa, bardzo poetycka ale nie nudna! Nie przepadam za poetyckimi powieściami i dlatego nie zachwyciła mnie Steinunn ale Sjón jest po prostu świetny! Zbyt szybko przeczytałam tę książkę - śledziłam akcję i zagadkę Abby nie koncentrując się należycie na doborze słów, wyrafinowanych, poetyckich porównaniach i szkicu islandzkiej natury.
Co tak mnie wciągnęło? Historia pastora Baldura, który zatraca się w szaleńczej pogonii za lisicą przez pustkowia i góry, gdzie walczy o przeżycie zaskoczony przez groźną islandzką naturę. Zaciekawiła mnie historia Abby - dziewczyny odnalezionej na statku, który uległ katastrofie u wybrzeży Islandii. Abba jest upośledzona i okrutnie traktowana. Przypadkiem zostaje odnaleziona przez Friðrika Friðjónssona, który właśnie wrócił do Islandii po ukończonych w Danii studiach przyrodniczych. Co łączy Abbę i Baldura? Jaką rolę odgrywa tu natura i lisica? Odpowiedzi, a także szerokie pole do rozmyślań daje czytelnikowi autor. Mnie interesowały również opisy dziwiętnastowiecznej Islandii oraz warunków życia ówczesnych mieszkańców. Fascynująca lektura!!
P.S. Mam pytanie, do osób, które czytały powieść w polskim tłumaczeniu. Jakiego koloru jest lisica, którą próbuje ustrzelić Baldur? Jak przyjeśliście tytuł powieści? Czy tłumacz wyjaśnia znaczenie tego tytułu? I wreszcie kto przetłumaczył tę powieść na polski? Dziękuję z góry!

Sjón, Schattenfuchs, tł. Betty Wahl, 126 str., Fischer.

sobota, 23 maja 2009

Północ w ogrodzie dobra i zła" John Berendt


Od czasu do czasu należy poczytać w innych językach niż zazwyczaj - trafiło więc na Johna Berendta i jego bestseller. Rzecz dzieje się w Georgii w mieście Savannah. Nowojorski dziennikarz zafascynowany tym miastem, przeprowadza się tam i opisuje najprzeróżniejszych mieszkańców - poczynając od nieprzyzwoicie bogatego Jima Williamsa, poprzez czarnoskórą drug queen na właścicielu klubu muzycznego kończąc. Berendt opisuje błyskotliwie, przytaczając wiele anekdot i dykteryjek, przy okazji opisując szczegółowo miasto i życie w nim. Praktycznie cała pierwsza część powieści to zbiór charakterów z Savannah w roli głównej. Akcja przyspiesza gdy Williams zabija swojego współpracownika - niedojrzałego, uzależnionego od alkoholu furiata - Dannyego. Druga część książki to opisy procesów sądowych i działań Williamsa. Berendt nie porzuca jednak mieszkańców Savannah i stale informuje czytelnika o ich rozmowach, poczynaniach i ich stosunku do morderstwa. Z pewnością jest to błyskotliwa książka ale na pewno o wiele ciekawsza do osób, mających emcjonalny stosunek do Savannah - a przynajmniej do tych, którzy odwiedzili to miasto i znają słynny Mercer House (rezydencję Williamsa). Wprawdzei byłam w Georgii ale niestety nie w Savannah i niezliczone opisy po jakimś czasie mnie nużyły. Podejrzewam również, że gdybym czytała tę książkę w bliższym mi języku , bardziej bym ją doceniła. Niestety mimo że nie miałam problemów ze zrozumieniem, nie jestem w stanie ocenić stylu i narracji autora. Dla mnie to było li tylko ćwiczenie. Przerzucam się na razie na niemiecki;)

John Berendt, Midnight in the garden of good and evil, 386 str., Random House.

piątek, 22 maja 2009

"Filary ziemi" Ken Follet


Dałam sobie kilka dni oddechu ale nie ciągnie mnie zupełnie do powrotu do Folleta. Mnóstwo ciekawych lektur uśmiecha się do mnie s niebotycznego stosu, a Follet leży porzucony na podłodze obok biurka i nawet nie poszeptuje. Czas więc na parę słów i próbę podsumowania dlaczego właściwie nie? Bo zaczyna się nieźle - mamy kamieniarza, który wędruje przez średniowieczną Anglię w poszukiwaniu pracy. Prowadzi ze sobą rodzinę: dwoje dzieci i żonę w ciąży. Zbliża się zima, rodzina nie ma środków do życia i niestety marne widoki na pracę. Mamy klasztor i mnicha, który wychował się wśród murów klasztornych po tym jak zamordowano jego rodziców, mamy rozgrywki o władzę po śmierci króla. I co jeszcze? Mamy drobniutki druk, blisko 1200 stron i kilometrowe opisy. Opisy szczegółów, które ani nic nie wnoszą do akcji, ani nie dodają kolorytu powieści. Mamy długaśne retrospekcje, które równie rozwlekle wspominają losy nowo poznanych postaci. I nawet mimo tych tasiemców doczytałabym książkę, gdybym miała w perspektywie 300 może 400 stron, ale ten dalszy tysiąc mnie dosłownie przytłaczał. Ciągle zastanawiałam się czy redaktor w ogóle coś przyciął z oryginały, a jeśli tak to ile tysięcy stron opisów wyprodukował Follet i właściwie po co? Rozumiem, źe "Filary ziemi" to z załoźenia czytadło - ale jednak mam inne pojęcie o lekkich powieściach. Nie sądzę, źe mam ochotę poświęcać więcej czasu Folletowi, to juź wolę przeczytać dobry kryminał.


Ken Follet, Filary ziemi, tł. Gabriele Conrad, Till Lohmeyer, Christel Rost, 1165 str., Bastei Lübbe

poniedziałek, 18 maja 2009

Ratunku!

Czytam, a właściwie męczę "Filary ziemi" - przeczytałam 250 str. z blisko 1200. I nie wiem co zrobić - czarno widzę perspektywę czytania kolejnego niemal tysiąc stron tych nud. Zastanawiam się, co ludzie w tej książce widzą, że taka słynna i obdarzona ochami i achami? Czytaliście? Warto się dalej męczyć? Gdy czytam to jeszcze jakoś leci, mimo rozwlekłych opisów i retrospekcji, ale jak odłożę książkę, to leży i czeka na zlitowanie. W międzyczasie rozpoczęłam "Midnight in the garden od good and evil" Johna Berendta, choć nigdy nie czytam dwóch książek na raz. Co robić, co robić????

poniedziałek, 11 maja 2009

Podsumowanie wyzwania historycznego

Miałam ambitne plany, naprawdę chciałam przeczytać kilka książek historycznych, a niestety nie przeczytałam nic - ani jednej książki. Straciłam serce do wyzwania, mimo że trzy z zaplanowanych lektur mam w domu. Będą musiały, biedaczki, poczekać na lepsze czasy. Być może niebawem, bo będę miała duuuuużo więcej czasu na czytanie. Za to znacznie zredukowałam stosik najbliższy memu łóżku, co mnie bardzo cieszy:)

"Candy" Kevin Brooks

Nigdy nic nie słyszałam o Kevinie Brooksie, nie miałam pojęcia, że produkowane są zajawki nowych książek podobne do filmowych. Uświadomiło mnie wydawnictwo Media Rodzina, które właśnie wydaje podobno kultową książkę tegoż autora pt. "Candy". Zajawka wzbudziłą moją ciekawość, więc wrzucam link do filmiku i mam nadzieję niebawem zapoznać się z prozą Brooksa. A wy już Brooksa czytaliście?

niedziela, 10 maja 2009

"Lala" Jacek Dehnel


Przeczytałam, a właściwie niespiesznie wysmakowałam wspomnieniową książkę Jacka Dehnela. Nie jestem w stanie powiedzieć czy mi się podobała - są elementy, które mnie zachwyciły, ale brakuje mi czego ś, co uczyniło by tę książkę genialną. Sama tematyka jest bardzo bliska memu sercu - genealogią mojej rodziny zajmowałam się intensywnie i przez rozmowy z babcią próbowałam nadać życia suchym faktom.
Jacek Dehnel nie prowadzi wprawdzie badań genealogicznych ale notuje wspomnienia, przypowiastki i anegdoty babci. Babcia jego to kobieta zdumiewająca - energiczna, wyedukowana, zaskakująca. Babcia snuje swoje opowiadanai stale, rozpoczyna przy śniadaniu, przerywa, by skomentować rzeczywistość i kontynuuje w zupełnie innym miejscu. Chronologia dla nie jest - wraca, wspomina, odbiega, operuje mnóstwem nazwisk. Jacek stara się kontrolować ten potok wspomnień, nawraca babcię na "poprawną" drogę, notuje, uśmiecha się i cierpliwie wysłuchuje tej samej historii po raz enty. Właśnie te babcine wspominki czytałam wolno, odkładając raz po raz lekturę, wracając, ale też odczuwająć znużenie.
Za dużo ciekawszą część odbieram rozdziały, w których wnuk opisuje starzenie się babci - jej stopniową zapominalskość, plątanie faktów, złośliwe zachowania, aż wreszcie fizyczno ść, która zaczyna dominować czas spędzany z babcią. Babcia dziecinnieje, utrudnia opiekę nad sobą czyniąc z niej próbę nerwów dla córki czy wnuka. Ujął mnie sposób w jaki Dehnel to opisuje, zachowując takt ale nie upiększając niczego, ujęła mnie jego szczerość i odwaga w ukazaniu odchodzenia osoby kochanej. Mam wrażenie, że to temat poniekąd tabu, nieczęsto brany na warsztat pisarski, a już na pewno nie przez tak młodego pisarza.
Podoba mi się polszczyzna Dehnela ale trochę denerwowały mnie poetyckie dygresje, które niekoniecznie muszą być złe. Ja akurat takich poetyckich wtrętów nie lubię.
Mimo że nie stałam się fanką Dehnela po tej książce, ciekawa jestem jego "Balzakiany".

Jacek Dehnel, Lala, 403 str., W.A.B.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Dziecięce lektury odsłona druga

Jesteśmy fankami Pawła Pawlaka i nie mogło zabraknąć u nas tych książeczek:



Psot i Kleks nie pałają do siebie miłością, jak to psy i koty mają w zwyczają. Kleks jednak chodzi do psiej szkoły, o której marzy także Psot. Sprytny kot przebiera się za pieska i wybiera do szkoły. Ilustracje Pawlaka są cudne, żywe, najlepsza jest pani Kosteczko;)

I tu mamy kota Herberta. Herbert jest samotny i uwielbia przesiadywać w bibliotece. Trafia tam na książkę o czarownicach, z której się dowiaduje, że kochają one czarne koty. Herbert wybiera się na poszukiwanie czarownicy, bz zostać jej kotem. Jego pytanie "Przepraszam, czy jesteś czarownicą?" na stałe weszło do naszego języka, a Trzyipółlatka zakładając skarpetki w paski twierdzi, że jest stuprocentową czarownicą. Żałujemy bardzo, że książeczka tak szybko się kończy, chętnie poznałybyśmy dalsze przygody Herberta.

Obie książki wydało wydawnictwo Muchomor.


To pierwsza z książeczek o Pettsonie w naszej kolekcji. Od razu polubiłyśmy starego Pettsona i jego kociaka Findusa. Tutaj Pettson wspomina chwilę gdy dostał Findusa i jak to wpłynęło na jego samotne życie. Niebawem jednak kociak się gubi i Pettson szuka go wszędzie. Barwne, pełne szczegółów ilustracje i ciekawa historia to największe atuty tej książki. Na pewno kupimy inne części. Seria o Pettsonie i Findusie ukazuje się w wydawnictwie Media Rodzina, a więcej o bohaterach moźna dowiedzieć się na specjalnie im poświęconej stronie.


Mimo, że teksty są jeszcze troszkę zbyt trudne dla mojej Trzyipółlatki chętnie zaglądamy do "Niesfornego alfabetu" Grzegorza Kasdepke. Każda z literek dowcipnie zilustrowana jest językowo tak że chętnie śledzimy jakie perypetie towarzyszą literkom. Zauważyłam kilka innych pozycji wydawnictwa Literatura, które z pewnością kiedyś nabędziemy, np. "Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze" czy "Dranie w tranie".


Kolejną bardzo lubianą przez nas pozycją są "Lulaki, pan Czekoladka i przedszkole" tego samego wydawnictwa - rytuał porannego budzenia przejęłyśmy całkowicie od Hubercika i jego mamy. Teraz lulaki zamieszkały i w naszym domu. A i Trzyipółlatka odkrywa w przedszkolnym dniu Huberta wiele podobieństw z jej przeżyciami. Mnie niezbyt podobają się ilustracje.

Lektury dziecięce

Nasza biblioteczka powiększa się coraz bardziej, głównie mamie nudzą się lekturki. Chciałam przedstawić nasze najnowsze nabytki.
Zakochałyśmy się w książeczka wydawnictwa Zakamarki - ja wspominam ukochane książki z dzieciństwa. Dotąd mam przed oczami radość z jaką czytałam "Dzieci z Bullerbyn". Pamiętam, że dostałam je latem, mając 5,5 roku i czytałam w letniej trawie, nie mogąc się oderwać. Pamiętam też I. klasę i pierwszą wizytę w szkolnej bibliotece. Pani bibliotekarka całej klasie objaśniła funkcjonowanie biblioteki i na koniec spytała nas o ulubionych autorów. Jak dziś pamiętam mój dumny głos gdy powiedziałam Astrid Lindgren! A teraz moja Trzyipółlatka uwielbia Bullerbyn i Lottę:)


O Bullerbyn na razie mamy tę książeczkę - piękną, ciepłą, inspirująca do rozmów. Zaglądamy do niej niezależnie od pory roku. Trzyipółlatka marzy o fińskich sankach, nazywa lale Kerstin i ciągle dopytuje która dziewczynka to Lisa, a która Anna. Astrid Lindgren wyczarowała taką atomsferę bożonarodzeniową, jaką chyba każdy z nas pamięta z dzieciństwa - magiczną i wzruszającą.


Druga książeczka Lindgren to opowieść o Lotcie. Trzyipółlatka dostała ją z okazji Wielkanocy i lepiej jej babcia trafić nie mogła. Poznajemy tutaj szwedzkie tradycje święateczne - szukanie jajek (my szukamy w niedzielę, Szwedzi w sobotę) oraz przebieranie za czarownice. Równocześnie dowiadujemy się, że Szwedzi jedzą za mało słodyczy i Grek Vasilis zmuszony jest zamknąć swój sklepik ze słodyczami na ulicy Awanturników. Lotta to rezolutna dziewczynka, która świetnie sobie radzi sama. Trzyipółlatce najbardziej przypadło do gustu imię Mii-Marii:)


Kochamy Pippi! Oglądamy obrazki, opowiadamy treść i dziwimy się pomysłom rezolutnej Pippi. Tekstu na razie jest trochę zbyt dużo dla Trzyipółlatki ale to jej nie przeszkadza - niezmiennie prosi mnie o takie warkocze jak ma Pippi:) Myślę, że "Czy znasz może Pippi Pończoszankę" będzie bardziej dostosowane do wiku mojej córki więc planujemy zakup.


Najczęściej sięgamy po Nusię. Nusi marzy o rodzeństwie, bo "w pokoju Nusi jest za cicho i Nusia ma już tego dosyć". Trzyipółlatka jest tego samego zdania i z wielką chęcią śledzi peryptie Nusi i przybranych braci łosi, którzy na braci się jednak nie nadają. Okazuje się, że moja Trzyipółlatka do Nusi jest bardzo podobna i tak jak ona kocha porządek i Lalonę:)

Wszystkie książeczki wydało wydawnictwo Zakamarki.

Zastój czytelniczy.

"Rozmów o Bogu" nie skończyłam, co więcej przebrnęłam przez kilkanaście pierwszych stron i odłożyłam. Pełna zapału wzięłam się za "Suite francaise" Irène Némirovsky. Miał to być pełen rozmachu szkic zachowań ludzkich osób uciekających z Paryża - ich stosunku do wojny, do bliźnich, sposobu radzenia sobie z ucieczką. Autorka wprowadza kilka głównych bohaterów i opisuje ich losy na zmianę - to dumny pisarz, bogata rodzina z piątką dzieci, skromne małżeństwo. Każda z tych osób inaczej przeżywa ucieczkę. Némirovsky szczegółowo opisuje wydarzenia i odczucia bohaterów ale mnie nudzi. Wzięłam książkę do poczekalni u lekarza, żeby nie mieć wyboru ale mimo 120 przeczytanych stron odkładam.
W sobotę wyjeżdżam i zabieram ze sobą tylko polskie książki:)

czwartek, 16 kwietnia 2009

Nie wiem co czytać?

Pogrupowałam ksiązki w dwa stosy - ten na nocym stoliku wymaga przeczytania w linii pierwszej, bo wiele zawartych w nim ksiązek czeka na swoją kolej od dawna. Drugi oddaliłam nieco przestrzennie ale spoglądam na niego łakomie z brzegu łózka i kontempluję zawartość....
Od kilku dni noszę ze sobą ksiązkę z zakładki ale poza wstępem nie przeczytałam jeszcze ani jednego zdania. Za to nadrobiłam zaległe WO:)

"Bieguni" Olga Tokarczuk

"Biegunów" przeczytałam juz przed świętami ale nie wiedziałam jak zabrać się za recenzję. To taka powieść, nie powieść. Bardziej zbiór myśli, notek, cytatów, historii i spostrzeżeń. Czasami bardzo przypominał drukowane niegdyś w DF myśli Kapuścińskiego (nie pomnę tutyłu niestety). Tokarczuk tematycznie obraca się w motywie podróży, ruchu, zmienności i to właściwie jedyne nawiązanie do tytułu. Trochę czułam się zawiedziona, bo spodziewałam się zupełnie innej treści - spodziewałam się powieści a nie zbioru fragmentów. I o ile każdy z tych fragmentów wydaje się być ciekawy, to przeczytane razem, w ciągu zaledwie dwóch - trzech dni rozymwają się, scalają w jedność. Po kilku dniach od lektury pozostają tylko wyrywki - wspomnienie preparatów, zmumifikowanych ciał, historii zagubionej żony i syna czy żeglarza Eryka. Obawiam się, że za kolejnych kilka dni nie pozostanie nic. Dopiero teraz widzę, że Tokarczuk stworzyła książkę do czytania na wyrywki, do smakowania i wtórnego zaglądania. Książkę, którą trzyma się na nocnym stoliku i zagląda się do niej na ostatnie dziesięć minut przed snem. Każdy z fragmentów można wtedy smakować, rozważać, kontemplować - wobec upodobania. Ja jednak nie jestem takim typem czytelnika - książki pochłaniam od razu, nie dla mnie zamyślenia i powroty. Chyba tym razem Tokarczuk nie utrrafiła w mój gust (czego jej za złe nie mam), choć książkę przeczytałam bez znudzenia. Mimo wszystko polecam i szalenie ciekawa jestem innych opinii.


Olga Tokraczuk, Bieguni, 450 str., Wydawnictwo Literackie.

środa, 1 kwietnia 2009

"Pogarda" Alberto Moravia



Moravia podaje czytelnikowi szkic miłości, miłości upadłej, która się skończyła. Wraz z bohaterem szuka przyczyn tego stanu. Riccardo kocha swoją piękną żonę Emilia i ze smutekim obserwuje, iż jej uczucie zaczyna się zmieniać. Emilia potwierdza, że przestła kochać męża, a po wielu naciskach przyznaje iż odczuwa do niego pogardę. Riccardo chce o swoją miłość walczyć, łudzi się, że istnieją szansę na powrót uczucia, równocześnie analizując przyczyny stanu aktualnego. Jego praca scenarzysty filmowego oraz rozmowy z reżysrerem, z którym współpracuje, naprowadzają go po mału na odpowiedni trop.
Moravia skrzętnie opisuje wspomnienia Riccarda, nie zaniedbuje żadnego szczegółu, starając się stworzyć studium miłości kończącej się. Pod koniec powieść nabiera rozpędu, zaskakuje swoim zwrotem. Akurat to miło mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, iż po niespiesznej akcji, wręcz suchej analizie, nastąpi nagłe przyspieszenie.
Warto sięgnąć po powieść Moravii - ja nie żałuję, zwłaszcza że ostatnio literatura włoska traktowana jest przeze mnie po macoszemu.

Alberto Moravia, Pogarda, tł. Zofia Ernstowa, 225 str., Czytelnik.

"Po prostu razem" Anny Gavaldy

Dostałam, zresztą na własne życzenie, na urodziny. Niebardzo wiedziałam czego od tej książki oczekiwać, ale skusiła mnie pozytywna recenzja najnowszej powieści tej autorki.
I co dostałam? Powieść w stylu filmu o Amelii. Oto spotykamy czworo dziwaków z pokręconym życiem i problemami. Jest tu Camille, niedoszła malarka, pomieszkująca na lodowatych poddaszu. Jest Philibert - arystokrata z krwi i kości oraz nieudacznik, odrzucony przez apodyktycznego ojca. A także Franck - obcesowy typ i wyśmienity kucharz. I wreszcie Paulette - babcia Francka, żyjąca w domku pod Paryżu, która na skutek upadku ląduje w domu starców. Wszsystkich tych bohaterów łączy mieszkanie Philiberta - stare, pełne antyków i obrazów.
Gavalda opowiada historię swoich bohaterów, w krótkich rozdziałach, stosując wiele dialogów, tak że niemal sześćsetstronicową książkę pochłonęłam w półtora dnia.
Z jej książki emanuje ciepło, optymizm, bliżej nieokreślony magnetyzm. Jak już wspomniałam mogłabym całą czwórkę wpakować w film o Amelii - wkomponwaliby się idealnie.
Nie można się tu doszukiwać drugiego dna czy głębokich filozoficznych przemyśleń - to zdecydowanie lektura dla przyjemności i wyobraźni, ale jakże miła i niewątpliwie dobrze napisana. Polecam i chętnie sięgnę po inne książki tej pani.
Anna Gavalda, Zusammen ist man weniger allein, tł. Ina Kronenberger, 551 str., Fischer.

"Niebo i piekło" Jón Kalman Stefánsson



Zostaję w kręgu literatury islandzkiej. To moja pierwsza książka tego autora.
Mała, rybacka wioska zagubiona wśród gór u stóp fiordu. Grupa rybaków przygotowuje się do rejsu. W czasie rejsu jeden z nich ginie. Jego przyjaciel wraca do rodzinnej wioski, rozważając sens życia. Rozważania o życiu i śmierci dominują powieść. W tle jednak Stefansson opisuje mikrokosmos, w którym obraca się bohater. Jest wioskowy pastor i sklepikarz, jest dziwna wdowa i były wilk morski. Każde z nich ma swoje osobliwe strony i zachowania. Stefansson od pierwszych stron niespiesznie, stosując bardzo poetycki język opisuje krajobraz, naturę, morze, ludzi, domy i zwyczajne życie. Pozwala czytelnikowi na zagłębienie się w życie islandzkiej wioski sprzed stu lat, zadziwiając i zmuszając do zastanowienia. Powieść Stefanssona to bardziej szkic, spojrzenie z góry niż literacka opowieść. Wyobrażałam sobie ogromnego ptaka, który za pomocą lunety spogląda na miejsce akcji, obiektywnie opisując, co widzi. Życie między niebem, a piekłem.
Nie jest to mój ulubiony rodzaj książek, nie przepadam za nadmierną poetyckościa ale akurat w tym przypadku miałam czas na zagłębienie się i kontemplowanie. Zdecydowanie polecam osobom ciekawym Islandii, nie tej współczesnej, ale właśnie takiej, jaka była kiedyś. Islandii rybaków, natury i śniegu.

Jón Kalman Stefánsson, Himmel und Hölle, tł. Karl-Ludwig Wetzig, 231 str., Reclam.

"W proch się obrócisz" Yrsa Sigurðardóttir



Nareszcie wpadła mi w ręce trzecia powieść Yrsy. Akcja rozgrywa się głównie na wyspach Vestmannaeyar, leżących u południowych wybrzeży Islandii. Wydarzeniem kluczowym jest wybuch wulkanu na wyspiee Heimaey, który nastąpił w styczniu 1973. Dom klienta Thory zostaje oczyszczony z pyłu wulkanicznego i lawy w ramach projektu naukowego. W piwnicy jego domu odnalezione zostają trzy ciała i odcięta głowa. Markus, klient Thory, zarzeka się, że z tragicznym odkryciem nie ma nic wspólnego. Policja mu nie wierzy, a Thora ropozczyna zagadkowe śledztwo. Niemal do połowy książki autorka rozrzuca mnóstwo tropów, czasem bardzo od siebie odległych. Te zabiegi wciągają całkowicie w akcję książki i podsuwają wiele pomysłów na rozwiązanie zagadki. Czytałam niemal bez wytchnienia i do ostatnich stron ciekawa byłam rozwiązania. Dla mnie to po raz kolejny świetna rozrywka na tle ciekawej scenerii. Aha, było krwawo, ale ja tak lubię:)

Yrsa Sigurdardóttir, Das glühende Grab, tł. Tina Flecken, 365 str., Fischer.

"Piekło pocztowe" Terryego Pratchetta


Długo nie pisałam a stos przeczytanych książek rośnie i rośnie. Nadszedł czas zakończyć fazę pisarskiej niemocy i wrócić do blogosfery.

Na pierwszy ogień wzięłam Pratchetta i jego najnowszą część Świata Dysku. "Piekło pocztowe" to historia reaktywacji ankh-morporskiej poczty. Vetinari ma pomysł jak uzdrowić urząd pocztowy i ukrócić poczynania Wielkiego Pnia, zarządzającego sekarami. Tym pomysłem jest Moist von Lipwig - mistrz oszustwa i hochsztaplerki. Istotną rolę ogdrywają także golemy. Ciekawa kombinacja.
Czyta się lekko i szybko.

Terry Pratchett, Piekło pocztowe, tł. Piotr W. Cholewa, 358 str., Prószyński i S-ka.