niedziela, 14 grudnia 2008

Urodzinowe łupy:)

Kilka dni temu miałam urodziny i moi bliscy i kochani obdarzyli mnie m.in. sporą ilością książek.
Otrzymałam następujące tytuły:
- "Der einsame Weg" Arthura Schnitzlera wraz z bonem do teatru, ta sztuka będzie miała premierę wiosną,
- "Bieguni" Olgi Tokarczuk,
- "Zusammen ist man weniger allein" Anny Gavaldy,
- "Złoty pelikan" Stefana Chwina,
- "Piekło pocztowe" Terry'ego Pratchetta,
- "Das ideale Verbrechen" Stelli Blómkvist (to własny łup na wyprzedaży),
- "Cień wiatru" Carlosa Ruiza Zafóna.
Tą ostatnią książkę dostałam dwa razy, w dwóch różnych językach. Tak więc mogę spodziewać się jeszcze jednej innej książki na wymianę. Do tego dostałam bon do księgarni, za króry kupię pewnie ok. 4 książek. Teraz czeka mnie wybór tytułów. Macie jakieś sugestie?
Ponadto zamówiłam 12 (dwanaście!) książek w bardzo taniej księgarni internetowej a także dostanę kilka tytułów pod choinkę. Mój stos rośnie w sposób zupełnie niekontrolowany i z końcem roku dosięgnie sufitu, bo książki leżą na moim nocnym stoliku.

sobota, 13 grudnia 2008

"Nie było powrotu" Herbert Reinoss


Książkę skończyłam czytać już kilka dni temu i wciąż zastanawiam się jak ją zrecenzować. Tymczasem zabrałam się za czytanie czasopism, obserwując niekontrolowany wzrost książkowego stosu.
"Nie było powrotu" to zbiór opowiadań, relacji osób, które przeżyły wypędzenia z byłych rejonów niemieckich. Najpierw czytamy relacje osób, które srogą zimą 1945 roku same uciekały z Prus Wschodnich przed nadchodzącą armią rosyjską. W drugiej części swoje losy relacjonują osoby, które zostały wygnane ze swoich domów po wojnie. Tutaj najczęściej są to osoby z Dolnego Śląska. Trudno recenzować więc takie świadectwa. Każda z tych osób opowiada o własnych, trudnych losach, o chwilach zwątpienia i rozpaczy. Poznajemy relacje prostych osób, lekarza, mnicha, właścicieli ziemskich. Podejrzewam, że dla wielu osób są to fakty nieznane, obawiam się, że niewiele osób zdaje sobie sprawę w jak skandaliczny, poniżający i brutalny sposób wypędzano Niemców.
Książka skłania naturalnie do rozważań na temat sposobu i konieczności przeprowadzenia wypędzeń. Jak wspominałam, odbywały się one w skandalicznych warunkach bez poszanowania jakichkolwiek reguł. Los wypędzonych w Niemczech też nie należał do najłatwiejszych. Nie zadbano o ich asymilację i akceptację w społeczeństwie.
Temat wypędzeń wzbudza w Polakach wiele emocji, odnoszę wrażenie, że przeważa myślenie odrzucające jakiekolwiek poczucie winy, skoro to właśnie Niemcy rozpoczęli wojnę. Trudno uwolnić się od myślenia na osi winny-niewinny. To temat, który często pojawia się w moich myślach, który porusza i skłania do refleksji. Bliski mi także, gdyż doświadczyła wypędzeń rodzina mojego męża. Po przeczytaniu tej książki na pewno inaczej spojrzę na ich relacje. Chętnie wzięłabym udział w konstruktywnej dyskusji na ten temat, dyskusji popartej dobrze ugruntowanymi argumentami, reflesyjnej i pouczającej. Myślę, że to jeden z tematów, który należy poruszać. Dobrze więc stało się, że została wydana taka książka. Bardzo jednak żałuję, że sporo w niej niedociągnięć - ze strony tłumacza i redacji. Raziły mnie błędy czy to w tłumaczeniu nazw miejscowości, czy to niekonsekwencja w używaniu nazw polskich i niemieckich czy też dosłowne tłumaczenia niektórych wyrażeń.


"Nie było powrotu", pod. red. Herberta Reinossa, tł. Jola Zepp, 278 str., Replika 2008.

czwartek, 11 grudnia 2008

Nagrody IBBY rozdane!

Z niecierpliwością czekałam na wielką galę i rozdanie nagród IBBY. Piękne książki nagrodzono - czas rozszerzyć dziecięcą biblioteczkę o ksiązki:

"13. Poprzeczna" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk
"Miłek z Czarnego Lasu" Romka Pawlaka
"D.O.M.E.K." Aleksandry Machowiak i Daniela Mizielińskiego
"Przygody przyrody" z ilustracjami Tomasza Brody

Wyrózniono:
"Powiem Julce" Krystyny Siesickiej
"Złodzieje snów" Małgorzaty Strękowskiej-Zaręmby
"Wielkie marzenia" z ilustracjami Marty Ignerskiej
"Nic" z ilustracjami Krystyny Lipki-Sztarbałło
"Kocur mruży ślepia złote" Marii Ekier.

Ksiązki opisane i przedstawiono na stronie IBBY.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Zbieracie autografy?

Ja właściwie nie zbieram, tzn. nie zabiegam szczególnie, nie napastuję pisarzy:) Jednak w ciągu ostatnich lat kilka autografów otrzymałam. Zazwyczaj nadarzała się okazja podczas spotkań autorskich. Dziś pokazuję wam najnowszy:) Macie ochotę pokazać autografy w waszych książkach?

sobota, 6 grudnia 2008

"Tímaþjófurinn" Steinunn Sigurðardóttir

Przeczytałam moją pierwszą książkę Steinunn i zapewne nie ostatnią. Autorkę darzę wielką estymę, więc i z respektem zabrałam się za czytanie tej powieści. Przyczyną mojego respektu była również poetyckość Steinunn. Ksiąxki kocham miłością dozgonną ale poezja to moja pięta achillesowa. Nie przepadam i unikam. Dlatego tak długo zwlekałam z poznaniem utworów Steinunn. "Der Zeitdieb" (Złodziej czasu" jest bardzo poetycki. To bardziej studium niż powieść. Studium nieszczęśliwej miłości i jej wpływu na życie Aldy - bohaterki książki. Alda to kobieta pewna siebie, zdecydowana, grająca wręcz mężczyznami. Alda wywodzi się z bogatej, arystokratycznej rodziny, jest piękna, zna kilka języków, których naucza w liceum. Pewnego dnia poznaje Antona - nauczyciela historii i zakochuje się. Anton ma żonę i po stu dniach rozstaje się z Aldą, która nie przestanie go kochać do końca swoich dni. Cała akcja mieści się na kilkunastu stronach, pozostała część powieści to opis stanu Aldy. Steinunn wybiera wiele zabiegów literackich, by ukazać uczucie Aldy. Teksty prozą przeplata licznymi wierszami. Ukazuje uczucia Aldy w listach, pisanych przez nią do byłego kochanka. Zdania sa bardzo krótkie, wręcz urywane, a podział na rozdziały nietypowy. Każde zdanie aż kipi od treści. Książkę tę należy smakować, wracać do zdań sprzed kilku stron, porównywać, rozważać, wchłaniać. Niemal każde zdanie zawiera małą prawdę o życiu, kochaniu, istnieniu.
Musze przyznać, że często treści zawarte przez Steinunn mnie przerastały. Zachwyciła mnie jednak zmiana stylów, bogactwo form literackich - autorka wydaje się czuć we wszystkich dobrze. Bardzo ciekawa jestem kolejnych powieści autorki i na pewno niebawem po nie sięgnę.
Kilka słów poświęcić muszę tłumaczce, przed którą chylę czoła. Niesamowicie precyzyjna praca! Zafascynowa jestem z jaką swobodą porusza się wśród tylu styli literackich. Znam ją z tłumaczeń innych islandzkich autorów i podziwiam, jak potrafi dopasować styl do konkretnego pisarza.

Steinunn Sigurðardóttir, Der Zeitdieb, tł. Coletta Bürling, Fischer 1998.

środa, 3 grudnia 2008

Wieczór literacki ze Steinunn Sigurðardóttir

W poniedziałek byłam na wieczorze literackim z tą islandzką autorką. Niedawno ukazała się w Niemczech jej najnowsza ksiązka "Sonnenscheinpferd", z której fragmenty Steinunn odczytała.
Muszę przyznać, ze pisarka sprawiła na mnie duże wrazenie - spokojna, skormna wręcz, delikatnie uśmiechnięta. Czytała najpierw po niemiecku z ujmującym islandzkim akcentem. Pierwsze dwie - trzy linjki były dla mnie nie zrozumiałe ale bardzo szybko przyzwyczaiłam się do jej akcentu i słuchałam z zapartym tchem. Steinunn czyta spokojnie, robiąc pauzy, delikatnie podkreślając istotne fragmenty. Potrafiłabym wyobrazić ją sobie jako bajarkę, dobrotliwie opowiadającą baśnie gromadzie dzieci skupionych u jej kolan. Z drugiej strony jej ksiązka wydaje się być przeniknięta nie tylko poezją, ale także mądrością. Mądrością osoby doświadczonej. Steinunn porusza w swoich powieściach tematy miłości i śmierci, obserwuje ludzkie uczucia, celnie je opisując. Juz na pierwszy rzut oka widać jednak, ze Steinunn to w pierwszej linii poetka (debiutowała zbiorkami poezji). Autorka studiowała psychologię i filozofię więc podejrzwam, iż ten fakt również ma wpływ na jej twórczość. Ponieważ w najblizszych dniach będę miała okazję spotkać Steinunn jeszcze raz, zaczęłam czytać jej pierwszą powieść "Zeitdieb" (Złodziej czasu), która została sfilmowana przez Yves'a Angelo (angielski tytuł "Stolen life"). Zapraszam równiez na stronę autorki.

piątek, 28 listopada 2008

"Sztuka bycia Elą" Johanna Nilsson

Przeczytałam szybko, choć temat niełatwy. Ela to dziewczyna nieprzystosowana. Targają nią emocje, z którymi sobie nie radzi, wybucha, mówi to, na co ma ochotę, jest niepokorna i straszliwie samotna. Zachowuje się jak dojrzewająca nastolatka. Ale ma 26 lat. Cierpi od momentu rozstania się rodziców. Rozwiedli się gdy miała 21 lat. Wydawało mi się, że osoba w tym wieku ma na tyle ukształtowany charakter, by nie cierpieć do tego stopnia z powodu rozejścia się rodziców. I zastanawiam się czy na charakter Eli miało wpływ wychowanie i zachowanie rodziców czy jest ona li tylko bardzo wrażliwą osobą.
Postać Eli skłoniła mnie również do refleksji na temat późnego wchodzenia w dorosłość. Dwudziestosześciolatka jeszcze 50 lat temu była najczęściej osobą o ukształtowanych losach. Ela wciąż, po części dzięki rodzicom, może zachowywać się jak mała zbuntowana dziewczynka. Nie ponosi z tego powodu praktycznie żadnych konsekwencji, a rodzina akceptuje ten stan rzeczy. Prób rozmów z Elą na temat jej pracy, studiów, chłopaka nie odbieram jako faktycznych wysiłków dążących do zmiany tej sytuacji.
Tytułowa Ela poznaje przypadkiem samotną dziewczynkę. Jej matka jest narkomanką i nie interesuje się córką. Ela przygarniając dziewczynkę po częście widzi siebie w dziecku, a po częście znajduje terapię na bezsens własnego życia.
Mimo, że Johanna Nilsson dość wiarygodnie szkicuje postać Eli, nie byłam w stanie się z nią zidentyfikować. Obce są mi jej reakcje i zachowania. Jej buntowniczość i przejmujące poczucie samotności, jej nieprzemyślane kroki i słowa. Jednak udało się autorce zaciekawić mnie historią, wciągnąć w swój świat zimowej Szwecji. Podobał mi się jej język - prosty i wyrazisty. Kilka sformułowań mnie raziło ale podejrzwam, że to raczej wybór tłumacza.
Książkę skończyłam czytać kilka godzin temu i myślę, że będę jeszcze o niej myślała.

Johanna Nilsson, Sztuka bycia Elą, tł. Paweł Pollak, 285 str., Replika 2008.

środa, 26 listopada 2008

"Jütländische Kaffeetafeln" Siegfried Lenz

Lenza cenię od czasów przeczytania "Deutschstunde". Niestety nie przeczytałam mimo ambitnych planów ("Heimatmuseum" na półce) żadnej innej książki tego autora. Ucieszyłam się więc gdy pracowa koleżanka podrzuciła mi tę malutką książeczkę. To właściwie żart literacki, w którym Lenz skarży się na jutlandzki zwyczaj zapraszania na kawę. Goście zapraszani są po kolacji i wręcz przytłaczani nieobliczalnymi ilościami ciast, do których serwowana jest bardzo mocna kawa. Siegfried Lenz opisuje swoje pierwsze zaproszenie na ową kawę, zaskoczenie oraz zachowanie Jutlandczyków. Nie skąpi pięknych, złożonych zdań okraszonych ironią.
Smaku tej książeczce dodają piękne ilustracje Kirsten Reinhold. Cudeńko!

Siegfried Lenz, Jütländische Kaffeetafeln, 23 str., Hoffmann und Campe Verlag Hamburg 2006.

"Śniadanie z kangurami" Billa Brysona


Książkę Brysona czytałam długo. Zaczęłam jeszcze w Portugalii i właściwie męczyłam się z nią do wczoraj. Nie wiedzieć czemu. Brysona znam już dość dobrze. Tematyka szalenie dla mnie inetersująca, bo przepadam za relacjami z podróży, spostrzeżeniami, dotyczącymi innych krajów i subiektywnymi opisami tychże. Bryson robi o wyśmienicie. Podejrzewam, że skrupulatnie przygotowuje się do podróży. Z jego powieści wynika, iż czyta sporo książek, prowadzi rozmowy, odwiedza biblioteki. Podróżnikiem jest świadomym - obserwuje, sprawdza, pyta. Nie szczędzi czytelnikowi ciekawostek i informacji, które znane są tylko niewielkiej grupie osób. Szkicuje tło historyczne kraju, dorzuca wiadomości o geologii, faunie i florze. Do tego pisze wszystko z wielkim dystansem do siebie, z ogromną dozą ironii i sarkazmu.

W tej książce opisuje Australię - kontynent niespodzianek, gdzie jedno kuriozum goni kolejne. Bryson odwiedził niemal każdy zakątek Australii, przemierzył ją wzdłuż i wszerz i zajrzał do każdej "dziury". Gdy wreszcie kiedyś się do Australii wybierzemy, na pewno sięgnę jeszcze raz po tę książkę.
Czemu więc piszę, że się z nią męczyłam? Podejrzewam, że zmęczyła mnie maniera pisarska Brysona. Jego dowcipy i ironia mnie nie śmieszyły, co więcej często odbierałam je jako silenie się na bycie wyjątkowo błyskotliwym. Mimo to polecam tę książkę miłośnikom podróży.

Bill Bryson, Frühstück mit Kängurus, tł. Sigrid Ruschmeier, 412 str., Goldmann.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Wybrałam wyzwaniowe książki

Wybrałam cztery książki - dwie, które już mam w domu i dwie, które są dostępne w bibliotece, w nadziei, że gdy się faktycznie do niej wybiorę nadal będą dostępne. Oto tytuły:

Mika Waltari "Egipcjanin Sinhue"
Sigrid Undset "Krystyna córka Lawransa"
Debborah Moggach "Tulipanowa gorączka"
Pablo de Santis "Kaligraf Woltera"

Świadomie zrezygnowałam z biografii, mam ochotę na dobrą historyczną beletrystykę.

niedziela, 23 listopada 2008

Kolejne wyzwanie czytelnicze

Rusza kolejne wyzwanie czytelnicze pt. Podróże w czasie. Wyzwanie trwa od 22 listopada 2008 do 30 kwietnia 2009. W tym czasie należy przeczytać przynajmniej 4 książki, każda z innej epoki. Można czytać książki z proponowanych list lub inne. Może to być beletrystyka, która opowiadaja o danej epoce, książki napisane w danej epoce, biografie, książki naukowe i popularnonaukowe. Książki napisane w danej epoce powinny być osadzone w kontekście historycznym, słowem, nie czytamy np. alegorycznych, ponadczasowych powieści, które nic nie mówią o swojej epoce.
Na pewno wezmę w nim udział, trudno mi jednak zestawić listę lektur. Niektóre epoki mniej mnie interesują i najchętniej pozostałabym tylko przy Starożytności i Średniowieczu. Na razie wybrałam dwie książki, nad reszta pomyślę. Tym razem pozostanę chyba tylko przy czterech książkach.


sobota, 22 listopada 2008

"Nocny Maciek" Paweł Pawlak


Bardzo lubimy "Jajuńćka" Pawła Pawlaka więc gdy odkryłam "Nocnego Maćka", od razu poprosiłam o kupno tej książeczki. Moja trzylatka dostała ją na urodziny i od tego dnia czytamy ją codziennie. Nie ma szans na zaśnięcie bez Maćka. A jest to książeczka wręcz idealna do zasypiania. Maciek jest bowiem księżycem, który podczas swojej nocnej wędrówki po niebie usłyszał dziwny dźwięk. Postanawia odkryć jego źródło. W końcu dociera do robaczka, który płacze, bo boi się nocy. Robaczek dopiero co wykluł się z poczwarki i poznał słońce. Gdy więc ono zniknęło boi się i płacze. Pawlak ciepło i przystępnnie tłumaczy zmiany pór dnia, barwnie opisuje przygody Maćka i przepięknie swą opowieść zilustrował. Mojej córce podoba się w tej książeczce wszystko. Ja jestem fanką okropnie zielonej żaby:)

Paweł Pawlak, Nocny księżyc, Stentor Warszawa 2008.

Wygrałam

Wczoraj dostałam książkę, wygraną na blogu zacisze wyśnione. W książce ukryta była śliczna zakładka. Bardzo się ucieszyłam z przesyłki i serdecznie dziękuję!

środa, 19 listopada 2008

"Album morderstw" Jonathan Kellerman

Czas wreszcie napisać zaległą recenzję. To jedyna ksiazka, jaka przeczytałam na urlopie w Portugalii. Juz dość dawno temu polecił mi ją nasz amerykański znajomy, który note bene przeczytał całą bibliotekę:) Gdy więc zobaczyłam ją na wyprzedazy kupiłam z przeznaczeniem na urlopowy wyjazd. To juz bodajze dwudziesty tom cyklu o Aleksie Delaware. Jest on psychologiem współpracującym ze swoim przyjacielem, policjantem. Otrzymuje on niezwykłą przesyłkę. Album pełen policyjnych zdjęć morderstw. Pod kazdym zdjęciem widnieje krótka notka, dotycząca miejsca i czasu dokonania zabójstwa. Przyjaciel Aleksa rozpoznaje wśród zdjęć dziewczynę, nad rozwiązaniem której morderstwem pracował jako początkujący policjant. Cofamy się więc w czasie, by poznać jego dzieje i przyczyny niedokończenia ówczesnego śledztwa. Kellermann wciąga nas w świat grubych ryb pełnych łapówek, konszachtów, blichtru, seksu.
Nie zachwyciła mnie ta ksiązka. Nudziły mnie przydługie opisy, męczyły szczegółowe dygresje, które odbierałam jako sztuczne nabijanie ilości stron. Ksiązkę praktycznie zmęczyłam do końca. Nie wykluczam, ze inne powieści Kellermanna są lepsze, w końcu przy dwudziestym tomie moze zacząć szwankować wena.

Załuję, ze nie udało mi się przeczytać więcej, ale moze do końca roku uda mi się choć częściowo "odpracować" stosik. Na razie czytam namiętnie z córką jej prezent urodzinowy - piękną ksiązeczkę Pawła Pawlaka, wartą z pewnością opisania. I ciągle zastanawiam się kończyć właśnie czytanego przeze mnie Brysona, czy jednak zabrać się za czasopisma, które zalegają już od czerwca.
Tymczasem przejrzałam wasze blogi, zaciekawiłam się nowym wyzwaniem, z zachwytem przeczytałam kolejne recenzje. Dobrze wrócić do blogowego świata:)


Jonathan Kellermann, Das Buch der Toten, tł. Andreas Jäger, 576 str., Goldmann

środa, 12 listopada 2008

No i wróciłam

Dziś, po południu. Trochę wypoczęłam, trochę pracowłam ale przede wszystkim nawdychałam się portugalskiego powietrza i nasłuchałam szumu, a czasem huku, oceanu. Przeczytałam zaledwie jedną książkę. Nie miałam czasu, po raz pierwszy byłam na wyjeździe z tak sporą ilością osób więc wieczory spędzaliśmy głównie na byciu razem. Dziękuję wszystkim za wpisy i życzenia:) Od jutra zabieram się za nadgonienie zaległości na waszych blogach.

piątek, 31 października 2008

Wyjeżdżam

Zawiadamiam, iż wyjeżdżam - biorę ze sobą kilka książek, ale mogę nie mieć zbyt dużo czasu na czytanie:)

"Straż nocna" Terry Pratchett

Pratchetta czytam namiętnie od wielu lat. Za co go cenię? Nie będę oryginalna: za pomysły, za dwocip językowy, za liczne odniesienia do literatury czy współczesności, za parafrazy i za to, że ma tak świetnego tłumacza:) "Straż nocna" jednak nie zachwyciła mnie. Odbieram tę pozycję jako jedną ze słabyszch w cyklu Świata Dysku. Sam Vimes goniąc groźnego przestępcę w okolicach Uniwersytetu Magicznego wpada w inny czas. Ląduję kilkadziesiąt lat wstecz w Ankh-Morpork, w którym zawodu policjanta uczy się młody Sam i w którym nastały rewolucyjne czasy. Przestępca ląduje tam wraz z nim. Spotykamy kilku znanych nam bohaterów, którzy jednak są sporo młodsi. Ta książka to oczywiście ilustracja działania duchów rewolucyjnych i przewrotów państwowych - jak to u Pratchetta bywa, bardzo prześmiewcza. Mnie jednak lektura nie wciągnęła tak, jak zawyczaj. Nie szkodzi, kolejne dwa tomy już czekają na półce:)

Terry Pratchett, Straż nocna, tł. Piotr W. Cholewa, 336 str., Prószyński i S-ka 2008

wtorek, 28 października 2008

Podsumowanie wyzwania

Kilka dni temu skończyłam czytać ostatnią wyzwaniową książkę. Czas na podsumowanie.
Zaplanowałam następujące lektury:

BERLIN Christopher Isherwood "Pan Norris się przesiada"

BOMBAJ Salman Rushdie "Ostatnie westchnienie Maura"

KABUL Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem"

LIZBONA: Antonio Molina Munoz "Zima w Lizbonie"

BERLIN Erica Fischer "Aimee i Jaguar"

MOSKWA Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

OSLO Per Petterson "In the wake"

Wszystkie powyższe przeczytałam, dodatkowo sięgając po 3 kolejne książki:

KABUL Khaled Hosseini "Thousand splendid suns"

WIEDEŃ Radek Knapp "Lekcje pana Kuki"

BERLIN Sven Regener "Pan Lehmann".

Mój bilans nie jest jednoznacznie pozytywny, gdyż sporo książek mnie rozczarowało. Przede wszystkim Rushdie, czego dotąd nie mogę przeboleć. Nie wykluczam, że kiedyś sięgnę po inną pozycję tego autora. Nie zachwycił mnie również Per Petterson ani Sven Regener. Nie porwała mnie także proza Moliny Munoza. Najbardziej podobała mi się chyba druga książka Hosseiniego oraz lekka powieść Knappa. Mimo to nie żałuję, że wzięłam udział w wyzwaniu - poznałam kilku nowych pisarzy, wiele nowych autorów, głównie dzięki recenzjom innych uczestników. Myślę, że wyzwanie będzie dla mnie stanowić inspirację czytelniczą jeszcze przed długi czas. Chciałabym odwiedzić jeszcze wiele, nieznanych mi miast. Dzięki wyzwaniu zaprzyjaźniłam się również z biblioteką:) Jest tylko jeden minus, opuściłam się w czytaniu książek z mojego stosu.
Padmo, dziękuję za organizację, współuczestniczkom dziękuję za recenzje i komentarze. Mam nadzieję, że na kolejne wyzwanie zostanie wybrana moja propozycja:)

sobota, 25 października 2008

"Poisson d'or" J.M.G. Le Clézio

Gdy zobaczyłam w księgarni przecenioną ksążkę Le Clézio, od razu ja kupiłam - koniecznie chciałam poznać tego zupełnie mi nieznanego Noblistę. Zaczęłam czytać wczoraj późnym wieczorem i nie mogłam się oderwać. Powieść kompletnie mnie wciągnęła.
Autor opowiada historię afrykańskiej dziewczynki, która w wieku około sześciu lat zostaje ukradziona. Wrzucona do worka i wywieziona z rodzinnych stron. Dziewczynka nie pamięta domu, rodziców ani własnego imienia. Gdy zostaje kupiona przez Lallę Asamę, starszą panią, otrzymuje imię Laila. Jej opiekunka staje się dla niej babcią, Laila kocha ją i nie opuszcza jej ani na krok. Pewnego dnia jednak Lalla Asama umiera i dziewczynka wpada w ręce nieprzyjaźnie do niej nastawionej synowej. Laila ucieka z domu synowej i tuła się od jednego miejsca do drugiego: nie znając świata ani norm w nim panujących naiwnie ufa życzliwym jej osobom. Wiele miesięcy spędza wśród prostytutek, które traktują ją jak maskotkę, później mieszka z dwoma z nich w małej chatce na drugim brzeu rzeki, aż w końcu nielegalnie wyjeżdża do Francji. W Paryżu poznaje wielu nielegalnych imigrantów z różnych zakątków świata. Laila nie potrafi sama sterować swoim życiem, przechodzi z rąk do rąk, zaczepia się tam, gdzie spotka życzliwą jej osobę. Często jest wykorzystywana psychicznie, a także seksualnie. Sama czuje się uwięziona w sieci, jak ryba. Pragnie się z niej uwolnić, ale wciąż zależna jest od innych osób - legalnie przebywających we Francji, dających jej pracę, jedzenie, umożliwiających jej naukę. Brak korzeni, brak znajomości rodziców, miejsca, gdzie się urodziła wciąż daje jej poczucie zawieszenia, braku przynależności, samotności, dezorientacji. Ukojenie znajduje tylko w muzyce, która pozwala jej zapomnieć o otaczającym ją świecie i umożliwia spojrzenie wgłąb siebie, zatopienie się we własnym jestestwie.
Autor opisuje również emigrantów z Antyli, Cyganów, którzy przybli z Rumunii, indiańskich i meksykańskich emigrantów w USA. Potrafi wskazać różnice między nimi, podkreślając jednak podobieństwo ich losów.
Tematyka poruszana przez Le Clézio bardzo mnie interesuje i skłania do przemyśleń nad tożsamością, losami emigrantów, sposobem ich integracji w nowej ojczyźnie. Czytając tę powieść dopiero uświadomiłam sobie jak istotna jest świadomość własnych korzeni. Zachwycona jestem stylem autora. Na pozór niezbyt spektakularne zdania wciągają, poruszają, pozwalają bardzo plastycznie wyobrazić sobie ulice Rabatu czy Paryża. Le Clézio nie skąpi opisów, nie pozostawiając równocześnie u czytelnika poczucia dłużyzn. Z ogromną fascynacją pochłaniałam kolejną linijkę książki, pędząc ku końcowi tej w sumie dość krótkiej powieści. Jestem zachwycona tą książką i w poniedziałek popędzę do księgarni sprawdzić czy druga przeceniona pozycja tego autora jeszcze tam jest:)

Jean-Marie Gustave Le Clézio, Fisch aus Gold, tł. Uli Wittmann, 254 str., Kiepenheuer & Witsch Köln 2003

piątek, 24 października 2008

"Englar alheimsins" Einar Már Guðmundsson

Wróciłam do literatury islandzkiej i sięgnęłam po powieść Einara Mára. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Muszę przyznać, iż bardzo poetyckie. To powieść z wątkami autobiograficznymi, poświęcona bratowi pisarza, który był psychicznie chory. Główny bohater książki, Páll opowiada historię swojego życia. Dzieciństwo spędza w jednej z dzielnic Reykjavíku, gdzie jego rodzina miszka w suterenie. W zabawach Pálla i jego kolegów sporą rolę odgrywa zakład dla osób psychicznie chorych Kleppur. Chłopiec nie podejrzewa, że kiedyś się w nim znajdzie. Jego ścieżka do choroby rozpoczyna się w liceum wraz z uporczymi bólami głowy. Páll rozpoczyna studia w akademii sztuk pięknych i nieuchronnie zbliża się do Kleppur, identyfikując się z Gauguinem i Van Goghiem. Chory opowiada o swoich uczuciach, opisuje innych pacjentów oraz próby podjęcia nowego życia, wśród zdrowych osób. Guðmundsson przelata fragmenty bardzo poetyckie z krótkimi zdaniami, opisującymi życie bohatera. Autor stawia wiele pytań, szuka granicy między normalnością i szaleństwem, próbuje pokazać czytelnikowi jak jest cienka. Równocześnie opisuje stolicę Islandii, jej ulice i dzielnice oraz ich mieszkańców. To ciekawa lektura skłaniająca czytelnika do dalszych rozważań.

Einar Már Guðmundsson, Engel des Universums, tł. Angelika Gundlach, 222 str., btb Berlin 2000

czwartek, 23 października 2008

"Upiory spacerują nad Wartą" Ryszard Ćwirlej


Pochorowałam się - leżę w łóżku i na zmianę śpię i czytam. Dziś połknęłam powyższą pozycję.
To polski kryminał, którego akcja dzieje się w Poznaniu w połowie lat osiemdziesiątych. Poznański pener przypadkiem odnajduje nad Wartą ciało kobiety z odrąbaną głową. Równocześnie szyper jednej z barek znajduje w wodzie głowę kobiety, która jednak nie pasuje do wcześniej znalezionego ciała. Dochodzenie prowadzą milicjanci z komendy wojewódzkiej.
Ale to nie tylko kryminał. To ilustracja polskiego świata lat osiemdziesiątych z kartkami, cinkciarzami, z etykietami zastępczymi na oranżadzie, pustymi sklepami, peweksami i załatwianiem wszystkiego na lewo. Ćwirlej bardzo wiernie opisuje ówczesne realia, nie skąpiąc detali, często wyjaśniając niektóre fakty czytelnikowi. Ten zabieg odbierałam jak zamierzony ukłon w kierunku młodych czytelników, nie pamiętających tamtych czasów, mnie raczej irytujący, bo przebrzmiewający tonem jak z podręcznika historii.

"Milicjant podał mu zapalniczkę, reklamówkę Marlboro, zachodnią jednorazówkę z dorobionym zaworkiem do ponownego napełniania. Takie zapalniczki w NRF-ie rozdawano za darmo. U nas były dobrem szczególnie pożądanym. Na bazarach kupowało się je za kilkadziesiąt złotych, w zależności od atrtakcyjności nadruku."

Użycie czasu przeszłego i zaimka "nas" najbardziej mnie w tych fragmentach denerwowało. Odnosiłam wrażenie jakby autor dystansował się od swojej książki. Chętnie jednak przymknęłam na to oko wspominając audycje radiowe, muzykę, wygląd mieszkań i stroje tamtych czasów. Ćwirlej zadbał o każdy szczegół, co wprowadziło mnie w niemal melancholijny nastrój i przypomniało mi niebieskie zeszyty z kryminałami oraz książki Joe Alexa. Czy ktoś je jeszcze pamięta? Przypomniały mi się młynki do kawy, syfony, prohibicja do 13:00.... A propos prohibicji, bohaterowie powieści ciągle piją - piwo, wino, a przede wszystkim wódkę. Przera żające ilości alkoholu płyną na stronach powieści. Zastanawiam się czy tak naprawdę było? Ja tego nie pamiętam, ale też nie miałam kontaktów ze środowiskami milicyjnymi.
A samo śledztwo? Też ciekawe, czasem bardziej przewidywalne, ale mnie akurat trzymało w napięciu. Gdy w końcu dowiedziałam się, kto jest mordercą, zauważyłam wiele zabiegów Ćwirleja, które wcześniej nie rzuciły mi się w oczy. Moge sobie wyobrazić, że wytrawni czytelnicy kryminałów wcześniej niż ja odkryją zabójcę.
Warto jeszcze wspomnieć Poznań - Ćwirlej szczegółowo opisuje budynki i ulice używając poznańskiej gwary. Myślę, że dla osób znających Poznań to dodatkowy atut książki.
Ciekawa jestem jak rozwine się pisarstwo Ćwirleja.

Ryszard Ćwirlej, Upiory spacerują nad Wartą, 281 str., Replika, Zakrzewo 2007

"Mistrz i Małgorzata" Michaił Bułhakow

To moja ostatnia wyznaniowa lektura. Tę książkę czytałam już w liceum, wiele lat temu i postanowiłam odświeżyć lekturę. Poza mglistym wspomnieniem szatana i kota nie pamiętałam z lektury nic. Zupełnie nic. Sądziłam, że podczas czytania nadejdzie olśnienie, ale nie. Nadal pustka. Wiedziałam tylko, iż wtedy powieść bardzo mi się podobała.
Bułhakow splata w swojej książce kilka wątków. Do Moskwy lat trzydziestych ubiegłego wieku zawitał szatan wraz ze swoją świtą. Jako Voland, mistrz czarnej magii, sieje zamęt w całym mieście, a głównie w jego literackim i kulturalnym światku. Kulminacją jego działań jest występ w moskiewskim Variete. Równocześnie wplata Bułhakow swoją wersję ostatniego dnia Jezusa, napisaną z perspektywy Piłata. Powieść taką napisał tytułowy Mistrz, ukochany Małgorzaty. Szatan zawitał w Moskwie by wydać tradycyjny bal, odbywający się zawsze w noc pełni, 14 nisan. Królową balu zostaje zawsze kobieta o imieniu Małgorzata, która w zamian może prosić szatana o spełnienie jej życzenia. Małgorzata prosi o odnalezienie jej ukochanego Mistrza.
Bardzo dobrze czytało mi się tą powieść - piękny język, błyskotliwe opisy, bogactwo charakterów i nietypowa tematyka z pewnością wciągają. Jednak znów mam pewien niedosyt. Zabrakło mi zachwytu absolutnego, słabo przemawia do mnie symbolika powieści, z pewnością bogata. Nie brak tu satyry ówczesnego społeczeństwa sowieckiego, nie brak mistyki, wielu odniesień literackich a nawet wątku kryminalnego - to praktycznie kopalnia znaczeń, symboli i smaczków. Ja jakoś nie odczuwałam ochoty na odkyrwanie ich wszystkich, ale z miłą chęcią przeczytałabym dobrą interpretację powieści Bułhakowa. Przekonana jestem, że nie odkryłam nawet połowy z nich. Mimo to zadowolona jestem, że jeszcze raz (co mi się rzadko zdarza) sięgnęłam po tę książkę.
P.S. Trafiłam na ciekawą stronkę o tej powieści.

Michail Bulgakow, Der Meister und Margarita, tł. Thomas Reschke, 503 str., Deutscher Taschenbuch Verlag 2001.

"Die Juden" Gotthold Ephraim Lessing

Bardzo lubię dramaty Lessinga, jednak nie czytałam jeszcze wszystkich. "Die Juden" wybrałam, jak to zazwyczaj u mnie z dramtami bywa, ze względu na planowane wyjście do teatru. To króciutki dramat opisujący napaść zbójecką na barona. Baron zostaje uratowany z rąk zbójców przez przypadkowo przejeżdżającego podróżnego. Ocalony baron jest tak wdzięczny swemu wybawcy, że zaprasza go do spędzenia kilku dni w jego domu. Podróżny spotyka tam wójta, który będąc jednym ze zbójów, wypytuje gościa o okoliczności uratowania barona, sugerując, iż sprawcami napadu byli Żydzi. Wszyscy bohaterowie dramatu są pełni uprzedzeń i wręcz nienawiści wobec Żydów właśnie. Nie trudno się domyśleć, że nieznany podróżny właśnie jest Żydem. Lessing pozwala podróżnemu rozwiązać zagadkę napadu i zdemaskować wójta i jego kompana, a w końcu ujawnić swoje pochodzenie, ku zdumieniu i zawstydzeniu pozostałych. Ta krótka sztuka nie dosięga kunsztu innych, późniejszych dramatów i komedii Lessinga, ale jej tematyka wciąż jest bardzo aktualna. Zdumiewającym wręcz jest, że przez tyle wieków nie zmieniły się poglądy wielu ludzi. Dziś zobaczyłam inscenizację tej sztuki w Berliner Ensamble, którą niebawem opiszę tu.

Gotthold Ephraim Lessing, Dramen, tu: Die Juden, 38 str., insel taschenbuch 1984.

sobota, 18 października 2008

Zwyczaje czytelnicze - podaję pałeczkę

Myślę, że fajnie byłoby przenieść na polskie blogi miły zwyczaj, który panuje na niemieckich blogach literackich. Pierwsza osoba zadaje kilka pytań lub wymyśla zadanie, odpowiada na nie i przekazuje pałeczkę wybranym blogowiczom.

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Czytam praktycznie ciągle i zawsze. Zaczynam od razu przy śniadaniu kilkoma stronniczkami. W ciągu dnia czasu nie mam, ale czasem uda się mi przeczytać choć kilka stron. Niestety odkąd pracuję czas na czytanie przesunął się na wieczór. Niestety nie korzystam z komunikacji miejskiej, która dla mnie jest idelanym miejscem do czytania. Czasem uda mi się trochę poczytać, gdy bawię się z córką. Książka strategicznie ułożona obok, otwarta na odpowiedniej stronie:) Gdyby nie istniały komputery, czytałabym pewnie całe wieczory, a tak zostaje mi tylko chwila przed zaśnięciem. Zdecydowanie najbardziej owocne są wizyty u lekarza - wtedy mogę czytać bez wyrzutów sumienia:)

2. Gdzie czytasz?
Najczęściej w łóżku, czasem w wannie, na podłodze - praktycznie mogę czytać wszędzie.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Najczęsciej czytam na półleżąco, podparta poduchami, ale też bywa na brzuchu. Zdarzało mi się już czytać leżąc na brzuchu, gdy książka leżała na podłodze.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Beletrystykę, klasykę, sprawozdania z podróży, kryminały, fantasy, powieści historyczne - niemal wszystko.

5. Jaką książkę ostatni kupiłaś/-eś?
Kupiłam dwie - "Pana Lehmann" Svena Regenera oraz "Das Buch der Toten" Jonathana Kellermana.

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?
"Tausend strahlende Sonnen" Khaleda Hosseini

7. Co czytasz aktualnie?
"Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa.

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Zakładek, li tylko. Ostatnio sporo dostałam, używam też zakładek dodawanych do książek.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?
Niewiele. Nigdy z nich nie korzystałam ale mocno podejrzewam, że by mnie nie zachwyciły. Na pewno byłyby ciekawą alternatywą do samochodu, bo mam już alergię na reklamy w radio.

10. Co sądzisz o ebookach?
Również niewiele. Nie wyobraźam sobie porzucenia książek na ich rzecz. Warto by przemyśleć tę opcję w ramach wyjazdu, gdy nie ma miejsca na zabranie wielu książek. Nie sądzę jednak, że sprawiałoby mi przyjemność czytanie książek na ekranie.

Pałeczkę przekazuję Zosikowi oraz prowincjonalnej nauczycielce, przejmiecie?:)

poniedziałek, 13 października 2008

Uwe Tellkamp otrzymał Deutscher Buchpreis

Niemiecką nagrodę Deutscher Buchpreis otrzymał Uwe Tellkamp za swoją powieść "Der Turm", opowiadającą o mieszkańcach Drezna i ich mniejszym lub większym dopasowaniu do systemu późnego NRD. Informacje o finalistach po angielsku można znaleźć tu.

czwartek, 9 października 2008

"Tysiąc wspaniałych słońc" Khaled Hosseini

Khaled Hosseini dostał u mnie, po rozczarowaniu "Chłopcem z latawcem" kolejną szansę. Głównie z tego powodu, iż akurat koleżanka miała tę książkę i mi ją pożyczyła. I za to jestem jej wdzięczna, bo ta pozycja podobała mi się znacznie bardziej. To właściwie lekka, mimo poważnej tematyki, lektura - książkę przeczytałam we dwa wieczory, głównie usypiając córkę. Tym razem chyba powinnam być jej wdzięczna, bo mogłam bez wyrzutów sumienia czytać i czytać.
Hosseini znów zabiera nas do Afganistanu, opowiadając życie dwóch kobiet. Pierwsza z nich, Mariam, jest dzieckiem z nieprawego łoża, co praktycznie piętnuje ją na całe życie. Jej matka jest pełna goryczy, której jednak nie udaje się jej przelać na córkę, kochającą bezwarunkowo swojego ojca. Nie chcę jednak zdradzić zbyt wiele z fabuły powieści. Gdy Mariam jest już mężatką od lat mieszkającą w Kabulu, "poznaje" w bardzo nietypowych okolicznościach Lailę, z którą ostrożnie się zaprzyjaźnia.
Hosseini bardzo barwnie, wartko i z dbałością o szczegół opisuje losy kobiet, ich codzienne życie, przemyślenia i obserwacje. Nie są to łatwe losy, pełno w nich przemocy, sponiewierania i pokory. Wiele miejsca autor poświęca szkicowaniu sytuacji politycznej w Afganistanie. Począwszy od monarchii, poprzez wkroczenie Rosjan, a skończywszy na wojnie domowej i panowaniu Talibów. Hosseini skrupulatnie opisuje poszczególne narody, żyjące w Afganistanie, przemiany polityczne oraz stosunek Afgańczyków do aktualnego rządu. Dla mnie to jeden z ciekawszych aspektów powieści, gdyż mimo ciągłej bytności tego kraju w mediach, brak mi podstaw afgańskiej historii. Sporo tej w powieści opisów Kabulu - miasta pełnego zapachów i ludzi, miasta pulsującego życiem, które powoli zamieniane jest w ruinę.
Trudno mi nazwać tę książkę literaturą wysokich losów - Hosseini jest dobrym rzemieślnikiem, wie jak napisać chwytliwą książkę, ale nie oceniam tego faktu negatywnie. Przeczytałam lub próbowałam ostatnio przeczytać książki z innej półki i wcale nie sprawiło mi to przyjemności, a Salman Rushdie wręcz mnie sfrustrował. Miałam ogromną ochotę na książkę, którą lekko się czyta i taką dostałam. W pierwszej powieści Hosseiniego nie podobały mi się "hollywoodzkie" triki oraz nagromadzenie nieszczęśliwych wydarzeń. Tutaj fabuła skontruowana jest tak, że przypadki, mające wpływ na losy bohaterów, nie rażą, są bardziej wiarygodne. Kilka razy natknęłam się znów na zdania w stylu: Złożyła podpis. Kolejny miała złożyć za 27 lat. Bardzo nie lubię takiego sugerowania czytelnikowi losów - odbieram je jako sztuczne budowanie napięcia. To właśnie raziło mnie w "Chłopcu z latawcem". Tutaj tych sformułowań było wyraźnie mniej. Zastanawiałam się czy Hosseini dojrzał pisarsko, czy może tematyka powieści jest dla mnie ciekawsza, czy może zadecydowały mniejsze oczekiwania z mojej strony? Tak, czy inaczej, książkę polecam, choćby tylko ze względów poznawczych.

Khaled Hosseini, Tausend strahlende Sonnen, tł. Michael Windgassen, 382 str., Bloomsbury Berlin 2007, ISBN 978-3-8270-0671-4

Jean-Marie Gustave Le Clézio otrzymał literacką Nagrodę Nobla

Muszę przyznać po raz pierwszy słyszę to nazwisko. Również ze zdumieniem przeczytałam, że to dopiero trzeci literacki Nobel dla Francji. Poprzednie otrzymali Gao Xingjian w 2000 r. oraz Claude Simon w 1985 roku. Na język polski zostały dotychczas przetłumaczone trzy książki świeżego Noblisty: "Protokół", "Pustynia" oraz "Onitsza". Postaram się w najbliższym czasie zapoznać z twórczościa Le Clézio.
Dziękuję Anonimowi za słuszną uwagę, iż noblistów francuskich było więcej - oczywiście! Niepotrzebnie dałam się zwieść angielskiej Wikipedii. Uzupełniam więc jeszcze o te nazwiska: Frédéric Mistral (1904), Romain Rolland (1915), Anatole France (1921), Henri Bergson (1927), Roger Martin du Gard (1927), André Gide (1947), François Mauriac (1952), Albert Camus (1957), Saint-John Perse (1960), Jean-Paul Sartre (1964), Claude Simon (1985), Gao Xingjian (2000).

niedziela, 5 października 2008

"Zima w Lizbonie" Antonio Munoz Molina

Narrator powieści spotyka w Mardycie w jednej z knajpek dawnego znajomego - Santiago Biralbo - pianistę jazzowego. Boralbo gra w podrzędnym lokalu poz zmienionym nazwiskiem. W ciągu wielu, zakraianych bourbonem nocy, Biralbo opowiada swoją historię. Te morczne zwierzenia obracają sie wokół jego miłości do Lucrecii. Miłości praktycznie bez wyjścia, gdyż Lucrecia była mężatką. Jej mąż to podejrzany typ interesujący się sztuką i chorobliwie zazdrosny. Podczas wielu nocy narrator dowiaduje się dlaczego Biralbo zmienił nazwisko, czemu się ukrywa, czemu stale ma przy sobie broń i podejrzliwie spogląda przez okno. Opowieść pianisty przesiąknięta jest mroczną atmosferą, czytelnik wręcz słyszy muzykę. Oczywiście jest to jazz, a zwłascza kawałki napisane przez Biralbo "Lisboa" i "Burma". Wiele stron zajmują opisy atmosfery, nastrojów, muzyki, uczuć - akcja wtedy toczy się niespiesznie, ustępując miejsca melancholii. Skąd jednak w tytule Lizobna, skoro akcja toczy się głównie w San Sebastian i Madrycie? Lizoba to miasto marzeń Lucercii, to miejsce, które wręcz symbolizuje miłość jej i Biralbo. Do samej Lizobny dotrzemy jednak dopiero na 166 stronie książki. To zimowe, melancholijne miasto. Fizycznie nie odgrywa wielkiej roli, ważniejszy jest wyżej wspomniany utwór Biralbo właśnie tak zatytułowany. Narrator słucha go wiele, wiele razy. Książkę przeczytałam dość szybko, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła. To z pewnością wyśmienita powieść, bardzo poetycka, z własnym, niepowtarzalnym klimatem. Mnie jedak do końca nie ujęła.

Antonio Munoz Molina, Der Winter in Lissabon, tł. Heidrun Adler, rowohlt, 280 str., ISBN 3-498-04330-7

poniedziałek, 29 września 2008

"Wieczór Trzech Króli" William Shakespeare

Shakespeare napisał tą sztukę - komedię pomyłek. ok. 1600 roku. Jej akcja toczy się w krainie zwanej Illyrią. Na początku rozbija się statek, rodzeństwo: Viola i Sebastian ratują się, jednak traca ze sobą kontakt i oboje sądzą, że zginęli w morskich toniach. Viola przebiera się za mężczyznę i rozpoczyna służbę na dworze księcia Orsino. Książę kocha damę Olivię, Olivia zakochuje się w Cesario - chłopcu, za którego podaje się Viola. Viola zaś zakochuje się w księciu. Gdy do bohaterów dołącza Sebastian, chaos jest murowany.
Trudno czytało mi się tę sztukę - Shakespeare gra słowami, zwodzi czytelnika, nie stroni od dygresji. Czytałam wydanie dwujęzyczne i ciągle byłam pełna podziwu dla tłumacza. Podsumowując muszę przyznać, że nie zachwyciła mnie ta sztuka, ale wogóle nie jestem fanką dramatu szekspirowskiego. Bardzo jestem ciekawa, co zrobił z nią Michael Thalheimer. Do teatru wybieram się 27 października.

William Shakespeare, Was ihr wollt, dtv klassik, 197 str., ISBN 3-423-02369-4

niedziela, 28 września 2008

"Czarownice z Salem" Arthur Miller

W 1953 roku Arthur Miller opisał wydarzenia z Salem, które miały miejsce w końcu XVII wieku. Grupa dziewcząt wraz z niewolnicą z Barbados, Titubą, tańczy nago w lesie, na czym złapał ich pastor Samuel Parris. Po tych wydarzeniach dwie z nich są chore. Ich choroby nie da się wyjaśnić w sposób naturalny, co sugeruje działanie sił nadprzyrodzonych czyli diabła. Do miasteczka zostaje wezwany egzorcysta pastor Hale. Dziewczęta ogarnięte paniką oskarżają o kontakty z diabłem mieszkańców miasteczka. Dochodzi do rozprawy na sali sądowej, gdzie zostaje oskarżona większość szanowanych obywatelek miasta. Ogromną rolę odgrywa chęć zachowanie autorytetu przez pastora Parrisa oraz sędziego Danfortha. Obaj z nich w pewnym momencie rozpoznają, że wierząc dziewczętom popełniają błąd. Obu z nim jednak osobiste przyczyny nie pozwalają się do tego przyznać. Pastor Parris nie chce stracić ciężko wypracowanego w miasteczku autorytetu, a sędzia dalej brnie w oskarżeniach niewinnych mieszkańców, by nie uznać wcześniej popełnionych przez siebie błędów.
Dramat Millera faktycznie mi się podobał, treść, kontrukcja postaci, język. Czytałam z zapartym tchem, bez poczucia czytania lektury szkolnej. Czytać skończyłam w piątek i w ten sam dzień byłam w teatrze, wrażenie ze sztuki zaraz opiszę tu.

Arthur Miller, Hexenjagd; 120 str., Fischer Taschenbuch Verlag, ISBN 3-596-27108-8

środa, 24 września 2008

"Pozwól, że Ci opowiem" Jorge Bucay

Jorge Bucay to argentyński psychiatra i psychoterapeuta, pracujący techniką Gestalt. Terapia Gestalt ma na celu pomoc pacjentowi w ponownym odkryciu mechanizmów, których używał do kontroli swojej świadomości, a poprzez to osiągnięcie stopnia integracji, który ułatwi własny rozwój. Doświadczenia zebrane podczas swojej pracy Bucay zebrał w kilku pozycjach.

"Pozwól, że Ci opowiem... bajki, kóre nauczyły mnie jak żyć" to powieść opisująca spotkania terapuety z Demiánem. To młody mężczyzna, mający problemy z własną osobowością, który przeszedł już kilka terapii i w końcu trafia na Jorge. Jorge jest terapeutą nietypowym i Demián często zakłopotany jest jego zachowaniem. Sposób prowadzenia przez niego terapii jednak najwyraźniej mu pomaga, więc w każdym rozdziale poznajemy nowe rozterki pacjenta. Na czym polega terapia Jorge? Nie prowadzi on długich rozmów, lecz opowiada bajki. Bajki krótkie, ale mądre, dające do myślenia. Niektóre z nich przypominały mi spirytualne bajki Anthony de Mello. Każda z tych opowiastek może być przyczynkiem do własnych rozważań. Najlepiej byłoby czytać tę książkę powoli, by dać sobie czas na rozmyślania. Ja nie byłam tak cierpliwa i połknęłam ją w dwa wieczory, pewna jednak jestem, że do bajek Jorge wrócę.

Jorge Bucay, Pozwól, że Ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie jak żyć; 227 str., Wydawnictwo Replika, ISBN 83-917361-9-9

niedziela, 21 września 2008

"Ostatnie westchnienie Maura" Salman Rushdie

Bardzo się cieszyłam na spotkanie z Salmanem Rushdie. Podskórnie czułam, że to będzie to, że to autor na jakiego od dawna czekałam. Pozytywne recenzje tej książki dodatkowo mnie zachęciły. Nastawiłam się na długa przygodę z tym autorem. Czytam "Ostatnie westchnienie Maura" od 12 dni i jestem na stronie 130. Dwa dni temu pierwszy raz pojawiła się myśl o porzuceniu lektury. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę, bo sądziłam, że zbyt mało czasu poświęcam lekturze, że nastrój nie ten, że zbyt często przerywam lekturę itd. Ale nie mogę się do niej zabrać, odrzuca mnie wręcz. Czytam czasopisma, przeglądam inne książki, ale Rushdiego w ręce wziąć nie mogę. Czuję wręcz ulgę, że podjęłam taką deczyję. Co mnie odrzuca? Sama nie wiem. Rushdie opisuje historię osiadłej w Indiach rodziny da Gama. Historia pełna niespotykanych wydarzeń, barwnych charakterów i ciekawostek. Styl Rushdiego jest nietypowy, kwiecisty wrecz, pełen historyjek, dygresji, spostrzeżeń. Czyli wszystko gra. Do tego jestem zupełnie świadoma, że to naprawdę świetna literatura. Aż wstyd się przyznać, że dla mnie nie do przejścia. Co gorsze nie potrafię uzasadnić dlaczego. To już moja siódma wyznaniowa książka i jak dotąd nie trafiłam na powieść, która by mnie zachwyciła. Pecha mam:(

środa, 17 września 2008

Ogłoszono nominacje do Deutscher Buchpreis 2008

Quelle: deutscher-buchpreis.de

Dziś ogłoszono nominacje do najbardziej prestiżowej niemieckiej nagrody, Deutscher Buchpreis. Finalistów jest sześciu, zwycięzca zostanie ogłoszony 13 października na otwarciu Targów Książki we Frankfurcie. Oto finaliści:


Dietmar Dath "Die Abschaffung der Arten"
W miejscu, gdzie kiedyś była Europa istnieją tylko trzy miasta, w postaci labiryntu. Świat należy do zwierząt. Lew Cyrus, kieruje światem, istnieją teologowie i dyplomaci. Gdy cywilizacji grozi nieznany przeciwnik, lew wysyła dyplomatę wilka w miejsce, gdzie niegdyś była Ameryka Północna. W drodze snuje on rozważania o polityce, wojnie, zagładzie.


Sherko Fatah "Das dunkle Schiff"
Młody Irakijczyk, który uwikłany został wśród religijnych wojowników, ucieka do Niemiec, gdzie pragnie zmienić swoje życie. Powieść o ekstremizmie i jego postaciach w róznych społeczeństwach.


Iris Hanika "Treffen sich zwei"
Powieść o miłości, która spada na ludzi nagle. To powieść o Kreuzbergu, o namiętności i strachu, o seksie i pracy. Autorka wplata teksty piosenek oraz porady, używając lekkiego, dowcipnego języka.


Rolf Lappert "Nach Hause schwimmen"
Wilbur ma 1,50 wzrostu i niezbyt łatwe życie - jego irlandzka matka zmarła przy porodzie, szwedzki ojciec uciekł, a jego pierwszy dom to inkubator. Dopiero gdy dziadkowie zabierają go ze Szwajcarii do Irlandii poznaje co to dom. Wilbur wciąż jednak nie ma szczęscia. To pełna komizmu powieść o dorastaniu chłopca, wątpiącego w świat.


Ingo Schulze "Adam und Evelyn"
Kobiety kochają Adama, który szyje im piękne stroje. Adam kocha piękne koniety i Evelyn. Latem 1989 Evelyn przyłapała Adama in flagranti i zamiast z nim, wyjeżdża z koleżanką nad Balaton. Adam jedzie za nimi, swoim wartburgiem. Gdy okazuje się, że Węgry planują otwarcie granic na zachód, ucieczka i marzenia stają się możliwe, trzeba podjąć dezcyję. Tragikomedia, oparta na toposie Adama i Ewy.


Uwe Tellkamp "Der Turm".
Drezno, powieść o dopasowaniu się do systemu i o marzeniach, o planach wyjazdu. Panorama trzech generacji i ich pozycji w systemie upadającej NRD.


Na pewno nie uda mi się przeczytać żadnej z nich do targów. Największe zainteresowanie wzbudza we mnie powieść Iris Haniki, ze względu na miejsce akcji oraz książki Ingo Schulze i Uwe Tellkampa. Wciąż ciekawi mnie życie w NRD we wszystkich jego aspektach, a szczególnie dylematy prostych ludzi. Powieść Rolfa Lepparta również wydaje się być ciekawa. Najmniej pociąga mnie książka Dietmara Datha.

poniedziałek, 15 września 2008

"Mirandolina" Carlo Goldoni


Claudio Goldoni to osiemnastowieczny włoski komediopisarz, piszący szczególnie komedie charakter ów. Nigdy o nim nie słyszałam i pewnie dalej żyłabym w niewiedzy, gdyby nie "Mirandolina", którą planowałam obejrzeć w teatrze. Popędziłam więc do biblioteki i szybciutko przeczytałam tą króciutką sztukę. Treść jest bardzo prosta. Mirandolina prowadzi gospodę, w której zatrzymało się dwóch śmiertelnie zakochanych w niej szlachciców. Trzeci gość, należący również do wyższych sfer, nienawidzi kobiet i jest odporny na ich uroki. Mirandolina stawia sobie za punkt honoru uwiedzenie owego gościa. Oczywiście udaje się jej to, a na końcu i tak decyduje się na ślub z wybranym dla niej przez ojca służącym. Szalenie byłam ciekawa co zrobi z tą sztuką Deutsches Theater:) I zrobił coś naprawdę świetnego, o czym niebawem zamierzam napiać na innym blogu.

sobota, 13 września 2008

Aktulany stosik

Przedstawiam aktualny stosik, który rośnie i rośnie. Niewiele ubyło od poprzedniego razu, bo książki głównie biblioteczne czytałam. Kiedy ja się z nim uporam? Na zdjęciu nie ma ogromnego stosu czasopism, które niedawno dotarły z Polski. Stale mam konfliktów interesów, co czytać, czasopisma czy książki?

wtorek, 9 września 2008

"Karítas án titils" Kristín Marja Baldursdóttir

Na pewno nie jest to saga, jak twierdzi na okładce książki wydawca. Ale gdyby Kristin Marja opisała dalsze losy Karitas, powieść miałaby szanse stać się sagą, obejmującą conajmniej sto lat życia w Islandii. Lat, które w historii kraju przyniosły największe zmiany, nie tylko polityczne, ale również zmiany standardu życia Islandczyków. Ale nie o tym autorka opowiada. Karitas, główną bohaterkę, poznajemy jako nastolatkę, w latach dwudziestych XX wieku. Wraz z dwiema starszymi siostrami, trzema braćmi i matką prowadzi wciąż jeszcze beztroskie życie w zachodnich fjordach. Steinnun, jej matka, to silna kobieta. Mimo że jest wdową, postanawia umożliwić dzieciom lepsze życie, a drogą jaką obrała jest zapewnienie im edukacji. W tym celu planuje przeprowadzkę do Akureyri. W mieście dzieci pracują, poznają inny świat i faktycznie po kolei zdobywają wykształcenie. Karitas jako jedyna nie została jeszcze wysłana do szkoły - pracuje, by jej bracia mogli zdobywać edukację i marzy o nauce rysunku. W kolejnych rozdziałach autorka dalej opisuje burzliwe losy Karitas. Nie chciałabym jednak zdradzać całej fabuły, z pewnością ciekawej.
Innym, szalenie interesującym, aspektem książki jest opis życia w Islandii - życia trudnego, podporządkowanego naturze, ale również sielskiego, pełnego małych radości. Autorka szczególnie podkreśla rolę kobiet, które nie tylko opiekują się dziećmi, zajmują się wszystkimi pracami domowymi oraz gromadzeniem zapasów na zimę, ale przez większą część roku, gdy mężowie są na połowach, dbają o bezpieczeństwo i wykonują wszystkie męskie prace. To one podejmują decyzje, walczą i organizują każdy dzień, ufając swojej intuicji.
Wraz z Karitas poznajemy niemal całą wyspę - począwszy od zachodnich fjordów, poprzez leżące na północy Akureyri, wschodnie fjordy aż po leżącą u stóp lodowca osadę na południu wyspy. Baldursdóttir starannie opisuje krajobrazy, klimat i wpływ natury na życie ludzi w zależności od miejsca, w którym mieszkają. Wpływ na życie mieszkańców mają także stare wierzenia oraz sagi - wątki z elfami wplecione są bardzo umiejętnie, nienachalnie, nie dominują losów Karitas, ale nadają im pewną dozę tajemniczości.
To trzecia książka tej autorki, którą przeczytałam - na żadnej z nich się nie zawiodłam. Żałuję, że nie są dostępne polskiemu czytelnikowi, sama miałabym ochotę je przetłumaczyć:)
Parę słów jeszcze o stylu aut0rki. Kristin Marja praktycznie wogóle nie używa dialogów, karty powieści pełne są słów, od pierwszej po ostatnią linijkę, ale żadne z nich nie wydaje mi się być zbędne, choć czasami czułam się ich ilo ścią przytłoczona. Wpływ pewnie miały na to cienkie stronice i spora objętość książki. Wydanie, które czytałam, zawiera blisko 480 stron, jestem jednak przekonana, że komfort czytania zwiększyłoby wydanie powieści w innym formacie, obejmującym przynajmniej siedemset stron:)
Nie mogę nie wspomnieć o jednym negatywnym punkcie - tłumaczeniu imion. Ogromną irytację wzbudzała we mnie niekonsekwencja w tłumaczeniu imion i nazw własnych. W większości z nich zachowano oryginalną pisownię, lecz przy kilku, nie wiedzieć czemu, islandzkie litery zostały zmienione, tak że w jednym zdaniu można było napotkać imiona o różnej pisowni. Onomastyka jest moim konikiem, więc tego tłumaczce nie wybaczę:)
Niemniej książkę polecam, zwłaszcza wielbicielom nordyckich klimatów.

niedziela, 31 sierpnia 2008

"Pan Lehmann" Sven Regener


Pan Lehmann mieszka w Berlinie, konkretnie na Kreuzbergu. Już od dziewięciu lat i czuje się tam świetnie. Pracuje w jednej z knajpek Erwina, śpi w dzień i kręci się w swoim mikrokosmosie, który obejmuje tylko Kreuzberg 36. Jego świat jest zaburzony, gdy musi przejść przez jedną z ulic Neukölln, by dostać się do niemiłosiernie nudnego Kreuzbergu 61. Wyjazd do Charlottenburga jest już wyprawą. Franka Lehmann poznajemy tuż przed jego trzydziestymi urodzinami. Znajomi, pracujący w lokalach Erwina nazywają go Panem Lehmannem, ze względu na stateczny wiek, a Frank poznaje Katrin, w której się zakochuje i dowiaduje się, że do Berlina wybierają się rodzice. Ty wszystkie wydarzenia zmieniają uporządkowane życie bohatera. Frank swoje trzydzieste urodziny będzie obchodził 9 listopada, w dniu, w którym rozpadł się berliński mur.
Regener opisuje szczegółowo ulice Kreuzbergu, knajpy, życie bohaterów, które toczy się od jednego piwa, do drugiego piwa. Przez pierwszych niemal sto stron trudno było mi odnaleźć cokolwiek interesującego w tej historii. Jedynie opisy znanych mi miejsc trzymały mnie przy lekturze. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do stylu Regnera i doczytałam książkę do końca, nie znajdując w niej jednak niczego dla siebie. Styl Regnera nie jest łatwy - buduje on kolosalnie długie zdania, które mają śledzić tok myślenia Lehmanna. A tok ten często zakłócony jest przez alkohol i różne dziwne wydarzenia. "Głębokie" filozoficzne przemyślenia i dialogi bohaterów były dla mnie często tylko bełkotem podchmielonych błękitnych ptaków żyjących z jednego dnia na drugi:
"Er kommt sich noch großzügig dabei vor, wenn er die Leute zum Schnapstrinkenüberredte, dachte Herr Lehmann, dabei tut er das bloß, um selbst Vorwand zum Saufen zu haben, aber andererseits, dachte er, ist es auch nicht richtig, am Ende ist man immer selber schuld, wenn man Schnaps trinkt."


Jakoś nie mam szczęścia do wyzwaniowych książek, żadna dotąd mnie nie zachwyciła. Na razie robię przerwę i wracam do literatury islandzkiej.

31 sierpnia Blog Day - Dzień Blogu

Dziś blogowicze mają swoje święto. Tradycją tego dnia jest polecenie pięciu blogów, nie związanych tematycznie z własną dziedziną, które się czyta. Sęk w tym, że czytam li tylko blogi książkowe. Tak więc siłą rzeczy muszę się ograniczyć tylko do nich. Zaglądam na wszystkie, które mam w zakładkach. Zwrócić uwagę muszę jednak na blog prowincjonalnej nauczycielki, dzięki której bardziej zajęłam się swoim blogiem i poznałam świat książkowych blogów. Bardzo lubię również czytelnię, miasto książek, blog chihiro oraz bibliomanię.
Zaglądam jednak chętnie na każdy z zakładkowych blogów i dziękuję wam, że je piszecie. Bez was brakowałoby mi codziennego rytuału przeglądania blogów - jednoznacznego dla mnie niemal z codzienną prasówką. Happy Blog Day!

sobota, 30 sierpnia 2008

"Lekcje pana Kuki" Radek Knapp


Radek Knapp - Polak mieszkający we Wiedniu - opowiada historię i przygody młodego polskiego chłopaka, który po raz pierwszy postanawia wyruszyć na Zachód. Już samo słowo Zachód wzbudza w nim tęskne wizje świata rajskiego, cudwonego, kuszącego od dawna. Do swojej podróży przygotowuje się skrupulatnie, zasięgając rady u obytego z życiem na zachodzie pana Kuki. Uzyskane trzy rady okażą się być nienajlepsze, ale wpierw pomogą podjąć Waldemarowi decyzje o wyjeździe do Wiednia i zapewnić środek transportu, jakim jest autokar firmy Dream Travel. Autokar okaże być się rzęchem pełnym przemytników o podejrzanych zamiarach, a po przyjeździe do stolicy Austrii o życiu Waldemara kierował będzie przypadek oraz szczęście w nieszczęściu:)
Knapp dowcipnie opisuje perypetie Waldemara oraz wielu innych Polaków, szukających szczęścia na Zachodzie. To lekka, pełna humoru lektura, w sam raz na jeden wieczór. Irytującym był dla mnie jednak język książki. Knapp z pewnością celowo użył języka potocznego, prostego, bez wyszukanych metafor i rozbudowanych zdań. Czasem jednak wywierał on na mnie wrażenie wręcz prymitywnego, a niektóre zdania przypominały wymuszoną rozprawkę na poziomie szóstej czy siódmej klasy. Niestety tak się złożyło, że czytałam powieść w polskim tłumaczeniu, więc być może to tylko niedociągnięcia tłumacza. Nie przeszkadzało to jednak w przeczytaniu tej pozycji z uśmiechem na twarzy, zwłaszcza że temat jest mi dość bliski.
Wiedeń i wiedeńczycy odgrywają tu sporą rolę - wraz z Walemarem zwiedzamy zabytki, poznajemy punkty miasta istotne dla nielegalnego imigranta i dziwimy się sposobowi bycia wiedeńczyków. Pierwsze obserwacje Waldemara wyglądają tak:

"Autobus wjechał na Ring i zobaczyłem wreszcie pierwszych wiedeńczyków. Wyglądali na całkiem nieszkodliwych. Tyle że trudno było odróżnić ich od siebie. U nas na pierwszy rzut oka wiadomo, kto jest robotnikiem, a kto dyrektorem banku. A wiedeńczycy byli do siebie zdumiewająco podobni. Nosili prawie identyczne modne ciuchy. Na dodatek wszędzie unosiła się jakaś dziwna powolność."


Tak charakteryzuje wiedeńczyków pani Simackowa, od której Waldemar wynajmuje łóżko:

"Nie mam nic przeciwko obcokrajowcom. Wręcz przeciwnie, uważam, że wiedeńczycy powinni się cieszyć, iż cudzociemcy przyjeżdżają wyręczać nas w najcięższych robotach. Czyszczenie ubikacji, zamiatanie ulic i sprzedawanie gazet, to zajęcia nie dla nas, my jesteśmy na to zbyt wytworni. A mimo to nie przepadamy za obcokrajowcami. (...) To właśnie dla waszego dobra głosuję zawsze na wolnościową partię FPÖ. Żeby do naszego kraju nie przyjeżdżało jeszcze więcej Murzynów i nie zabierało wam pracy."


Polecam jako lekką lekturę na letni dzień.

czwartek, 28 sierpnia 2008

"Chłopiec z latawcem" Khaled Hosseini

To historia dwóch chłopców - wzrastających w Kabulu lat siedemdziesiątych. Chłopców bardzo podobnych - obaj nie mają matki, obaj wychowywani są przez ojców, obaj kochają latawce. Jednak Amir jest synem bogatego ojca, a Hassan jego sługą. I wiernym przyjacielem, na dobre i na złe, w każdej sytuacji. Amir takim przyjacielem nie jest, nie starcza mu odwagi. W końcu Hassan jest tylko Hazarą, członkiem gorszego narodu.
To zaledwie początek długiej historii, którą Hosseini zgrabnie opisuje. Rozpoczyna w roku 2001, gdy Amir snuje wspomnienia, opisuje swoje dzieciństwo i wspólne życie z Hassanem. Podążamy za tą historią do momentu powrotu Amira do Afganistanu.
Nie można odmówić Hosseiniemu talentu pisarskiego, ciekawej kompozycji powieści, umiejętnie skontrułowanych zdań, żywego opisu postaci, miasta i przyrody. Ja jednak ciągle miałam wrażenie, że jestem wodzona za nos, że autor tych wszystkich zabiegów użył celowo, by właśnie skomponować zgrabną i wciągającą powieść (co oczywiście powinno być celem każdego pisarza, tu jednak ciągle się o tą myśl potykałam). Nie mogłam wyzbyć śledzenia warsztatu pisarskiego Hosseiniego, odgadywania celu zabiegów pisarskich. Sama historia, z pewnością ciekawa i wzruszająca, wydaje mi się niewiarygodna. Każde z opisywanych wydarzeń z osobna ma racje bytu, ale przytłacza mnie nagromadzenie ich wszystkich w życiu jednej osoby. Hosseini nie rezygnuje z niczego: jest śmierć, choroba, samobójstwo, gwałt, walka wręcz. A little bit to much.
Bardziej interesowało mnie tło powieści: życie w przedwojennym Kabulu, afga ńskie zwyczaje, stosunek do religii i szczególnie sytuacja imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Ten temat wydaje mi się być wartym rozszerzenia i dyskusji, a zwłaszcza takie punkty jak asymilacja, zachowanie zwyczajów czy znajomości języka.
Dużym walorem powieści jest Kabul - przedwojenny, wojenny i ten, zajęty przez Taliban. Sugestywne opisy pozwalają wchłaniać miasto wszystkimi zmysłami - Hosseini opisuje zapachy, rośliny, bazar, życie na ulicy. Nie szczędzi też opisów miasta zniszczonego, zrujnowanego, zamienionego w ruiny, wśród których wegetują ludzie. Opisy obejmują też inne miasta afgańskie i pakistańskie - choćby dla nich warto sięgnąć po tą książkę.
Z pewnością warto sięgnąć po "Chłopca z latawcem", ja jednak chyba zbyt bardzo oczekiwałam "dzieła".

piątek, 22 sierpnia 2008

"Aimée & Jaguar" Erika Fischer

Książka to niezwykła, poruszająca temat trudny i na pierwszy rzut typowy - temat miłości w czasie wojny. Jednak nie jest to zwykła miłość. To uczucie łączy dwie kobiety: Niemkę i Żydówkę, które po raz pierwszy spotykają się w 1942 roku. Elisabeth Wust nazywana Lilly czy Aimée, matka czterech synów jest zwykłą dziewczyną, która zbyt wcześnie wyszła za mąż i zakończyła szaleństwa młodości, wiodąc życie przykładnej żony i matki. Nie interesuje się polityką i wojną. Dzięki przydzielonej jej pomocy domowej, poznaje Felice czyli Jaguara - piękną, młodziutką Żydówkę, żyjącą, mimo trudnych warunków, pełnią życia. Felice uwodzi Lilly i tak rozpoczyna się historia miłości szalonej, bezwarunkowej, pełnej czułości i oddania. Lilly nie wie, że Felice jest Żydówką, dowiaduje się tego od niej samej dopiero później. Od tego momentu ich miłość jest coraz bardziej rozpaczliwa, podświadomie dążąca ku nieuchronnemu.
Jednak nie historia związku dwóch kobiet była dla mie w tej powieści najciekawsza. Zupełnie nieznane mi były losy Żydów, mieszkających w Berlinie - ich próby uniknięcia deportacji, kończące się najczęściej egzystencją w ukryciu. Ale nie w zupełnym ukryciu, jak uczyniła to rodzina Anny Frank. Tutaj Żydzi igrają ciągle z ogniem, podszywają się pod inne osoby, prowadzą na pozór normalne (na ile to w czasie wojny możliwe) życie, ciągle walcząc ze strachem przed odkryciem. Tutaj odnajdujemy wojenny Berlin - wręcz z mapą w ręce można śledzić miejsca, gdzie spotykają się bohaterki, gdzie mieszczą się berlińskie instytucje i bunkry.
Nie są to jednak poetyckie opisy. "Aimée & Jaguar" napisana jest oszczędnym językiem - brak tu długich opisów, rozbudowanych zdań. Pokusiłabym się o nazwanie tej książki reportażem, a nie powieścią. Autorka surowo, wręcz sucho zdaje relacje z wydarzeń, przeplatając je opisem sytuacji w Berlinie oraz cytując wypowiedzi bohaterów i listy Felice oraz Lilly. Długo było mi trudno zaprzyjaźnić się z tym stylem. Oczekiwałam powieści, w całkowitym tego słowa znaczeniu, a trzymałam w rękach suchy opis wydarzeń. Dopiero w momencie aresztowania Felice książka mnie wciągnęła. Aresztowano ją 21 sierpnia 1944 - 21 sierpnia skończyłam czytać książkę. Wzruszył mnie ten zbieg okoliczności. Wzruszjące są zresztą listy obu kobiet - tak przepłnione miłością i czułością, a zarazem pozbawione kiczu, że aż wyjątkowe.
Historia Lilly i Felice stawia wiele pytań - nie tylko tych oczywistych, dotyczących holokaustu. Najbardziej zaciekawiła mnie przemiana w Lilly - z osoby, dla której sytuacja Żydów i propoganada Hitlera w najlepszym przypadku była obojętna w zwolenniczkę judaizmu. Jej początkowa postawa to z pewnością przykład setek, tysięcy osób, które w jakiś sposób umożliwiły to, co się wydarzyło. A jej przemiana jest tylko wynikiem miłości do Felice, obejmuje tylko płaszczyznę emocjonalną, nie sięga do przekonań politycznych. Drugi aspekt warty dyskusji, to życie Lilly po wojnie. Jak wyglądałoby jej życie gdyby Jaguar wrócił? Czy byłyby szczęśliwe? Czy miałaby dość siły na życie w związku homoseksulanym? Pytań i refleksji mam wiele i czekam niecierpliwie na kolejne recenzje tej książki:)

wtorek, 12 sierpnia 2008

Ciekawostki netowe

Buszując w poszukiwaniu ciekawych niemieckich blogów książkowych trafiłam na świetną stronę. Stronę stworzoną w formie portalu społecznościowego dla moli książkowych. Po zalogowaniu się można dodawać książki, tworzyć własne półki, pisać recenzje i co najlepsze w ten sposób odszukiwać innych uczestników, mających np. te same książki na półkach, pochodzących z tego samego miasta, czytających te same książki itd. Za aktywność na portalu zbiera się tzw. "ośle rogi". Funkcji jest sporo, a portal dopiero się rozwija. Jeśli macie ochotę, poznajcie lovely books.
Drugie odkrycie jest w duchu wyznaniowym. Na mapie świata umiejscawia się książki wg miejsca ich akcji. Stronka tu.

"Kradnąc konie" Per Petterson


Kolejna wyznaniowa książka - tym razem Oslo. Nie było łatwo ją zdobyć, ale zapisałam się na listę w bibliotece i za niewielką opłatą książkę mi zarezerwowano.
7 kwietnia 1990 roku wybuchł pożar na promie "Scandinavian Star", na skutek którego zgnięli rodzicie i dwaj młodsi bracia narratora. To powieść z elementami autobiograficznymi. Narrator, kilka lat po tragedii, wciąż boryka się z jej skutkami. Nie radzi sobie z własnymi uczuciami wobec zmarłego ojca, który był osoba diametralnie różną od niego. Nie potrafi znaleźć wspólnego języka ze starszym bratem, który również pochłonięty jest żałobą. Arvida, głównego bohatera spotykamy na jednej z ulic Oslo, gdy stoi przed księgarnią, w której niegdyś pracował. Z urywanych wspomnień, krótko szkicowanych wydarzeń i przemyśleń Arvida pomału wyłania się obraz jego aktualnej sytuacji psychicznej i życiowej. Miota się on między wspomnieniami, miejscami swojego dzieciństwa, a jego mieszkaniem w ponurym bloku. Jego życie po katastrofie uległo diametralnej zmianie - nie jest już poczytnym pisarzem, opuściła go żona i nie ma prawa widzenia swoich córek.
Styl Pettersena jest bardzo surowy, wiele zdań jest bardzo krótkich, wręcz urywanych i wymaga sporej koncentracji czytelnika.
Długo szukałam na kartach książki Oslo - wśród mrocznego, zimnego, wciąż zaśnieżonych lub deszczowych bloków. Bloków, które mogłyby być wszędzie. Dopiero w połowie książki natykamy się na fjordy, nazwy dzielnic, zatłoczone ulice - wciąż zimne, wręcz mroźne, nieprzyjazne. Ja Oslo tu nie odkryłam - odniosłam wrażenie, że miasto nie odgrywa tu istotnej roli.
Nie da się ukryć, że książka mnie rozczarowała, zarówno wyzwaniowo jak i swoją treścią, czy też może sposobem jej przekazania. Sam styl pisania Pettersona jest bardzo ciekawy, zachwycił mnie sposób konstrukcji zdań. Nie wciągnęła mnie jednak historia Arvida i książkę tylko i wyłącznie skończyłam czytać ze względu na wyzwanie i trudności z jej zdobyciem. Nie jestem pewna, czy sięgnę po pierwszą powieść tego autora.

sobota, 9 sierpnia 2008

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa


To historia wielkiej miłości, miłości grzecznego chłopca do niegrzecznej dziewczynki. Fabuła podzielona jest na siedem części, z których każda opisuje inny etap życia i miłości do niegrzecznej dziewczynki. A owa niegrzeczna dziewcyznka to skandalistka, perfidna osoba, żądna bogactwa i luksusu, gotowa dopuścić się każdego szelmostwa, by osiągnąć swój cel. Nigdy nie zdradza swego pochodzenia, szczegółów ze swojej przeszłości, nigdy nie można być pewnym czy nie wymyśla kolejnej historii. Zarazem jest niesamowicie piękna i świadoma swej urody. Grzceny chłopiec - Ricardo - to skromny chłopak z jednej dzielnic Limy. Poznajemy go jako ucznia, króty pewnego lata poznaje Chilijeczkę - piękną, śmiałą i pewną siebie dziewczynę, która rzekomo przybyła z Chile. Tak nagle jak przybyła, znika, po wykryciu jej oszustwa. Marzeniem Ricarda jest wyjazd do Paryża. I następnym razem spotykamy go właśnie w tym mieście, gdzie po wielu latach biedowania zostaje tłumaczem przy UNESCO. Gdy przypadkiem spotyka Chilijeczkę w innym wcieleniu, jego miłość wraca z całą siłą, romantyzmem i tkliwo ścią, by nie opuścić go już nigdy. W kolejnych etapach autor opisuje wybryki niegrzecznej dziewczynki, skromne życie Ricarda oraz przede wszystkim jego przemyślenia na temat własnych uczuć. Jednak Llosa nie ogranicza się tylko studium psychologicznego historii niezwykłej miłości, a także opisuje sytuację polityczną w Peru, na Kubie a także w Europie. Wiele miejsca poświęca także na opis Paryża - ukochanego miasta Ricarda.
Llosa prowadzi swoją narrację z wielką starannościa, wręcz leniwie, budując długie i niezwykle rozbudowane zdania - zwłascza na początku powieści. Dlatego też czytając pierwszych kilkanaście stron nie byłam przekonana do tej powieści. Jednak mimo tak niespiesznego sposobu przedstawiania wydarzeń, powieść wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam jej odłożyć. To znów książka z kategorii tych, o których trzeba myśleć, gdy się jej akurat nie czyta.
Z wielką uwagą i pieczołowitością autor opisuje sceny erotyczne, wyznania miłosne, "banały" Ricarda, jak je nazywa niegrzeczna dziewczynka - łatwo w takich momentach o otarcie się o kicz, na co akurat bardzo jestem wyczulona. Muszę jednak przyznać, że Llosie udało się to znakomicie.
Przeczytałam już kilka książek Llosy, ale dotąd nie miałam konkretnego zdania na temat jego pisarstwa. Każda z jego powieści wydawała mi się zupełnie inna. Tą niniejszym oceniam jako najlepszą z dotąd przeze mnie przeczytanych.

wtorek, 5 sierpnia 2008

"Pan Norris się przesiada" Christopher Isherwood

Berlin to pierwszy przystanek mojego miejskiego wyzwania. To miasto szczególnie mi bliskie, tak więc moje oczekiwania wobec książki Isherwooda były wysokie.
William Bradshaw - Anglik, mieszkający w Berlinie - poznaje w pociągu pana Norrisa. Osoba to bardzo oryginalna, dystyngowana, posługująca się wyszukanym słownictwem i mająca eleganckie maniery. Nic dziwnego, że od pierwszych chwil fascynuje on narratora powieści. Nawiązana w pociągu znajomość przeradza się w przyjaźń. William, wciąż pozostający pod urokiem Norrisa, przyjmuje zagadkowe wyjaśnienia, dotyczące jego zajęć i finansów, poznaje wraz z nim świat prostytutek oraz angażuje się po troszę w działania partii komunistycznej. Jego zainteresowania i przyjaźni do Norrisa nie zachwieją wskazówki znajomych ani wątpliwe tłumaczenia Arthura dotyczące jego zajęć. Krok po kroku William zbliża jednak się do poznania prawdziwego Arthura.
Isherwood opisuje postaci i wydarzenia bardzo dokładnie, wręcz fotograficznie. Wiele miejsca poświęca na szczegółowe opisy wyglądu i mimiki postaci, szczególnie Arthura Norrisa. Ten styl powoduje, że akcja powieści toczy się powoli, ró∑nocześnie nie nudząc czytelnika.
A co z Berlinem? Berlin tutaj to głównie atmosfera. Atmosfera nienawiści, rewolucji, niepokoju i dochodzenia nazistów do władzy. Czytelnik gdzieś ją miedzy wierszami przeczuwa, ale więcej miejsca na jej opis Isherwood poświęca dopiero w połowie książki oraz w ostatnim rozdziale, który poniekąd jest konkluzją i podsumowaniem całej narracji Bradshawa.
Dla mnie to zbyt mało, odczuwam niedosyt - oczekiwałam bardziej namacalnych opisów miasta, odszukiwania znanych mi ulic i realistycznych opisów stolicy w latach trzydziestych.
Mimo że książka mi się podobała, raczej nie planuje w najbliższym czasie sięgnięcia po kolejne utwory Isherwooda. Raczej sięgnę najpierw po inne książki z Berlinem w tle.

niedziela, 3 sierpnia 2008

"Lexikon der bedrohten Wörter II" Bodo Mrozek

Druga część leksykony słów zagrożonych. Mrozek znów opisuje szereg słów zapomnianych oraz tych, które mają za sobą bardzo krótką karierę. Każdemu z nich poświęca osobną notkę, gdzie dowcipnie i celnie szkicuje użycie, etymologię i przyczyny zniknięcia danego słowa. Wiele ze słów opisanych przez Mrozka, zostało zgłoszonych na specjalnie w tym celu założonej stronie. Jeśli ktoś chce ratować ginące słowa, może to uczynić tu.

piątek, 1 sierpnia 2008

Biblioteka

Tak jest, zapisałam się do biblioteki! Pierwsze podejście, przedwczoraj, było nieudane - wzięłam paszport, ale nie zabrałam potwierdzenia meldunku. Byłyśmy niepocieszone - ja i córka - bo obie nastawiłyśmy się na wypożyczenie książek. Na drugi dzień poszłam sama - wszystko poszło jak po maśle i po paru minutach byłam posiadaczką karty bibliotecznej i bogatsza o wiedzę korzystania z biblioteki. Bardzo podoba mi się katalog online i możliwość zamawiania książek z domu, również z innych bibliotek. Sama biblioteka jest dobrze zorganizowana - mieści się na 3 piętrach, wszystko przestronne, na każdym piętrze stanowisko bibliotekarza i komputerowe, a na samej górze dział dla dzieci i młodzieży. Tam książki posortowane są tematycznie - książki dla maluchów ustawione są w wielkich skrzyniach, które znowu mieszczą się w wielkim kącie do zabawy. Dzieci mają okazję pooglądać książki i samemu wybrać coś dla siebie. Żałuję, że wcześniej nie odkryałam tego miejsca - musimy nadrobić zaległości i wybrać się z córką niebawem. Tymaczasem wypożyczyłam jej kolejną część przygód Elmerka, którą już kilkakrotnie przeczytałyśmy. A po co ja szłam do biblioteki? Miałam nadzieję znaleźć książki wyzwaniowe. Przede wszystkim szukałam Isherwooda, bo ani w amazonie, ani na ebayu nie mogłam "Pana Norrisa" dostać. Akurat tą książkę znalazłam ale poza tym wszystko wypożyczone. Rushdiego próbuję właśnie dostać za rozsądną cenę na ebayu. Jeśli nie dostanę pozostałych, chyba zmienię listę lektur.