środa, 27 marca 2024

"Kurwa, kurwa, kurwa" Linn Strømsborg


Britt ma czterdzieści kilka lat i jest autentycznie wściekła na to, jak ułożyło się jej życie. To nie jest tak, że ma wyjątkowo trudne życie, choć musiała zaliczyć pewne ciosy i traumatyczne wydarzenia, jej złość wyrasta z czegoś innego. To wina ogólnego losu kobiet, które są skazane na sprzątanie, krzątanie, ogarnianie, dbanie, martwienie się, szykowanie i nikt zdaje się tego nie zauważać. To złość na to, że mimo jak najlepszych chęci Britt wmanewrowała się w podobną sytuację i nie widzi z niej wyjścia. To złość na wiele innych kwestii jak beztroska męża, samotność, choroby, starzenie się. Przede wszystkim jednak to złość kumulowana przez lata, przełykana w łzach albo w ciszy, odsuwana w ostatni zakamarek mózgu, zamiatana w kąt. To także brak nadziei na zmianę, poczucie utknięcia i sytuacji bez wyjścia.

Britt wyjechała na wakacje z mężem, córką i paczką męża. Co roku spędzają razem wakacje w domku letniskowym, choć Britt niekoniecznie właśnie na to ma ochotę. Gdy pewnego ranka nie udaje się jej pohamować gniewu i wybucha, opuszcza domek, by zebrać myśli. Niespodziewanie jedna z przyjaciółek męża wyrusza z nią i pomaga przetrwać trudne chwile.

Strømsborg pokazuje perspektywę kilku kobiet, bo jest tu samotna przyjaciółka, która prowadzi dość niezależne życie, ale także druga koleżanka, która ma rodzinę i ewidentnie automatycznie zajmuje się na feriach kobiecymi sprawami. Zauważa to jej siedemnastoletnia córka i obserwuje jeszcze mała córka Britt. Niepostrzeżenie przypisywane są płciom konkretne role i zajęcia, czego nikt wydaje się nie zauważać.

Britt jest uosobieniem gniewu setek, tysięcy kobiet, które dzielą jej los i kumulują gniew i niezadowolenie. I choć poznajemy ważne wydarzenia z jej życia, które do takiej postawy mogły się przyczynić, to nawet bez nich jej złość jest zrozumiała. Ta powieść jest dużo lepsza od poprzedniej Nigdy, nigdy, nigdy. Napisana oszczędnym, ale nie pozbawionym emocji językiem trafi do wielu kobiet, ale powinna znaleźć się raczej w rękach mężczyzn.

Moja ocena: 6/6

Linn Strømsborg, Kurwa, kurwa, kurwa, tł. Karolina Drozdowska, 240 str., ArtRage 2023.

wtorek, 26 marca 2024

"Jestem głód" Petra Dvoráková



Jestem głód to spowiedź dorosłej kobiety, historia jej życia wyjaśniająca przyczyny anoreksji. Główna bohaterka stopniowo analizuje swoje losy, poczynając od wychowania przez rodziców, dorastania, poprzez pobyt w klasztorze i internacie, przyjaźnie, miłości, małżeństwo, po chorobę dziecka. Ze względu na swoją dobitną szczerość ta powieść powinna poruszać, a może nawet wstrząsać, ale niestety we mnie nie wywołała takiego efektu.

Mając w pamięci fantastyczne Wrony, miałam wobec tej powieści wysokie oczekiwania. Początkowo nawet odniosłam wrażenie, że czytam dalszy ciąg Wron, z małymi zmianami, ale jednak odkrywam dalszą historię Basi. Szybko jednak okazało się, że autorka ogrywa podobny temat, zasadzając problem jednak na anoreksji. W wyzwaniu narratorki bardzo dużo jest punktów wspólnych z życiem Basi, ale odróżnia je koncentracja na religii, stosunku do wiary, jej ratującej roli, a także stopniowego odchodzenia od kościoła po związku z księdzem. Ten wątek dominuje, choć przewijają się tu inne tematy jak despotyczna matka, nieudane małżeństwo, ciężka choroba dziecka. Problemem jednak jest brak pogłębienia tematu – autorka zaznacza te kwestie, wspomina osoby otaczające bohaterkę, ale nie ciągnie wątków. Nie wiemy, co się dzieje z drugim dzieckiem, gdy choruje syn, nie wiemy, jaki jest stosunek matki do córki po jej zamążpójściu, nagle pojawiają się przyjaciele ratujący kobietę, o których wcześniej nie było mowy. Takich przykładów można się doszukać wiele. O ile rozumiem, że jest to emocjonalna spowiedź, która ze swojej natury jest subiektywna, to jednak takie unikanie lub naginanie fabuły ma wpływ na jej wiarygodność.

Trudno mi ocenić przedstawienie motywacji i sposobu myślenia anorektyczek, bo moja wiedza nie jest na tyle głęboka, ale nie wszystko kupuję bez zastrzeżeń. Z pewnością można znaleźć wiele osób o podobnych losach, wychowywanych w chłodnych emocjonalnie domach, związanych z nieodpowiednimi partnerami itd, a jednak nie wpadają one akurat w anoreksję. Także zbyt dużo tu na mój gust kościoła, wręcz zaskoczyło mnie taki nacisk na tę tematykę w czeskiej książce. 

Myślę, że Wrony postawiły poprzeczkę bardzo wysoko, do której ta książka niestety nie sięga.

Moja ocena: 3,5/6

Petra Dvoráková, Jestem głód, tł. Mirosław Śmigielski, 176 str., Stara Szkoła 2023.

poniedziałek, 25 marca 2024

"Szczegóły" Ia Genberg

 


Cztery postaci, które wpłynęły na losy głównej bohaterki. To na podstawie jej wspomnień związanych z Johanną, Niki, Alejandro i Birgitte poznajemy najważniejsze wydarzenia z życia bezimiennej narratorki. Trudno te relacje nazwać głęboką przyjaźnią, bo niektóre z nich były toksyczne, niektóre miały elementy erotyczne, a inne rodzinne, ale każda z nich określiła bohaterkę i coś pozostawiła w jej życiu. 
Taki sposób konstrukcji wydaje mi się ciekawy, pokazujący dobitnie, jak nasze relacje określają osobę, którą staliśmy się i jesteśmy nawet po latach. Równocześnie Genberg posługuje się subtelnym, ale bardzo celnym w obserwacjach językiem, który pozwala na dostrzeżenie tego, co pozostaje ukryte między wierszami.

Szwedka opisała relacje nieoczywiste – krótkotrwałe, toksyczne, ale równocześnie takie, które dają poczucie niezwykłej bliskości dusz i zrozumienia, które kształtują osobowość i po których zostają wspomnienia na całe życie. I szczegóły, bo to właśnie one, pozornie niezauważalne, wpływają na nas i pozostają w głowie. 

Zaletą tej książki jest jej bezpretensjonalność, spokój. Autorka bez żadnych specjalnych zabiegów porusza emocje, budzi wspomnienia, skłania do refleksji. Równocześnie ta powieść aż kipi od odwołań do innych utworów literackich, co zawsze działa na mnie wielce zachęcająco do sięgnięcia po wspomniane książki.

Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do Szczegółów, to ich ulotność. Obawiam się, że nie pozostaną we mnie na dłużej. Natomiast po rozmowie o tej książce na klubie książkowym mam ochotę na ponowną lekturę.

Moja ocena: 4,5/6

Ia Genberg, Szczegóły, tł. Domonika Górecka, 144 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

sobota, 23 marca 2024

"Chłopczyce z Kabulu" Jenny Nordberg

 


Szwedzka dziennikarka Jenny Nordberg opisuje fenomen afgańskich dziewczynek wychowywanych jako chłopców. Fenomen, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam i który zaskoczył mnie swoją popularnością, przyczynami i skutkami. Nordberg spotkała się z dziewczynkami, które poza domem są chłopcami, z nastolatkami, które wciąż są chłopcami i dorosłymi kobietami, które musiały zmienić swoją tożsamość. Szwedka bada zasięg tej działaności, jej przyczyny, a przede wszystkim skutki, przy okazji opowiadając o życiu kobiet w Afganistanie. 

Nie jest jej łatwo odnaleźć kobiety, które kiedyś były chłopcami, ale także nastolatki, które nie chcą wrócić do swojej biologicznej płci. Rozmowy są początkowo trudne, spotkania niełatwe do zorganizowania, należy zachować najwyższą ostrożność, a mówimy tu o czasach jeszcze przed talibami. Przy okazji Nordberg rozważa działalność zachodnich mocarstw, które próbują pomóc rodzącej się demokracji w Afganistanie. Szwedka krytycznie patrzy na pomoc, wsparcie i działania organizacji, które rzekomo starają się wspierać prawa kobiet. Obraz życia w tym kraju jest zgoła inny niż ten, który widzą pracownicy organizacji zamknięci za wysokimi murami, a próba wprowadzenia demokracji na modłę amerykańską czy europejską skazana jest na niepowodzenia.

Co najciekawsze w tej powieść, to rozważania na temat płci kulturowej – Afganistan jawi się tu jako swoiste pole eksperymentalne wyraźnie ukazujące, jak celowa zmiana płci wpływa na rozwój i całe przyszłe życie dziecka, co zupełnie ignorowane jest przez rodziców. Temat szalenie ciekawy i opisany w wielu aspektach. Niezmierne interesujące są konkretne historie dziewczyn, które czują się chłopcami oraz parlamentarzystki Azity, matki czterech córek, która walczy o niezależność. 
Ten reportaż dobitnie ukazuje w jakiej matni i sytuacji bez wyjścia są afgańskie kobiety, skazane na życie w czterech ścianach, bez jakiejkolwiek szansy na samostanowienie i rozwój. To bardzo smutny reportaż, otwierający ponownie oczy na niedolę kobiet i pokazujące dotąd mi nieznany sposób na walkę z taką sytuacją.

Moja ocena: 6/6

Jenny Nordberg, Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie, tł. Justyn Hunia, 383 str., Wydawnictwo Czarne 2015.

czwartek, 21 marca 2024

"Zdobycz" Émile Zola



W Zdobyczy Zola opisuje losy Aristide'a, jednego z synów Pierre'a, który w pierwszym tomie cyklu odgrywał tylko poboczną, niezbyt fortunną rolę. Podczas przewrotu zachował się wbrew rodzicom, bez szczególnego i świadomego zamiaru, zbyt późno zorientował się bowiem, który kierunek polityczny ma szansę zwycięstwa. Aristide opuszcza prowincjonalne Plassans i wyjeżdża do Paryża, gdzie liczy na pomoc brata – Eugène – który objął stanowisko ministra. 
Pomoc brata ogranicza się jednak tylko do zapewnienia mu stanowiska w urzędzie do spraw budowlanych, nieoceniona pomoc nadchodzi jednak z zupełnie innej strony. W najlepszym możliwym momencie umiera żona Aristide'a i pojawia się jego siostra – Sidonie – która być może do tej śmierci się przyczyniła i swata go z młodą panną z dobrego domu. Renée powróciła z pensji w ciąży, którą należy zataić – świetnie uposażona wychodzi więc za Aristide'a, który przyjmuje ciążę na swój rachunek. Wszystko układa się po jego myśli – młoda żona traci ciążę, a ogromny posag pozwala mu na rozpoczęcie piramidalnie skomplikowanych spekulacji, wykorzystując zaplanowaną na wielką skalę przebudowę Paryża za panowania Napoleona III. Machlojki Aristide'a są tak skomplikowane, że sam traci kontrolę nad ilością swoich pieniędzy, jedno jest jednak pewne – jest ich tak wiele, że zarówno on, jego żona, jak i syn z pierwszego małżeństwa – Maxime prowadzą życie iście królewskie. 
Renée interesuje się tylko bankietami, nowymi kreacjami, plotkami, a jej jedynym celem w życiu jest rozkosz i przyjemność. Pod okiem zajętego męża wciąga pasierba w zakazany romans. 

Powieść Zoli to swoisty dokument Paryża z połowy XIX wieku – w najwyższych sferach dominują dekadencja, upadek obyczajów oraz spekulacje na koszt państwa. Trudno zapałać sympatią do choćby jednego bohatera – moralne zepsucie i perfidia wręcz odrzucają od wszystkich.
Drobiazgowe opisy pomieszczeń, ulic, strojów dopełniają obrazu ówczesnego społeczeństwa.

Moja ocena: 4/6

Émile Zola, Die Beute, tł. Rita Schober, 290 str., Rütten & Loening Berlin 1981.

piątek, 15 marca 2024

"Cudowne lata" Valérie Perrin


Sięgając po tę książkę (wybór mojego klubu książkowego), miałam pewne uprzedzenia, przyznaję od razu. Wiedziałam, że to nie jest mój typ literatury i czytałam tę powieść dość krytycznie. Lektura jednak utwierdziła mnie w moim zdaniu.

Perrin snuje opowieść o trójce przyjaciół, dwóch chłopcach i dziewczynie, których los złączył w wieku dziesięciu lat w szkole. Ta trójka staje się nierozłączna, poznajemy ich życie w wielu szczegółach. Ninę wychowuje dziadek, po tym, jak porzuciła ją matka. Étienne dorasta w dobrze sytuowanej rodzinie jako jeden z trójki rodzeństwa – niekochany jednak przez ojca. Adrien wychowywany jest przez samotną matkę. Wszystkie trzy rodziny traktują przyjaciół jak własne dzieci. Étienne to niezwykle przystojny, dumny chłopak, który nie przepada za nauką, Adrien natomiast to ciche, skryte dziecko, dobry uczeń i syn. Nina to bystra dziewczyna, utalentowana muzykalnie i artystycznie, pełna temperamentu, zadziorna, ale zarazem niepewna siebie i tęskniąca za matką.

Gdy przyjaciele wkraczają w dorosłość, ich relacja się zmienia, każde z nich wbrew snutym przez lata planom podąża inna ścieżką, a przyjaźń nie wytrzymuje próby czasu oraz nieszczęść, które na nich spadają. 

Perrin prowadzi narrację dwutorowo. Opowiada historię młodości tych trzech osób, przeplatając ją wspomnieniami nieznanej narratorki, która zarazem opowiada o aktualnym życiu przyjaciół. Autorka zasadziła swoją opowieść na tych dwóch wątkach, by zapewne wprowadzić element niepewności i zaskoczenia, ja jednak już po jednej trzeciej powieści domyśliłam się, kim jest współczesna narratorka. Nie zdradzając zbyt wiele z treści, przyznam, że nie bardzo podobał mi się ten zabieg, wykorzystujący pewien fakt, w takim celu. Nie mogłam się także pozbyć odczucia, że autorka manipuluje moimi emocjami, w taki a nie inny sposób konstruując powieść i dawkując informacje. Podobnie ma się rzecz z zakończeniem – nagle dostajemy całą historię pochodzenia ojca Niny, która w całkiem prosty sposób wychodzi na jaw, a przecież przez całą powieść pozostawała nierozwiązywalną tajemnicą. 

Nie zaprzeczę, że Perrin operuje potoczystym językiem i Cudowne lata czyta się dobrze i szybko. I mimo, że wczoraj skończyłam lekturę tych niemal sześciuset stron, to dziś jestem w stanie streścić je w kilku zdaniach. Rozumiem, że wszystkie opisy wydarzeń z dzieciństwa służą budowaniu beztroskiej atmosfery lat 90., ale de facto nie wnoszą nic do narracji. Zadziwiające jest także, jak szybko tak głęboka przyjaźń potrafi zniknąć. W przypadku młodych osób jest to jeszcze zrozumiałe, ale tutaj zaangażowane były całe rodziny – a nagle przyjaciele dzieci przestają odgrywać jakąkolwiek rolę. Nie przekonuje mnie też wątek sprawy dręczącej przez lata Étienne'a oraz jego cudowne i nagłe rozwiązanie po latach. Takiemu cudownemu rozwiązaniu ulega także na przykład wątek męża Niny. Im więcej czasu upływa od lektury, tym mniej przekonuje mnie ta powieść, a ja wyraźniej dostrzegam, jak grubymi nićmi jest szyta ta fabuła.  

Cudowne lata to dobre, wciągające czytadło na plażę, ale niestety nic ponad to.

Moja ocena: 3/6

Valérie Perrin, Cudwone lata, tł. Joanna Prądzyńska, 576 str., Wydawnictwo Albatros 2023.

czwartek, 14 marca 2024

"Greenpoint. Kroniki Małej Polski" Ewa Winnicka


 

Greenpoint i tematyka emigracji amerykańskiej niekoniecznie leży w kręgu moich zainteresowań, ale Winnickiej udało się mnie przekonać do zmiany zdania. Jej opowieść o tej części Brooklynu to wyczerpujący obraz życia na przestrzeni niemal stu lat.
Reportaż podzielony jest na trzy wiodące części - historię Greenpointu, poczynając od pierwszych osadników, poprzez stopniowe zmienianie tego zakątka z zielonej puszczy nad wodą w przemysłową dzielnicę po przemiany demograficzne. Druga z nich to historie Polek i Polaków, którzy wyjechali do Nowego Jorku. To historie szczęśliwe i pechowe, historie budzące nadzieję i przeraźliwie smutne, wszystkie bardzo szczere. Winnicka wysłuchała i opisała dzieje emigrantek i emigrantów od lat 50. po współczesność. Trzecia część to wspomnienia Beaty i Mieszka właścicieli polskich delikatesów – o ich emigracji, drodze do założenia sklepu i wreszcie o wielu sytuacjach z klientami, jakich doświadczyli.

Z tego reportażu wyłania się niesamowita mozaika losów ludzkich – harówki ponad siły, rezygnacji z bycia z rodziną, a właściwie rezygnacji z wszystkiego na rzecz pozostania w Stanach i zarabiania. To losy osób, które z powodu nieznajomości języka, prawa i realiów uwikłali się w sytuacje bez wyjścia, którzy nie mieli odwagi wrócić do kraju bez milionów, którzy przegrali życie w imię własnych konstruktów myślowych. Winnicka nie unika losów pozytywnych, historii, w których nieoceniona okazała się pomoc innych rodaków, ale mam wrażenie, że zawsze jest w nich łyżka dziegciu.

Bardzo cenna jest perspektywa historyczna, uświadomienie sobie, jak miejsce, w którym powstał Nowy Jork wyglądało niegdyś, jakie jest dziedzictwo i powstanie tego miasta. Nie była to dla mnie nowe informacje, ale nadają temu reportażowi inny wymiar, szczególnie najnowsza historia Greenpointu – przemysłowa i demograficzna.

Winnicka udowadnia, że emigracja to zawsze ciężki los, niezależnie od sukcesów, znajomości języka czy realiów, wiąże się ona z wieloma wyrzeczeniami, a czasami determinuje życie na zawsze. Dobrze, że pokazała losy Polaków w Stanach bez ogródek i upiększania, zapewne otwierając oczy wielu osób, którym wyjazd wydawał się być wygraną na loterii. Równocześnie ten reportaż ukazuje horyzont wielu osób – rasizm, brak chęci integracji, zamykanie się w jednym kręgu, bezradność. To naprawdę przeraźliwie smutne historie. 
Uderzające i poruszające są także listy wczesnych emigrantów, tych z początku XX wieku, którzy udawali się w nieznane, by uciec od przerażającej biedy i wspomóc rodzinę. 

Winnicka po raz kolejny pokazała, że jej reportaże to świetne, dobrze napisane teksty, które na długo zostaną w pamięci.

Moja ocena: 5/6

Ewa Winnicka, Greenpoint. Kroniki Małej Polski, 408 str., Wydawnictwo Czarne 2021.

wtorek, 12 marca 2024

"Sobremesa" Mikołaj Buczak

 


Opowieść Mikołaja Buczaka o Hiszpanii to potoczysta gawęda pełna ciekawostek i informacji o tym kraju. Buczak zasadza tę książkę na własnym doświadczeniu – dzieli się swoją historią nauki języka i opisuje wyjazdy do Hiszpanii, a szczególnie spotkania z jej mieszkańcami i mieszkankami, które były dla niego inspiracją do pisania i źródłem wiedzy.

Buczak poruszył wiele tematów, skupiając się jednak na tym, by czytelniczka przede wszystkim poznała styl życia i mentalność mieszkańców tego kraju. Autor zaczyna więc o szeroko pojętym życiu – kulturze jedzenia i chodzenia do barów, pisze o sposobie spędzania wolnego czasu, ale i tego poświęconego na pracę, przy okazji pozwalając sobie na wiele wycieczek językowych. Tak czyni zresztą w wielu rozdziałach, ukazując jak język towarzyszy kulturze. Dla osób nie bardzo zainteresowanych lingwistyką mogą one być zbyteczne, mnie się bardzo podobały. 

Każda prowincja Hiszpanii znajdzie w tej książce swoje miejsce, choć widać, że serce autora bije mocniej dla Kraju Basków (tu znów świetna wycieczka na temat języka). Co więcej Buczak zdradza wewnątrzhiszpańskie stereotypy na temat mieszkańców poszczególnych regionów, przy okazji opisując popularne programy telewizyjne czy filmy. 

Buczak nie unika też tematów zapalnych – jak na przykład drapieżna turystyka niszcząca miasta i mająca ogromny wpływ na życie Hiszpanów i Hiszpanek. Podobnie jak kolonie, a może nawet getta emigrantów z Wielkiej Brytanii czy Niemiec, które zawłaszczyły całe regiony i niespecjalnie integrują się z hiszpańską kulturą czy językiem. 

Sobremesa to nie jest wyczerpujące kompendium na temat Hiszpanii, ale krótkie wprowadzenia na temat feminizmu czy praw kobiet i LGBTQ+ nie tyle podają skondensowaną wiedzę, ale zachęcają do dalszych poszukiwań. 

Ta książka uwodzi językiem – prostym, ale i dowcipnym, celnym oraz podejściem autora, który potrafi przekazać swoją miłość do kraju, unikając idealizowania. Hiszpania sama w sobie mnie interesuje, więc z ciekawością sięgam po wszystko, co napisano na jej temat, Buczak mnie nie zawiódł, a przede wszystkim pokazał fakty i informacje, o których nie wiedziałam. I brawa za idealnie dobrany tytuł – ta książka jest jak nie kończąca się sobremesa z autorem.

Moja ocena: 4,5/6

Mikołaj Buczak, Sobremesa, 328 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

czwartek, 7 marca 2024

"Farerskie kadry" Maciej Brencz

 


To moja czwarta książka o Wyspach Owczych, więc zawarte w niej wiadomości nie były dla mnie nowe. Brencz opisuje archipelag z perspektywy osoby w nim zakochanej, miłośnika języka i specyfiki wysp. To opowieść o wszelakich aspektach tego regionu, poczynając od języka, poprzez kulturę, zwyczaje, legendy, krajobrazy, pogodę, specyfikę życia, rozwój czy turystykę. 

Brencz stara się zachować obiektywizm, choć widać, że wyspy go oczarowały i jest to jego miejsce na ziemi. Swoje obserwacje podpiera źródłami bibliograficznymi, a przede wszystkim rozmowami z Farerami i osobami, które wybrały to miejsce na swój drugi dom. Niestety nie uniknął powtórzeń, wiele faktów z danego rozdziału, powtarza się w kolejnych, co wprowadza nieco chaosu. Bardzo podobało mi się, że Brencz nie unika tematów trudnych takich jak wielorybnictwo, przedstawiając je w szerszym kontekście i tłumacząc przyczyny, a przede wszystkim, sposób łowienia wielorybów. Drugim niełatwym tematem jest pedofilia, który jednak autor zaledwie liznął, zaznaczając jednak, że to kwestia, której Farerzy nie chcą poruszać na forum publicznym.

Farerskie kadry to faktycznie kadry, a nie pogłębiona opowieść. To książka dla kogoś, kto wyspy dopiero poznaje i niewiele o nich wie. Dla mnie była dość powtarzalna, zwłaszcza, że wiele z tych informacji słyszałam od Kingi, którą znam osobiście. Brencz nie ma także tak potoczystego, gawędziarskiego stylu jak Kinga, więc tę książkę czytało się znacznie gorzej niż jej reportaż. 

Polecam początkującym w temacie i żałuję, że w wersji elektronicznej nie miałam możliwości zobaczyć fotografii.

Moja ocena: 3,5/6

Maciej Brencz, Farerskie kadry. Wyspy, gdzie owce mówią dobranoc, 368 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

niedziela, 3 marca 2024

Statystyka luty 2024


Przeczytane książki: 11

Liczba stron: 2755

Przeczytane tytuły

– "Leben bis Männer" Thomas Brussig
– "Sezon na truskawki" Marta Dzido
– "Revolverherz" Simone Buchholz
– "Babcia 19 i sowiecki sekret" Ondjaki
– "Łaska" Anna Kańtoch
– "Księga" José Luís Peixoto
– "Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę" Ocean Vuong
– "Słabsi" Sigrid Nunez
– "Pochodzenie rodziny Rougon-Macquartów" Émile Zola
– "Piranesi" Susanna Clarke
– "Otchłanie" Pilar Quintana

Najlepsza książka: "Otchłanie"

sobota, 2 marca 2024

"Otchłanie" Pilar Quintana

 


W kolumbijskim Cali mieszka ośmioletnia Claudia, która dorasta jako jedyne dziecko dość dysfunkcyjnej rodziny. W narracji z perspektywy dziecka poznajemy niezbyt szczęśliwą przeszłość rodziców Claudii. Dużo starszy ojciec zakochał się w matce dziewczynki noszącej także imię Claudia, ona zaś wcale nie była przekonana do małżeństwa, ale zgodziła się na nie po namowie nieinteresującej się nią matki. 

Małżeństwo nie jest szczęśliwe, dziewczynka jest zaniedbywana przez oboje rodziców – ojciec pracuje, prowadząc rodzinny sklep, a matka popada w depresję. Otchłanie to bardzo sensualna opowieść o tym, jak depresja wpływa na całą rodzinę. Dziewczynka na swój sposób rozumie zachowanie matki i próbuje je kanalizować w zabawach z lalką. Dziecko pojmuje więcej z domowej sytuacji niż wydaje się rodzicom, co także jest ignorowane. Równocześnie matka zafascynowana jest śmiercią – czyta namiętnie magazyny plotkarskie i śledzi doniesienia o samobójstwach szczęśliwych i bogatych. Gdy samobójstwo popełnia jej przyjaciółka, z którą konkurowała w hodowli roślin doniczkowych, jej samopoczucie jeszcze się pogarsza. Wyjazd do górskiej rezydencji zaprzyjaźnionej rodziny ma jej pomóc, ale to dom, nad którym także wisi piętno tragicznej śmierci. Jego właścicielka zaginęła na krętej górskiej drodze nocą, gdy nagle opuściła przyjęcie. Ta fascynacja przenosi się także na małą Claudię, która poszukuje śladów zaginionej Rebeki. 

Ta niewielka objętościowo powieść niesie w sobie ogromny ładunek emocjonalny – to wielka samotność dziecka, nieszczęście matki, osaczenie przez uwarunkowania rodzinne i społeczne. Quintana świetnie oddaje psychikę dziecka, równocześnie budując atmosferę niepokoju i zagrożnia.

Polecam!

Moja ocena: 5/6

Pilar Quintana, Otchłanie, tł. Iwona Michałowska-Gabrych, 232 str., Wydawnictwo MOVA 2023. 

piątek, 1 marca 2024

Stosikowe losowanie marzec 2024



Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 19 książek) - 12
Maniaczytania wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 60 książek) - 6
Katarzyna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 15 książek) - 9
Agnes wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 1248
ZwL wybiera numer książki dla Guci (w stosie 38 książek) - 17
Gucia wybiera numer książki dla Anny (w stosie 264 książki) - 133

niedziela, 25 lutego 2024

"Piranesi" Susanna Clarke


Piranesi zamieszkuje nietypowy Dom – a właściwie labirynt pełen sal, korytarzy, zalewany przez morze, ciągnący się we wszystkich kierunkach. Mężczyzna nie wie, jak się tam znalazł, ale także nie stawia tego pod znakiem zapytania. Dom jest całym jego światem, więc skrupulatnie kartuje jego sale i położenie, analizuje pływy, spisuje swoje przemyślenia, wprowadza rachubę czasu, troszczy się o innych "mieszkańców", czyli ptaki oraz kości zmarłych. Jedyną osobą, z którą Piranesi ma kontakt, to pojawiający się dwa razy w tygodniu Ten Drugi. To postać całkowicie odmienna – zadbana, dobrze ubrana, przyjmująca postawę mentora wobec Piranesiego, który jest dziki, obdarty, wychudzony. Żyje bowiem z tego, co da mu Dom – żywi się rybami i wodorostami, z których wyplata też potrzebne sprzęty czy nawet buty. Pewno wydarzenie zmienia jednak wszystko i stawia świat Piranesiego oraz jego zaufanie do Tego Drugiego pod znakiem zapytania. 

Clarke bardzo skrupulatnie przedstawia stworzony przez siebie świat – pięknie opisuje sale domu oraz mieszczące się w nich rzeźby, a także funkcjonowanie budowli. Odkrywanie z nią tej przestrzeni to fascynująca przygoda. Piranesi natomiast idealnie współgra z tym miejscem – trochę dziki, trochę pierwotny, ale skrupulatny, systematyczny i pogodzony ze swoim miejscem na ziemi. Gdy okazuje się, skąd się wziął w tym miejscu, autorka daje czytelniczce ogromne pole do interpretacji. Można bowiem Dom rozumieć na wiele sposobów, a można się po prostu zatopić w tym świecie i skupić tylko na zagadce Piranesiego i jej rozwiązaniu. Wiele tu tropów i możliwości rozumienia świata stworzonego przez Clarke, choć ja przyznam, że nie czułam szczególnego pociągu do doszukiwania się tu daleko idących interpretacji. 

Piranesi to dobrze napisana proza, Clarke pisze rzutko i potoczyście, nie miałam problemu z wejściem w tę historię i zainteresował mnie wykreowany przez nią świat. Nie jest to jednak książka, która mnie poruszyła, zmusiła do głębokiej refleksji czy zmieniła moje myślenie. Dla mnie pozostanie w kategorii dobrej rozrywki.

Moja ocena: 4/6

Susanna Clarke, Piranesi, tł. Wojciech Szypuła, 224 str., Wydawnictwo MAG 2020.

sobota, 24 lutego 2024

"Pochodzenie rodziny Rougon-Macquartów" Émile Zola



Akcja powieści koncentruje się wokół Pierre'a Rougona, najstarszego syna Adélaide Fouqe. Po śmierci pierwszego męża, Adélaide związuje się z szmuglerem Macquart'em, któremu rodzi córkę Ursulę oraz syna Antoine'a. Pierre nie akceptuje przyrodniego rodzeństwa i jeszcze za życia matki sprytnie oszukuje ich, by zagarnąć spadek, dzięki któremu udaje mu się złapać dobrą partię, w postaci mieszczańskiej córki Félicité. Oboje marzą o wspięciu się po drabinie społecznej i awansie do elit Plassans – miasteczka na południu Francji, w którym mieszkają. 
Niestety pieniądze nie przynoszą im szczęścia – mimo usilnych prób ciągle tracą majątek, również kształcąc w Paryżu trzech synów. 

Pierre korzysta jednak z sytuacji politycznej we Francji i próbuje tą drogą podwyższyć pozycję rodziny oraz pomnożyć majątek. Zamach stanu w Paryżu wywołuje zamieszki w całym kraju, także w Plassans następuje mobilizacja republikanów. Jednym z nich jest młodziutki Silvère Macquart, syn przyrodniej siostry Pierre'a, która młodo zmarła. Silvère wychowuje się u babki Adélaide, która zmaga się ze starością, chorobą psychiczną i zapomnieniem. Obecność wnuka podnosi ją na duchu, a także chłopak znajduje u niej ciepło i dom. Ze swoją ukochaną, młodziutką Miette dołącza do powstańców, nie spodziewając się tragicznego zakończenia.

Nie jest to mimo dość intensywnej akcji porywająca lektura. O ile podobała mi się historia Silvère i Miette oraz ciekawiły perypetie rodziny Adélaide, to wątek polityczny nudził niemiłosiernie. Nieszczególnie interesowało mnie kto z kim i przeciwko komu walczy, wolałam czytać o rodzinnych powiązaniach i konfliktach. Zola, wedle ówczesnej konwencji, okrasza narrację licznymi opisami, długimi wywodami i historycznym kontekstem – nie wszystko to jest ważne dla zrozumienia powieści, z zasady ma budować zapewne atmosferę i ukazać pełny obraz miasta, ale niestety często nudzi.

Oczywiście nie zakończę tutaj mojej przygody z Zolą, skoro postanowiłam przeczytać wszystkie tomy, tak zrobię, świadoma, że nie wszystkie z nich trafią w mój gust.

Moja ocena: 3,5/6

Émile Zola, Das Glück der Familie Rougon, tł. Rita Schober, 292 str., Rütten & Loening Berlin 1981.

piątek, 23 lutego 2024

"Słabsi" Sigrid Nunez


Główna bohaterka – jak to u Nunez bywa – pisarka w dość podeszłym już wieku, na czas pandemii zamieszkuje w luksusowym apartamencie przyjaciółki, by zająć się jej wymagającą egzotyczną papugą. Przyjaciółka utknęła bowiem na zachodnim wybrzeżu w zaawansowanej ciąży i do domu raczej nie wróci. Pisarka w zasadzie cieszy się na to zadanie i zaprzyjaźnia z papugą, gdy do apartamentu wraca student – syn przyjaciół właścicielki, który uprzednio opiekował się ptakiem. Dla narratorki to szok, czuje się oszukana i osaczona, ale z czasem przyzwyczaja się do obecności młodego mężczyzny.

Ten zalążek fabuły nie jest tu jednak najważniejszy, bo Nunez w swoim stylu snuje opowieść pełna dygresji, wspomnień, nawiązań, a przede wszystkim cytatów, w ten sposób nawiązując do wielu tematów. Na pierwszy plan wysuwa się tu istota pisarstwa, którą analizuje na przykładzie wielu pisarzy i pisarek oraz ich wypowiedzi o procesie twórczym. Nunez rozważa istotę blokady pisarskiej, wagę pierwszego zdania i wiele innych kwestii. Natomiast rozmowy ze współlokatorem są przyczynkiem do rozważań o kondycji świata, bogactwie, ekologii, trzymania w domu dzikich zwierząt i w pewien sposób zmieniają główną bohaterkę. 

Pandemia choć nie jest tu pierwszoplanowa także odgrywa istotną rolę – zwłaszcza reakcja ludzi na nią. Nunez dostrzega zmianę zachowania wśród osób z jej otoczenia, co było dla mnie ciekawym wątkiem. Może to brzmi jak truizm, ale wciąż potrzebuję takich treści w literaturze, pomagają mi one poukładać te wciąż jednak świeże wydarzenia. 

Słabsi to nie jest książka dla każdego. By cenić Nunez, trzeba być kompatybilną z jej narracją, mieć w sobie gotowość na drogę okrężną i ślepe uliczki, na skręcanie w nietypowe ścieżki i na podążanie za innymi autorami.

Moja ocena: 4/6

Sigrid Nunez, Słabsi, tł. Dobromiła Jankowska, 224 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

wtorek, 20 lutego 2024

"Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę" Ocean Vuong



To opowieść młodego mężczyzny w formie listu do matki  – pozornie, bo kryje w sobie wiele więcej. Ten młody mężczyzna jest Wietnamczykiem, który przyjechał do USA jako kilkuletni chłopiec z matką, ciotką i babcią. Matka nigdy nie nauczyła się na tyle angielskiego, by ten list mógł do niej trafić. Piesek (jak nazywany jest w domu) pisze jednak, tworząc niezwykłą panoramę swojego życia, a także w formie autoterapii. To dziecko osaczone przez przemoc wynikającą z traumy wojennej i emigracyjnej, stale z nią konfrontowane, samotne, odrzucone i dręczone. Start w Stanach jest dla Pieska traumatyczny – nie ma w tym świecie przewodnika, trafia natomiast na dręczycieli i niezrozumienie. W domu balansuje między miłością a przemocą, między rzeczywistością, a przeszłością, odkrywając swoją tożsamość.

To powieść o wchodzeniu w dorosłość, o środowisku emigrantów, o wojnie i jej konsekwencjach, o dorastaniu, o samotności, o języku i zagubieniu między słowami. Tu syn emigrantki, która nigdy nie nauczyła się języka nowego kraju, studiuje literaturę i pracuje ze słowami. Osoba, która wyróżnia się kolorem skóry i pochodzeniem, dokłada do tego odmienną od normy tożsamość seksualną. Ta osoba ma jedyną szansę na odnalezienie jakiekolwiek formy kontaktu wśród innych emigrantów lub osób z marginesu. To osoba, która ciągle konfrontowana jest ze śmiercią – tą będącą efektem wojny, ale i narkotyków.

Vuong chwyta się wielu problemów, a jego powieść staje się przez to gęsta i przytłaczająca. Lektury nie ułatwia konstrukcja – to zbiór urywków, myśli, wspomnień bez chronologicznej konsekwencji, bez ciągłości narracji. Wiele tu bardzo trudnych scen – wyznań matki, odkrywania przeszłości, ale i wydarzeń aktualnych o ogromnej mocy rażenia jak śmierć babki, masaż amputowanej nogi czy pierwsze doświadczenia seksualne. 

Co mnie nie przekonało w tej powieści to jej język – Vuong stawia na poetyckość, ale niestety na poetyckość pachnącą Coelho. Dużo tu zdań, które na pozór wydają się być głębokie, ale rzucone w przestrzeń tracą głębię i stają się pustymi sloganami. Odniosłam wrażenie, że mogą się bardziej sprzedać po angielsku, po polsku czasem brzmiały śmiesznie. 

Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę to ten rodzaj powieści, w której autor starał się upchnąć wszystko, szczególnie jeśli chodzi o epatowanie nieszczęściem i przemocą. Nie twierdzę, że to zła książka – raczej niedopowiedziana, choć poruszająca. Jestem przekonana, że może się bardzo podobać, mnie jednak ten język zbyt przeszkadzał. 

Moja ocena: 4/6

Ocean Vuong, Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę, tł. Adam Pluszka, 288 str., W.A.B. 2021.

czwartek, 15 lutego 2024

"Księga" José Luís Peixoto


Wioska gdzieś w Portugalii, a w tej wiosce różne postaci i charaktery. Ilídio, Cosmé, Galopim, Adelaide. Najpierw dzieci, potem nastolatkowie, a wreszcie dorośli. Wszystkich łączy pewne poczucie osamotnienia.  Ilídio mieszka u murarza – gdy miał sześć lat mama oddała go na wychowanie, Galopim zajmuje się upośledzonym bratem, Adelaide natomiast zamieszkała u ciotki, która wzięła bratanicę na wychowanie, odciążając obficie obdarzoną potomstwem siostrę. Żadne z nich nie ma wpływu na swój los, kilkoro wbrew własnej woli ląduje we Francji – jak wielu Portugalczyków, którzy w latach 60. XX wieku uciekali przed biedą, reżimem, brakiem perspektyw. 

Adelaide stała się ponownie pionkiem w rękach niespełnionej ciotki, a Ilídio podążył za miłością. Francja przyjmuje emigrantów, daje im lepsze życie, ale nie jest eldorado. Zresztą to nie jest tylko powieść o emigracji, a raczej o jestestwie, o poczuciu osobowości, o życiu między językami, kulturami, ale i o osaczeniu. Peixoto zastanawia się, co wpływa na nasz los, jak okoliczności i inne osoby determinują nasze życie.

Pierwsza część to opowieść – nietuzinkowa, ale jednak. Peixoto nie uwodzi łatwą narracją, przeskakuje w czasie i przestrzeni, wplata wspomnienia i historie z przeszłości. Nie unika także opisów brutalnych zachowań, prostego życia i choć nie sądzę, by jego celem było ukazanie warunków w małomiasteczkowej Portugalii, to ten obraz świetnie się przeplata między wierszami. Druga część to zupełnie inny sposób narracji – to wielkie bum, zaskoczenie, zwrot w historii, którego się zupełnie nie spodziewałam. Portugalczyk eksperymentuje ze stylem, nawiązuje do opowiedzianej historii, ale stawia wiele pytań o język, tożsamość i własne ja.

To niezwykła książka – jak przygoda, bo nie wiadomo, co czeka za rogiem, ale i jak labirynt, który zwodzi i plącze. Polecam!

Moja ocena: 5/6

José Luís Peixoto, Księga, tł. Katarzyna Mojkowska, 256 str., Wydawnictwo Świat Książki 2018.


środa, 14 lutego 2024

"Łaska" Anna Kańtoch

 


Sześcioletnia Marysia znika na tydzień w 1955 roku. Pokrytą krwią dziewczynkę znajduje grzybiarz, a wychowująca ją ciotka decyduje się na zawieszenie śledztwa. W 1985 roku Maria nadal nie wie, co się z nią stało w lesie, wróciła jednak do miasteczka, gdzie pracuje w szkole jako nauczycielka. Gdy jeden z uczniów oddaje jej rysunek dzieci i Kartoflanego Człowieka, wracają wspomnienia i potęgują się lęki kobiety. Autor rysunku Wojtek w ten sam dzień wiesza się w pobliskim parku. Następie lawinowo rusza seria morderstw czternastoletnich dzieci. Maria ma wiele przesłanek, by sądzić, że te wydarzenia ściśle wiążą się z tym, co przeżyła trzydzieści lat wcześniej. Śledztwo prowadzi zdeterminowany komisarz, który wreszcie chce się wykazać i rozwiązać jak najszybciej zagadkę, co oczywiście sprowadzi go na manowce, na szczęście u boku ma inteligentną sierżantkę, która potrafi zaufać swojej intuicji. 

Kańtoch przedstawia kompleksowy obraz mało miasteczka skutego lutowym mrozem. W sprawę zamieszanych jest tak wiele osób, że taki obraz jest konieczny, by dobrze zrozumieć tło zaginięć i morderstw dzieci. Największą rolę odgrywają tu portrety psychologiczne wielu osób, które wychodzą autorce świetnie. Przede wszystkim udał się jej obraz cierpiącej na depresję Marii – to naprawdę udana kreacja i opis zmagań z codziennym życiem i efektu nieprzepracowania traumy z dzieciństwa. Zresztą traumy z dzieciństwa wydają się być tu tematem przewodnim – dzieci dorastają w domach, gdzie rządzi przemoc i alkohol albo bieda lub rozwód. Mało który bohater ma tu rodziców – wydaje się, ze większość dorosłych osób to sieroty. To nagromadzenie jest moim zdaniem trochę przesadne, ale dobrze wpisuje się w klimat kryminału. To lata 80. – wszędzie rządzi szarość, brzydota i brak perspektyw, a do tego pogoda koresponduje z tym obrazem. Zresztą za te udane kreacje peerelowskich realiów szczególnie cenię Kańtoch.

A same śledztwo – sprawa okazuje się być bardzo zagmatwana, ale klucz do jej rozwiązania jest stosunkowo łatwy do odgadnięcia i był dla mnie dość szybko oczywisty. Mimo to książkę przeczytałam z zainteresowaniem i szybko – bardziej ciekawiły mnie szczegóły niż faktyczne rozwiązanie zagadki morderstw. Ta delikatna sieć powiązań, braku miłości, samotności, osamotnienia, która decyduje o tym, czy ktoś przejdzie na złą stronę jest najlepszą stroną tego kryminału. To co robimy swoim dzieciom ma często decydujący wpływ na to, jakie podejmą decyzję i jakimi dorosłymi będą. A tytułowa łaska? To  możliwość zapomnienia, które jednak tylko pozornie przynosi ukojenie. Natura ludzka chce przecież wiedzieć i dociec szczegółów.

Moja ocena: 4/6

Anna Kańtoch, Łaska, 400 str., Wydawnictwo Czarne 2016.

poniedziałek, 12 lutego 2024

"Babcia 19 i sowiecki sekret" Ondjaki

 


Lata 80. XX wieku były dla Angoli trudne – wojna domowa, obecność sowieckich żołnierzy i kubańskich emigrantów mają znaczny wpływ na życie obywateli. Nawet tych najmłodszych jak główny bohater i jego przyjaciele. Urodzony w 1977 roku Ondjaki niewątpliwe zasadził tę powieść na własnych wspomnieniach z dzielnicy Luandy – Praia do Bispo. To właśnie tam dorasta chłopak, którego oczami widzimy tę historię. Zrujnowana, brudna, zaniedbana dzielnica jest w jego oczach najpiękniejszym miejscem na ziemi. To tu zna każdą dziurę, płot i kryjówkę. To tu spędza godziny, ganiając po zapylonych ulicach i kąpiąc się w morzu. Przymiotniki, którymi opisuje swoją okolicę, to przepiękne epitety pełne kolorów i światła. Dla dziecka Praia do Bispo to magiczny mikrokosmos, mieszkają tam zresztą takie indywidua jak Piana Morska, który rzekomo trzyma w domu krokodyla czy Sprzedawca Benzyny, który nalewa do kanistrów tylko wodę. Ramy tego mikrokosmosu tworzą babcie – to one wychowują, zakazują, żywią i stawiają granice. 

Babcia Agnette to instytucja, środek ciężkości dzielnicy, pewna niezmienna stała. Babcia jednak musi się poddać operacji i zostać babcią 19, nawet jeśli zasmuci to Rosjanina Biliardowa, który się w niej podkochuje. Podobnie zresztą jak kubański doktor Puk-Puk. 

Tuż obok pod pieczą Biliardowa, zwanego Brywieczerowem (od słynnego brywieczer, ponieważ Rosjanin po dziesięciu latach w Angoli wciąż kaleczy portugalski) powstaje ogromne mauzoleum na cześć pierwszego prezydenta Angoli – Agostinha Neto. Któż, jak nie Rosjanie, wybuduje przecież najlepsze mauzoleum? Owa budowla zagraża jednak całej dzielnicy, która, jak się szepcze w kuluarach, ma zostać zrównana z ziemią. Pierwszym krokiem jest zakaz zbliżania się do plaży, co dla żyjących z rybołówstwa mieszkańców oznacza głód. 

Dzieci postanawiają więc wziąć sprawę w swoje ręce i wysadzić mauzoleum za pomocą skradzionego dynamitu, a zarazem uratować świat ich dzieciństwa. 

To pełna humoru, świetnie przełożona powieść (zwłaszcza dialogi między dziećmi), ale to przede wszystkim powieść melancholijna i nostalgiczna. To tęsknota za światem minionym, za światem widzianym oczyma dziecka, które rozumie go na swój sposób. Bardzo polecam.

Moja ocena: 5/6

Ondjaki, Babcia 19 i sowiecki sekret, tł. Michał Lipszyc, 216 str., Karakter 2013.

niedziela, 11 lutego 2024

"Revolverherz" Simone Buchholz

 


W hamburskim porcie znaleziono zamordowaną dziewczynę – uduszoną, nagą i oskalpowaną. To nie jest przyjemna sprawa dla prokuratorki Chastity Riley. Kobieta ściśle współpracuje z policją, bo sprawa robi się skomplikowana – oskalpowanych kobiet jest więcej, a w ponurym i deszczowym Hamburgu wrze. Nie będzie tu jednak szczegółów śledztwa, policyjnych detali i opisów pracy detektywów. 

Riley to kobieta po przejściach. Gdy miała dwa lata zostawiła ją matka, która wybrała szczęście u boku innego mężczyzny w Stanach, a załamany tą decyzją ojciec popełnił samobójstwo, gdy Chas miała dwadzieścia lat. Nie ma co ukrywać – idealny i dość stereotypowy obraz głównej bohaterki kryminału. Kobieta ma problemy z relacjami, wciąż nie przepracowała przeszłości (nawet nie wiadomo, czy podjęła próbę), jej siłą jest jednak intuicja, która pozwala się wczuć w sprawcę i odkryć jego tok myślenia. 

To wszystko brzmi dość trywialnie, ale Revolverherz to porządny kryminał, a to za sprawą języka. Buchholz postawiła na krótkie, dobitne zdania oraz świetne, jednozdaniowe, a czasem nawet krótsze dialogi. W warstwie językowej dzieje się tu bardzo dużo – autorka gra z językiem, utartymi sloganami, dialektem hamburskim i chętnie nawiązuje do lokalnych powiedzonek. Tekst jest wręcz naszpikowany aluzjami i odniesieniami do niemieckich i regionalnych wydarzeń, sytuacji czy oczywistości jak piłka nożna. Do tego Buchholz stawia na czarny humor, który tu się bardzo dobrze sprzedaje.

Ten język ratuje powieść, bo kto stoi za morderstwami jest oczywiste niemal od początku – czytelniczka nie ma więc tutaj większej frajdy z dedukowania, kto jest przestępcą, natomiast autorka buduje napięcie w inny sposób, tworząc dość bliską relację miedzy główną bohaterką, a mordercą i jego otoczeniem. 

Dużo się tu także dzieje w tak zwanym tle – relacja Chas z sąsiadem i komisarzem, przyjaźń z ognistą Portugalką, jej przeszłość. Hamburg, a zwłaszcza dzielnica portowa, także stoi w centrum tego kryminału i dla osób znających miasto będzie tu sporo fajnych smaczków.

Ciekawym zabiegiem jest przerwanie normalnej narracji po ujęciu przestępcy i wprowadzenie impresji z życia każdej z osób zamieszanych czy uwikłanych w przestępstwo – te krótkie rozdziały pozwalają złapać oddech i oddać się refleksji. Zresztą ta ostatnia wydaje się być dla autorki ważna, często bowiem pozwala głównej bohaterce na takowe w najmniej oczekiwanych momentach. 

Nie żałuję lektury, co więcej nie wykluczam kontynuacji tego cyklu, bo faktycznie autorka uwiodła mnie językiem, a i hamburskie klimaty bardzo lubię.

Moja ocena: 4/6

Simone Buchholz, Revolverherz, 304 str., Knaur 2009.

niedziela, 4 lutego 2024

"Sezon na truskawki" Marta Dzido

 


Dziewięć opowiadań Marty Dzido pokazuje różne obszary kobiecej seksualności. Bohaterki tych tekstów są przeróżne – dziewczynki, nastolatki, mężatki, matki, kochanki, dojrzałe kobiety, wszystkie borykają się w jakiś sposób ze swoją intymnością. To może być nastolatka, która odkrywa swoją seksualność i jej działanie na mężczyzn i kobiety albo dojrzała kobieta, która nawiązuje kontakt z byłym chłopakiem. Lub kobieta, która znajduje spełnienie w ramionach kochanka, mimo że jest szczęśliwa w małżeństwie. Jest też matka i babka, które odkrywają inne wymiary intymności.

Dzido operuje niezwykle pięknym językiem, którym potrafi oddać intymność swoich bohaterek. Udaje jej się dostrzec i ukazać najskrytsze elementy kobiecej seksualności, korzystając z bardzo subtelnego i zarazem trafnego pióra. Autorka sięga po chyba każdy aspekt seksualności, zarazem ustrzegając się wulgarności. To niełatwe zadanie – Dzido wielokrotnie opisuje akty seksualne, orgazm, onanizm, ale także myśli, odczucia, rozterki kobiet – i jak wspomniałam czyni to naturalnie i bez zadęcia.

To nie jest jednak tylko książka o seksualności, to także książka o szukaniu wolności, samostanowieniu, pozbywaniu się konwenansów i siły przyzwyczajenia. Dzido świetnie opisuje moment, w którym dojrzewające dziewczynki odkrywają ich działanie na mężczyzn i to, w jaki sposób muszą sobie radzić z napaściami i komentarzami seksualnymi. 

Te opowiadania odkrywają intymny świat kobiet, o którym się publicznie nie mówi, a jedynie szepcze za zamkniętymi drzwiami, o ile w ogóle. To rzecz o sile wspólnoty, bardzo cennej i kruchej. O pierwotnym sile macierzyństwa, nieuchwytnej i trwałej. I wreszcie o miłości na gruzach wyrastającej ze zła i okrucieństwa. 

Warto!

Moja ocena: 5/6

Marta Dzido, Sezon na truskawki, 224 str., Wydawnictwo Relacja 2021.

sobota, 3 lutego 2024

"Leben bis Männer" Thomas Brussig

 


Ta krótka książka to monolog trenera piłki nożnej. Pozornie gadka z boiska o tym, jaka piłka nożna jest wspaniała, jak ważna, jak emocjonująca, ale między wierszami wychodzi tu wiele tematów. Pierwszym z nich jest oczywiście kwestia kobiet, bo przecież narrator nie jest nietolerancyjny i nic przeciwko kobietom nie ma, ale do piłki to się nie nadają, tak samo na sędzinę, czy to piłkarską czy sądową. A jak już jesteśmy przy sądzie, to trzeba pogadać o upadku muru i niesprawiedliwych wyrokach dla byłych enerdowskich żołnierzy, którzy strzelali, bo taki był rozkaz. A jak NRD, no to wiadomo – zjednoczenie Niemiec. To w ogóle była sporotowa afera, a najlepsze były ostatnie rozgrywki między NRD i RFN. I w ogóle cała ta polityka i wychowanie. Bo trener jest jak rodzic – to nic, że dla własnej rodziny czasu nie ma, ale dla swoich wychowanków jest jak ojciec i prowadzi ich, aż bedą seniorami. I tak to się ciągnie i wcale przyjemnie czyta.

Brussig umiejętnie oddał ton i styl wypowiedzi małomiasteczkowego trenera trampkarzy, przy okazji wplatając wiele istotnych tematów. Monolog narratora jest bardzo autentyczny, głęboko osadzony w niemieckich realiach, szczególnie w tematyce zjednoczenia. Autor zahacza o wiele zapalnych tematów, świetnie oddając perspektywę szarego obywatela. Czyta się to dobrze, ale dobrze, że książka nie jest dłuższa, bo na dalszą metę te wynurzenia mogłyby być męczące.

Moja ocena: 4/6

Thomas Brussig, Leben bis Männer, 95 str., Fischer 2003.

piątek, 2 lutego 2024

Statystyka styczeń 2024



Przeczytane książki: 7

Liczba stron: 3017

Przeczytane tytuły

- "Arab Jazz" Karim Miské
- "Tajwan. Nocne targi, herbata z tapioką i e-demokracja" Dorota Chen-Wernik
- "Chłopki" Joanna Kuciel-Frydryszak
- "Przewodnik stada" Connie Willis
- "Zostań ze mną" Ayobami Adebayo
- "Neger, Neger... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech" Hans-Jürgen Massaquoi
- "Fremde Gäste" Sarah Waters


Najlepsza książka: "Zostań ze mną"

czwartek, 1 lutego 2024

"Za ścianą" Sarah Waters

 


Frances mieszka z matką w podupadającym niegdyś eleganckim domu. Jej bracia zginęli podczas I wojny światowej, ojciec zmarł niedługo później, pozostawiając kobietom długi. Matka Frances mimo swoich pięćdziesięciu pięciu lat zachowuje się i wygląda jak staruszka. Los nie obszedł się z nią łagodnie, a utrzymywanie przynajmniej pozorów życia na poziomie swojej strefy także jest męczące. Frances przejęła wszystkie czynności służby, co oczywiście jest wstydliwe i co należy ukrywać przed wysoko postawionymi sąsiadami. By poradzić sobie z długami, kobiety postanawiają wynająć dwa pokoje na górze. Do domu wprowadza się młode małżeństwo Barberów – zupełnie odmienne w zachowaniu od tego, do czego przyzwyczajone są kobiety. Mr Barber to wesoły człowiek, który nie stroni od uwag z seksualnym podtekstem, stawia na karierę i rozrywki. Mrs Barber natomiast lubi dekoracje, kiczowate ozdoby, kolorowe stroje i ma artystyczne zacięcie. Oboje jednak nie wydają się tworzyć szczęśliwego małżeństwa.

Frances stopniowo zaprzyjaźnia się z Lilian Barber i kobiety zaczyna łączyć głębsza relacja, która wnosi do monotonnego i pozbawionego perspektyw życia Frances nieco koloru i radości. Ale tylko pozornie. Powieść Waters bardzo długo jest spokojną narracją o dość nudnym życiu na londyńskich obrzeżach. Autorka poświęca mnóstwo czasu na opisanie okoliczności, przeszłości, uwarunkowań kolejnych postaci. Waters zasadza tę powieść na dokładnym rysie charakterologicznym nie tylko Lilian i Frances, ale także wielu postaci pobocznych – licznej rodziny Frances na przykład. I mimo że doceniam takie psychologiczne zacięcie, to w pewnym momencie ta narracja zaczęła nużyć, a ja miałam wątpliwości, do czego ona zmierza. Około połowy jednak akcja przyspiesza i to tak bardzo, że ostatnie trzydzieści procent tej opasłej przecież powieści przeczytałam jednym tchem. Warto więc nastawić się na ten spokojny i wydłużony wstęp, by zobaczyć, co Waters potrafi zrobić z tej pozornie lekkiej powieści.

Za ścianą to rzecz o pozorach, o ich utrzymywaniu, o dopasowaniu do konwencji, ale to także powieść głęboko psychologiczna i feministyczna. Sytuacja kobiet w okresie międzywojennym wyznaczała im konkretną rolę, od której praktycznie nie było odstępstw, a próba wyłamania się z tej konwencji wymagała ogromnej odwagi i siły, ale także oznaczała zrujnowanie życia osobom postronnym. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, pisząc, że to także niezła powieść kryminalna, która trzyma w napięciu nie tylko biorąc pod uwagę samą akcję, ale rozwój charakterów. Waters umiejętnie pokazuje sytuacje pozornie bez wyjścia, które mają nieunikniony wpływ na psychikę osób w nie uwikłanych. Równie sprawne jest jej pióro w opisie namiętności i miłości. Najciekawsze chyba jednak są spostrzeżenia dotyczące zmian w życiu po wojnie i mieszania się konkretnych warstw – czy to na przykładzie nowych lokatorów w eleganckiej dzielnicy czy wydarzeń na sali sądowej. Dorównują one psychologicznym rysom bohaterek i ukazaniu, jak obezwładniający lęk potrafi doprowadzać niemal do szaleństwa.

To dobra powieść, jeśli przebrnie się przez pierwszą część. Waters tworzy bowiem podwaliny i bazę dalszych wydarzeń. Duże brawa natomiast za zakończenie – bardzo w moim stylu.

Moja ocena: 4,5/6

Sarah Waters, Fremde Gäste, tł. Ute Leibmann, 688 str., Bastei Lübbe 2014.

środa, 24 stycznia 2024

"Neger, Neger.... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech" Hans-Jürgen Massaquoi

 


Hans-Jürgen urodził się w 1926 roku w Hamburgu jako syn niemieckiej pomocy pielęgniarskiej i syna liberyjskiego dyplomaty. Dziadek Hansa był pierwszym afrykańskim konsulem w Niemczech, byłym królem i osobą wyjątkowo ciekawą. To właśnie z nim chłopczyk spędzał najwięcej czasu. Niestety ta sielanka prędko się skończyła, gdy do władzy zaczęła się dobierać partia nazistowska. Liberyjski dyplomata zabrał rodzinę i wrócił do ojczyzny, a pozbawiona finansowego wsparcia matka Hansa przeprowadziła się z nim do robotniczej dzielnicy Hamburga – Barmbek. Dla dorastającego w przekonaniu o wyjątkowości czarnego kolory skóry chłopca był to szok. Po raz pierwszy skonfrontowany został z rasizmem, ciekawością i stał się najbardziej wyróżniającym się dzieckiem. Wraz z dojściem do władzy Hitlera jego niearyjskie pochodzenie stało się problemem. Równocześnie Hans-Jürgen poddawany był systematycznej indokrynacji w szkole i podziwiał Hitlera i jego popleczników.

Opowieść Massaquoia to bezpretensjonalna gawęda o życiu, o tym, jak jako chłopiec postrzegał swoje otoczenie. Dziennikarz opisuje swoje doświadczenia, spotkania, nauczycieli, kolegów, znajome mamy, dorastanie, wypadki w czasie wojny, bombardowania i jego dalsze losy. Tę książkę czyta się fenomenalnie dobrze, bo autor potrafi opowiadać, wrócić do swojego punktu widzenia i poddać go refleksji, wyjaśnić ówczesne poglądy, nakreślić kontekst historyczny. Oczywiście jego życie to wspaniały materiał na książkę – nie tylko okres dzieciństwa, ale także wyjazd do Afryki oraz do USA i stopniowa dekonstrukcja jego wyidealizowanego obrazów Stanów Zjednoczonych. Massaquoi podchodzi do swoich poglądów z dużą dozą samokrytyki, nie ma problemu z nakreślaniem swoich błędów i opisaniem ewolucji myślenia.

Tę relację czyta się także dobrze dzięki potoczystemu tłumaczeniu Anny Bańkowskiej, jednak ta publikacja nie uniknęła problemu, jakim jest brak redakcji niemieckich fragmentów, którymi tekst jest siłą rzeczy naszpikowany. Są tu nieścisłości i błędy, które mi zdecydowanie psuły lekturę.

Moja ocena: 5/6

Hans-Jürgen Massaquoi, Neger, Neger.... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech, tł. Anna Bańkowska, 550 str., Ośrodek KARTA 2016.



poniedziałek, 15 stycznia 2024

Stosikowe losowanie – luty 2024


 

Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 444
ZwL wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 34 książki) - 19
Katarzyna wybiera numer książki dla Guci (w stosie 36 książek) - 27
Gucia wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 15 książek) - 12
Maniaczytania wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 9 książek) - 2
Agnes wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 17
McDulka wybiera numer książki dla Anyy (w stosie 271 książek) - 222


"Zostań ze mną" Ayọ̀bámi Adébáyọ̀

 


Yejide i Akim to para niemal idealna. Oboje wykształceni, zdecydowani, odnoszący sukcesy, a przede wszystkim zakochani w sobie. Brakuje im do szczęścia tylko ciąży. Rodzina Akima wywiera na parę ogromną presję, zwłaszcza na Yejide i zmusza Akima do wzięcia drugiej żony. Dla Yejide wierzącej w miłość i nowoczesność ich małżeństwa to ogromny cios, a presja na zajście w ciążę staje się nie zniesienia. Tym bardziej, że jej matka zmarła przy porodzie i kobieta nie ma żadnego wsparcia. Jej macochy nigdy nie traktowały jej dobrze i dziewczynka wychowała się z poczuciem odrzucenia. Pragnie dziecka, by móc przelać na nie swoją miłość i zbudować tę szczególną więź między matką a potomkiem, której nie było jej dane doznać.

Ale to nie wszystkie tematy, które Nigeryjka zawarła w swoim debiucie. Mamy tu i wychowanie dzieci i tajemnice rodzinne, relacje międzyludzkie, ale i sporo nigeryjskiej polityki. To okres, gdy na ulicach grasują bandy przestępcze, a rządem wstrząsa co rusz nowy przewrót. Ayọ̀bámi Adébáyọ̀ świetnie wplata te wydarzenia w powieść. To nie jest historia zawieszona w próżni, bohaterowie słuchają radia, obawiają się przemian, dyskutują o polityce. Ogromną rolę odgrywają tu także wierzenia, baśnie, przesądy – to do nich chętnie sięgają kobiety, by pomóc sobie w kłopotach. Baśnie natomiast opowiada się dzieciom, czego pozbawiona matki Yejide nigdy nie zaznała.

To bardzo smutna powieść, pełna nieszczęść i trudnych wyborów. I mimo że głównym bohaterom przydarza się ich aż tyle, nie miałam poczucia epatowania nieszczęściem czy przekombinowania. Autorka zręcznie naszkicowała swoje charaktery – z łatwością można się wczuć w ich rozterki i problemy, przyznam, że z drżącym sercem kibicowałam Yejide i nie byłam w stanie odłożyć tej książki. Zostań ze mną czyta się świetnie, język jest potoczysty, dialogi dobrze napisane, a cała historia angażująca. Co więcej nie domyśliłam się całego tła problemów Akima i Yejide, więc fabuła miała dla mnie spory efekt zaskoczenia.

To naprawdę dobry debiut, który ciekawie kreśli nigeryjskie tło i uwarunkowanie kulturowe, których wpływ na losy bohaterów jest przemożny.

Moja ocena: 5/6

Ayọ̀bámi Adébáyọ̀, Zostań ze mną, tł. Karolina Iwaszkiewicz, 304 str., Wydawnictwo Marginesy 2019.

piątek, 12 stycznia 2024

"Przewodnik stada" Connie Willis


Ta książka wyleżała się na moim stosie wiele lat, a kupiłam ją po poleceniu przez nieżyjącego już kolegę tłumacza. Znajdujące się na okładce słowo fantastyka niekoniecznie przystaje do tej powieści, bo elementów fantastycznych jest tu mało, właściwie trzeba ich szukać ze świecą.

Akcja rozgrywa się w laboratorium badawczym HiTek, w którym pracuje Sandra Foster. Jest ona socjolożką i bada występowanie manii, aktualnie zajmuje się przyczynami fali obcinania włosów na krótko przez kobiety w latach 20. XX wieku. Poza pracą walczy jednak z upiorną asystentką instytutu, której głównym zadaniem jest roznoszenie poczty i kopiowanie. Flip jest wierną zwolenniczką najnowszych trendów i całkowicie ignoruje swoje obowiązki. Gdy dostarcza Sandrze paczkę przeznaczoną do działu biologicznego, ta udaje się tam, by zanieść ją prawowitej adresatce. W drugim końcu instytutu spotyka doktora Bennetta O'Reilly'ego – naukowca zajmującego się teorią chaosu i będącego całkowitym zaprzeczenim wszelakich trendów i mód. To oczywiście przyciąga uwagę Sandry i gdy ginie wniosek Bena o finansowanie jego kolejnego projektu, oferuje mu pomóc, wywołując w ten sposób lawinę wydarzeń. 

Przewodnik stada to satyryczna powieść skrząca się od humoru. Willis prześmiewczo opisuje działanie instytutu, a szczególnie dyrekcję, która specjalizuje się w wymyślaniu skomplikowanych formularzy i organizowaniu idiotycznych spotkań, na których wygłasza pełne frazesów przemowy. To także obraz przeróżnych naukowców i pracowników – szalonych, nietuzinkowych, koncentrujących się na bzdurnych zagadnieniach. Willis wyśmiewa przypadkowość odkryć, chaos i bałagan w pracowniach, rozbujałą biurokrację, przy okazji zasadzając fabułę na występowaniu manii. Każdy rozdział wprowadza opis jednej z dziwacznych manii, które opanowały świat, ale także życie poza instytutem podporządkowane jest modom i przeróżnym zajawkom. 

Ta powieść to dobra i inteligentna rozrywka, zaskakująca humorem i ironią, styl Willis jest potoczysty i lekki w odbiorze. Polecam miłośnikom i miłośniczkom owiec.

Moja ocena: 4,5/6

Connie Willis, Przewodnik stada, tł. Grażyna Grygiel, Piotr Staniewski, 252 str., Prószyński i S-ka 1997.

środa, 10 stycznia 2024

"Chłopki" Joanna Kuciel-Frydryszak

 


To książka, o której pisali już chyba wszyscy. Nie spieszyłam się więc z lekturą, ale właśnie tę lekturę wybrał mój klub czytelniczy, więc siłą rzeczy przeczytałam i ja ten bestseller. Ten ostatni fakt zresztą wcale mnie nie dziwi, bo większość z nas od chłopów i chłopek się wywodzi i zapewne wiele słyszało od babć czy prababć (zapewne dużo rzadziej od dziadków i pradziadków). I ja do tej grupy należę, pasjonuję się genealogią, więc za życia babci zadałam wiele pytań, choć teraz byłyby one zapewne inne. Niestety możliwość pytania minęła. W Chłopkach odnalazłam wiele z tego, co słyszałam, i właściwie nie było tu dla mnie nowości, bo temat nie jest mi obcy. Dzięki wielogodzinnemu przeglądaniu ksiąg i mikrofilmów wiedziałam, jak wyglądały losy chłopek i chłopów. To niby tylko dane i fakty, ale nietrudno odczytać kryjące się za nimi historie. Autorka kilka razy wspomina o odmienności Śląska i faktycznie główny nacisk leży na historiach z obszarów polskich – i faktycznie, te różnice były dla mnie widoczne.

Chłopki to książka utkana z opowieści. Kuciel-Frydryszek przeprowadziła setki rozmów, przeszukała archiwa, dokumenty, zdjęcia, by stworzyć obraz kobiet wsi i wszelakich aspektów ich życia. Jest więc dzieciństwa, praca, zamążpójście, rozrywki, choroby, ciąża i poród, jedzenie, wyjazdy zagranicę, kształcenie, emancypacja. Każdy z kolejnych rozdziałów naświetla poszczególne problemy bazując na opowieściach zwykłych kobiet, ich córek i wnuczek. Tak to perspektywa wybitnie kobieca, więc mężczyźni przeważnie nie wychodzą tu dobrze, z naciskiem na przeważnie, bo życie pisze różne scenariusze. Bardzo łatwo w gawędach i opowieściach dostrzec własną babkę czy prababkę, więc książka wybitnie angażuje emocjonalnie.

Myślę, że warto czytać Chłopki w wersji papierowej, by mieć dostęp do fotografii, móc przekartkować, wrócić do pewnych fragmentów. Wersja audiobooka niestety jest wybitnie nieudana. Maria Peszek czyta z dziwną emfazą, siląc się na wiejskość?, ludowość?, robiąc pauzy w nietypowych miejscach – zupełnie nieudana interpretacja.

Dla mnie nie jest to książka wybitna, książka życia czy nawet roku, ale przeczytałam ją z ciekawością, bo wspaniale wpisuje się w moje badania, a i przyznam, że wiele razy miałam przed oczyma własne babcie czy prababcie, gdy słuchałam niektórych opowieści. Bardzo doceniam kobiecy wymiar, postawienie emfazy na kobiecą wersję i spojrzenie, bo przecież w opisywanych czasach zajmowały one najniższą pozycję w hierarchii rodzinnej, a co za tym idzie ich przekaz i ich opowieść była najmniej istotna.

Moja ocena: 5/6

Joanna Kuciel-Frydryszak, Chłopki, czyt. Maria Peszek, 496 str., Wydawnictwo Marginesy 2023.