środa, 31 maja 2017

"Moja Portugalia" Franciszek Ziejka


Tę książkę kupiłam zupełnie w ślepo, skusił mnie tylko i wyłącznie tytuł. Autor przybył do Portugalii w 1979 roku, by założyć na uniwersytecie w Lizbonie pierwszy lektorat języka polskiego.

Pierwsza część książki to zapiski Ziejki z pierwszych trzech miesięcy pobytu w Lizbonie. To niezwykle autentyczny pamiętnik - autor stopniowo oswaja się z portugalską rzeczywistością, ale także z układami panującymi w ambasadzie. Pozostawiony poniekąd sam sobie początkowo żyje bardzo skromnie, bez uposażenia, w wynajmowanym pokoju u portugalskiej rodziny. Jego pierwsze działania skierowane są na poznanie miasta, jego zabytków i muzeów, naukę języka, która idzie mu początkowo bardzo opornie oraz na zagłębianie się w portugalską historię i literaturę. Sporo w tych zapiskach potknięć językowych i błędów w odmianie nazw portugalskich - zakładam jednak, że autor celowo nie zmieniał nic w swoich notatkach, tworzonych zapewne na gorąco. To bardzo często bardzo osobiste wyznania - walka z tęsknotą, zniechęceniem i przeciwnościami losu. Ziejka także analizuje swoje otoczenie i zachowanie Portugalczyków. Nie zawsze zgadzałam się z jego opinią, z drugiej jednak strony, z końcem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku percepcja wielu aspektów była zupełnie inna.

Niestety ta pierwsza część książki jest bardzo krótka. Kolejne rozdziały już mnie niestety nie ujęły. Po zadomowieniu się w Lizbonie, autor zaczyna eksplorować inne części Portugalii i zwiedza Evorę, Algarve, Porto i wiele innych miejsc. Ciekawe są dość szczegółowe opisy zabytków, informacje o ich historii, ciekawostki i legendy, niestety niestrawny jest styl autora. Jego zdania są górnolotne, pełne emfazy i wykrzyknień. Taka maniera staje się po pewnym, w moim przypadku krótkim, czasie męcząca. 

Część trzecia to słynna historia nieszczęśliwej miłości królewicza Pedra i Ines. Bardzo ucieszył mnie ten rozdział, bo od dawna chciałam bliżej poznać tę najsłynniejsze portugalskie losy nieszczęśliwych kochanków. Ziejka z wielką skrupulatnością opisuje ówczesne życie, stosunki polityczne na półwyspie Iberyjskim, powiązania między rodami królewskimi oraz uwarunkowania, które doprowadziły do konkretnych zachowań wszystkich uczestników tego dramatu. Dla mnie było to niezwykle pouczająca lektura, musiałam tylko ponownie przymknąć oko na styl autora. 

Podobnie miała się rzecz z kolejnym rozdziałem, w którym Ziejka tematyzuje historię Władysława Warneńczyka, który rzekomo po bitwie pod Warną miał ukryć się i żyć incognito na Maderze. Miałam pojęcie o tej teorii, byłam nawet w miejscowości, gdzie Warneńczyk miał spędzić ostatnie lata swojego życia, więc chętnie uzupełniłam moją wiedzę. 

Dwa ostatnie rozdziały to krótkie szkice o wizycie najsłynniejszego renesansowego humanisty Portugalii - Damião de Góisa w Krakowie oraz o recepcji Powstania Styczniowego w Lizbonie. Autor analizuje liczne teksty źródłowe, wysuwając swoje hipotezy i przypuszczenia. 

Moja Portugalia to przede wszystkim książka pouczająca ale skierowana raczej do pasjonatów tego kraju niż do turystów czy przypadkowych czytelników. Wiele ustępów wymaga sporego samozaparcia i autentycznego zainteresowania tematem, gdyż autor cechuje się niezwykłym zamiłowaniem do detali, jak na naukowca zresztą przystało.

Moja ocena: 4/6

Franciszek Ziejka, Moja Portugalia, 398 str., Wydawnictwo Universitas 2009.

wtorek, 30 maja 2017

"Mutti ist die Bestie" Torsten Milsch


Mamuśka to bestia czyli o podstępnej dyktaturze wielu matek - tytuł więcej niż zachęcający, więc z ciekawością sięgnęłam po ten poradnik? Książkę psychologiczną? Sama nie wiedziałam, co mnie czeka. Niestety nic dobrego.

Torsten Milsch już na okładce opatrzony stosownymi tytułami, żeby nikt sobie nie pomyślał, że jakiś domorosły psycholog sklecił i opublikował kilka tez, w wielu rozdziałach opisuje przypadki ze swojej kariery, pogłębiając je o stosowną teorię. Pan Milsch wyróżnia dwa rodzaje matek: mamuśki i mamy. Te drugie to wspaniałe, kochające kobiety, oczywiście znajdujące się w mniejszości. Te pierwsze za to są bezdusznymi dyktatorkami, które podstępem uzależniają od siebie całe rodziny. 

Taka mamuśka wie wszystko lepiej, manipuluje mężem i dziećmi, ma manię kontrolowania wszystkich i wszystkiego, jednym słowem - potwór. Owe mamuśki niszczą masowo życie dzieciom i mężom, którzy potem poddają się terapii u pana doktora. Co więcej na świecie istnieją całe mamuśkowe systemy! Nadworną mamuśką Niemiec jest Angela Merkel. I przez takie rewelacje przedzierałam się, z coraz większym znudzeniem przewracając kolejne strony.

Nie zaprzeczę, że w teorii autora jest ziarno prawdy i nie wątpię, że istnieje wiele toksycznych matek, które dominują i chorobliwie kontrolują dzieci ale nie wierzę, że na taką skalę. Dodatkowo autor niebezpiecznie wspiera trend obwiniania za wszystkie potknięcia i nieszczęście matki. Dziecko bez szalika - mamusia nie dała, dziecko płacze - pewnie mamusia nie nakarmiła, dziecko nieprzygotowane w szkole - mamusia nie miała czasu ćwiczyć itd. Mimo że mam alergię na takie reakcje, to ze wstydem przyznaję, że nawet u siebie zaobserwowałam takie myśli. Milsch wpasowuje się idealnie w ten trend więc pamiętajcie, drogie matki, jeśli wasze dziecko kiedyś wyląduje na kozetce psychologa, to wy będziecie temu winne!

Moja ocena: 2/6

Torsten Milsch, Mutti ist die Bestie. Die heimliche Diktatur vieler Mütter, 272 str., Piper Verlag 2013.

sobota, 27 maja 2017

Stosikowe losowanie 6/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy kwietniowej! Pary rozlosuję 1 czerwca, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

środa, 10 maja 2017

"Harry Potter i Komnata Tajemnic" J. K. Rowling, Jim Kay


Dziwicie się, że znowu piszę o książce z Harrym Potterem w roli głównej? Spójrzcie na te ilustracje i powiedzcie sami, jak o niej nie pisać i jak się nią nie zachwycać! Dla mnie i mojej córki to perełka, zachęta do powrotu do magicznego świata Hogwartu, a dla mojego syna będzie to pierwsze spotkanie z Harrym. Już teraz się cieszę na wspólną lekturę i odkrywanie magicznego świata.


Tymczasem sama mogę się zaszyć z tą książką na kolanach i podczytywać, wspominać, a przede wszystkim podziwiać staranność wydania i ilustracje. Wizja Jima Kaya nie zawsze pokrywa się z tą, która powstała w mojej wyobraźni, ale jest tak piękna, że zupełnie nie zakłóca obrazów, które mam w głowie. Jestem zachwycona jego talentem, zamiłowaniem do detali oraz fantazją. W tym tomie mamy okazję poznać jego wizję kolejnych postaci, takich jak Gilderoy Lockhart, Zgredek czy Jęcząca Marta. 


Przygoda z tą książką zaczyna się już na wewnętrznych stronach okładek oraz na stronie tytułowej. Każda karta jest dopracowana i przemyślana. 
To wydanie to właściwie album - twarda oprawa, obwoluta, ale także przepiękna okładka pod nią, złota wstążeczka, będąca zakładką i kredowy papier - wszystkie te elementy są bardzo efektowne. To jednak nie jest album, który stawia się na półce i nigdy po niego nie sięga. Bogactwo tej książki skrywa się w środku. Wraz z przewróceniem pierwszej strony czytelnik zatapia się w świecie magii.

Najbardziej przyciągają oko zajmujące całe strony ilustracje - pełne detali i bajecznie kolorowe. Ale także wypełnione tylko treścią strony pięknie komponują się z całym wydaniem - niektóre z nich ozdobione są niewielkimi detalami, ilustracjami magicznych stworzeń, pająków czy nawet pełnych rzeźb ścian. Te strony znowu, na których nie ma żadnych ilustracji przypominają karty starych ksiąg. Dzięki tym zabiegom koncepcja książki jest spójna i jednolita. 




Jestem zakochana w tych wydaniach i nie mogę doczekać się kolejnych tomów. Co więcej z przyjemnością kupiłam to wydanie także dla mojej bratanicy i polecam je jako wspaniały prezent dla tych, którzy Harry'ego jeszcze nie znają ale także dla pottermaniaków!

Moja ocena: 6/6

J.K. Rowling, Jim Kay, Harry Potter i Komnata Tajemnic, 264 str., tł. Andrzej Polkowski, Media Rodzina 2016.

niedziela, 7 maja 2017

"Jak Mieszko chrzest przyjmował?" Jarosław Gryguć


Ta książka okazała się być dla nas idealna - to świetna pomoc dla rodziców, którzy historii Polski uczą dzieci sami. Układem stron oraz stylem ta publikacja bardzo przypomina znane moim dzieciom angielskie książki o różnych okresach historycznych więc nie musiałam ich szczególnie zachęcać do lektury.



Każde dwie strony to inny temat - teksty są dość krótkie, w których najważniejsze informacje wyszczególnione są większą czcionką lub wytłuszczone. Dodatkowo zrozumienie przekazywanych informacji wspomagają liczne ilustracje oraz mapki. Dla mojej córki ta książka okazała się być dobrym wprowadzeniem do tematu Chrztu Mieszka I.

Ciekawym zabiegiem są także kolorowe ikonki, które wskazują w jakim muzeum można zobaczyć przedstawiane eksponaty czy zabytki. Nie znam żadnego z nich, na dobrą sprawę nigdy nie zwiedzałam Wielkopolski, więc sama z ciekawością poczytałam o tamtejszych zbiorach.


Taki układ stron bardziej przypomina kolorowy zeszyt niż podręcznik. Nie jest przeładowany informacjami ani nie zniechęca zbyt długimi tekstami. Nie wiem jak obszerny jest szkolny materiał na temat pierwszych Piastów ale mam wrażenie, że ta niewielka przecież książka zawiera więcej informacji praktycznych, dotyczących życia codziennego oraz wierzeń Słowian.


W tym cyklu ukazało się więcej książek o początkach polskiej państwowości - o życiu w grodzie, na dworze czy wśród rycerzy. Mnie jednak bardziej ciekawiłby publikacje, dotyczące konkretnych ważnych dla Polski okresów historycznych - czy o rozbiciu dzielnicowym czy może o potopie szwedzkim. Na pewno wykorzystałabym je w ramach edukacji domowej. 

Jarosław Gryguć, Jak Mieszko chrzest przyjmował, 24 str., Media Rodzina 2016.

piątek, 5 maja 2017

"Balladyny i romanse" Ignacy Karpowicz


Od dawna cieszyłam się na tę lekturę, wyobrażałam sobie, że czeka mnie wielka uczta literacka i czekałam na odpowiedni moment, by zagłębić się w tej obszernej powieści. Srogo się rozczarowałam, nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam tak rozczarowana książką.

Dałam się omamić nagrodom, pozytywnym recenzjom i zachwytom. Niestety. Staram się przed lekturą nie zapoznawać dokładnie z treścią ani nie czytać dogłębnie recenzji, by nie zepsuć sobie odbioru ale w tym przypadku nie była to dobra praktyka. Co więcej zanim przeczytałam Balladyny i romanse, kupiłam inną powieść Karpowicza, skuszona promocją. Teraz chyba tylko z ciekawości po nią sięgnę, bo nie spodziewam się fajerwerków.

Do teraz zastanawiam się dlaczego właściwie przebrnęłam przez tę książkę. Chyba tylko dlatego, że do końca miałam delikatną nadzieję na ciekawy zwrot akcji, pozytywne zaskoczenie. Sam zamysł powieści nie jest zły. W pierwszej części Karpowicz opisuje losy kilku osób w Polsce. Olga - stara panna, młody chłopak Janek, Kama i jej narzeczony Artur, siostra Kamy Anna, przyjaciele-geje Rafała tworzą mikrokosmos, w ramach którego autor rozpracowuje sygnalizowane na początku rozdziałów kwestie, takie jak pamięć, czas, entropia czy dusza, często redukowane tylko do banałów z chińskich ciasteczek i prozy Coelho. Paralelnie do wydarzeń ziemskich, rozgrywają się przetasowania w niebie. W tej bliżej nie zdefiniowanej przestrzeni żyją bogowie - wszyscy bogowie. Ta koegzystencja karykaturalnie opisuje życie ziemskie. Eros złośliwie łączy bogów w pary, Nike trzepie kasę na butach, Jezus ma problemy z ojcem, a Afrodyta i Ares myślą tylko o seksie. Pomysł dobry i mający potencjał komediowy, niestety Karpowiczowi nie udało się wywołać u mnie nawet jednego uśmiechu.
Akcja potencjalnie nabiera rozmachu gdy bogowie zstępują na ziemię, a konkretnie do objętego promocją kraju, czyli do Polski. Piszę potencjalnie, bo na ten rozmach i kulminację miałam nadzieję, tymczasem przewracałam kolejne strony i czułam się jakby autor się ze mnie naigrywał.

Moje rozczarowanie jest tym większe, bo mam wrażenie, że autor zmarnował świetny pomysł. Może nie nowatorski, bo czasami miałam wrażenie, że odkrywam inspiracje na przykład Odkryciem nieba Mulischa, ale jednak dobry. Dobry przede wszystkim dlatego, że Karpowicz zachwyca elokwencją, skojarzeniami, odwołaniami czyli smaczkami, które tak lubię. Wrzuca je niemal wszędzie, jeśli nie pasują w treść, umieszcza je w nawiasach. Jest i tyle, że po jakimś czasie już tylko nudzą. Miałam wrażenie, jakby autor chciał w tę powieść władować wszystko, co tylko mu przyszło na myśl. Każdą pointę, każde skojarzenie, każdą ciekawą myśl. I niestety wyszedł monotonny misz-masz.

Nie odkryłam tu większego zamysłu (bo zakładam, że na pewno taki był), celu, pointy. Znalazłam wiele fragmentów pełnych uroku, elokwencji, zachwycających erudycją, niestety grzęzną one w bagnie narracji.

Moja ocena: 2,5/6

Ignacy Karpowicz, Balladyny i romanse, 575 str., Wydawnictwo Literackie 2011.

"Miś zwany Paddington", "Paddington za granicą" Michael Bond


Nigdy nie byłam fanką Kubusia Puchatka, a dzięki dzieciom dowiedziałam się, że Miś Paddington także nie znalazł miejsca w moim sercu. Chyba mam ogólnie problem z misiami, a może tylko z brytyjskimi misiami? Nie wiem. Najważniejsze jednak, że synowi książki się podobały i namawiał mnie stale na kontynuację lektury. Co ciekawe, córce Paddington też nieszczególnie przypadł do gustu.

Paddington to dziwak jakich mało. Przybywa do Wielkiej Brytanii z mrocznych zakątków Peru, całkiem sam. Na szczęście misia przygarnia rodzina Brownów, która traktuje go jak pełnoprawnego członka familii, po części jako dziecko, a po części jak kogoś w rodzaju dalekiego, nieco dziwacznego kuzyna. Zresztą jak na Paddingtona reagują inni także jest ciekawe - mówiący i żyjący jak człowiek niedźwiedź nikogo nie zaskakuje. Zadziwiają innych za to jego wyczyny. Ma on bowiem tę niezwykłą przypadłość wplątywania się w najgorsze tarapaty. Wszystko to dzieje się mimochodem i niechcący, a efekt zawsze jest fenomenalny. Sam Paddington nie wie, jakim cudem udaje mu się ze wszystkich tarapatów wyjść obronną ręką.

Ten przepadający za marmoladą miś pomaga wygrać wystawę malarską, a nawet jeden z etapów wyścigu Tour de France, staje się przyczynkiem ogromnego zbiegowiska w centrum handlowym i nieplanowanych kłopotów na lotnisku. Nikt jednak nie jest w stanie się złościć na nieporadnego niedźwiedzia.

Cieszę się, że poznałam bliżej Paddingtona, mimo że nie potrafię zrozumieć jego fenomenu. Najważniejsze jednak były wspólne chwile z synem, gdy razem śledziliśmy przygody misia, przyglądaliśmy się świetnym czarno-białym ilustracjom Peggy Fortnum i po prostu obcowaliśmy z literaturą.

Moja ocena: 3/6

Michael Bond, Miś zwany Paddington, tł. Kazimierz Piotrowski, 157 str., Wydawnictwo Znak 2008.
Michael Bond, Paddington za granicą, tł. Anna Pajek, 136 str., Wydawnictwo Znak 2009.

środa, 3 maja 2017

"Powiedz panno gdzie ty śpisz" M.J. Arlidge

ł

Druga część serii o detektyw Helen Grace ma dość entuzjastyczne recenzje i wysokie oceny na goodreads. Tymczasem mnie zupełnie nie zachwyciła i chyba nie zdecyduję się na kolejny tom. Intryga nie wciągnęła mnie tak, jak w poprzednim tomie, a portret psychologiczny Grace oraz jej układy w pracy wydały mi się sztuczne, choć cieszę się, że autor zdecydował się na rozwinięcie wątku prywatnego i pozwolił bohaterce na zmiany.

Akcja kryminału rozgrywa się w środowisku prostytutek w Southampton. Mordowani są przykładni, na pozór, mężczyźni, którzy korzystają z usług seksualnych. Każda z ofiar zabijana jest w bestialski sposób, zabójca wycina jej serce i przesyła je w miejsce pracy lub do domu. Detektywi z Southampton mają do czynienia z bardzo przebiegłym przestępcą, który ciągle zwodzi ich na manowce. Dodatkowo nowa szefowa wydziału nie ułatwia zadania. Wyraźnie nie lubi Helen, odnosi się do niej z uprzejmym chłodem, stale obserwując jej poczynania. Początkowo próbuje nawet wpłynąć na współpracowników słynnej detektyw, a zwłaszcza na Charlie, by nastawić ich przeciwko niej. Nie muszę pewnie wspominać, że równocześnie tok śledztwa zakłóca nieustępliwa dziennikarka, z którą Helen nadal ma na pieńku.
Stopniowo śledczy zaczynają podejrzewać, że za brutalnymi zabójstwami stoi prostytutka, mszcząca się na mężczyznach.

Ciekawym i wprowadzającym dodatkowe napięcie zabiegiem jest rozłożenie narracji na kilka osób - obserwujemy przebieg śledztwa oczyma zabójczyni, Helen oraz dwóch innych policjantów. Dodatkowo autor wzbogaca te postaci o ich osobiste dylematy. W przypadku Charlie jest to wybór między pracą, a rodziną. Inny z policjantów natomiast dzieli życie między pracę, a opiekę nad żoną w śpiączce. Także życie prywatne Helen ma wpływ na rozwój śledztwa.

Krótkie rozdziały i zdania nadają akcji pędu i podejrzewam, że to książka, którą trudno odłożyć. Obawiam się, że słuchanie po części zepsuło mój odbiór. Zapewne krótkie rozdziały lepiej sprawdzają się przy tradycyjnej lekturze niż w przypadku audiobooka. Dochodzę jednak do wniosku, że ciekawa jestem jak Arlidge dalej poprowadził losy Helen i pewnie skuszę się na kolejny tom.

Moja ocena: 3/6

M.J. Arlidge, Schwarzes Herz, tł. Karen Witthuhn, 400 str., czyt. Uve Teschner, Argon Hörbuch 2016.

poniedziałek, 1 maja 2017

Stosikowe losowanie 5/17 - pary

Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 6 książek) - 3
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 990 książek) - 550
ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 107 książek) - 49
Guciamal wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 200 książek) - 177
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 150 książek) - 78
Marianna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 150 książek) - 15
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 209 książek) - 29

czwartek, 27 kwietnia 2017

"Kwiat kalafiora" Małgorzata Musierowicz


Lektura Kwiatu kalafiora przeniosła mnie w czasy, gdy zachwycałam się Jeżycjadą i nareszcie doczekałam się takiej Musierowicz, jaką wtedy uwielbiałam. Nie jestem w stanie całkiem bezkrytycznie czytać jej książek ale Kwiat kalafiora to jak dotychczas najlepszy tom. Myślę, że to jednak rodzina Borejków stanowi ducha tego cyklu. Świetnie było wrócić do dzieciństwa i lat młodzieńczych czterech sióstr i przypomnieć sobie ich charakterki.

Otóż Gaba, Ida, Natalia i Pulpa wcale nie są takie idealne - lenią się, kłócą, docinają sobie i ani im w głowie pomóc mamie czy przejąć część domowych obowiązków. Gaba i Ida zajęte są do tego urokami wieku młodzieńczego takimi jak pierwsze zauroczenia, spotkania ze znajomymi i dyskusje o świecie i życiu. Gdy mama ląduje w szpitalu, obowiązek prowadzenia domu spada na Gabrysię, a życie sióstr diametralnie się zmienia.

W tej książce wyalienowanie taty, brak jakiejkolwiek gospodarności, a nawet wątpliwe metody wychowawcze bardziej rozczulają niż denerwują. Gdy Gaba daje klapsa, przeprasza, a tata Ignacy jest tak oderwany od wszelakiej rzeczywistości, że z duża dozą dobrej woli, jestem mu to w stanie wybaczyć.

Jak to u Musierowicz bywa, każdy tom to inna historia miłosna. Tutaj gra toczy się o przyszłość Gabrysi, która początkowo odpiera niezbyt udolne zaloty Janusza Pyziaka. Zupełnie inaczej czyta się tę opowieść, znając dalsze losy tego związku. Najfajniejszy jednak w Kwiecie kalafiora jest humor - dowcipne odzywki dzieciarni, liściki do mamy, nieporozumienia wywoływały uśmiech na twarzy nawet tak zblazowanego czytelnika jak ja :P
Oczywiście nie można zapomnieć o aspekcie sentymentalnym - opisy życia w PRL-u zrozumie chyba tylko ten, kto go zaznał. To bardziej smutna melancholia, bo nie były to przyjazne czasy, ale jednak to moje dzieciństwo, więc jednak symboliczna łezka w oku nieraz się u mnie zakręciła.

Bardzo jestem ciekawa jak odbiorę dalsze tomy Jeżycjady, mam zamiar przeczytać jeszcze raz wszystkie (no może te całkiem najnowsze, które czytałam niedawno, odpuszczę).

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Musierowicz, Kwiat kalafiora, 178 str., Nasza Księgarnia 1988.

Stosikowe losowanie 5/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy kwietniowej! Pary rozlosuję 1 maja, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

"Kobiety Starego Testamentu" T.J.Wray



Ta książka już od dawna czekała na lekturę i pomyślałam, że okres Wielkanocny będzie idealny, by wreszcie po nią sięgnąć. Tina Wray wykłada na Uniwersytecie Salve Regina w USA i specjalizuje się w religioznawstwie i studiach nad Biblią. Bardzo podoba mi się taki punkt wyjścia, dość obiektywny, nie zabarwiony żadną doktryną religijną.

Wray opisuje w swojej książce kilkanaście występujących w Starym Testamencie kobiet, dzieląc je na powszechnie uważane za dobre oraz na złe. Każdy rozdział rozpoczyna się cytatem z Biblii, opisującym rolę danej kobiety, a także analizą przekazu biblijnego. Wray zwraca tu uwagę na wiele aspektów ówczesnego życia, zwyczajów, uzusu, a także na nieścisłości związane z przekładem. Trzecia część każdego rozdziału to ponadczasowa nauka płynąca z danej historii.

Taka koncepcja książki daje możliwość spojrzenia na biblijne kobiety z odmiennej perspektywy. Powszechna i pobieżna interpretacja nagle nabiera dużo szerszego wymiaru. Biorąc pod uwagę rolę kobiety, układy polityczne czy plemienne, powiązania rodzinne, wiele z czynów, interpretowanych przeważnie negatywnie, nabiera innego znaczenia. Autorka odczarowuje wiele postaci, uważanych dotąd za jednoznacznie negatywne, takich jak na przykład Dalila. Co ciekawe nakreśla równocześnie zupełnie inne cechy charakteru mężczyzn. Szczególnie wyraźne jest to w postaci Samsona, który w rzeczywistości wcale nie był królem idealnym.

Warto sięgnąć po tę książkę i poznać bliżej losy dwunastu biblijnych kobiet - znanych takich jak Rebeka czy Rut i tych mniej popularnych jak wróżka z Endor wdowa Tamar. Dla mnie to była przede wszystkim bardzo pouczająca lektura.

Moja ocena: 4/6

T.J. Wray, Kobiety Starego Testamentu, tł. Krzysztof Pachocki, 233 str., Wydawnictwo Św. Wojciech 2011.

niedziela, 23 kwietnia 2017

"Z miłości" Zofia Kossak


Jedna z mniej znanych powieści Zofii Kossak, przez wydawcę polecana młodym czytelnikom. Podziwiam tych młodych ludzi, którzy przebrnęli przez tę na szczęście niezbyt opasłą lekturę i do tego się nią zachwycili. Z miłości na pewno nie zdała egzaminu czasu ale na dobrą sprawę trudno mi sobie wyobrazić, że w połowie ubiegłego wieku masowo porywała czytelnika.

Kossak opisuje w swojej powieści życie Stanisława Kostki. Na początku przedstawia go jako młodego, rozmarzonego chłopaka, który wraz ze swoim bratem Pawłem pobiera nauki na dworze ojca-kasztelana. Chłopcy są bardzo odmienni. Paweł to udany następca ojca - urwis o pańskich manierach, który chętnie poluje i pomaga we dworze. Staszko natomiast ciągle buja w obłokach, roni łzy nad każdym zabitym zwierzęciem, a przede wszystkim nad niedolą chłopów.
Chłopcy wyruszają do Wiednia, by uzupełnić edukację w szkole jezuickiej. Staszko przeznaczony jest na karierę kościelną, rodzina jednak widzi go w roli biskupa. Chłopiec tymczasem pragnie żyć skromnie i wstąpić do klasztoru. Podczas gdy brat prowadzi hulaszcze życie studenta, Stanisław pogłębia swoją wiarę i utwierdza w swojej decyzji. Wiedząc o sprzeciwie rodziny, na własną rękę udaje się do klasztoru. Jego pragnieniem jest jak najszybsze połączenie się z Matką Boską.

Powieść utrzymana jest w podniosłym, romantycznym wręcz stylu. Przyszły święty ma dla mnie znamiona dziecka niezrozumianego, rozmarzonego, a nie powołanego do wyjątkowych czynów. Zresztą jego szybka śmierć uniemożliwia mu dokonania czegoś specjalnego. Dopiero po lekturze tej powieści uświadomiłam sobie, że kanonizacja akurat tego świętego nie bazuje na żadnym doniosłym czynie. W postaci Stanisława Kostki widzę młodzieńca wyalienowanego, oderwanego od świata, który całą swoją energię poświęca modlitwie. Także obraz kościoła katolickiego w tej książce jest daleki od idealnego. Większość z dostojników to dbający o uciechy ciała mężczyźni, głoszący podział między ludźmi na tych stworzonych do pracy i na bogatych, przeznaczonych do wątpliwych celów wyższych. To oczywiście żadne odkrycie i nowinka, jednak po powieści wydanej przez PAX czytelnik mógł spodziewać się czegoś innego.

I wreszcie język - idealnie staroświecki, zawiły, bogaty w opisy i archaizmy. Mnie akurat taki styl nie przeszkadza, ale dla młodego czytelnika to na pewno czelendż :P

Moja ocena: 3/6

Zofia Kossak, Z miłości, 123 str., PAX 1984.

sobota, 22 kwietnia 2017

"Amerykaana" Chimamanda Ngozi Adichie


Ta książka potwerdziła, że Chimamanda Ngozi Adichie należy do moich ulubionych pisarek. Sięgając po tę powieść nie zdawałam sobie sprawy, że jest aż tak obszerna! Nie zaglądałam także do recenzji i opisów więc jej treść była dla mnie całkowitym zaskoczeniem.

Nigeryjka skupia się na temacie emigracji, tożsamości oraz problemach rasowych, a czyni to opowiadając historię Ifemele i Obinze. Ich szkolna przyjaźń przemienia się w miłość, jednak to nie uczucie jest głównym tematem powieści. Zarówno Ifemele jak i Obinze pochodzą z klasy średniej, nie muszą się obawiać o sprawy finansowe, choć ich rodzice ciężko pracują na utrzymanie. Ich głównym zajęciem jest nauka, dyskusje i wszystko to, czym zajmują się młodzi ludzie. Gdy rozpoczynają studia zaczynają dostrzegać ograniczone perspektywy w Nigerii. Ciągłe i długotrwałe strajki przerywają naukę, a studenci zaczynają się rozglądać za możliwością wyjazdu do USA czy Wielkiej Brytanii. Od tego momentu ścieżki Ifemele i Obinze się rozdzielają, dziewczyna wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, gdzie planuje podjąć studia oraz dorywczą pracę, by dorobić do stypendium. Jak można się domyślić, życie w Ameryce jest zupełnie odmienne od wyobrażeń Ifemele, a chleb emigranta czerstwy i trudny do zdobycia. Największym jednak szokiem jest rola rasy - dopiero na nowym kontynencie Ifemele odczuwa fakt, że jest czarna. W Nigerii nie odgrywało to żadnej roli, tymczasem w USA nawet fryzura ma decydujące znaczenie, na przykład podczas szukania pracy.

Ifemele stopniowo odkrywa różnice między czarnymi Amerykanami, a czarnymi emigrantami w Ameryce, a dzieje się to na tle kampanii wyborczej Obamy. Książka przepełniona jest obserwacjami socjologicznymi, które dziewczyna tematyzuje na swoim bardzo chwytliwym blogu. Stopniowo staje się Amerykaaną, która jednak nie jest bezrefleksyjna i świadomie pracuje nad swoją tożsamością narodową i rasową. Dyskusje czarnoskórych studentów o różnym pochodzeniu świetnie oddają różne zapatrywania, które zależne są od narodowości oraz doświadczeń dyskutanta. Niezależnie od koloru skóry, doświadczenia emigranta wydają się być całkowicie uniwersalne. Nie zapomnę długo sceny, w której Ifemele rozmawia z koordynatorką na uniwersytecie. Ta ostatnia zwraca się do niej w sposób niemal infantylny, klasyfikując obcy akcent przyszłej studentki jako niedostatek językowy. Ewolucja językowa Ife jest zastanawiająca - najpierw pragnie jak najprędzej przyswoić sobie akcent amerykański, który ułatwia zwłaszcza kontakty telefoniczne i pozwala uniknąć zaszufladkowania, stopniowo jednak rozumie, że nigeryjska wymowa to część jej tożsamości. To doświadaczenie, które dotyczny niemal każdego emigranta. Odkąd mieszkam w kraju, w którym mój wygląd już w pierwszej sekundzie przypina mi etykietkę emigrantki, elegancko zwanej tu ekspatką, potrafię w pewnej części zrozumieć wiele z doświadczeń Ifemele.

To wielowątkowa, głęboka powieść. Dla mnie powieść totalna. Wprawdzie Ifemele jest główną bohaterką, ale autorka szkicuje losy wielu innych osób - ciotki, przyjaciółek, a przede wszystkim Obinze, którego los zagnał do Wielkiej Brytanii. Wątek miłosny jest istotny ale nie na tyle, by z tej powieści uczynić romans. Z każdą stroną rozsmakowywałam się w prozie Adichie, odczuwałam głęboko radość bibliofila obcowania z narracją wciągającą, ubogacającą, interesującą, pouczającą i świetną językowo. To powieść odważna i uniwersalna - niezależnie od rasy, los każdego emigranta to szkoła życia, pasmo wzlotów i upadków.

Moja ocena: 6/6

Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, tł. Katarzyna Petecka-Jurek, 765 str., Zysk i s-ka 2014. 

środa, 19 kwietnia 2017

"13 pięter" Filip Springer


Od czasu przeczytania Miedzianki bardzo cenię książki Springera, do tego stopnia, że kupuję je w ślepo. Na urlopie zupełnie przypadkiem zdecydowałam się na lekturę 13 pięter, która jednak stricte urlopowa nie jest.

Na początku czytanie szło mi opornie. Długa pierwsza część poświęcona jest stanowi mieszkalnictwa w międzywojennej Warszawie, który był gorzej niż katastrofalny. Springer dokładnie analizuje ówczesne materiały, opisuje działania jednostek, związków i organizacji oraz przede wszystkim przedstawia niewyobrażalną nędzę i rozpacz ludzi pozbawionych przestrzeni do życia. Ludzi tak zrozpaczonych, że masowo popełniają samobójstwa, pociągając za sobą rodziny. Ten momentami przydługi dyskurs historyczny nie znalazł się w książce bez powodu. Już ówcześnie zabrakło systemowego rozwiązania, odgórnego, kompleksowego pomysłu na rozwiązanie problemu mieszkaniowego. Sytuacja, wbrew oczekiwaniom, nie rozwiązała się samoistnie po wojnie. Kolejne pokolenia radzą sobie z nią inwencją i prowizorką, gnieżdżąc się w zbyt małych mieszkaniach.

Springer przeskakuje do współczesności i książka staje się jeszcze bardziej smutna i pesymistyczna. Wkurzająca powiedziałabym. Nadal nikt nie ma pomysłu na polskie mieszkalnictwo. Wolna amerykanka na rynku, deweloperzy, kredyty, eksmisje, fraki szwajcarskie rozrastają się i opanowują polskie społeczeństwo jak wrzód. Krokiem w dorosłość nie stają się ukończone studia, praca czy rodzina lecz kredyt na x lat. Sytuacja paranoidalna i nieporównywalna z żadnym mi znanym krajem. Takie realia zupełnie mnie ominęły, ale mam doświadczenie wynajmowania lokum na studiach, które nie miało nic wspólnego z cywilizowanymi warunkami lokalowymi i administracyjnymi. Z rosnącymi przerażeniem i smutkiem czytałam egzemplaryczne historie Polaków uwikłanych w kredyty, eksmisje i problemy lokalowe, stwierdzając, że od czasu mojej wyprowadzki z Polski w tej kwestii niewiele się zmieniło na lepsze.

Druga, współczesna część książki podobała mi się bardziej, jeśli tutaj w ogóle można mówić o podobaniu się, rozumiem jednak konieczność cofnięcia się w czasie. Co więcej cenię ten zabieg, który pozwolił dogłębnie zrozumieć genezę takiej sytuacji mieszkaniowej, jaka istnieje w Polsce. Springer po raz kolejny udowodnił, że potrafi przekuć nawet tak trudny temat w dobry reportaż.

Moja ocena: 4/6

Filip Springer, 13 pięter, 288 str., Wydawnictwo Czarne 2015.

wtorek, 18 kwietnia 2017

"Gniew" Zygmunt Miłoszewski



Ostatni tom cyklu o Szackim zostawiłam sobie na przedwielkanocny, tygodniowy urlop i po przeczytaniu z końcem lutego poprzedniej książki, już nie mogłam doczekać się lektury. Nie wiedziałam, co mnie czeka i bardzo byłam zaskoczona, że akcja przeniosła się do Olsztyna. Olsztyna burego, zasnutego mgłą, odstraszającego niekończącą się marznącą mżawką i ciągle zakorkowanego. 
Szacki mieszka w bliskim sąsiedztwie prokuratury ze swoją nową partnerką oraz córką. Helena wylądowała u ojca, gdy matka wyjechała z nowym partnerem na kontrakt do Azji. A życie Teodora z dwoma kobietami układa się dość burzliwie.

Względny spokój i olsztyński marazm zakłóca znalezisko pracowników budowy. W pewnej piwnicy trafiają na szkielet. Początkowo podejrzewa się, że to ofiara czasów przedwojennych, lecz badania wykazują, że kości są świeże, co więcej nie wszystkie z nich należą do denata. W tym momencie Miłoszewski zaczyna gmatwać zagadkę do tego stopnia, że brakuje jej realizmu. Owszem intryga wciąga, każdy jej szczegół jest dopracowany, każdy wątek prowadzi do celu i wszystkie są ze sobą idealnie powiązane. Jednak wplątanie w nią zarówno prokuratora, jak i jego córki kieruje narrację w bardzo przeze mnie nielubianym kierunku hollywoodzkim. Mimo to pochłonęłam Gniew jednym tchem, głównie ze względu na kreację bohaterów oraz ciekawość, jak autor rozegra fabułę. Książka rozpoczyna się bowiem sceną duszenia, bardzo niejednoznaczną i sugerującą zaskakujący finał.

Drugi wymiar nadają książce uczucia i problemy społeczne. Tytułowy gniew jako charakterystyka Szackiego pozwala na głębszą analizę jego postaci. Prokurator jest dojrzalszy, zdaje sobie sprawę z gorsetu emocjonalnego, w jaki się wpakował, potrafi ocenić uczucia, które kierują jego działaniami, co nie oznacza jednak, że wie, jak je opanować. Miłoszewski wprowadza do powieści także temat przemocy rodzinnej - za co mu chwała, nawet jeśli zostaje on przejaskrawiony przez działania asystenta Szackiego. Młody asesor to zresztą ciekawa postać - wydaje się być Szackim widzianym w krzywym zwierciadle.

Nadal bardzo podoba mi się język Miłoszewskiego, zdania podszyte ironią, puszczanie oka do czytelnika, prowokujące imiona i nazwiska bohaterów. Kryminał zaludniony jest Bierutami, Frankensteinami czy Szcząchorami. Serio. Dla takiej fanki onomastyki jak ja, to prawdziwa gratka.

Bardzo się cieszę, że zachowałam lekturę Gniewu na urlop, gdzie mogłam zagłębić się w książce i czytać niemal nieprzerwanie. Żałuję, że to już ostatni tom ale z drugiej strony cenię Miłoszewskiego za tę decyzję. W lepszym momencie nie mógł tego cyklu zakończyć.

Moja ocena: 5,5/6

Zygmunt Miłoszewski, Gniew, 380 str., W.A.B. 2014.

czwartek, 30 marca 2017

Stosikowe losowanie 4/17 - pary

McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 11 książek) - 7
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 990 książek) - 99
ZwL wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 230 książek) - 199
Marianna wybiera numer książki dla Anny (w stosie 216 książek) - 16
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 105 książek) - 83
Guciamal wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 159 książek) - 74

"Trendy i owędy" Alicja Budzyńska, Katarzyna Olech-Michałowska, Agata Raczyńska


Wydawnictwo Egmont po raz kolejny bardzo mnie zaskoczyło. Jako ARTEgmont prezentuje kolejną, przepiękną książkę. Książkę do czytania i do oglądania, do szukania detali, powolnego przewracania stron, porównywania, wspólnego podziwiania i dyskusji.


Autorki prowadzą czytelnika przez świat mody, od antyku po współczesność. Utrzymana w formie szkicownika projektanta mody książka pobudza wszystkie zmysły. Są tu wycinanki, szkice i kolaże. 
Książka rozpoczyna się od pokazania strojów różnych kultur - na mapie świata odnajdziemy szkice strojów typowe dla wielu krajów - szkoda, że autorki nie rozwinęły bardziej tego ciekawego wątku.

Historia mody to typowe ubrania noszone od Starożytności po dziś. Znale źć tu można stroje z wielu kultur, nie brak sumeryjskiej czy perskiej. Autorki wplatają też nieznane powszechnie nazwy elementów stroju takie jak peplos dublet oraz krótko wskazują na różnice między poszczególnymi stylami. Te strony to prawdziwa kopalnia informacji, przypominają słownik obrazkowy.

W kolejnym rozdziale znajdziemy informacje o współczesnych projektantach mody i różnicach między haute couture i pret-à-porter.



W porządnej książce o modzie nie może zabraknąć dodatków - autorki pomyślały o wszystkich możliwych akcesoriach. Są tu fryzury, nakrycia głowy, biżuteria, buty, torebki i okulary. Na tych stronach można szukać ciekawych detali godzinami!


A to nie wszystko. Kolejne karty to słynne ikony mody czy stroje powiązane z konkretnymi okazjami i subkultury.



Książka zaopatrzona jest w wiele ciekawych detali, takie jak cytaty związane z modą, nietypowy spis treści, umieszczony w prawym górnym rogu strony, szkicownik czy informacje o przemianach kobiecej sylwetki.

To piękna, dopracowana i przemyślana książka nie tylko dla dzieci!

Alicja Budzyńska, Katarzyna Olech-Michałowska, Agata Raczyńska, Trendy i owędy, 95 str., Wydawnictwo Egmont 2016.