poniedziałek, 1 czerwca 2009

"Tajemnica" Jurij Andruchowycz


Nie bardzo wiem, jak zrecenzować tę książkę. Nie żałuję, że przeczytałam - w końcu to moje pierwsze spotkanie z literaturą ukraińską. Nie żałuję również ze względu na sporą obecność Berlina. Jurij Andruchowycz tworzy właściwie autobiografię ale czyni to w pomysłowy sposób, w formie wywiadu-rzeki, prowadzonego przez wymyśloną przez niego postać. Osoba ta zna więc Jurija jak nikt inny i stawia pytania, których ktoś obcy z pewnością by nie postawił. Poznajemy więc życie w ZSRR, studia, czas wojska i wreszcie podróży. Opowieści Jurija przeplatane są dygresjami o życiu, o twórczości, co tu pisać o wszystkim niemal. Czasem ciężko jest podążać za chronolgią wydarzeń, wśród niedokończoncyh wątków szukać trzeba kontynuacji ale przekonana jestem, że owa ciągłość wcale nie była zamierzona. Nie jest to wszakże typowa bopgrafia, z której dowiadujemy się, kiedy i co robił autor, a raczej rozważania o szukaniu miejsca na ziemi, o fascynacji Europą Środkowo-Wschodnnią czy o istocie tworzenia. Musze przyznać, że pod koniec książka utraciła rozpęd a zagubiła się w niejsanych dygresjach i wątkach, które trudno mi było zrozumieć, które nawet nie zawasze chciałam zrozumieć. Wyraźnym plusem jest język - czasem dosadny, wręcz soczysty, gawędziarski, dzięki któremu udało mi się ukończyć czytanie.

Jurij Andruchowycz, Tajmenica, tł. Michał Petryk, 339 str., Czarne.

piątek, 29 maja 2009

"Engin spor" Viktor Arnar Ingólfsson


Kolejny kryminał Viktora Arnara - w mooim odczuciu to jednak bardziej niemal saga rodzinna i dobry kawałek historii dwudziestowiecznej Islandii niż kryminał. Swoją opowieść oplata autor wokół wątku morderstwa Jacoba Kielera juniora - potomka znanej i szanowanej rodziny mieszczańskiej. Ciało Jacoba odnajduje jego gospodyni i w tym momencie rozpoczyna się zadziwiające śledztwo. Akcja powieści toczy się na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pełna podziwu śledziłam drobiazgowe opisy ówczesnych metod śledczych - sposobu analizy odcisków palców i innych obiektów znalezionych w miejscu zbrodni. Jestem pełna podziwu wobec wiedzy autora. Rozdziały, dotyczące śledztwa przelatane są fragmentami dziennika, jaki przez całe swoje życie prowadził ojciec ofiary. Był on wybitnym inżynierem, którego pasją i idee fixe było wybudowanie na Islandii kolei. Dzięki zapiskom z dziennika poznajemy jego życie, walkę o realizcję marzeń, warunki życia w Isladnii, aktualne wydarzenia polityczne i ich odbiór a także życie codzienne. Akcja nabiera rumieńców gdy dowiadujemy się, iż Jacob Kieler senior czyli ojciec ofiary zginał w niemal identyczny sposób. Viktor Arnar również szczegółowo opisuje policjantów biorących udział w śledztwie - każdy z nich ma zupełnie inną osobowość i mam wrażenie, że można było poświęcić więcej czasu na jeszcze bliższe ich naszkicowanie. Dla miłośników Islandii piękne zapewne będą również opisy przyrody islandzkiej. Bardzo podobała mi się ta powieść i podziwiam autora za wiedzę i z pewnością drobiazgowe badania, które poprzedziły pisanie.

Viktor Arnar Ingólfsson, Haus ohne Spuren, tł. Coletta Bürling, 366 str., Lübbe.

wtorek, 26 maja 2009

"Afturelding" Viktor Arnar Ingólfsson


Miałam ochotę na coś lekkiego i przyjemnego więc przyniosłam sobie kilka islandzkich kryminałów. Zaczęłam od Viktora Arnara, którego "Rätsel von Flatey" (Zagadka wyspy Flatey) szalenie mi się swego czasu podobała. "Bevor der Morgen graut" to drugi kryminał tego autora - niestety nie pamiętam imienia policjanta, prowadzącego śledztwo w pierwszej książce ale mam wrażenie, że nie ma tu postaci łączącej obie powieści.
Tutaj mamy do czynienia z moderstwami osób polujących na gęsi - morderca osacza je wczesnym rankiem i urządza polowanie na myśliwych. Śledztwo prowadzi dwóch policjantów - oboje są na swój sposób ciekawi. Jeden z nich pochodzi z Wietnamu, a drugi został wychowany przez samotną matkę Niemkę. Rózni ich niemal wszystko - wygląd, sylwetka, zwyczaje, sposób bycia - mimo to tworzą zgrany zespół i świetnie się uzupełniają.

Viktor Arnar dość ciekawie szkicuje tło morderstw, postaci w nie uwikłane - ich pochodzenie, uwikłanie środowiskowe, problemy. Wszystko mocno osadzone w Islandii - czuć klimat, naturę, problemy. To akurat dla mnie bardzo istotny aspekt. Dość szybko zaczęłam podejrzewac, kto jest mordercą myśliwych, ale autor potrafił tak zagmatwać zagadkę, źe po pewnym czasie nie byłam pewna. Samo zakończenie wydaje się być dość pospieszne i momentami wręcz niewiarygodne ale nie ujęło to w moim przypadku ani krzty przyjemności czytania. Powieść połknęłam dosłownie w niecałe dwa dni. Zabieram się czym prędzej za trzeci kryminał Viktora Arnara.


Viktor Arnar Ingólfsson, Bevor der Morgen graut, tł. Coletta Bürling, 335 str., Lübbe.

niedziela, 24 maja 2009

"Skugga-Baldur" Sjón


Sjón jest tajemniczy, pisze pod pseudonimem wiersze, teksty piosenek, scenariusze i powieści. Powieści bardzo poetyckie. "Skugga-Baldur" to powieść skąpa w słowa, bardzo poetycka ale nie nudna! Nie przepadam za poetyckimi powieściami i dlatego nie zachwyciła mnie Steinunn ale Sjón jest po prostu świetny! Zbyt szybko przeczytałam tę książkę - śledziłam akcję i zagadkę Abby nie koncentrując się należycie na doborze słów, wyrafinowanych, poetyckich porównaniach i szkicu islandzkiej natury.
Co tak mnie wciągnęło? Historia pastora Baldura, który zatraca się w szaleńczej pogonii za lisicą przez pustkowia i góry, gdzie walczy o przeżycie zaskoczony przez groźną islandzką naturę. Zaciekawiła mnie historia Abby - dziewczyny odnalezionej na statku, który uległ katastrofie u wybrzeży Islandii. Abba jest upośledzona i okrutnie traktowana. Przypadkiem zostaje odnaleziona przez Friðrika Friðjónssona, który właśnie wrócił do Islandii po ukończonych w Danii studiach przyrodniczych. Co łączy Abbę i Baldura? Jaką rolę odgrywa tu natura i lisica? Odpowiedzi, a także szerokie pole do rozmyślań daje czytelnikowi autor. Mnie interesowały również opisy dziwiętnastowiecznej Islandii oraz warunków życia ówczesnych mieszkańców. Fascynująca lektura!!
P.S. Mam pytanie, do osób, które czytały powieść w polskim tłumaczeniu. Jakiego koloru jest lisica, którą próbuje ustrzelić Baldur? Jak przyjeśliście tytuł powieści? Czy tłumacz wyjaśnia znaczenie tego tytułu? I wreszcie kto przetłumaczył tę powieść na polski? Dziękuję z góry!

Sjón, Schattenfuchs, tł. Betty Wahl, 126 str., Fischer.

sobota, 23 maja 2009

Północ w ogrodzie dobra i zła" John Berendt


Od czasu do czasu należy poczytać w innych językach niż zazwyczaj - trafiło więc na Johna Berendta i jego bestseller. Rzecz dzieje się w Georgii w mieście Savannah. Nowojorski dziennikarz zafascynowany tym miastem, przeprowadza się tam i opisuje najprzeróżniejszych mieszkańców - poczynając od nieprzyzwoicie bogatego Jima Williamsa, poprzez czarnoskórą drug queen na właścicielu klubu muzycznego kończąc. Berendt opisuje błyskotliwie, przytaczając wiele anekdot i dykteryjek, przy okazji opisując szczegółowo miasto i życie w nim. Praktycznie cała pierwsza część powieści to zbiór charakterów z Savannah w roli głównej. Akcja przyspiesza gdy Williams zabija swojego współpracownika - niedojrzałego, uzależnionego od alkoholu furiata - Dannyego. Druga część książki to opisy procesów sądowych i działań Williamsa. Berendt nie porzuca jednak mieszkańców Savannah i stale informuje czytelnika o ich rozmowach, poczynaniach i ich stosunku do morderstwa. Z pewnością jest to błyskotliwa książka ale na pewno o wiele ciekawsza do osób, mających emcjonalny stosunek do Savannah - a przynajmniej do tych, którzy odwiedzili to miasto i znają słynny Mercer House (rezydencję Williamsa). Wprawdzei byłam w Georgii ale niestety nie w Savannah i niezliczone opisy po jakimś czasie mnie nużyły. Podejrzewam również, że gdybym czytała tę książkę w bliższym mi języku , bardziej bym ją doceniła. Niestety mimo że nie miałam problemów ze zrozumieniem, nie jestem w stanie ocenić stylu i narracji autora. Dla mnie to było li tylko ćwiczenie. Przerzucam się na razie na niemiecki;)

John Berendt, Midnight in the garden of good and evil, 386 str., Random House.

piątek, 22 maja 2009

"Filary ziemi" Ken Follet


Dałam sobie kilka dni oddechu ale nie ciągnie mnie zupełnie do powrotu do Folleta. Mnóstwo ciekawych lektur uśmiecha się do mnie s niebotycznego stosu, a Follet leży porzucony na podłodze obok biurka i nawet nie poszeptuje. Czas więc na parę słów i próbę podsumowania dlaczego właściwie nie? Bo zaczyna się nieźle - mamy kamieniarza, który wędruje przez średniowieczną Anglię w poszukiwaniu pracy. Prowadzi ze sobą rodzinę: dwoje dzieci i żonę w ciąży. Zbliża się zima, rodzina nie ma środków do życia i niestety marne widoki na pracę. Mamy klasztor i mnicha, który wychował się wśród murów klasztornych po tym jak zamordowano jego rodziców, mamy rozgrywki o władzę po śmierci króla. I co jeszcze? Mamy drobniutki druk, blisko 1200 stron i kilometrowe opisy. Opisy szczegółów, które ani nic nie wnoszą do akcji, ani nie dodają kolorytu powieści. Mamy długaśne retrospekcje, które równie rozwlekle wspominają losy nowo poznanych postaci. I nawet mimo tych tasiemców doczytałabym książkę, gdybym miała w perspektywie 300 może 400 stron, ale ten dalszy tysiąc mnie dosłownie przytłaczał. Ciągle zastanawiałam się czy redaktor w ogóle coś przyciął z oryginały, a jeśli tak to ile tysięcy stron opisów wyprodukował Follet i właściwie po co? Rozumiem, źe "Filary ziemi" to z załoźenia czytadło - ale jednak mam inne pojęcie o lekkich powieściach. Nie sądzę, źe mam ochotę poświęcać więcej czasu Folletowi, to juź wolę przeczytać dobry kryminał.


Ken Follet, Filary ziemi, tł. Gabriele Conrad, Till Lohmeyer, Christel Rost, 1165 str., Bastei Lübbe

poniedziałek, 18 maja 2009

Ratunku!

Czytam, a właściwie męczę "Filary ziemi" - przeczytałam 250 str. z blisko 1200. I nie wiem co zrobić - czarno widzę perspektywę czytania kolejnego niemal tysiąc stron tych nud. Zastanawiam się, co ludzie w tej książce widzą, że taka słynna i obdarzona ochami i achami? Czytaliście? Warto się dalej męczyć? Gdy czytam to jeszcze jakoś leci, mimo rozwlekłych opisów i retrospekcji, ale jak odłożę książkę, to leży i czeka na zlitowanie. W międzyczasie rozpoczęłam "Midnight in the garden od good and evil" Johna Berendta, choć nigdy nie czytam dwóch książek na raz. Co robić, co robić????

poniedziałek, 11 maja 2009

Podsumowanie wyzwania historycznego

Miałam ambitne plany, naprawdę chciałam przeczytać kilka książek historycznych, a niestety nie przeczytałam nic - ani jednej książki. Straciłam serce do wyzwania, mimo że trzy z zaplanowanych lektur mam w domu. Będą musiały, biedaczki, poczekać na lepsze czasy. Być może niebawem, bo będę miała duuuuużo więcej czasu na czytanie. Za to znacznie zredukowałam stosik najbliższy memu łóżku, co mnie bardzo cieszy:)

"Candy" Kevin Brooks

Nigdy nic nie słyszałam o Kevinie Brooksie, nie miałam pojęcia, że produkowane są zajawki nowych książek podobne do filmowych. Uświadomiło mnie wydawnictwo Media Rodzina, które właśnie wydaje podobno kultową książkę tegoż autora pt. "Candy". Zajawka wzbudziłą moją ciekawość, więc wrzucam link do filmiku i mam nadzieję niebawem zapoznać się z prozą Brooksa. A wy już Brooksa czytaliście?

niedziela, 10 maja 2009

"Lala" Jacek Dehnel


Przeczytałam, a właściwie niespiesznie wysmakowałam wspomnieniową książkę Jacka Dehnela. Nie jestem w stanie powiedzieć czy mi się podobała - są elementy, które mnie zachwyciły, ale brakuje mi czego ś, co uczyniło by tę książkę genialną. Sama tematyka jest bardzo bliska memu sercu - genealogią mojej rodziny zajmowałam się intensywnie i przez rozmowy z babcią próbowałam nadać życia suchym faktom.
Jacek Dehnel nie prowadzi wprawdzie badań genealogicznych ale notuje wspomnienia, przypowiastki i anegdoty babci. Babcia jego to kobieta zdumiewająca - energiczna, wyedukowana, zaskakująca. Babcia snuje swoje opowiadanai stale, rozpoczyna przy śniadaniu, przerywa, by skomentować rzeczywistość i kontynuuje w zupełnie innym miejscu. Chronologia dla nie jest - wraca, wspomina, odbiega, operuje mnóstwem nazwisk. Jacek stara się kontrolować ten potok wspomnień, nawraca babcię na "poprawną" drogę, notuje, uśmiecha się i cierpliwie wysłuchuje tej samej historii po raz enty. Właśnie te babcine wspominki czytałam wolno, odkładając raz po raz lekturę, wracając, ale też odczuwająć znużenie.
Za dużo ciekawszą część odbieram rozdziały, w których wnuk opisuje starzenie się babci - jej stopniową zapominalskość, plątanie faktów, złośliwe zachowania, aż wreszcie fizyczno ść, która zaczyna dominować czas spędzany z babcią. Babcia dziecinnieje, utrudnia opiekę nad sobą czyniąc z niej próbę nerwów dla córki czy wnuka. Ujął mnie sposób w jaki Dehnel to opisuje, zachowując takt ale nie upiększając niczego, ujęła mnie jego szczerość i odwaga w ukazaniu odchodzenia osoby kochanej. Mam wrażenie, że to temat poniekąd tabu, nieczęsto brany na warsztat pisarski, a już na pewno nie przez tak młodego pisarza.
Podoba mi się polszczyzna Dehnela ale trochę denerwowały mnie poetyckie dygresje, które niekoniecznie muszą być złe. Ja akurat takich poetyckich wtrętów nie lubię.
Mimo że nie stałam się fanką Dehnela po tej książce, ciekawa jestem jego "Balzakiany".

Jacek Dehnel, Lala, 403 str., W.A.B.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Dziecięce lektury odsłona druga

Jesteśmy fankami Pawła Pawlaka i nie mogło zabraknąć u nas tych książeczek:



Psot i Kleks nie pałają do siebie miłością, jak to psy i koty mają w zwyczają. Kleks jednak chodzi do psiej szkoły, o której marzy także Psot. Sprytny kot przebiera się za pieska i wybiera do szkoły. Ilustracje Pawlaka są cudne, żywe, najlepsza jest pani Kosteczko;)

I tu mamy kota Herberta. Herbert jest samotny i uwielbia przesiadywać w bibliotece. Trafia tam na książkę o czarownicach, z której się dowiaduje, że kochają one czarne koty. Herbert wybiera się na poszukiwanie czarownicy, bz zostać jej kotem. Jego pytanie "Przepraszam, czy jesteś czarownicą?" na stałe weszło do naszego języka, a Trzyipółlatka zakładając skarpetki w paski twierdzi, że jest stuprocentową czarownicą. Żałujemy bardzo, że książeczka tak szybko się kończy, chętnie poznałybyśmy dalsze przygody Herberta.

Obie książki wydało wydawnictwo Muchomor.


To pierwsza z książeczek o Pettsonie w naszej kolekcji. Od razu polubiłyśmy starego Pettsona i jego kociaka Findusa. Tutaj Pettson wspomina chwilę gdy dostał Findusa i jak to wpłynęło na jego samotne życie. Niebawem jednak kociak się gubi i Pettson szuka go wszędzie. Barwne, pełne szczegółów ilustracje i ciekawa historia to największe atuty tej książki. Na pewno kupimy inne części. Seria o Pettsonie i Findusie ukazuje się w wydawnictwie Media Rodzina, a więcej o bohaterach moźna dowiedzieć się na specjalnie im poświęconej stronie.


Mimo, że teksty są jeszcze troszkę zbyt trudne dla mojej Trzyipółlatki chętnie zaglądamy do "Niesfornego alfabetu" Grzegorza Kasdepke. Każda z literek dowcipnie zilustrowana jest językowo tak że chętnie śledzimy jakie perypetie towarzyszą literkom. Zauważyłam kilka innych pozycji wydawnictwa Literatura, które z pewnością kiedyś nabędziemy, np. "Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze" czy "Dranie w tranie".


Kolejną bardzo lubianą przez nas pozycją są "Lulaki, pan Czekoladka i przedszkole" tego samego wydawnictwa - rytuał porannego budzenia przejęłyśmy całkowicie od Hubercika i jego mamy. Teraz lulaki zamieszkały i w naszym domu. A i Trzyipółlatka odkrywa w przedszkolnym dniu Huberta wiele podobieństw z jej przeżyciami. Mnie niezbyt podobają się ilustracje.

Lektury dziecięce

Nasza biblioteczka powiększa się coraz bardziej, głównie mamie nudzą się lekturki. Chciałam przedstawić nasze najnowsze nabytki.
Zakochałyśmy się w książeczka wydawnictwa Zakamarki - ja wspominam ukochane książki z dzieciństwa. Dotąd mam przed oczami radość z jaką czytałam "Dzieci z Bullerbyn". Pamiętam, że dostałam je latem, mając 5,5 roku i czytałam w letniej trawie, nie mogąc się oderwać. Pamiętam też I. klasę i pierwszą wizytę w szkolnej bibliotece. Pani bibliotekarka całej klasie objaśniła funkcjonowanie biblioteki i na koniec spytała nas o ulubionych autorów. Jak dziś pamiętam mój dumny głos gdy powiedziałam Astrid Lindgren! A teraz moja Trzyipółlatka uwielbia Bullerbyn i Lottę:)


O Bullerbyn na razie mamy tę książeczkę - piękną, ciepłą, inspirująca do rozmów. Zaglądamy do niej niezależnie od pory roku. Trzyipółlatka marzy o fińskich sankach, nazywa lale Kerstin i ciągle dopytuje która dziewczynka to Lisa, a która Anna. Astrid Lindgren wyczarowała taką atomsferę bożonarodzeniową, jaką chyba każdy z nas pamięta z dzieciństwa - magiczną i wzruszającą.


Druga książeczka Lindgren to opowieść o Lotcie. Trzyipółlatka dostała ją z okazji Wielkanocy i lepiej jej babcia trafić nie mogła. Poznajemy tutaj szwedzkie tradycje święateczne - szukanie jajek (my szukamy w niedzielę, Szwedzi w sobotę) oraz przebieranie za czarownice. Równocześnie dowiadujemy się, że Szwedzi jedzą za mało słodyczy i Grek Vasilis zmuszony jest zamknąć swój sklepik ze słodyczami na ulicy Awanturników. Lotta to rezolutna dziewczynka, która świetnie sobie radzi sama. Trzyipółlatce najbardziej przypadło do gustu imię Mii-Marii:)


Kochamy Pippi! Oglądamy obrazki, opowiadamy treść i dziwimy się pomysłom rezolutnej Pippi. Tekstu na razie jest trochę zbyt dużo dla Trzyipółlatki ale to jej nie przeszkadza - niezmiennie prosi mnie o takie warkocze jak ma Pippi:) Myślę, że "Czy znasz może Pippi Pończoszankę" będzie bardziej dostosowane do wiku mojej córki więc planujemy zakup.


Najczęściej sięgamy po Nusię. Nusi marzy o rodzeństwie, bo "w pokoju Nusi jest za cicho i Nusia ma już tego dosyć". Trzyipółlatka jest tego samego zdania i z wielką chęcią śledzi peryptie Nusi i przybranych braci łosi, którzy na braci się jednak nie nadają. Okazuje się, że moja Trzyipółlatka do Nusi jest bardzo podobna i tak jak ona kocha porządek i Lalonę:)

Wszystkie książeczki wydało wydawnictwo Zakamarki.

Zastój czytelniczy.

"Rozmów o Bogu" nie skończyłam, co więcej przebrnęłam przez kilkanaście pierwszych stron i odłożyłam. Pełna zapału wzięłam się za "Suite francaise" Irène Némirovsky. Miał to być pełen rozmachu szkic zachowań ludzkich osób uciekających z Paryża - ich stosunku do wojny, do bliźnich, sposobu radzenia sobie z ucieczką. Autorka wprowadza kilka głównych bohaterów i opisuje ich losy na zmianę - to dumny pisarz, bogata rodzina z piątką dzieci, skromne małżeństwo. Każda z tych osób inaczej przeżywa ucieczkę. Némirovsky szczegółowo opisuje wydarzenia i odczucia bohaterów ale mnie nudzi. Wzięłam książkę do poczekalni u lekarza, żeby nie mieć wyboru ale mimo 120 przeczytanych stron odkładam.
W sobotę wyjeżdżam i zabieram ze sobą tylko polskie książki:)

czwartek, 16 kwietnia 2009

Nie wiem co czytać?

Pogrupowałam ksiązki w dwa stosy - ten na nocym stoliku wymaga przeczytania w linii pierwszej, bo wiele zawartych w nim ksiązek czeka na swoją kolej od dawna. Drugi oddaliłam nieco przestrzennie ale spoglądam na niego łakomie z brzegu łózka i kontempluję zawartość....
Od kilku dni noszę ze sobą ksiązkę z zakładki ale poza wstępem nie przeczytałam jeszcze ani jednego zdania. Za to nadrobiłam zaległe WO:)

"Bieguni" Olga Tokarczuk

"Biegunów" przeczytałam juz przed świętami ale nie wiedziałam jak zabrać się za recenzję. To taka powieść, nie powieść. Bardziej zbiór myśli, notek, cytatów, historii i spostrzeżeń. Czasami bardzo przypominał drukowane niegdyś w DF myśli Kapuścińskiego (nie pomnę tutyłu niestety). Tokarczuk tematycznie obraca się w motywie podróży, ruchu, zmienności i to właściwie jedyne nawiązanie do tytułu. Trochę czułam się zawiedziona, bo spodziewałam się zupełnie innej treści - spodziewałam się powieści a nie zbioru fragmentów. I o ile każdy z tych fragmentów wydaje się być ciekawy, to przeczytane razem, w ciągu zaledwie dwóch - trzech dni rozymwają się, scalają w jedność. Po kilku dniach od lektury pozostają tylko wyrywki - wspomnienie preparatów, zmumifikowanych ciał, historii zagubionej żony i syna czy żeglarza Eryka. Obawiam się, że za kolejnych kilka dni nie pozostanie nic. Dopiero teraz widzę, że Tokarczuk stworzyła książkę do czytania na wyrywki, do smakowania i wtórnego zaglądania. Książkę, którą trzyma się na nocnym stoliku i zagląda się do niej na ostatnie dziesięć minut przed snem. Każdy z fragmentów można wtedy smakować, rozważać, kontemplować - wobec upodobania. Ja jednak nie jestem takim typem czytelnika - książki pochłaniam od razu, nie dla mnie zamyślenia i powroty. Chyba tym razem Tokarczuk nie utrrafiła w mój gust (czego jej za złe nie mam), choć książkę przeczytałam bez znudzenia. Mimo wszystko polecam i szalenie ciekawa jestem innych opinii.


Olga Tokraczuk, Bieguni, 450 str., Wydawnictwo Literackie.

środa, 1 kwietnia 2009

"Pogarda" Alberto Moravia



Moravia podaje czytelnikowi szkic miłości, miłości upadłej, która się skończyła. Wraz z bohaterem szuka przyczyn tego stanu. Riccardo kocha swoją piękną żonę Emilia i ze smutekim obserwuje, iż jej uczucie zaczyna się zmieniać. Emilia potwierdza, że przestła kochać męża, a po wielu naciskach przyznaje iż odczuwa do niego pogardę. Riccardo chce o swoją miłość walczyć, łudzi się, że istnieją szansę na powrót uczucia, równocześnie analizując przyczyny stanu aktualnego. Jego praca scenarzysty filmowego oraz rozmowy z reżysrerem, z którym współpracuje, naprowadzają go po mału na odpowiedni trop.
Moravia skrzętnie opisuje wspomnienia Riccarda, nie zaniedbuje żadnego szczegółu, starając się stworzyć studium miłości kończącej się. Pod koniec powieść nabiera rozpędu, zaskakuje swoim zwrotem. Akurat to miło mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, iż po niespiesznej akcji, wręcz suchej analizie, nastąpi nagłe przyspieszenie.
Warto sięgnąć po powieść Moravii - ja nie żałuję, zwłaszcza że ostatnio literatura włoska traktowana jest przeze mnie po macoszemu.

Alberto Moravia, Pogarda, tł. Zofia Ernstowa, 225 str., Czytelnik.

"Po prostu razem" Anny Gavaldy

Dostałam, zresztą na własne życzenie, na urodziny. Niebardzo wiedziałam czego od tej książki oczekiwać, ale skusiła mnie pozytywna recenzja najnowszej powieści tej autorki.
I co dostałam? Powieść w stylu filmu o Amelii. Oto spotykamy czworo dziwaków z pokręconym życiem i problemami. Jest tu Camille, niedoszła malarka, pomieszkująca na lodowatych poddaszu. Jest Philibert - arystokrata z krwi i kości oraz nieudacznik, odrzucony przez apodyktycznego ojca. A także Franck - obcesowy typ i wyśmienity kucharz. I wreszcie Paulette - babcia Francka, żyjąca w domku pod Paryżu, która na skutek upadku ląduje w domu starców. Wszsystkich tych bohaterów łączy mieszkanie Philiberta - stare, pełne antyków i obrazów.
Gavalda opowiada historię swoich bohaterów, w krótkich rozdziałach, stosując wiele dialogów, tak że niemal sześćsetstronicową książkę pochłonęłam w półtora dnia.
Z jej książki emanuje ciepło, optymizm, bliżej nieokreślony magnetyzm. Jak już wspomniałam mogłabym całą czwórkę wpakować w film o Amelii - wkomponwaliby się idealnie.
Nie można się tu doszukiwać drugiego dna czy głębokich filozoficznych przemyśleń - to zdecydowanie lektura dla przyjemności i wyobraźni, ale jakże miła i niewątpliwie dobrze napisana. Polecam i chętnie sięgnę po inne książki tej pani.
Anna Gavalda, Zusammen ist man weniger allein, tł. Ina Kronenberger, 551 str., Fischer.

"Niebo i piekło" Jón Kalman Stefánsson



Zostaję w kręgu literatury islandzkiej. To moja pierwsza książka tego autora.
Mała, rybacka wioska zagubiona wśród gór u stóp fiordu. Grupa rybaków przygotowuje się do rejsu. W czasie rejsu jeden z nich ginie. Jego przyjaciel wraca do rodzinnej wioski, rozważając sens życia. Rozważania o życiu i śmierci dominują powieść. W tle jednak Stefansson opisuje mikrokosmos, w którym obraca się bohater. Jest wioskowy pastor i sklepikarz, jest dziwna wdowa i były wilk morski. Każde z nich ma swoje osobliwe strony i zachowania. Stefansson od pierwszych stron niespiesznie, stosując bardzo poetycki język opisuje krajobraz, naturę, morze, ludzi, domy i zwyczajne życie. Pozwala czytelnikowi na zagłębienie się w życie islandzkiej wioski sprzed stu lat, zadziwiając i zmuszając do zastanowienia. Powieść Stefanssona to bardziej szkic, spojrzenie z góry niż literacka opowieść. Wyobrażałam sobie ogromnego ptaka, który za pomocą lunety spogląda na miejsce akcji, obiektywnie opisując, co widzi. Życie między niebem, a piekłem.
Nie jest to mój ulubiony rodzaj książek, nie przepadam za nadmierną poetyckościa ale akurat w tym przypadku miałam czas na zagłębienie się i kontemplowanie. Zdecydowanie polecam osobom ciekawym Islandii, nie tej współczesnej, ale właśnie takiej, jaka była kiedyś. Islandii rybaków, natury i śniegu.

Jón Kalman Stefánsson, Himmel und Hölle, tł. Karl-Ludwig Wetzig, 231 str., Reclam.

"W proch się obrócisz" Yrsa Sigurðardóttir



Nareszcie wpadła mi w ręce trzecia powieść Yrsy. Akcja rozgrywa się głównie na wyspach Vestmannaeyar, leżących u południowych wybrzeży Islandii. Wydarzeniem kluczowym jest wybuch wulkanu na wyspiee Heimaey, który nastąpił w styczniu 1973. Dom klienta Thory zostaje oczyszczony z pyłu wulkanicznego i lawy w ramach projektu naukowego. W piwnicy jego domu odnalezione zostają trzy ciała i odcięta głowa. Markus, klient Thory, zarzeka się, że z tragicznym odkryciem nie ma nic wspólnego. Policja mu nie wierzy, a Thora ropozczyna zagadkowe śledztwo. Niemal do połowy książki autorka rozrzuca mnóstwo tropów, czasem bardzo od siebie odległych. Te zabiegi wciągają całkowicie w akcję książki i podsuwają wiele pomysłów na rozwiązanie zagadki. Czytałam niemal bez wytchnienia i do ostatnich stron ciekawa byłam rozwiązania. Dla mnie to po raz kolejny świetna rozrywka na tle ciekawej scenerii. Aha, było krwawo, ale ja tak lubię:)

Yrsa Sigurdardóttir, Das glühende Grab, tł. Tina Flecken, 365 str., Fischer.

"Piekło pocztowe" Terryego Pratchetta


Długo nie pisałam a stos przeczytanych książek rośnie i rośnie. Nadszedł czas zakończyć fazę pisarskiej niemocy i wrócić do blogosfery.

Na pierwszy ogień wzięłam Pratchetta i jego najnowszą część Świata Dysku. "Piekło pocztowe" to historia reaktywacji ankh-morporskiej poczty. Vetinari ma pomysł jak uzdrowić urząd pocztowy i ukrócić poczynania Wielkiego Pnia, zarządzającego sekarami. Tym pomysłem jest Moist von Lipwig - mistrz oszustwa i hochsztaplerki. Istotną rolę ogdrywają także golemy. Ciekawa kombinacja.
Czyta się lekko i szybko.

Terry Pratchett, Piekło pocztowe, tł. Piotr W. Cholewa, 358 str., Prószyński i S-ka.

wtorek, 17 marca 2009

"Śmierć i trochę miłości" Aleksandry Marininy


Jakoś ostatnio mi nie po drodze z recenzjami. Marininę skończyłam czytać kilka dni temu, czas więc książkę opisać, zanim wrażenia zostaną przesłonięte nową lekturą. "Śmierć i trochę miłości" była zakupem przypadkowym, kierowałam się chęcią bliższego poznania współczesnej literatury rosyjskiej, a i czułam się zachęcona recenzjami na innych blogach. Nie rozczarowałam się, bo dostałam to, czego oczekiwałam: szybką, lekką i przyjemną rozrywkę. To już kolejny kryminał z Anastazją Kamieńską w roli głównej. Anastazja wychodzi za mąż, a w przeddzień ślubu otrzymuje anonimowy list, ostrzegający ją przed tym krokiem. Gdy w USC zostaje zamordowana panna młoda, okazuje się, że nie tylko ona otrzymała podobny list oraz, że podobne morderstwo zostało popełnione również w innym urzędzie. Kamieńska nie korzysta więc w pełni ze swojego urlopu, lecz zajmuje się śledztwem. Podoba mi się ta postać - skromna, zdecydowana, unikająca blichtru i pompy. Z zainteresowaniem śledziłam również opisy i fakty, dotyczące współczesnej Rosji i pracy rosyjskiej policji. Mam jednak jedno ale - bardzo szybko domyśliłam się kto jest mordercą. A i psychologiczne i nieco rozwlekłe wyjaśnienia motywów mordercy nieco mnie znużyły. Mimo to pewnie sięgnę znów po Marininę, gdy nadarzy się okazja.

Aleksandra Marinina, Śmierć i trochę miłości, tł. Elżbieta Rawska, 318 str., WAB.

wtorek, 10 marca 2009

"Kobiety wypędzone" Marianne Weber


Dałam sobie sporo czasu na przeczytanie tej pozycji. Obejmuje ona kilka relacji kobiet, które przeżyły ostatnie dni wojny i pierwsze powojenne lata w swoich ojczystych miejscowościach. Są to kobiety z Pomorza, ze Śląska, z Poczdamu. Opisują swoje przeżycia, obserwacje, cierpienia, nie szczędząc szczegółów. Muszę przyznać, że większośc informacji i faktów była dla mnie zupełnie nowa. Mimo wiedzy na temat wypędzeń i losów Niemców po drugiej wojnie światowej, nie zdawałam sobie sprawy z brutalności, skali i długości prześladowań. Żądza zemsty nie pozwalała Rosjanom i Polakom różnicowań - każdy Niemiec odpowiadał za to, co się stało w czasie wojny. Zastanawiam się jak wysoka jest świadomość tych wydarzeń wśród Polaków, zwłaszcza na tle utarczek, dotyczących powstania Centrum Wypędzeń. Równocześnie ciekawi mnie fakt, jak wypędzenia wyglądały na Ukrainie czy Białorusi. Nie chcę tu wartościować, oceniać, wypowiadać się na temat słuszności odwetu - zbyt wiele myśli kłebi się w głowie.
Trudno o samej książce więcej pisać - nie jest to miejsce na ocenę literacką, choć większość z relacji napisana jest bardzo dobrze. Pochwała należy się także tłumaczowi, który potrafił odpowiednio dobrać słowa i poradził sobie z gąszczem nazw i nazwisk. Lekturę ułatwiłoby dodanie mapek do każdej z opowieści (ale to może tylko kwestia moich zainteresowań geograficznych).

Zdecydowanie to lektura obowiązkowa!
Marianne Weber, Kobiety wypędzone, tł. Grzegorz Kowalski, 437 str., Replika.

wtorek, 3 marca 2009

Literatura azjatycka

Od dawna chcę się zapoznać z literaturą Azji Południowo-Wschodniej. Ostatnio bardziej poważnie zabrałam się za poszukiwania współczesnych autorów i ich książek. Zaczęłam od Tajlandii i właściwie klapa. Znalazłam zaledwie garstkę tytułów, z których żaden nie został przetłumaczony na niemiecki. Będę musiała zacząć czytać po angielsku. Oto jakich autorów znalazłam:
Pira Sudham "Monsoon country",
Kukrit Pramoj "Four Reigns", "Many lives".

Może wy macie większą wiedzę i możecie coś polecić? Interesuje mnie Tajlandia, Malezja, Filipiny.

niedziela, 1 marca 2009

"Maskotka" Marek Kurzem


Zwlekałam z przeczytaniem "Maskotki". Nie wiem sama czemu? Przecież znałam już reportaż z DF i wiedziałam, że niezwykłe losy ojca autora poznać należy. To książka niesamowita, poruszająca do głębi, chwytająca za serce i bulwersująca. To powie ść, która zabiera oddech, która czyni człowieka niezdolnym do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa.
Mark Kurzem opowiada historię odkrywania przeszłości swojego ojca. Alex Kurzem milczał na temat swojego pochodzenia przez półwiecze, nigdy nie spuszczając oka z małej kasetki, zawierającej skrawki jego wspomnień. Garść fotografii i artykułów to wszystko, co mu zostało. Pewnego dnia opowiada swojemu najstarszemu synowi swoją historię - historię pieciolatka, który ucieka przed zagładą. Alex powoli rekonstruuje swoją przeszłość, świat widziany oczyma dziecka. Jego wspomnienia są niepełne i tak nieprawdopodobne, że budzą wątpliwości. Czy pięcioletnie dziecko mogło przeżyć coś takiego? Czy mogło przetrwać całą zimę same w lesie, aż do momentu wcielenia do oddziału łotewskich żołnierzy? Historie opowiadane przez Aleksa ukazują małego chłopca, który staje się żołnierzem, maskotką oddziału i świadkiem zagłady Żydów. Alex ciągle targany jest niepewnością - wola życia trzyma go wśród żołnierzy, choć czuje, że czynią oni rzeczy niegodziwe.
W drugiej częsci powieści autor opisuje próby rozwiązania zagadki dwóch słów, które zapamiętał jego ojciec, a które mogą wskazywać na jego prawdziwe pochodzenie. Zarówno ojciec jak i syn stawiają również wiele pytań o moralność, słuszność zachowania Aleksa, motywy działania jego opiekunków.
Mark opisuje swoje przeżycia, emocje, myśli a także relację ojca językiem bardzo prostym. I właśnie te proste słowa poruszają najgłębsze ludzkie odczucia. Muszę przyznać, że przy niektórych scenach brakowało mi tchu.
Dla mnie ta historia ma również ogromny aspekt poznawczy, zwłaszcza na temat roli Łotwy w II wojnie światowej. Temat warty zgłębienia. Zaskoczyły mnie również fakty, dotyczące zachowania Łotyszów i Żydów, na których podczas poszukiwań trafiają ojciec i syn.

Polecam!

Mark Kurzem, Maskotka, tł. Jan S. Zaus, 431 str., Replika.

poniedziałek, 23 lutego 2009

"Emilia Galotti" Gotthold Ephraim Lessing


Lessinga na studiach uwielbiałam, czytałam wtedy również i ten dramat ale treść już dawno uleciała. Książę Hettore Gonzaga zakochuje się w Emilii, która właśnie ma poślubić grafa Appiani. Marinelli ma w imieniu księcia wstrzymać małżeństwo. Intrygi Marinelliego doprowadzają do śmierci grafa Appianiego podczas wyprawy do miejsca, gdzie miało nastąpić zawarcie związku małżeńskiego. Emilia i jej matka uciekają przed zbójcami do pałacyku księcia. Matka Emilii przejrzała intrygę Marinelliego, podbnież jego odrzucona metresa. Emilia, która przeczuwa, że nie będzie mogła oprzeć się księciu, zmusza niemal swojego ojca do zamordowania jej. Sztuka nie zahcwyciła mnie jak niegdyś ale szalenie jestem ciekawa co z nią jutro zrobi Deutsches Theater.

Lessings Werke, Hsg. v. Kurt Wölfel, 65 str., Insel Verlag.

niedziela, 22 lutego 2009

"Złoty pelikan" Stefan Chwin

Chyba zbyt wiele sobie po Chwinie obiecywałam, bo niestety nie podobał mi się "Złoty Pelikan".
Chwin przedstawia Jakuba, pracownika uniwersyteckiego na wydziale prawa. Jakub przeprowadza egzamin wstępny. W dziekanacie nerwowo zbiera rozsypane papiery, gdy podchodzi do niego dziewczyna, próbująca go przekonać, iż nastąpiła pomyłka w ocenie jej egzaminu. Jakub poddenerwowany sytuacją obcesowo odsyła dziewczynę. Gdy po jakimś czasie przypadkowo dowiaduje się, że dziewczyna popełniła z tego powodu samobójstwo odmienia się. Jego i tak martwe małżeństwo zamienia się w piekło, a Jakub nie potrafi się uwolnić od myśli o dziewczynie. I tej historii nie mam nic do zarzucenia. Ostatnie kilka rozdziałów wręcz mnie wciągnęło, choć cała historia Jakuba wydaje mi się być całkowicie nierzeczywista.
Denerwowały mnie dwie rzeczy - odniesienia do wydarzeń światowych, np.

"Spiczaste wieże Katedry, widoczne za drzewami parku, przesłaniała sinawa mgiełka upału.
Tymczasem na zielonych równianach między Renem a Dniestrem rosła temperatura i liczba zawałów."

"Gdy lipową aleją szedł w stronę przystanku, rzucając okiem na pstrzępione obłoczki nad wieżami Katedry, w Rzymie na rozżarzonym placu św. Piotra trwały już ostatnie przygotowania do kolejnej audiencji dla pielgrzymów Północy. Papież brał w swoim apartamencie chłodny prysznic."

Nie rozumiem czemu te odwołania mają służyć? Nie wnoszą nic w akcję, za to są częściową składnikową egzaltowanego stylu autora.
Druga sprawa to nadmierne używanie słów zwłaszcza niemieckich, pisanych błędnie. Dostaję białej gorączki, gdy to widzę. Denerwuje mnie już, nie wiem czemu służąca maniera wprwadzania wyrazów obcojęzycznych, ale fakt nie zadania sobie trudu sprawdzenia pisowni, wywołuje u mnie konsternację. By nie być gołosłowną przytoczę kilka przykładów: "unpluged", "lyckra", "Zoologischegarten", "Word Trade Center" itd.
Jak dla mnie to na razie ostatnie spotkanie z książkami Chwina.

Stefan Chwin, Złoty Pelikan, 271 str., Wydawnictwo Tytuł.

sobota, 21 lutego 2009

"Potworny regiment" Terry Pratchett


Tę książkę wrzuciłam do urlopowej walizki całkiem na końcu, na wszelki wypadek. Okazało się również, że najczęściej wskazaliście w miniankiecie z propozycją kolejnych lektur. Zaczęłam ją czytać w powrotnym samolocie. Pewnie skończyłabym ją, gdyby moja Trzylatka nie zasypywała mnie milionem pytań.
"Potworny regiment" wciągnął mnie od pierwszych stron. W tym tomie Świata Dysku akcja rozpoczyna się od pierwszych słów. Brak tu wprowadzających słów o Bogach czy Wielkim Żółwiu, które zazwyczaj utrudniają mi "wciągnięcie się" w powieści Pratchetta.
Polly postanawia się zaciągnąć do armii Borogravii, prowadzącej bezsensowną i właściwie przegraną wojnę ze Zlobenią. Polly pragnie odszukać brata, trochę cofniętego w rozwoju, który zaginął na wojnie. Wraz z Polly zaciąga się jeszcze kilku "chłopaków", którzy są jedynymi osobami, wyruszającymi na wojnę. Brak już czasu na długie szkolenie, brak mundurów i pożywienia, ale to nie hamuje chęci nowych rekrutantów, z których każdy ma sprawę do załatwienia na wojnie. Polly odkrywa w czasie swoich przygód bardzo istotny fakt, iż światem rządzą skarpety. Więcej na ten temat w książce:)
Pratchett dzieli świat na kobiecy i męski - jak zwykle czyni to dowcipnie i celnie. Świetnie się bawiłam przy lekturze i gorąco polecam!

Terry Pratchett, Potworny regiment, tł. Piotr W. Cholerwa, 336 str., Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Powrót i wyróżnienie

W sobotni wieczór wróciliśmy z eksplozji zieleni do wszechorganiającej szarości zaprawionej bielą. Staram się nie poddać klimatowi i wracam z ogromną ciekawością na blogi książkowe. Moje podróżnicze relacje zamieszczałam na bieżąco tu. Czytelnicze relację naturalnie zamieszczę tutaj. Bardzo jestem zadowolona, że udało mi się przeczytać wszystkie zabrane czasopisma. Głównie był to mój ulubiony Duży Format GW - wydania z ośmiu miesięcy niemal! Wsiadając do samolotuporwałam jeszcze kilka czasopism, do których normalnie nie zaglądam. Przeraziły mnie swoim poziomem, we wszystkich nie znalazłam ani jednego artykułu godnego przeczytania. Kilka lat temu byłam jeszcze w stanie od czasu do czasu przeczytać jakieś czasopismo, teraz zadowalają mnie tylko DF, Wysokie Obcasy, Stern, Spiegel, Bücher.
W ostatnim momencie dorzuciłam do bagażu jeszcze książkę i dobrze zrobiłam, bo przeczytałam niemal całą w samolocie mimo absorbującej Trzylatki. Miłym trafem okazała się być ona książką, która wygrała w głosowaniu na kolejną lekturę:)

A co zastałam po powrocie oprócz mnóstwa recenzji na Waszych blogach? Aż czterokrotnie zostałam wyróżniona jako KreativBlogger! Jestem zaskoczona, bo nigdy nie sądziłam, że mój blog zasługuje na miano kreatywnego. Dziękuję Katji, Lilithin, Quaffery'emu oraz Be.el.


Osoba wyróżniona ma za zadanie przekazać logo siedmiu kolejnym blogom. Wiele z bliskich mi blogów to wyróżnienie już otrzymało ale spróbuję podjąć dezycję:

Komarka za cudownie smakowite przepisy i ich fotograficzne ilustracje,
Fotocyk za piękne zdjęcia i celne, lakoniczne komentarze,
Jente za połączenie literatury z fotografią,
Chihiro za inspirację i niełatwe tematy, skłaniające do myślenia,
Inblanco za to, że jej blog wzbudza we mnie uczucia odwiedzania dobrej, przytulnej biblioteki,
Jarkowi za mądre recenzje,
Książkowo, bo lubię jej recenzje i juś.

A teraz pędze zagłębić się w wasze blogi:)

piątek, 23 stycznia 2009

Urlop

Najpierw chciałam bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy oddali głos na mojego bloga. Zajęcie szesnatsego miejsca to dla mnie ogromny zaszczyt!
Dziś wieczorem wyjeżdżam, przez trzy tygodnie będę podziwać uroki tajlandzkiego wybrzeża, notować spostrzeżenia i robić mnóstwo zdjęć. Do przeczytania w połowie lutego!

środa, 21 stycznia 2009

"Das ideale Verbrechen" Stella Blómkvist


Ta oto książka stała się moją rozrywką chorobową. Przejrzałam mój stosik w poszukiwaniu lektury łatwej i przyjemnej oraz niezbyt długiej. Zdecydowałam się poznać Stellę Blómkvist.
To właściwie pseudonim literacki, a zarazem główna bohaterka tego kryminału. Autorem/autorką jest znana islandzka osobistość - nikt jednak nie wie kto ukrywa się za pseudonimem, a wydawnictwo strzeże tej wiadomości jak oka w głowie. Jej kryminały świadczą o sporej wiedzy na temat polityki, sądownictwa i mediów. "Das ideale Verbrechen" (Zbrodnia idealna) jest już czwartą powieścią o Stelli. Stella jest inteligentną, piękną prawniczką o ciętym języku i zamiłowaniu do luksusu. Podczas jednej z imprezowych nocy zauważa na ulicy płaczącą Filipinkę. Dziewczyna ucieka przed kimś i znajduje schronienie u Stelli. Tego samego wieczoru podczas programu telewizyjnego dotyczącego książek prezenterka umiera przed kamerami na atak serca. Stella stara się rozwikłać oba te przypadki i sama staje się ofiarą przestępców, zwłaszcza gdy okazuje się, że w wyniku jej śledztwa podejrzenie pada na grubą rybę islandzkiego biznesu.
Książkę czyta się lekko. Autorka używa krótkich zdań, które wręcz mają konwencję pamiętnika Stelli. Większość rozdziałów zakończona jest "złotą myślą" oraz krótkim zdaniem: "Sagt Mama". (Mówi mama.) W jednym z rozdziałów autorka wspomina dość skomplikowany stosunek córki do matki, która żyje w USA. Stella prowadzi bardzo samotne życie, jej najlepszym przyjacielem jest butelka Jackie Danielsa. Nie czytałam poprzednich trzech książek o Stelli, więc brakuje mi z pewnością dodatkowych widomości, pozwalających zrozumieć przyjęcie takiego sposobu kończenia rozdziałów. Niemniej bardzo mnie to... hmmm bawiło?
Książka spełniła więc swoje zadanie - wciągnęła mnie oraz ukazała interesującą mnie współczesną Islandię. Chętnie przeczytam inne książki Stelli. I chętnie przetłumaczyłabym je na język polski, żebyście i wy mogli je poznać:)

Jeśli choróbsko pozwoli wyjeżdżamy w piątek wieczorem na trzy tygodnie. Na urlop planuję wziąć furę czasopism, które po przeczytaniu będę zwyczajnie wyrzucać. Nie opłaca mi się więc zaczynać nowej lektury, biorę się już teraz za zaległości gazetowe.

Stella Blómkvist, "Das ideale Verbrechen", 223 str., btb.

niedziela, 18 stycznia 2009

"Minuta ciszy" Siegfried Lenz

Przepiękna książka! To właściwie nowela, klasyczna w swym stylu. Lenz opowiada historię miłości ucznia i jego nauczycielki angielskiego. Temat wydaje się banalny ale Lenz potrafił przedstawić go w wyjątkowy sposób.

Swoje opowiadanie rozpoczyna od uroczystości pożegnalnej zmarłej nauczycielki. Christian uczestnicząc w tej uroczystości, wspomina chwile spędzone ze Stellą. Lenz stale zmienia perspektywę: wpierw Christian mówi o nauczycielce w trzeciej osobie, by nagle zwracać się bezpośrednio do niej.
Zachwycona jestem dopracowanymi zdaniami Lenza - klasycznie pięknymi. Widać chyba, że trudno napisać mi coś więcej o tej książce. Jestem pod wrażeniem ale nie potrafię uchwycić istoty tego, co mnie tak zachwyciło. Sam temat nie jest tym na pewno. Z pewnością jestem wielbicielką języka Lenza ale to chyba nie wystarcza, by być tak zachwyconym książką? Dużo wartością książki jest dla mnie symbolika - podejrzewam, że nazwanie nauczycielki Stellą nie było przypadkowe, zwłaszcza, że w feralny rejs wpływa na jachcie o nazwie "Gwiazda Polarna".

Zachęcam bardzo do sięgnięcia po Lenza! "Schweigeminute" pewnie nie została jeszcze przetłumaczona na język polski ale zachęcam do przeczytania jego wcześniejszych powieści.

Siegfried Lenz, Schweigeminute, 128 str., Hoffmann und Campe 2008.

sobota, 17 stycznia 2009

Nie macie co czytać?

Nie wierzę:) Ale na pewno chętnie przeglądacie listy książek, zgadłam? Na tym blogu znalazłam link do Flashlight Worthy - strony z listami książek posegregowanych w różnych kategoriach. Ciekawa kopalnia tytułów!

piątek, 16 stycznia 2009

"Ach Glück" Monika Maron


Wynudziłam się niemożebnie przy tej książce. Dobrze, że to tylko nieco ponad dwieście stron, bo byłam bliska rzucenia książki trzeci raz z rzędu. Wybrałam tą powieść w ramach bliższego poznawania współczesnej literatury niemieckiej.
Autorka opowiada o małżeństwie z długim stażem - o ludziach, którzy żyją pod jednym dachem, nie mając już ze sobą nic wspólnego poza dorosłą córką. Johanna traktuje Achima jak współczesnego centaura - człowieka przyrośniętego do biurka, którego plecy stale ogląda. Achim zatopiony jest w swoim naukowym świecie. Życie Johanny zaczyna się zmieniać od momenty gdy przygarnia porzuconego psa. Krótko po tym poznaje Rosjanina, właściciela galerii, u którego zaczyna pracować. Tam trafia na listy mieszkającej w Meksyku Natalii, która przez całe życie ukrywała swoje szlachetne pochodzenie. Tego wszystkiego dowiadujemy się bardzo szybko, a cała powieść to właściwie krótkie ujęcie, wręcz fotografia - Johanna siedzi w samolocie do Meksyku, snuje rozważania, przeglądając listy Natalii, Achim błąka się po Berlinie oraz składa wizytę swojemu przełożonemu, gdzie odbywa się kurtuazyjne spotkanie współpracowników. Powieść obejmuje więc tylko czas lotu z Berlina do Meksyku, które Maron wypełnia rozważaniami, dygresjami o szczęściu, starzeniu się i miłości. Nudy na pudy. Same myśli ciekawe, niektóre z nich godne zapamiętania ale podane bez krzty werwy. Po książki tej pani już raczej nie sięgnę.


Monika Maron, Ach Glück, 218 str., Fischer Taschenbuch Verlag, Frankfurt am Main 2009.

środa, 14 stycznia 2009

Do lubiących wysyłać sms-y:)

Gdyby ktoś z Was miał ochotę zagłosować na mój kawałek cyberprzestrzeni w konkursie Blog Roku, to proszę o wysłanie sms-a o treści E00172 na numer 7144. Koszt sms-a 1,22 zł. Całkowity dochód zostanie przekazany na rehabilitację dzieci z porazeniem mózgowym.
Bardzo dziękuję:)
Dodam, że szczegóły konkursu można znaleźć tu.
P.S. Czytam kolejną książkę, jak obok widać, niezbyt długą, ale się z nią męczę. Chyba jednak jakaś niemoc mnie dopadła....

sobota, 10 stycznia 2009

Niemoc czytelnicza, dojrzałość czy pech?

Wczoraj porzuciłam drugą z kolei książkę, przeczytawszy ledwie początek. Najpierw wzięłam się za Álfrún Gunnlaugsdóttir i zrezygnowałam po jedenastu stronach, potem spróbowałam Einara Kárasona (to już drugie podejście do jego prozy) i wymęczyłam sześćdziesiąt stron. Im jestem starsza tym bardziej szkoda mi czasu na książki, które mnie zupełnie nie zajmują. Mogłabym je przemęczyć, ale w imię czego? Żal mi tych wsyzstkich wspaniałych książek, których nie zdążę przeczytać, więc rezygnuje z niewypałów. To całkiem nowe dla mnie nastawienie. Pierwszy raz przewrałam czytanie książki dopiero chyba cztery lata temu, gdy byłam w ciąży (właśnie owego wyżej wymienionego Kárasona) i miałam ogólną niemoc czytelniczą. Od tego czasu zdarzyło mi się to dopiero w zeszłym roku. Interpretuję to jako dojrzałość czytelniczą, pewnie nieco sobie schlebiając. A jak jest u was? Czytacie za wszelką cenę do końca? Lepiej dobieracie lektury? A może nie macie skrupułów odrzucać książki dla was nudne?

piątek, 2 stycznia 2009

"Gra anioła" Carlosa Ruiza Zafona

Ufff, przeczytałam. Zatopiłam się drugi raz w tajemniczych i wąskich uliczkach Barcelony, przemierzałam z Davidem Martinem ulice i parki tego miasta, towarzysząc mu w jego poczynianiach.
Zafón nawiązuje do swojej poprzedniej powieści, zabierając nas znowu na Cmentarz Zapomnianych Książek oraz do księgarni Sempere. Dopiero pod koniec książki jednak zakoczyłam, że poznajemy dziadka i młodego ojca Daniela, znanego z "Cienia wiatru" oraz jego matkę.
Daniel Martín stracił wcześnie swoją matkę i wychowywany był przez ojca tyrana i alkoholika. Po jego przedwczesnej śmierci pracuje w podrzędnej gazecie, potem jako dziennikarz, by w końcu poświęcić się pisarstwu. Tworzy cykl kyminałów, których akcję umieścił w Barcelonie. Gdy zebrał nieco grosza, spełnia swoje marzenie, wynajmując mroczny i tajmeniczy dom z wieżyczką. Wktórce poznaje swojego nowego zleceniodawcę, zwanego pryncypałem. Ów jegomość - postać dziwna, nieludzka wręcz - zleca mu napisanie powieści, będącej opisem nowej religii, suto Martina opłacając. Od tego momentu życie chorego Daniela radykalnie się znienia, a on sam coraz bardziej uwikłany jest w tajemnicze morderstwa i śledzenie motywów i pochodzenia swojego nowego zleceniodawcy.
Zafón pozostaje wierny swojemy stylowi, który tak bardzo mi się podobał - trzymające w napięciu, potoczyste zdania znowu mnie urzekły. Przekonana również jestem, że wiele zawdzięczamy parze tłumaczy. Miło mi było spotykac na kartach powieści słowa rzadko już używane w polszczyźnie. Podczas gdy "Cień wiatru" określiłabym bardziej jako nieco mroczny kryminał, "Grę anioła" skłonnabym była nazwać wręcz horrorem. Niektóre sceny potrafiły niemal przyprawić mnie o gęsią skórkę. Sądzę, że powieść Zafona to świetny materiał na scenariusz.
Niezbyt podobało mi się zakończenie książki, tajemnicze i niepewne. W poprzedniej książce krytykowałam podane jak kawa na ławę rozwiązanie zagadki, tutaj czuję niedosyt. Nie bardzo potrafię połączyć ze sobą wszystkie wątki. Byłam nieuważnym czytelnikiem, zbyt bardzo skoncentrowanym na akcji, czy taki był zamiar Zafona?
Na koniec wspomnę znów, że powieść Zafona to kopalnia cytatów o książkach, pisarstwie, czytaniu. Najbardziej barwną postacią jest zdecydowanie Isabella - jej charakter i sposób bycia nakreślony jest wręcz mistrzowsko. Jej osoba rozluźnia nieco ciężką atmosferę domu z wieżyczką.
Szalenie jestem ciekawa kolejnej książki Zafona, bo jestem przekonana, że to nie koniec.

Carlos Ruiz Zafón, "Gra anioła", tł. Katarzyna Okrasko i Carlos Maarrodán Casas, 605 str., Muza Warszawa 2008.

czwartek, 1 stycznia 2009

Podsumowanie roku 2008

To był w kwestii czytelniczej rok pełen sukcesów. Od czasu gdy notuję przeczytane tytuły, czyli od 2002 roku, nie przeczytałam tylu książek! W tym roku było ich 60, w zeszłym zaledwie 25! W tym roku zaczęłam znów pracowac po urlopie wychowawczym, więc teoretycznie powinnam mieć mniej czasu na czytanie! Skąd więc tak nagły wzrost? Sama nie wiem. Podejrzewam, że sporą rolę odgrało tu odkrycie świata książkowych blogów oraz zmniejszenie ilości czytanej prasy. Na wiosnę odkryłam dzięki gazetowym forum o książkach inne książkowe blogi a wraz z nimi czytelnicze wyzwania. Zaczęłam czytać recenzje, listy, podziwiać stosiki i dostałam, że się nieelegancko wyrażę, czytelniczego kopa. Dołączenie do blogowego świata to jedno z najistotniejszych odkryć tego roku. A co z prasą? Zalega w ogromnych stosach. Planuję wziąć gazety na urlop i po przeczytaniu wyrzucać, nie będę musiała wieźć z powrotem.

Parę słów o owych 60 książkach. Jest wśród nich kilka dramatów - to oczywiste, że krótkich i z pewnością one zwiększyły liczbę przeczytanych książek.
W jakich krajach najczęściej bywałam?
Niemcy - 12 książek
Wielka Brytania - 9
Polska - 9
Islandia - 7
USA - 7
Hiszpania - 2
Norwegia - 2
Przcezytałam po 1 książce autorów pochodzących z Irlandii, Finlandii, Szwajcarii, Francji, Rosji, Chin, Peru, Włoch, Indii, Argentyny i Szwecji. Przcezytałam również 1 zbiór opowiadań autorów z wielu krajów.
Moje lektury na przyszły rok są już dosyć pewne, vide stosiki, ale chciałabym poznać autorów z krajów, z których nie przeczytałam jeszcze ani jednej książki. Szcególnie interesują mnie Filipiny, Malezja, Tajlandia.

Drodzy czytelnicy mojego bloga dziękuję wam za wszystkie komentarze, które zawsze cieszą i inspirują. Życzę wam wielu fascynujących lektur w Nowym Rooku!

środa, 31 grudnia 2008

Nowe nabytki

Tuż przed końcem roku chciałam jeszcze zaprezentować moje okołoświąteczne nabytki i prezenty.
Te książki sama kupiłam - wszystkie z przeceny. Nie ukrywam, że sporą inspiracją były tu wasze recenzje. Większość powieści zostawiłam mamie do przeczytania, ale na wiele z nich już mam chrapkę.

Po kolei widać:
- Margaret Atwood "Grace i Grace",
- Shan Sa "Brama Niebiańskiego Spokoju",
- Preethi Nair "Sto odcieni bieli",
- Arturo Pérez-Reverte "W cieniu inkwizycji",
- Kate Mosse "Labirynt",
- Sarah-Kate Lynch "Błogosławieni, którzy robią ser",
- Amy Tan "Ratując ryby od utonięcia",
- Aleksandra Marinina "Śmierć i trochę miłości",
- David Lodge "Autor, autor",
- Judith Merkle Riley "Księga Małgorzaty",
- Carolyn Pakhurst "Psy z Wieży Babel",
- Mika Waltari "Karin, córka Monsa",
- Alberto Moravia "Pogarda",
- David Liss "Spisek papierowy".

Powyższe zdjęcie opisu nie wymaga:) Te trzy książki znalazłam pod choinką. Dziękuję Mamo!

I w końcu najnowsze nabytki. Zrealizowałam mój urodzinowy bon i wybrałam te pozycje:

- Ken Follet "Filary ziemi" (bo uznałam, że czas wreszcie przeczytać),
- Iréne Némirowsky "Suite française" (wygląda na szalenie ciekawą),
- Günter Grass "Beim Häuten der Zwiebel" (już dawno chciałam przeczytać),
- Monika Maron "Ach Glück" (w ramach poznawania współczesnej literatury niemieckiej).

"Tajmenicę" Jurija Andruchowycza również dostałam w prezencie. Nic nie wiem o tej książce, na razie mnie do niej nie ciągnie.

A na koniec wisienka na torcie czyli mały kalendarzyk, zawierający dwanaście zakładek, a każda z nich porteret czytającej kobiety:) Wszystkie obrazy można zobaczyć tu.

Jutro pewnie nie będę miała możliwości pisania, ale postaram się niebawem zakończyć ten rok małą czytelniczą statystyką i podsumowaniem.

wtorek, 30 grudnia 2008

"Baśnie barda Beedle'a" J.K. Rowling


I kolejny prezent, króry preczytałam w godzinkę. To kanon baśni znanych wszystkim dzieciom, które wyrastały w rodzinach czarodziejskich. Baśnie piękne i nastrojowe, opatrzone komentarzami Dumbledore'a. Komentarze mają wiele odniesień do wydarzeń z cyklu o Harrym, więc wspaniale przenoszą jeszcze raz w świat Hogwartu. Dla mnie czytelnicza gratka, miła ciekawostka, a uroku jej dodaje fakt, że dochód ze sprzedaży książek zasili konto fundacji CHLG, działającej na rzecz dzieci, mieszkających w domach dziecka.


J.K. Rowling, "Baśnie barda Beedle'a", tł. Andrzej Polkowski, 112 str., wydawnictwo Media Rodzina.

"Sprężyna" Małgorzata Musierowicz

Ksiązki Musierowicz czytam od zawsze. I choć od dawna mnie juz tak nie zachwycają jak kiedyś, nadal z sentymentu je kupuję. Będą dla córki:) "Sprężynę" znalzałam (na własne życzenie) pod choinką i od razu ją połknęłam. Mogę wiele krytykować u Musierowicz ale jedno jest pewne - potrafi ona za każdym razem od nowa wyczarować borejkową atmosferę. Ciepłą, rozgadaną, chaotyczną i rodzinną. Lubię od czasu do czasu zatopić się w ten świat, który pozostawia w sercu i głowie uczucia bliskie moim wspomnieniom z dzieciństwa. Podjerzewam, że duzą rolę odgrywa tu fakt, ze pochłaniałam Jezycjadę w latach szkolnych. Do dziś potrafię przywołać obrazy, które wtedy powstawały w mojej głowie.
A o czym jest "Sprężyna"? Tym razem o Laurze, czyli Tygrysku. Autorka wydaje się również profilować postać Łucji - córki Idy. Odnoszę spore wrazenie, ze to właśnie ona w przyszłości będzie odgrywała sporą rolę.

Podsumowując dla fanów Jezycjady ten tom to mus. Ale oni pewnie o tym wiedzą:)



Małgorzata Musierowicz, "Sprężyna", wydawnictwo Akapit Press

"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon


Czas nadrobić świąteczne zaległości i podzielić się z wam kilkoma recenzjami, a także nowymi nabytkami książkowymi. Najpierw parę słów o "Cieniu wiatru".

O książce słyszałam już dawno, ale jakoś ciągle było mi z nią nie podrodze. Wreszcie Kinga sprezentowała mi polskie wydanie i od razu zabrałam się za czytanie. Powieść wciągnęła mnie właściwie od pierwszych stron, a właściwie zafascynowała mnie wizja Cmentarza Zapomnianych Książek. Cóz to musi być za fascynujące miejsce! Pozazdrościłam Izaakowi zajęcia:) O czym książka jest większość chyba wie. Nie będę więc szczegółowo opisywać fabuły, wspominając jedynie, że poznajemy historię Daniela Sempere, syna księgarza i antykwariusza, któremu podczas wizyty na Cmentarzu Zapomnianych Książek wpada w ręce powieść nikomu nieznanego Juliana Caraksa "Cień wiatru". Chłopiec zafascynowany powieścią rozpoczyna poszukiwania wszelkich informacji na temat autora. Z początkowo mrocznej i pełnej tajemniczej atmosfery powieści pozostaje czytelnikowi jedynie zagadka kryminalna. Przyznam, że czułam się tym trochę rozczarowana, chętnie przeczytałabym więcej o książkach i porozkoszowała się mroczną atmosferą. Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie dosyć proste rozwiązanie zagadki w postaci listu Nurii Monforte do Daniela. Przyznam, że nie domyslałam się przedstawionych przez nią powiązań, ale podanie ich wręcz na talerzu nieco zubożyło powieść.

Zachwycił mnie za to styl Zafona. Pisze dokładnie tak, jak lubię. Długie (ale nie za długie!) zdania, opisujące dokładnie wydarzenia i postaci. Łatwo przy takich zdaniach popaść w dłużyzny, ale Zafonowi udało się ich uniknąć. Prawdziwymi perełkami jest dla mnie cała postać Fermina Romero de Torres, a zwłaszcza dialogi z jego udziałem. Zafón wzniósł się na wyzyny swojego warsztatu pisarskiego szkicując tę postać. Warto równiez wspomnieć, iz autor umiejscowił akcję w czasach dyktatury Franco - co równiez odgrywa niemałą rolę w akcji powieści.
Opisy dzielnic i zakamarków Barcelony aż proszą o odwiedzenie tego miasta. Bardzo podobały mi się te opisy domów, kamienic i zaułków.

Cieszę się, że przeczytałam "Cień wiatru" - to książka z kategorii tych, które czyta się na jednym oddechu, które wciągają w swój świat. Ostatnio brakuje mi takich lektur, tym chętniej sięgnęłam po "Grę anioła", którą znalazłam pod choinką.

P.S. Ksiązka juz powędrowała do kolejnego czytelnika, więc nie mogę posłuzyć się cytatami. Autor bloga moje lektury zestawił sporo pięknych cytatów, zapraszam więc do niego.

Carlosa Ruiza Zafón, Cień wiatru, tł. Beata Fabjańska-Potapczuk i Carlos Marrodán Casas, Wydawnictwo Muza.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Życzenia świąteczne


W środę rano planujemy wyjazd więc chciałabym już teraz złożyć wam życzenia świąteczne:) Kochani czytelnicy życzę wam harmonii, spokoju, czasu i nastroju do zaszycia się z książką oraz wspaniałych literackich prezentów! Do przeczytania tuż po świętach!

niedziela, 14 grudnia 2008

Urodzinowe łupy:)

Kilka dni temu miałam urodziny i moi bliscy i kochani obdarzyli mnie m.in. sporą ilością książek.
Otrzymałam następujące tytuły:
- "Der einsame Weg" Arthura Schnitzlera wraz z bonem do teatru, ta sztuka będzie miała premierę wiosną,
- "Bieguni" Olgi Tokarczuk,
- "Zusammen ist man weniger allein" Anny Gavaldy,
- "Złoty pelikan" Stefana Chwina,
- "Piekło pocztowe" Terry'ego Pratchetta,
- "Das ideale Verbrechen" Stelli Blómkvist (to własny łup na wyprzedaży),
- "Cień wiatru" Carlosa Ruiza Zafóna.
Tą ostatnią książkę dostałam dwa razy, w dwóch różnych językach. Tak więc mogę spodziewać się jeszcze jednej innej książki na wymianę. Do tego dostałam bon do księgarni, za króry kupię pewnie ok. 4 książek. Teraz czeka mnie wybór tytułów. Macie jakieś sugestie?
Ponadto zamówiłam 12 (dwanaście!) książek w bardzo taniej księgarni internetowej a także dostanę kilka tytułów pod choinkę. Mój stos rośnie w sposób zupełnie niekontrolowany i z końcem roku dosięgnie sufitu, bo książki leżą na moim nocnym stoliku.

sobota, 13 grudnia 2008

"Nie było powrotu" Herbert Reinoss


Książkę skończyłam czytać już kilka dni temu i wciąż zastanawiam się jak ją zrecenzować. Tymczasem zabrałam się za czytanie czasopism, obserwując niekontrolowany wzrost książkowego stosu.
"Nie było powrotu" to zbiór opowiadań, relacji osób, które przeżyły wypędzenia z byłych rejonów niemieckich. Najpierw czytamy relacje osób, które srogą zimą 1945 roku same uciekały z Prus Wschodnich przed nadchodzącą armią rosyjską. W drugiej części swoje losy relacjonują osoby, które zostały wygnane ze swoich domów po wojnie. Tutaj najczęściej są to osoby z Dolnego Śląska. Trudno recenzować więc takie świadectwa. Każda z tych osób opowiada o własnych, trudnych losach, o chwilach zwątpienia i rozpaczy. Poznajemy relacje prostych osób, lekarza, mnicha, właścicieli ziemskich. Podejrzewam, że dla wielu osób są to fakty nieznane, obawiam się, że niewiele osób zdaje sobie sprawę w jak skandaliczny, poniżający i brutalny sposób wypędzano Niemców.
Książka skłania naturalnie do rozważań na temat sposobu i konieczności przeprowadzenia wypędzeń. Jak wspominałam, odbywały się one w skandalicznych warunkach bez poszanowania jakichkolwiek reguł. Los wypędzonych w Niemczech też nie należał do najłatwiejszych. Nie zadbano o ich asymilację i akceptację w społeczeństwie.
Temat wypędzeń wzbudza w Polakach wiele emocji, odnoszę wrażenie, że przeważa myślenie odrzucające jakiekolwiek poczucie winy, skoro to właśnie Niemcy rozpoczęli wojnę. Trudno uwolnić się od myślenia na osi winny-niewinny. To temat, który często pojawia się w moich myślach, który porusza i skłania do refleksji. Bliski mi także, gdyż doświadczyła wypędzeń rodzina mojego męża. Po przeczytaniu tej książki na pewno inaczej spojrzę na ich relacje. Chętnie wzięłabym udział w konstruktywnej dyskusji na ten temat, dyskusji popartej dobrze ugruntowanymi argumentami, reflesyjnej i pouczającej. Myślę, że to jeden z tematów, który należy poruszać. Dobrze więc stało się, że została wydana taka książka. Bardzo jednak żałuję, że sporo w niej niedociągnięć - ze strony tłumacza i redacji. Raziły mnie błędy czy to w tłumaczeniu nazw miejscowości, czy to niekonsekwencja w używaniu nazw polskich i niemieckich czy też dosłowne tłumaczenia niektórych wyrażeń.


"Nie było powrotu", pod. red. Herberta Reinossa, tł. Jola Zepp, 278 str., Replika 2008.

czwartek, 11 grudnia 2008

Nagrody IBBY rozdane!

Z niecierpliwością czekałam na wielką galę i rozdanie nagród IBBY. Piękne książki nagrodzono - czas rozszerzyć dziecięcą biblioteczkę o ksiązki:

"13. Poprzeczna" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk
"Miłek z Czarnego Lasu" Romka Pawlaka
"D.O.M.E.K." Aleksandry Machowiak i Daniela Mizielińskiego
"Przygody przyrody" z ilustracjami Tomasza Brody

Wyrózniono:
"Powiem Julce" Krystyny Siesickiej
"Złodzieje snów" Małgorzaty Strękowskiej-Zaręmby
"Wielkie marzenia" z ilustracjami Marty Ignerskiej
"Nic" z ilustracjami Krystyny Lipki-Sztarbałło
"Kocur mruży ślepia złote" Marii Ekier.

Ksiązki opisane i przedstawiono na stronie IBBY.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Zbieracie autografy?

Ja właściwie nie zbieram, tzn. nie zabiegam szczególnie, nie napastuję pisarzy:) Jednak w ciągu ostatnich lat kilka autografów otrzymałam. Zazwyczaj nadarzała się okazja podczas spotkań autorskich. Dziś pokazuję wam najnowszy:) Macie ochotę pokazać autografy w waszych książkach?

sobota, 6 grudnia 2008

"Tímaþjófurinn" Steinunn Sigurðardóttir

Przeczytałam moją pierwszą książkę Steinunn i zapewne nie ostatnią. Autorkę darzę wielką estymę, więc i z respektem zabrałam się za czytanie tej powieści. Przyczyną mojego respektu była również poetyckość Steinunn. Ksiąxki kocham miłością dozgonną ale poezja to moja pięta achillesowa. Nie przepadam i unikam. Dlatego tak długo zwlekałam z poznaniem utworów Steinunn. "Der Zeitdieb" (Złodziej czasu" jest bardzo poetycki. To bardziej studium niż powieść. Studium nieszczęśliwej miłości i jej wpływu na życie Aldy - bohaterki książki. Alda to kobieta pewna siebie, zdecydowana, grająca wręcz mężczyznami. Alda wywodzi się z bogatej, arystokratycznej rodziny, jest piękna, zna kilka języków, których naucza w liceum. Pewnego dnia poznaje Antona - nauczyciela historii i zakochuje się. Anton ma żonę i po stu dniach rozstaje się z Aldą, która nie przestanie go kochać do końca swoich dni. Cała akcja mieści się na kilkunastu stronach, pozostała część powieści to opis stanu Aldy. Steinunn wybiera wiele zabiegów literackich, by ukazać uczucie Aldy. Teksty prozą przeplata licznymi wierszami. Ukazuje uczucia Aldy w listach, pisanych przez nią do byłego kochanka. Zdania sa bardzo krótkie, wręcz urywane, a podział na rozdziały nietypowy. Każde zdanie aż kipi od treści. Książkę tę należy smakować, wracać do zdań sprzed kilku stron, porównywać, rozważać, wchłaniać. Niemal każde zdanie zawiera małą prawdę o życiu, kochaniu, istnieniu.
Musze przyznać, że często treści zawarte przez Steinunn mnie przerastały. Zachwyciła mnie jednak zmiana stylów, bogactwo form literackich - autorka wydaje się czuć we wszystkich dobrze. Bardzo ciekawa jestem kolejnych powieści autorki i na pewno niebawem po nie sięgnę.
Kilka słów poświęcić muszę tłumaczce, przed którą chylę czoła. Niesamowicie precyzyjna praca! Zafascynowa jestem z jaką swobodą porusza się wśród tylu styli literackich. Znam ją z tłumaczeń innych islandzkich autorów i podziwiam, jak potrafi dopasować styl do konkretnego pisarza.

Steinunn Sigurðardóttir, Der Zeitdieb, tł. Coletta Bürling, Fischer 1998.

środa, 3 grudnia 2008

Wieczór literacki ze Steinunn Sigurðardóttir

W poniedziałek byłam na wieczorze literackim z tą islandzką autorką. Niedawno ukazała się w Niemczech jej najnowsza ksiązka "Sonnenscheinpferd", z której fragmenty Steinunn odczytała.
Muszę przyznać, ze pisarka sprawiła na mnie duże wrazenie - spokojna, skormna wręcz, delikatnie uśmiechnięta. Czytała najpierw po niemiecku z ujmującym islandzkim akcentem. Pierwsze dwie - trzy linjki były dla mnie nie zrozumiałe ale bardzo szybko przyzwyczaiłam się do jej akcentu i słuchałam z zapartym tchem. Steinunn czyta spokojnie, robiąc pauzy, delikatnie podkreślając istotne fragmenty. Potrafiłabym wyobrazić ją sobie jako bajarkę, dobrotliwie opowiadającą baśnie gromadzie dzieci skupionych u jej kolan. Z drugiej strony jej ksiązka wydaje się być przeniknięta nie tylko poezją, ale także mądrością. Mądrością osoby doświadczonej. Steinunn porusza w swoich powieściach tematy miłości i śmierci, obserwuje ludzkie uczucia, celnie je opisując. Juz na pierwszy rzut oka widać jednak, ze Steinunn to w pierwszej linii poetka (debiutowała zbiorkami poezji). Autorka studiowała psychologię i filozofię więc podejrzwam, iż ten fakt również ma wpływ na jej twórczość. Ponieważ w najblizszych dniach będę miała okazję spotkać Steinunn jeszcze raz, zaczęłam czytać jej pierwszą powieść "Zeitdieb" (Złodziej czasu), która została sfilmowana przez Yves'a Angelo (angielski tytuł "Stolen life"). Zapraszam równiez na stronę autorki.