czwartek, 27 sierpnia 2026

"Anne z Szumiących Wierzb" Lucy Maud Montgomery

 


Anne skończyła studia i otrzymała posadę dyrektorki szkoły w Summerside. Przeprowadzka do nowego miejsca jest ekscytująca, a Anne udaje się znaleźć w lokum w uroczym domu – w Szumiących Wierzbach. Dwie przesympatyczne wdowy i pracująca u nich Rebecca Dew staną się rodziną Anne na kolejne trzy lata. O jej przygodach, zmartwieniach i radościach czytelniczka dowiaduje się z listów do Gilberta, który studiuje medycynę. 

Największą przeszkodą w życiu zawodowym Anne jest rodzina Pringle'ów, a przecież ona nahbardziej na świecie chce być lubiana i mieć ze wszystkimi dobre stosunki. Listy Anne to opisy kolejnych szkolnych perypetii, spacerów, jesiennej i zimowej scenerii i gospodyń z Szumiących Wierzb. Mnóstwo tu anegdotek i relacji o przeróżnych osobach – zawsze takich, które terroryzują swoje otoczenie licznymi przywarami. Gdy czytałam tę książkę w dzieciństwie, akceptowałam te opisy, teraz te toksyczne osoby były dla mnie trudne do przełknięcia. Montgomery naturalnie portretuje je fantastycznie, ale ciężko znieść te zachowania, obrażanie rodziny, podporządkowywanie sobie najbliższych, robienie z siebie ofiary. To są tak obrzydliwe zachowania, że mnie aż trzęsło.

Ten tom niewiele opowiada o samej Anne – wiemy, że te trzy lata to okres czekania na ślub z Gilbertem, to marzenia o przyszłości i własnym domu i letnie wyjazdy do Zielonych Szczytów. Cała narracja zasadza się na wyżej wspomnianych anegdotkach i kolorycie opisywanych miejsc. Widzę tę książkę jako świadectwo czasu – obraz ówczesnych stosunków, mentalności, edukacji. Anne jest jak zawsze – serdeczna, rozmarzona, rozpoetyzowana. To jednak tom dla fanek, nie wnoszący niczego wielkiego do samego cyklu. 

Ja oczywiście sięgnęłam po tę książkę ze względu na nowy przekład Anny Bańkowskiej, którego jestem fanką.

Moja ocena: 4/6

Lucy Maud Montgomery, Anne z Szumiących Wierzb, tł. Anna Bańkowska, 368 str., Wydawnictwo Marginesy 2023.

środa, 26 sierpnia 2026

"Godność, proszę. O transpłciowości, gniewie i nadziei" Maja Heban


 
Maja Heban to jedna z najbardziej znanych transpłciowych działaczek – choć ja nie śledzę mocno działalności tego środowiska i o autorce niewiele wiedziałam. A że "Godność, proszę" to reportaż ze sporym wymiarem osobistym, było to dla mnie zaletą. Dowiedziałam się bowiem tyle, ile sama autorka chciała mi pokazać. Na swoim przykładzie opowiada o sytuacji osób transpłciowych w Polsce i na świecie, poruszając chyba każdy możliwy aspekt tej kwestii. 

Heban bardzo konkretnie i w wyważony sposób porusza przeróżne problemy i bariery, na jakie trafiają osoby transpłciowe. Tytułowy gniew nie gra tu pierwszych skrzypiec, choć oczywiście jest obecny. Zwycięża go jednak rozsądek i chęć walki o zmiany, ale i wyjaśnienia problematycznych kwestii. Jak autorka zaznacza, osoby cispłciowe nie zrozumieją tego, co przechodzą osoby trans i ja to całkowicie przyjmuję. Z tego względu zresztą sięgnęłam po tę książkę, bo chcę zrozumieć na tyle, na ile mogę. I faktycznie Heban potrafi wyjaśnić wiele spraw, zdecydowanie ma talent edukacyjny, tak że w wielu momentach mogłam zmienić perspektywę i zadać sobie z autorką różne pytania, np. te dotyczące medykalizacji procesu tranzycji czy choćby tak przyziemnych kwestii jak toalety publiczne. Bardzo rozumiem postulat, że nie każda osoba trans musi mieć odpowiedź na pytania osób cis. 

Autorka idealnie łączy osobistą perspektywę z ogólnym dyskursem, dobrze argumentuje, świetnie wyprowadza wiele kwestii, otwiera oczy, edukuje, a jej wrażliwość i styl idealnie współgrają z moją percepcją, więc była to dla mnie świetna lektura. 

Moja ocena: 5/6

Maja Heban, Godność, proszę. O transpłciowości, gniewie i nadziei, 208 str., Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2023.

wtorek, 25 sierpnia 2026

"Płynąc w ciemnościach" Tomasz Jędrowski


 

Jędrowski urodził się w Niemczech, w polskiej rodzinie, a jego ścieżka życiowa uczyniła z niego prawdziwego kosmopolitę. Tę książkę od dawna miałam na radarze w wersji oryginalnej, czyli angielskiej, była rozważana nawet przez mój angielski klub książkowy. Sięgnęłam jednak po nią w wersji polskiego audiobooka, dzięki abonamentowi. 

To opowieść o Ludwiku, który kończy studia na początku lat 80. w Polsce. Podczas wakacyjnego obowiązkowego wyjazdu w ramach czynu pracy poznaje Janusza. Między mężczyznami stopniowo rodzi się uczucie. Ludwik, gdy relacjonuje tę historię, mieszka w Nowym Jorku i obserwuje doniesienia o stanie wojennym w Polsce. Jest to więc relacja dość świeżych wydarzeń – pierwszej, wielkiej miłości i rozstania, przeplatana opisami dorastania i poznawania swojej tożsamości. Ludwik rezygnuje z tego uczucia i opuszcza Polskę, bo nie potrafi żyć w socjalistycznej opresji. Nie dla niego doktorat, bo nie ma pleców i odpowiedniego wsparcia, nie dla niego lawirowanie i kombinowanie, które poznaje dzięki Januszowi właśnie. Ten nie ma oporów, by przyjąć pracę w cenzurze. To on poznaje Ludwika ze swoimi wysoko postawionymi znajomymi. To młodzież, której dzięki ojcu dygnitarzowi nie brak niczego – są zachodnie samochody i alkohole, kolorowe stroje, bogate wnętrza, luz i zbytek. Narrator nie potrafi żyć w zakłamaniu, korzysta jednak ze wsparcia, by dostać paszport i zamyka za sobą polskie drzwi.

"Płynąc w ciemnościach" to opowieść o dorastaniu i odkrywaniu swojej tożsamości, to gejowska miłość w PRL-u, z politycznymi kulisami. Jędrowski stawia na metaforyczny język, dba o zgrabne porównania, ma pretensje do poetyckości, która ma zapewne stać w kontraście do siermiężnej rzeczywistości. Problem w tym jednak, że opis ówczesnej Polski jest jak z podręcznika dla cudzoziemców. Autor ślizga się po stereotypach i odhacza kolejne kratki z peerelowskiego binga – cenzura, policja, ulotki, kolega z partii, czyn społeczny. Nie widzę tu niuansowania, ale rozumiem, że to książka pisana dla czytelniczki spoza Polski i taki obraz kraju jest wystarczający. Zapewne gdybym nie była Polką, kupiłabym go bez problemów i zakładam, że wiele razy tak się dzieje, gdy czytam książki z mniej znanych mi krajów, mające tło historyczne, nawet tylko to schematyczne. 

Moim drugim problemem z tą książką jest to, że nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Nie kibicowałam Ludwikowi, nie czułam go jako postaci, nie rozważałam wraz z nim sytuacji i nie zagłębiałam się w dylematach. "Płynąć w ciemnościach" trafia u mnie na półkę z lekturami, które niestety szybko ulecą z mojej pamięci.

Moja ocena: 3,5/6

Tomasz Jędrowski, Płynąć w ciemnościach, tł. Robert Sudół, 264 str., Wydawnictwo OsnoVa 2020.

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

"Teściowa" Moa Herngren


 

Po lekturze "Rozwodu" sięgnęłam po kolejny tom cyklu, czyli po "Teściową". To jednak wcale nie jest cykl w stricte tego słowa znaczeniu. Nie ma tu tych samych bohaterów, nawet najmniejszej styczności – dla mnie to określenie okazało się więc być mylące. Nie umniejszyło to jednak odbiorowi książki. Herngren ponownie postawiła na sprawdzony sposób – pokazuje rodzinę z wszystkimi relacjami międzyludzkimi, oddając głos różnym zaangażowanym osobom. 

Åsa samotnie wychowała Andreasa po tym, jak zostawił ją partner. Matka i syn tworzyli zgraną drużynę i mimo wielu trudności Åsa ma poczucie, że dobrze wychowała syna. Wszystko się jednak zmienia, gdy Andreas związuje się z Josephin, córkę przyjaciółki Åsy. Jospehin ma dość trudny charakter, trudno z nią nawiązać więź, a sytuacja się komplikuje, gdy para ze względu na zmianę mieszkania tymczasowo wprowadza się do Åsy. Ta próbuje bliżej poznać przyszłą synową, ale trafia na mur. Z jej perspektywy poznajemy całą sytuację, dalsze losy pary, szczególnie po narodzinach wnuka. Następnie swoją perspektywę przedstawia Andreas, Jospehin, ale i były partner Åsy.

Herngren ponownie tak prowadzi narrację, że czytając perspektywę każdej z osób, jesteśmy skłonni przyjąć jej stronę i rozumiemy jej punkt widzenia. Gdy jednak cały obraz rodziny układa się i wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce, perspektywa się zmienia. Już wiadomo, że nic nie jest czarno-białe, jak chcemy wierzyć, że nikt nie jest bez winy, ale i też, że nie warto podejmować ostateczne decyzje i zatrzaskiwać furtkę na zawsze. Warto powalczyć o kompromis i nie przypisywać innym tylko i wyłącznie złej woli. 

Szwedka ponownie pokazała, jak świetnie obrazuje zwykłe rodziny, rozmowy, a przede wszystkim, jak rodzą się konflikty. Umiejętnie wskazuje na błahostki, które mogą zadecydować o całej relacji, ale też na brak elastyczności w układaniu sobie życia z innymi. Zwykłe kwestie, które dotyczą wszystkich z nas, zwykłe błędy, którzy wszyscy popełniamy.

Moja ocena: 5/6

Moa Herngren, Teściowa, tł. Wojciech Łygaś, 384 str., Wydawnictwo Albatros 2024.

niedziela, 23 sierpnia 2026

"The Circle of Karma" Kunzang Choden


Tsomo rodzi się jako trzecie dziecko na bhutańskiej prowincji. Jej ojciec jest lamą, nauczycielem i praktykującym buddystą, matka zajmuje się domem. Przy porodzie dwunastego dziecka matka umiera, a Tsomo jako najstarsza córka zajmuje się domem i rodzeństwem. Jeśli wcześniej miała jakieś marzenie o nauce czytania i pisania, to w tym momencie rozsypuje się ono w proch. Dziewczynka ma mnóstwo obowiązków, na takie fanaberie nie ma czasu. Zresztą bhutańskie społeczeństwo zasadza się, cóż za niespodzianka, na władzy mężczyzn. Tsomo doświadczy tego boleśnie, gdy podczas wyprawy do świątyni, by zapalić lampkę dla zmarłej matki, poznaje mężczyznę. Teraz stanie się, chcąc nie chcąc, jego niemal własnością. Choden opisuje dalsze losy Tsomo, która opuszcza wioskę, wyrusza w daleką pielgrzymkę, dociera do Indii, związuje się z kolejnym mężczyzną, choruję i w końcu zostaje zakonnicą. Wciąż i wciąż skazana jest na wolę i łaskę mężczyzn, a wszystkie niepowodzenia przypisuje złej karmie. Tsomo jest głęboko wierzącą buddystką, wiara daje jej oparcie, a tłumaczenie przeciwności losu karmą, pociechę. 

To nie jest książka, której akcja dzieje się w zamierzchłych czasach. Choć autorka nie podaje czasu akcji, można się domyślić, że to XX wiek. Bhutan się rozbudowuje, powstają drogi, pojawiają się pierwsze auta, podróżuje się pociągami. Stare lokalne stroje są w cenie u zbieraczy z zagranicy, a w Indiach mieszka wiele Bhutańczyków, którzy trzymają się razem. Ta książka jest pierwszą napisaną po angielsku powieścią przez Bhutankę. I to widać. Na początku miałam wrażenie, że autorka za bardzo poszła w styl przewodnikowo-informacyjny. Opowiada wprawdzie o życiu Tsomo, ale przy okazji opisuje bhutańskie rytuały, stroje, zwyczaje, potrawy. Owszem, jest to bardzo cenne, po to zresztą po tę książkę sięgnęłam, ale miałam poczucie, że to powieść pisana dla cudzoziemki. Gdy doczytałam, że ta książka została napisana do angielsku, moje poczucia się potwierdziły. Nie sądzę bowiem, że Bhutanka tak dokładnie opisywałaby te kwestie lokalnym czytelniczkom. 

Dzięki temu podejściu miałam jednak możliwość naprawdę drobiazgowo poznać lokalny koloryt, ale i różnice z krajami ościennymi, nieco problematyki politycznej (Tybet), a w końcu kulturę i mentalność Bhutanek. Nie jest to jednak powieść tylko informacyjna, losy Tsomo mnie wciągnęły i poruszyły, a także skłoniły do smutnych wniosków na temat wszechobecności mizogini i patriarchatu. 

Moja ocena: 4/6

Kunzang Choden, The Circle of Karma, 316 str., Penguin Global 2005.

sobota, 22 sierpnia 2026

"Przegryw. Mężczyźni w pułapce gniewu i samotności" Patrycja Wieczorkiewicz, Aleksandra Herzyk


 

Patrycja Wieczorkiewicz i Aleksandra Herzyk zatopiły się w incelowski świat – czyli w uczęszczane przez nich fora dyskusyjne. Przez wiele miesięcy śledziły rozmowy, brały w nich udział, nawiązały kontakty z osobami z przeróżnych środowisk i podjęły próbę pokazania różnorodności tej niszy. Piszę nisza, ale to odrębny świat, ze swoim żargonem, grupami, hierarchią i regułami. 

Autorki przeprowadziły wiele rozmów, a niektóre z nich znalazły się w książce. Dzięki nim widać, że w tej bańce nie ma różnorodności – przedstawieni mężczyźni pochodzą z różnych środowisk, mają różne poglądy, są wśród nich osoby nieheteronormatywne, antynataliści, osoby o poglądach lewicowych, wiele z nich ma jakieś, często niezdiagnozowane do końca, zaburzenia. Można jednak także znaleźć punkty wspólne – wczesne wykluczenie, bieda, trudny dom, a w przypadku wszystkich przeraźliwa samotność.

Nie ma tu recepty na ten stan rzeczy, ale autorki cytują statystyki, poszerzają analizę, próbują znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy w społeczeństwie, ale jednoznacznej odpowiedzi tu nie ma. Na pewno pisanie tej książki wiązało się dla nich z dużym samozaparciem, odpornością na wysłuchiwanie inwektyw, tolerancją na zmienność rozmówców. Wiele z rozmów ciężko się czyta, choć u mnie nad złością przeważało współczucie. Ta lektura pokazała mi, co z ludźmi robi samotność, brak wymiany z osobami spoza bański, spoza komputera, wykluczenie, beznadzieja i brak widoku na zmianę perspektyw. 

"Przegryw" dał mi dużo do myślenia, wzbudził we mnie wiele emocji. Mam poczucie, że warto mieć świadomość istnienia tej grupy społecznej, warto wiedzieć o niej coś więcej niż memy i niewybredne żarty. Po lekturze jednak nadal nie mam pomysłu, jak zaradzić temu stanowi rzeczy.

Moja ocena: 5/6

Patrycja Wieczorkiewicz, Aleksandra Herzyk, Przegryw. Mężczyźni w pułapce gniewu i samotności, 336 str., Wydawnictwo W.A.B. 2023.

piątek, 21 sierpnia 2026

"Kiedy żurawie odlatują na południe" Lisa Ridzén


Bo stoi na końcu swojego życia, mieszka sam, towarzyszy mu tylko pies, codziennie odwiedzają go także pracownicy opieki domowej oraz regularnie syn. Rutynę dni przerywają rozmowy telefoniczne z przyjacielem. Bo relacjonuje swoje dni, które spędza głównie na odpoczynku, drzemkach i krótkich wyjściach z psem. Jako że tych wydarzeń nie jest dużo, to sporo tu wspomnień, przemyśleń, ale i lęków oraz mniej lub bardziej świadomego przygotowywania się na śmierć. Staruszek wspomina swoje małżeństwo, życie, wychowanie swoje i syna, a jego wspomnienia nie są pozbawione autorefleksji.

Mężczyznę zajmują bardzo przyziemnie sprawy, do których w zasadzie sprowadza się życie – jedzenie, toaleta, podstawowe czynności codzienne. Najważniejszym odnośnikiem dla Bo jest jego pies – ale opieka nad zwierzęciem zaczyna go stopniowo przerastać, co jest dla niego bardzo trudne do zaakceptowania. 

Ridzén przeplata monolog Bo, krótkimi notatkami, jakie zostawiają opiekunki i opiekunowie oraz rozmowami z synem. Narracja to jednak przede wszystkim perspektywa starego człowieka, świadomego końca, czekającego na odejście. Szwedka wspaniale przenosi czytelniczkę do jego głowy, pozwalając zrozumieć punkt widzenia, odczucia, świadomość degradacji ciała i umysłu. Obserwujemy stopniową stagnację, zapadanie się w siebie, żegnanie ze światem oraz akceptację tego stanu rzeczy.

To z założenia smutna książka. Surowy, typowy dla Skandynawek, styl autorki podkreśla emocje, które bez wątpienia rodzą się w czytelniczce. Ridzén bez ogródek, epitetów i ozdobników opisuje codzienność Bo, pokazując starość szczerze, ale i bez sensacji. Ja jednak nie odbieram tej powieści do końca jako wyciskacza łez, bo odchodzenie Bo jest wprawdzie smutne, ale pogodzone z losem, w domu, z godnością, bez bólu i rozpaczy. Myślę, że to taki rodzaj śmierci, którego wiele z osób by sobie życzyło. 

Ta powieść nie bez przyczyny jest bestsellerem, naprawdę warto po nią sięgnąć.

Moja ocena: 5/6

Lisa Ridzén, Kiedy żurawie odlatują na południe, tł. Wojciech Łygaś, 368 str., Wydawnictwo Albatros 2025.

piątek, 14 sierpnia 2026

"Półmistrz" Mariusz Czubaj


Sierpień 1939 roku, na pokładzie transatlantyku do Buenos Aires wyrusza polska drużyna szachowa na olimpiadę w Buenos Aires. Oprócz nich na statku jest wiele innych ciekawych person, np. Witold Gombrowicz. Atmosfera jest nieco nerwowa, wydarzenia polityczne są jednym z ważnych tematów rozmów, szachiści trenują, goście zapoznają się ze sobą, a wszystkich obserwuje niejaki Edward Abramowski, który ma do spełnienia pewną misję. 

Gdy jeden z gości zostaje brutalnie zamordowany, sytuacja robi się napięta. Wszyscy są zaniepokojeni i czują, że nie są informowani o wszystkim, załoga ukrywa morderstwo, a Edward ma pewne podejrzenia, szczególnie gdy nawiązuje kontakt z jedną z pasażerek – Niną. Samo śledztwo nie jest jednak clou tej książki – nawet mnie szczególnie nie ciekawiło. Najważniejsza jest tu atmosfera – w Europie wybucha wojna, wiadomości na statek, który tworzy swoisty mikrokosmos, dochodzą z opóźnieniem. goście różnej proweniencji muszą ze sobą współżyć, a dyskusje bywają ogniste. Szachiści mają swoje zwyczaje, rośnie napięcie w oczekiwaniu rozgrywek, a Gombrowicz to postać wyjątkowo oryginalna, która chętnie i soczyście komentuje ludzi i wydarzenia, sypiąc cytatami z przyszłych książek. Równie pyszne są nawiązania do wydarzeń współczesnych, delikatnie utkane w różnych wypowiedziach. Tropienie takich smaczków to sama przyjemność.

Po "Półmistrza" sięgnęłam tylko ze względu na szachy, jako że mam w domu mistrza, i to całego, ale nie one tu grają pierwsze skrzypce, podobnie jak zagadka kryminalna. To raczej świetny portret epoki, uchwycenie atmosfery niepokoju tuż przed wybuchem II wojny światowej, podgrzanej zamkniętym miejscem, w którym znaleźli się pasażerowie. 

Moja ocena: 4/6

Mariusz Czubaj, Półmistrz, 320 str., Wydawnictwo Znak 2023.

czwartek, 13 sierpnia 2026

"Rok, w którym nie umarłem" Mikołaj Grynberg


 

Proza autobiograficzna, rozprawienie się z poczuciem własnej nieśmiertelności, przewrócenie życia do góry nogami po granicznym doświadczeniu – to wszystko w literaturze już było. Grynberg pisze właśnie o tym i tworzy coś nowatorskiego, choć trudno na pierwszy rzut oka dostrzec, w czym ta nowatorskość się kryje. Autor ma zawał, ląduje na kardiologii, lekarze ratują mu życie, po szeregu szpitalnych doświadczeń wraca do dawnego życia – brzmi banalnie, ale nie w słowach Grynberga. 

Jego proza zasadza się na krótkich scenach, wspaniałych portretach ludzi, których napotyka na swojej drodze i niebanalnej autorefleksji. Grynberg chronologicznie opowiada historię swojej choroby – od wezwania karetki pogotowia, wyjazdu do szpitala, zabiegu, pobytu w szpitalu po wyjście do domu, rehabilitację i życie po zawale. I właśnie w tych wszystkich miejscach trafia na przeróżnych ludzi – ratowników, lekarzy, pielęgniarki, rehabilitantki i współpacjentki i pacjentów. To pyszne historie o ludziach, którzy przeszli kilka zawałów, rutynowcach szpitalnych, o podjadaniu karpatki, kombinowaniu ze zdrowiem, stosunku do własnego życia. Te ludzkie obserwacje autor przeplata swoimi refleksjami, które jednak dalekie są od banału, a jego chęć klękania przed lekarzami w podzięce jest mi bardzo bliska i mocno rezonuje z moimi doświadczeniami. Szczerość Grynberga nie jest żenująca czy niewygodna lub egocentryczna, jest po prostu szczera – prosta, ujmująca. Porusza się on literacka na takim poziomie wrażliwości, który współgra z moimi, więc była to dla mnie książka idealna. Dobra, przeplatana humorem i autoironią, nie robiąca z memento mori dramatu ani prawdy objawionej.

Moja ocena: 5/6

Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem, 144 str., Wydawnictwo Agora 2025.


poniedziałek, 10 sierpnia 2026

"Rozwód" Moa Herngren


 

Bea i Niklas są małżeństwem z bardzo długim stażem, rodzicami szesnastoletnich bliźniaczek, prowadzą życie jak wszyscy, nudne, poukładane, bez spektakularnych wydarzeń, choć taka sytuacja spowodowała, że stali się parą. Śmierć brata Bei i przyjaciela Niklasa popchnęła oboje do zbliżenia się do siebie. Bea w ramionach Niklasa, ale przede wszystkim w jego rodzicach, znalazła pociechę. Teściowa jest jej bardzo bliska, kobiety świetnie się rozumieją, a spędzanie wszystkich urlopów w domu rodziny Niklasa na Gotlandii jest dla Bei szczytem szczęścia. Pewnego dnia kłótnia, jakich w małżeństwie wiele, coś przełamuje w Niklasie. Wychodzi z domu bez słowa i nie wraca. Bea zamartwia się, a potem nie rozumie, co się stało. Ta sprzeczka jest jednak pierwszym krokiem do rozwodu. Inicjatywa wychodzi od Niklasa, który dotychczas był bierny i uległy. Mężczyzna angażował się całkowicie w pracę jako pediatra, w domu przejmował tylko kwestię finansową. Bea natomiast skupiła się na organizacji życia rodzinnego, remontach, porządkach, zakupach, wychowaniu dzieci. 

Moa Herngren przedstawia najpierw punkt widzenia Bei, która relacjonuje historię małżeństwa, ale i swoje zmartwienia, troski, żale. Analizuje swoje błędy, zachowania, a także postawę męża. Gdy czytelniczka już kupuje punkt widzenia kobiety, autorka przekazuje głos Niklasowi, który relacjonuje trochę inną stronę wydarzeń. Nie jest wizja całkowicie odmienna, tu nie ma dobrych i złych, nie ma jednej strony medalu. "Rozwód" to analiza małżeństwa i wszystkich aspektów, które doprowadziły do jego rozpadu. To analiza dobra i ciekawa, choć przyznam, że zakończenie mnie rozczarowało, choć zapewne jest bardzo życiowe.

Proza Herngren wpisuje się w skandynawski styl – oszczędny, analizujący, skupiony na relacjach. Taka powieść oczywiście wciąga, bo każda czytelniczka znajdzie choć jeden punkt wspólny albo będzie mogła odnieść opisywane doświadczenia do własnych. Wcale nie dziwi mnie, że ta powieść stała się popularna, dobrze się czyta o problemach innych, które jednak nie są wydumane, a raczej bardzo realistyczne, także w aspekcie praktycznym. Herngren sporo pisze o problemach finansowych, rozterkach powiązanych z inwestycjami, wyjazdami, utrzymaniem rodziny, co na pewno rezonuje z wieloma czytelniczkami, choć oczywiście dotyczy szwedzkiego podwórka.

Tej powieści słuchałam w formie audiobooka i ponownie nie mogłam zdzierżyć beztroski z jaką lektorka i lektor traktowali język szwedzki. Nie znam tego języka, początkowo miałam wrażenie, że widać u osób czytających starania w kwestii wymowy, ale gdy po raz pierwszy padło imię brata Bei – Jacoba – straciłam to wrażenie. Ów Szwed przez całą książkę był dżejkobem

Będę kontynuować cykl Moi Herngren – szczególnie, że kolejne książki rzekomo są lepsze.

Moja ocena: 4/6

Moa Herngren, Rozwód, tł. Wojciech Łygaś, 416 str., Wydawnictwo Albatros 2024.

piątek, 7 sierpnia 2026

"The Pearl Thief" Noor Al Noaimi


 

Szukając literatury z Bahrajnu trafiłam na tę nowelkę, którą nie dość, że łatwo mogłam kupić, to jej autorką jest kobieta, co dla mnie zawsze jest atutem. Noor Al Noaimi przenosi czytelniczkę w bliżej nieokreśloną przeszłość. Hassan mieszka z rodzinami i ima się różnych prac, by utrzymać rodzinę. Gdy jego chlebodawca wyrzuca go, bo upadając z palmy, zniszczył cały plon daktyli, mężczyzna jest zrozpaczony. Znajomy opowiada mu o pracy przy połowie pereł. To bardzo niebezpieczne zajęcie, śmiałkowie zeskakują ze statku i szukają pereł na dnie morza, ale zapłata jest dobra. Hassan nie potrafi pływać, ale decyduje się podjąć wyzwanie, co wywołuje rozpacz u rodziców. Gdy wyrusza do pracy, żegnają go niemal jak umarłego.

Ta krótka nowelka pokazuje warunki życia w Bahrajnie, prawdopodobnie kilkadziesiąt lat temu. To ciekawa kreacja, interesująca dla mnie, po to sięgam przecież po literaturę z różnych zakątków świata. Niestety to bardzo krótki tekst, postaci nie są zbyt rozbudowane, a język dość prosty. Nie mam poczucia, że poznałam literaturę tego małego wyspiarskiego kraju, zresztą na ile można ją w ogóle po jednej nawet długiej książce poznać? 

Moja ocena: 3/6

Noor Al Noaimi, The Peral Thief, 30 str., Robin Barratt 2015.

środa, 5 sierpnia 2026

"Żywe istoty" Iida Turpeinen


 

Vitus Bering szukał drogi z Azji do Ameryki Północnej, ale utknął gdzieś między Kamczatką i Alaską, a wraz z nim badasz Georg Steller. W 1741 roku życie na bezludnej wyspie oznaczało niemal pewną śmierć. Chyba że znajdzie się jakieś pożywienie i wybuduje łódź. Tym pożywieniem mogą stać się na przykład dziwne zwierzęta, żyjące u wybrzeży i żywiące się trawą morską. To pierwsze spotkanie człowieka z krową morską, która tak zafascynowała Stellera, że próbował ją zbadać. Z jego zapisków wiele nie przetrwało, ale owo zwierzę przed długi czas nosiło przydomek od imienia badacza. Niewiele później krów morskich już nie było, a ich nieliczne kości stały się tak pożądane jak niemal złoto. Około sto lat później nowy gubernator Alaski, Johan Furuhjelm, próbuje udowodnić, że to ziemia bogata i warta zachodu, a jednym ze sposobów jest odnalezienie szkieletu krowy. Równocześnie w Finlandii tworzy się wielkie kolejce szkieletów, ptasich jaj i innych zwierząt, powstają muzea, publikacje, rysunki. Kolejnych sto lat później John Grönvall wraz z braćmi zabiega o stworzenie ptasiego rezerwatu na jednej z fińskich wysp, później staje się specjalistą od ptaków, zajmuje się rekonstrukcją jaja wybitej doszczętnie alki wielkiej, aż w końcu w jego ręce trafia szkielet krowy morskiej.

Owo łagodne, wielkie zwierzę staje się kanwą tej opowieści. Nikt nie wie, jak dokładnie krowa wyglądała, jakie miała zwyczaje i jak żyła, ale Turpeinen czyni ją wielką królową tej powieści i przyczynkiem do zrelacjonowania historii kilku wielkich odkrywców, botaników i naukowców. Oraz ich żon, rodzin, ale i ukazania ówczesnego świata, realiów życia, sposobu przemieszczania się i zdobywania okazów. To wreszcie opowieść o stosunku do rdzennych mieszkańców danych okolic, tu szczególnie Alaski. Najważniejszym jednak tematem jest tu zagłada zwierząt. Beztroska ludzi, wybijanie dla zabawy, mordowanie dla samego mordowania, niszczenie kolejnych gatunków. Trudno o tym czytać ze spokojem, co ja mówię, czułam złość i obrzydzenie, szczególnie że niektóre z tych praktyk istnieją do dziś.

Książka Turpeinen ma spokojny rytm, nie ma tu zwrotów akcji i fajerwerków, to w zasadzie reportaż ubrany w szaty powieści. "Żywe istoty" spełniły moje oczekiwania – sporo się dowiedziałam i spędziłam wiele czasu na dalszym rozkminianiu krowy morskiej, choć nie słyszałam o niej pierwszy raz (miałam nawet okazję wiele lat temu widzieć manaty). 

Moja ocena: 5/6

Iida Turpeinen, Żywe istoty, tł. Sebastian Musielak, 304 str., Wydawnictwo Poznańskie 2025.



wtorek, 4 sierpnia 2026

"Masło" Asako Yuzuki


 

Masako Kajii wzburzyła opinię publiczną. Ta kobieta uwodziła kochanków swoim kunsztem kulinarnym, gotowała im wyrafinowane potrawy, a następnie mężczyźni ginęli. Policja podejrzewa, że Masako przyczyniała się do tych śmierci, więc kobieta czeka w areszcie na rozprawę. Ta sprawa interesuje Rikę, dziennikarkę, która pracuje w znanym tygodniku. Jako że jest kobietą, nie pisze sama artykułów, ale prowadzi do nich research. Zafascynowana postacią Kajii pisze do niej list i jako jedyna dziennikarka zostaje zaproszona do rozmowy. Ten kontakt będzie dla Riki początkiem zmian. 

Dotychczas zabiegana kobieta nie przywiązywała żadnej wagi do jedzenia, żywiła się gotowcami jedzonymi w biegu, w domu nie miała nawet podstawowych urządzeń i sprzętów do gotowania. Rozmowy o potrawach były jednak jedyną metodą na skuszenie Kajii do wywiadu. Szybko jednak okazuje się, że to podejrzana pociąga w tej relacji za sznurki, a Rika poddaje się jej nakazom. Dziennikarka początkowo radziła się swojej przyjaciółki ze studiów Reiko i to właśnie ona podrzuciła pomysł z rozmowami o przepisach, z czasem jednak relacja między kobietami słabnie. 

Rika całkowicie wciąga się w analizowanie postawy Masako Kajii, gotuje potrawy, korzystając z jej przepisów, wyjeżdża w region, z którego ona pochodzi, rozmawia z jej rodziną i znajomymi, a przy okazji sama się zmienia. Przede wszystkim przybiera kilka kilogramów, co spotka się z niewybrednymi komentarzami, Rika jednak zaczyna akceptować siebie taką, jaka jest. Przywiązuje więcej wagi do uciech życia, ale też kusi się na głębsze refleksje na temat sytuacji kobiet w Japonii. Asako Yuzuki snując tę powieść, kusi się bowiem na opis wielu typowych zachowań i norm społecznych w Japonii. To w zasadzie cały wachlarz: są przyzwyczajenia jedzeniowe, wcale nie tak zdrowe, jakby się można spodziewać, jest komentowanie wyglądu i ocenianie według niego charakteru, szczególnie kobiet, jest kwestia wychowania dzieci oraz łączenia go z pracą i wiele innych kwestii. Dzięki temu, że autorka dokładnie opisuje wnętrza domów, rytm dnia, przeróżne zachowania, można sobie świetnie wyobrazić codzienne funkcjonowanie Japonek i Japończyków, które mimo dziesiątek lektur z tego kraju, wciąż jest dla mnie zaskakujące.

Wątek kryminalny nie jest w tej książce najważniejszy, w zasadzie wcale nie jest ważny. To raczej powieść o poznawaniu samej siebie, o akceptacji własnej osoby, odnajdywaniu ścieżki, zrozumieniu swoich potrzeb. Nie jestem jednak całkiem zadowolona z lektury – mam wrażenie, że mogłaby zostać przycięta, bo miejscami mi się dłużyła. Ponadto powieść nie wzbudziła we mnie emocji – wszystkie bohaterki i bohaterowie pozostawili mnie zupełnie neutralną wobec ich losów. 

Moja ocena: 4/6

Asako Yuzuki, Masło, tł. Anna Wołcyrz, 520 str., Wydawnictwo Literackie 2024.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Podsumowanie lipca 2026

 


Przeczytane książki: 17

Liczba stron: 4897

Przeczytane książki:

– "Wady snu" Radka Denemarková
– "Nana" Émile Zola
– "DJ Bambi" Audur Ava Ólafsdóttir
– "Dewocje" Anna Ciarkowska
– "Mistrz gry" Joanna Lampka
– "Książka o przyjaźni" Maciej Marcisz
– "Facing the Sun" Janice Lynn Mather
– "Obywatelka" Claudia Rankine
– "Café Macondo" Maciej Wesołowski
– "The Golden Age" Tahmima Anam
– "Ritual" Malidoma Patrice Somé
– "Szwajcaria" Agnieszka Kamińska
– "Duch w szpitalu" Róża Hajkuś
– "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" Mateusz Pakuła
– "Dom Drzwi" Tan Twan Eng
– "Dobre i złe" Samanta Schweblin
– "Pedro Páramo" Juan Rulfo

Lipiec był udanym miesiącem, bo na liczniku aż 17 książek, w tym 10 audiobooków. Słuchałam dużo, bo mam nowy abonament i korzystam, a i pracy sporo, więc umilam ją sobie w ten sposób.⁣
Poznałam trzy nowe kraje – Bahamy, Bangladesz i Burkinę Faso, mam więc nadzieję niebawem "ukończyć" kolejną literę mojego wyzwania.⁣
Na kluby książkowe przeczytałam dwie książki, natomiast z własnej półki aż dziesięć, co mnie szczególnie cieszy.⁣
Oprócz trzech wymienionych krajów, byłam w Czechach, Francji, Polsce, USA, Argentynie i Malezji.⁣

piątek, 31 lipca 2026

"Pedro Páramo" Juan Rulfo


 

Juan Preciado wyrusza do niewielkiego miasta Comala, gdzie się urodził, ale opuścił je wraz z matką jako mały chłopiec. Umierającej matce obiecał, że pojedzie tam i odnajdzie ojca Pedra Páramę, by odzyskać to, co mu się należy.
Gdy Juan dociera na miejsce, spotyka tylko duchy i opuszczone domy. Owe duchy szepczą mu historię miasta, gdy rządził nim Pedro Páramo – władca nieustępliwy, gwałtowny i brutalny. Sprytem i podstępem zdobywał bogactwo i cnotę wszystkich kobiet. Uczuciem darzył jednak tylko jedną, przyjaciółkę z dzieciństwa. Zraniona duma, zemsta i żal wydawały się być główną motywacją działań tego lokalnego kacyka. Juan odkrywa prawdę stopniowo, podobnie jak czytelniczka. A nie jest to łatwe odkrywanie.

Juan miota się między duchami, między jawą a snem, między wiarą i zwątpieniem. Czytelniczka natomiast miota się między postaciami, planami czasowymi i wydarzeniami. Zorientowanie się w narracji tej powieści to niełatwa sztuka. Początkowo podeszłam do niej z otwartą głową i śledziłam te różne płaszczyzny narracyjne, ale w pewnym momencie zgubiłam wątek i brnęłam do końca siłą rozpędu. Okolicznością zupełnie nie pomagającą w lekturze jest to, że nie lubię realizmu magicznego. 

Ostatecznie skończyłam lekturę bez poczucia satysfakcji i z zamętem w głowie. Na szczęście miałam możliwość zobaczyć film, który nie tylko nakręcono na motywach tego klasyka literatury meksykańskiej, ale fabularnie utrzymano bardzo blisko oryginału. Dopiero dzięki tej produkcji ułożyłam sobie w głowie całą fabułę i doceniłam powieść Rulfo.

"Pedro Páramo" to jednak kolejne potwierdzenie, że realizm magiczny w żaden sposób nie koresponduje z moją wrażliwością. Kupiłam nawet najnowsze wydanie wielu utworów prozatorskich Rulfo wydane PIW, ale gdy już przebrnęłam przez Pedra, zrezygnowałam z dalszej lektury.

Moja ocena: 3/6

Juan Rulfo, Pedro Páramo, tł. Kalina Wojciechowska, 152 str., Wydawnictwo Znak 2010.

czwartek, 30 lipca 2026

"Dobre i złe" Samanta Schweblin


"Dobre i złe" to zbiór sześciu opowiadań, które można określić jednym prostym słowem – dziwne. Dziwność zresztą to znak rozpoznawczy Argentynki i nie inaczej jest w przypadku tego zbioru.

Tematem przewodnim tych tekstów są relacje międzyludzkie, najczęściej na linii dziecko-rodzic, a Schweblin analizuje takie pojęcia jak poczucie odpowiedzialności, kruchość związków czy zaufanie. Wszystkie te teksty podszyte są poczuciem grozy, zawierają element horroru i wręcz zachęcają do alegorycznego odczytu. Schweblin tworzy całkiem zwyczajne światy – podróż samochodem, wakacje, wspólny posiłek rodziny, zabawa, ale te codzienne sytuacje rozwijają się w zaskakujący sposób, pociągając czytelniczkę w odmęty ludzkiego jestestwa. Wystarczy pomyśleć o matce, która wprawdzie funkcjonuje, ale balansuje na granicy odebrania sobie życia. Jak w tym opowiadaniu główne skrzypce zaczyna grać skórowanie królików, nie wiem. Autorka chętnie wplata takie zaskakujące elementy, które nagle świetnie współgrają z narracją. W pamięć zapada historia chłopca, który traci głos po tym, jak połknął baterię czy innego dziecka, które pragnie stać się koniem. Historia sióstr, które na wakacjach zaczynają opiekować się poetką-alkoholiczką też zakończy się w niespodziewany sposób. 

Schweblin już zawsze będzie się dla mnie łączyć z mrokiem, z czymś nieprzyjemnym jak zgrzyt kredy na tablicy. To te historie z życia, które chowamy gdzieś głęboko i usilnie próbujemy do nich nie wracać, topimy je w podświadomości, udajemy, że wszystko jest ok. Argentynka to wszystko wywleka i pakuje w piękny, wysmakowany język, dając nam prztyczka w nos i każąc myśleć o tym, o czym nie chcemy pamiętać. 

Moja ocena: 5/6

Samanta Schweblin, Dobre i złe, tł. Tomasz Pindel, 176 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

środa, 29 lipca 2026

Stosikowe losowanie – sierpień 2026


 

ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 22 książki) – 17
Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 262 książki) – 131
Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) – 196
McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania  (w stosie 41 książek) – 24
Maniaczytania wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 14 książek) – 9
Katarzyna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 10 książek) – 7
Agnes wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 3


"Dom Drzwi" Tan Twan Eng



Trzecia powieść Tana Twana Enga jest moją pierwszą, ale na jego prozę miałam od dawna chęć. Głównym powodem była oczywiście Malezja, która mnie bardzo ciekawi. Akcja "Domu Drzwi" rozgrywa się na wyspie Penang, na której spędziłam tydzień, więc książka ta była dla mnie sentymentalnym powrotem w to miejsce. Autor prowadzi narrację w trzech okresach czasowych – w latach 1947, 1921 i 1910. Te dwa ostatnie odgrywają tu najważniejszą rolę. W 1921 roku wyspę odwiedza angielski pisarz William Somerset Maugham i zatrzymuje się w domu Lesley Hamlyn i jej męża Roberta. Pisarz podróżuje po Azji ze swoim sekretarzem i kochankiem Geraldem, a pobyt u przyjaciela z młodości ma mu pomóc w rekonwalescencji po wypadku podczas pobytu w Sarawaku. 

William jest bardzo zainteresowany kontaktami Lesley z chińskim rewolucjonistą Sun Wenem, który odwiedził Penang, więc kobieta wraca do wydarzeń z roku 1910 i wieczorami opowiada swoje przeżycia – relacjonuje swój romans, pomoc Chińczykom, a także słynny proces jej przyjaciółki Ethel, która była pierwszą białą kobietą sądzoną w Kuala Lumpur za morderstwo. 

Tan Twan Eng snuje historię Lesley, która jest głęboko osadzona w ówczesnych realiach, do tego autor wplata w nią wydarzenia historyczne – proces Ethel, agitację chińskiego rewolucjonisty, podróże Maughama, kolonialny koloryt. Malajowi udaje się pokazać ówczesne stosunki społeczne – liczne grupy zasiedlające Penang i Malezję począwszy od potomków angielskich kolonizatorów, po przybyszów z Chin, Indii i innych krajów. Ten tygiel widać w strojach, językach, kuchni, a Lesley, mimo że jest białą uprzywilejowaną kobietą, jako że urodziła się na Penangu, łączy wiele z tych kultur w swoim życiu. 
Autor porusza także kwestie roli kobiet, Lesley ma stanowcze przekonania na ten temat i w rozmowach często wytyka mężczyznom brak równego traktowania. Sama stara się, na ile to możliwe, decydować za siebie. I wreszcie sporym blokiem tematycznym jest tu homoseksualizm, nie tylko ten skrywany. Eng dobrze szkicuje dylemat Maughama, który przecież pozostawił w Londynie żonę i córkę. Maugham zmaga się też z problemami finansowymi, ale i z procesem twórczym. I tu Engowi udało się dobrze naszkicować te rozterki.

"Dom Drzwi" to nie tylko ciekawa historia, wprawdzie z komponentem romansowym, któremu jednak daleko do harlequinowskiego, ale autor dodatkowo operuje przepięknym językiem. Jego opisy są metaforyczne, barwne, ale zdecydowanie nie nudne i nie kiczowate. Czuć tu zapachy i atmosferę Penangu, słychać ptaki i szum drzew, wszędobylska wilgoć unosi się z kart, a atmosfera Georgetown jest wręcz namacalna. Choć ton tej powieści niespieszny, to jednak połyka się ją błyskawicznie. Nie wiem, jak Tan Twan Eng to robi, ale podziwiam go za to. 

"Dom Drzwi" to powieść z gatunku tych, które się czyta jednym tchem, ale nie są płytką opowiastką. Ta książka łączy w sobie to, czego szukam w literaturze – potoczystość i wielki ładunek poznawczy. 

Jestem wdzięczna autorowi i tłumaczce za to, że zabrali mnie z powrotem na Penang, za wplecenie tylu faktów historycznych i liczne zwroty w hokkien i w malajskim, że potrafili wyczarować klimat wyspy. 

Moja ocena: 5/6

Tan Twang Eng, Dom Drzwi, tł. Agata Ostrowska, 416 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.

wtorek, 28 lipca 2026

"Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" Mateusz Pakuła


 

Książek o umieraniu i śmierci rodzica powstało już sporo. Trend ten zapoczątkował bodajże Tadeusz Różewicz tomem "Matka odchodzi". Do dziś pamiętam tę lekturę. Potem sięgałam jeszcze po wiele książek, w których autor czy autorka rozprawia się ze śmiercią rodzica. To nigdy nie będzie temat oklepany, bo to wydarzenie trudne niemal dla każdej osoby i trudno odmawiać innym potrzeby literackiego opracowania własnych przeżyć. Mając jednak w pamięci tyle różnych utworów tematyzujących ten sam proces, nie spodziewałam się, że Pakuła pokaże mi coś innego. Jego książka była dla mnie jednak wielkim zaskoczeniem, przede wszystkim formalnym.

Ojciec autora choruje na raka trzustki, więc szanse wyleczenia są minimalne. Pakuła opisuje więc jego kilkumiesięczny proces chorowania i umierania. Czyni to bardzo dosadnie, bez ogródek, skupiając się przede wszystkim na własnych odczuciach, wśród których dominuje złość, żeby nie użyć bardziej ostrego określenia. Złość na system, na lekarzy, na oddziały paliatywne, na kościół, na niemoc. To sytuacja, gdy człowiek nie ma najmniejszej szansy uleczenia, ale też nie może otrzymać pomocy, by skrócić męczarnie i oczekiwanie na śmierć. Ten temat pewnie każdemu z nas choć raz przemknął przez głowę, ale walka o prawo do eutanazji raczkuje, bo przecież sami zainteresowani w końcu umierają, a rodzina wyczerpana obserwowaniem tego procesu zapewne nie ma już na nią sił.

Pakuła jest reżyserem, więc sporo tu jego pracy, w treść wkomponował nawet sztukę, którą w tamtym okresie pisał. Sporo także rodzinnych opowieści, cudowny wywiad z babcią, która jako dziecko była z rodzicami na robotach w Niemczech – w audiobooku wspaniały! Czasami miałam poczucie, że wchodzę z butami w życie autora, ale skoro zdecydował się ze mną podzielić tymi historiami, to z radością ich wysłuchałam. 

Wspaniała książka, poruszająca, zostanie ze mną na zawsze.

Moja ocena: 6/6

Mateusz Pakuła, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję, 280 str., Wydawnictwo Nisza/Agora 2025.




poniedziałek, 27 lipca 2026

"Duch w szpitalu" Róża Hajkuś


Prowincjonalny szpital ze wszystkimi bolączkami – długie dyżury, brak funduszy, mniej lub bardziej zaangażowany personal, codzienne tragedie i sukcesy. I duch. Na pediatrii. Ducha widzi tylko jedno dziecko i to ono podczas rozmowy opowiada mu o pewnej psocie, która zainspiruje go do działania. Straszenie mu przecież nie ma szans wyjść, skoro ból, rozpacz i śmierć są o wiele gorsze. Duch zatrzaskuje więc na 24 godziny drzwi, wszystkie drzwi prowadzące na pediatrię. Tym sposobem więzi przemęczoną młodą lekarkę, która już od wielu godzin jest na dyżurze i boryka się z wypaleniem, dwie pielęgniarki – starszą, która już tylko czeka na emeryturę i młodszą, która nie może zajść w ciążę. Grupę rodziców, w tym samotnego ojca, kontrolowanego przez wiecznie niezadowoloną teściową, nadopiekuńczą matkę kontrolowaną dla odmiany przez męża oraz dwóch starszych panów, którzy przypadkowo zabłąkali się w okolice pediatrii z interny. Jeden z nich to typowy mizogin z hasłami wujasa z wesela, a drugi skromny i cichy wdowiec. Na zewnątrz zostaje ordynatorka pediatrii, której pomaga szef chirurgii oraz przyjaciel Laury, niemal dorosłej, która ze względy na liczne schorzenia autoimmunologiczne znów wylądowała na oddziale. Wszystkie te osoby nawet nie wiedzą, ile je łączy.

Gdy ludzie zostają przymusowo zamknięci muszą sobie radzić, a najlepszą strategią jest wtedy solidarność. I o niej pisze Róża Hajkuś. Osoby, które są w szpitalu, zazwyczaj mają trudne przejścia za sobą. Są tu doświadczenia śmierci, przemocy domowej, ciężkich chorób w dość sporej ilości, są problemy wychowawcze, jest próba odebrania sobie życia, jest wreszcie dorastanie ze wszystkimi bolączkami i wyżej wspomniana trudna do spełnienia chęć posiadania własnego potomstwa. Miałam kiedyś tendencję myśleć, że duże nagromadzenie tragedii jest nierealistyczne. Hajkuś ma jednak rację – tak w życiu niestety jest, a i miejsce akcji sprzyja niezbyt szczęśliwym wydarzeniom. Mimo postaci ducha, to powieść na wskroś realistyczna, która pokazuje zwykłych ludzi ze zwykłymi bolączkami oraz wszystkie wady systemu ochrony zdrowia. Lekarki i lekarze to zwykli ludzie, ze swoimi problemami, ogromnym zmęczeniem i błędami, niemocą i rozpaczą. Autorka snuje tu wiele wątków, bo każda z postaci dostaje swoją historię, ale udaje się jej wszystkie umiejętnie spleść. 

Hajkuś sama jest lekarką i to widać w opisie realiów pracy lekarskiej, funkcjonowania szpitala, ale także w przedstawieniu rozterek i problemów lekarzy. Sporą rolę odgrywa tu wspomniane wyżej zmęczenie z powodu wielogodzinnych dyżurów, obciążenie psychiczne, lęk przed popełnieniem błędu, brak spokoju, by dobrze wykonać swoje obowiązki, i warunki pracy w szpitalu w ogóle. Takie nakreślenie tych problemów mogło wyjść tylko spod pióra lekarki.

Mimo tak wielkiego nagromadzenia dość traumatycznych tematów to bardzo ciepła i pełna humoru powieść. Hajkuś przedstawia świat marzeń – taki, w którym wprawdzie są problemy, ale ludzie się wspierają i jednoczą. Gdzie istnieje przyjaźń i miłość. Znając autorkę z instagrama, spodziewałam się takiego tonu powieści i faktycznie widzę w tym stylu Różę z jej wirtualnym sposobem bycia. Co mnie zaskoczyło, to język. Są i przekleństwa i mizoginiczne hasła, jest wzajemne odszczekiwanie – i bynajmniej mnie to nie drażni, odbieram to bardzo na plus, bo przełamuje słodkość przekazu.

"Duch w szpitalu" to zdecydowanie nie jest rodzaj literatury, po który sięgam sama z siebie. Wybrałam ten audiobook tylko i wyłącznie ze względu na bardzo sympatyczną (na ile to mogę ocenić w Internecie) autorkę i w zasadzie się nie zawiodłam. Nie będzie to może powieść, która zostanie ze mną na długo, ale przypomniała mi ona czasy, gdy pochłaniałam książki dla samej radości czytania.

Moja ocena: 4,5/6

Róża Hajkuś, Duch w szpitalu, 432 str., Wydawnictwo SQN 2026.