sobota, 28 listopada 2009

"Kind aller Völker" Pramoedya Ananta Toer


Po ponad 150 stronach poddałam się. Naprawdę miałam wielką chęć przeczytać tę książkę do końca ale niestety nie jestem w stanie. Tak więc z literatury indonezyjskiej na razie poznałam mały wycinek. Według notki wydawcy Pramoedya Ananta Toer jest najwybitniejszym pisarzem indonezyjskim, urodzonym na Jawie. Tym bardziej przykro mi, że nie potrafię go docenić.
Akcję swojej powieści umieszcza pod koniec dziwiętnastego wieku. Indonezja jest holenderską kolonią. W centrum powieści stoi Minke, młody mieszkaniec Jawy, z dobrego, bogatego domu. Jego piękna żona zostaje uprowadzona i wywieziona do Holandii. Na statku popada w apatię i w końcu umiera. Niestety autor nie wyjaśnia bliższych okoliczności tego wydarzenia. Minke jest dziennikarzem, piszącym po holendersku i wierzącym w wyższość kultury europejskiej. Stopniowa jego wiara w Holendrów jednak zaczyna się zmieniać, a sam Minke z entuzjasty kolonistów zamienia się w sceptyka.
Autor opisuje polityczną sytuację, dyskusje Indonezyjczyków, zmiany kulturowe w Azji - to tematyka, która żywo mnie inetersuje, ale jakże nudno jest podana! Na kartach powieści nie dzieje się właściwie nic, wywody przyjaciół i samego Minke zwyczajnie nudzą. Szkoda, na razie Indonzję odhaczam i mam nadzieję trafić na innego autora z tego kraju.

Pramoedya Ananta Toer, Kind aller Völker, tł. Brigitte Schneebeli, 426 str., Unionsverlag.

piątek, 20 listopada 2009

3 urodziny bloga

Tak, już trzy lata piszę bloga. W ciągu tych trzech lat wiele się zmieniło. Blog ten w założeniu miał być prywatnym miejscem, dzięki któremu łatwiej miałam zapamiętać treść przeczytanych książek. W 2002 roku zaczęłam notować przeczytane tytuły ale po jakimś czasie stwierdziłam, że niestety w przypadku niektórych książek zupełnie ulatuje mi ich treść. Z zamiarem założenia bloga nosiłam się już jakiś czas, miałam już przecież doświadczenie w blogowaniu, dzięki blogowi mojej córki. Gdy blog powstał zaczęłam zamieszczać na nim naprawdę krótkie notki. Często traktowałam go wręcz po macoszemu. Do momentu gdy odkryłam całą literacką społeczność blogową. To było jak odkrycie nowego świata - nie zdawałam sobie sprawy ilu moli książkowych pisze o swojej pasji. Wspaniałym doświadczeniem stały się wyzwania książkowe. Wciągnęłam się na całego i prowadząc bloga rekompensuję sobie po części niespełnione marzenia o pracy z książkami. Wprawdzie mam na codzień do czynienia ze słowem pisanym, czasem nawet z autorami ale niestety nie jest to jednak praca stricte z książkami związana. Dzięki blogowi zaczęłam czytać więcej, bardziej świadomie, poznałam nowe obszary literackie, zmobilizowałam się do realizacji od dawna czynionych planów czytelniczych, nawiązałam współpracę z wydawnictwami, co daje mi ogromną satysfakcję i wreszcie poznałam wirtualnie wiele ciekawych, nietuzinkowych osób, które stale inspirują mnie czytelniczo i kulturalnie. Nie ukrywam, że z momentem otrzymania pierwszego komentarza na blogu, pisanie notek nabrało większego sensu. Z satysfakcją czytam wasze uwagi, które dają mi wiele nowych impulsów i wskazówek. Dziękuję za wasze odwiedziny i notki, tak dla mnie cenne! A sobie życzę wytrwałości w pisaniu przez następny rok:)

"Wystarczy, że jesteś" Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Weronika jest licealistką, dobrą uczennicą z etykietką szarej myszki. Weronika nie wierzy w siebie, uważa, że jest gorsza i beznadziejna ale ma jedno wielkie marzenie. Pragnie miłości - miłości takiej, o jakiej marzą nastolatki czyli czystej, romantycznej i bezkompromisowej. Gdy przypadkiem poznaje w pociągu Filipa - studenta aktorstwa - wpada jak śliwka w kompot. Kocha, cierpi, czeka, marzy i pisze bloga. Małgorzata Gutowska-Adamczyk stwarza świat nastolatki takim, jakim on faktycznie często jest. Potrafi ona oddać jego beztroskę, naiwność, a marzenia nastolatki umiejscowić w szkolnych realiach. Jej Weronika zmienia się, dojrzewa emocjonalnie, poznaje piękne i gorzkie strony miłości i przyjaźni. Myślę, że to świetna lektura dla nastolatek - zwłaszcza dla dziewczyn nieco zahukanych, bujających głową w obłokach. Książkę czyta się wartko, autorka potrafi zainteresować losami swojej bohaterki, a dzięki odniesieniom do aktualnych wydarzeń nie brakuje na kartach powieści realizmu. Dodatkową rekomendację stanowi z pewnością nominacja Polskiej Sekcji IBBY do Książki Roku 2009. Polecam jako prezent gwiazdkowy dla młodych dziewczyn.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Wystarczy, że jesteś, 291 str., Nasza Księgarnia.

środa, 18 listopada 2009

"Brandstifter" Jón Hallur Stefánsson


Skoro znów jestem w Islandii, postanowiłam przeczytać kolejną, ostatnią już książkę z tego kraju, jaką miałam w moim stosie.
"Brandstifter" czyli "Podpalacz" Stefánssona to według reklamy na książce kryminał. Troszkę naciągane to określenie, moim zdaniem. Wprawdzie mamy komisarza, policję i przestępstwo w postaci podpalonych domów ale.....
Jesteśmy na wschodzie Islandii, w małym miasteczku. Kilka miesięcy wcześniej spłonął dom pastorstwa, a w momencie rozpoczęcia akcji płonie dom jednej z rodzin, która właśnie spędza świąteczne ferie na Wyspach Kanaryjskich. Do miasteczka przybywa z Reykjaviku komisarz Eggertsson, który rozpoczyna śledztwo. Nie jest to jednak typowe śledztwo, a bardziej praca psychologa. Wraz z kolejną stroną książki poznajemy problemy mieszkańców, ich uwikłania, zależności, wioskowe plotki i problemy z przeszłości. I właśnie o tym ta powieść jest. To nie kryminał a obraz małomiasteczkowego życia, próba psychologicznego portretu mieszkańców małej społeczności. Świadomie piszę próba, bo całkiem udana ona nie jest. Stefánssonowi nie udało się uniknąć dłużyzn, zbyt dokładnych opisów i przewidywalności. Osoba podpalacza była dla mnie jasna bardzo szybko a powiązania między mieszkańcami dosyć papierowe i jednoznaczne.
Nie żałuję przeczytania tej książki, ale z czystym sumieniem polecić nie mogę.

Jón Hallur Stefánsson, Brandstifter, tł. Betty Wahl, 396 str., List.

"Sommerlicht, und dann kommt die Nacht" Jón Kalman Stefánsson


Sara wybrała dla mnie tę książkę w ramach stosikowego losowania. I jestem jej za to wdzięczna. Nie planowałam przeczytania jej w najbliższym czasie i to był błąd. Moja pracowa koleżanka miała rację warto sięgnąć po Stefánssona.
Ja sięgnęłam po książkę tego autora już drugi raz i nie żałuję. O ile pierwsze z nim spotkanie nie było tak udane, to teraz z prawdziwą przyjemnością zatopiłam się w świat małej wioski, zagubionej w zachodniach fjordach Islandii. Jeszcze większą przyjemność sprawiło mi obcowanie z językiem Stefánssona. Szalenie podobają mi się jego zdania - długie, ale nie za długie, zaskakujące, ale nie przekombinowane, opisowe ale nie przegadane. I poetyckie ale bez przesady. Bo uwaxny czytelnik mojego bloga pewnie już zauważył, że nadmiar poetyckości w prozie źle mi służy.
Na pierwszy rzut oka wiejski mikrokosmos jako główny temat powieści nie brzmi zbyt spektakularnie. A jednak. Stefánsson wprawdzie umieszcza akcję w dosłownie zapadłej dziurze, potrafi jednak opowiadając losy mieszkańców wioski, dać odpowiedzi na pytania ponadczasowe, dotyczące każdego. Brzmi znów banalnie? Uwierzcie, banalnie nie jest. I nie jest nudno. Warto poznać losy bogatego przedsiębiorcy, który porzuca żonę i pracę, by poświęcić się studiowaniu łaciny, starym księgom i astronomii. Warto też zajrzeć do wioskowego sklepu, w którym zaczyna straszyć. I warto spotkać samotnika, którego nagle zaczyna odwiedzać kobieta. Warto też zobaczyć jakimi ścieżkami porusza się miłość i jaki to ma wpływ na wioskową wspólnotę.
Stefánsson wspina się coraz wyżej na liście moich ulubionych islandzkich pisarzy. Na pewno sięgnę po jego inne książki i mam nadzieję, że i niebawem polski czytelnik będzie mógł poznać tego pisarza.

Jón Kalman Stefánsson, Sommerlicht, und dann kommt die Nacht, tł. Karl-Ludwig Wetzig, 312 str, Reclam.

piątek, 13 listopada 2009

"Korzystaj z dnia" Saul Bellow

Wilhelm jest życiowym nieudacznikiem - nie skończył studiów, nie wyszła mu kariera aktorska, rozpadło się jego małżeństwo, nie ma przyjaciół, nie ma perspektyw, nie układają mu się stosunki z ojcem. Ale właśnie do starego ojca zwraca się o pomoc finansową.
Czytelnik poznaje Wilhelma i jego typowy dzień, który spędza na śniadaniu w kawiarni, rozmowach, podejrzanych spekulacjach giełdowych, które z pewnością nie przyniosą zysku oraz na użalaniu się nad sobą. Nie znalazłam tu zapowiadanego przez wydawcę komizmu, każda strona pełna jest w moim odczuciu tragizmu i beznadziei, braku pomysłu na życie i samoużalania się. Nie polubiłam Wilhelma nic a nic - spodobała mi się za to postawa jego ojca. Trudno mi w tej niewielkiej książeczce doszukać się głębszego przesłania - odbieram ją jako szkic psychologiczny postaci Wilhelma oraz jako szkic wielkiego miasta - Nowy Jork obecny jest bowiem na kartach powieści.
Myślę, że sięgnę po szerszy utwór Bellowa, bo po "Korzystaj z dnia" trudno mi sobie stworzyć portret tego noblisty.

Saul Bellow, Korzystaj z dnia, tł. Andrzej Nowicki, 164 str., Czytelnik.

"Cudowna podróż" Selma Lagerlöf


Tak, poszłam na łatwiznę w przypadku tej noblistki. Nie mogłam się przemóc, by sięgnąć po inną jej dorosłą powieść po fiasku z "Göstą Berlingiem". Podeszłam więc Lagerlöf od strony dziecięcej, pamiętając jednak, że próbowałam przeczytać "Cudowną podróż" w dzieciństwie i wtedy mi się nie podobała.
Lagerlöf opisuje losy chłopca - Nilsa Holgerssona. Chłopca leniwego, ospałego, dokuczającego zwierzętom i przysparzającego trosk rodzicom. Pewnego dnia, gdy Nils zostaje sam w domu, spotyka karsnoludka, któremu nie chce pomóc. Za karę sam zostaje zamieniony w krasnoludka. Żadne ze zwierząt nie chce pomóc krnąbrnemu Nilsowi i zrozpaczony chłopiec sam próbuje odnaleźć sprawcę swojego nieszczęścia. Gdy nad jego zagrodą przelatuje sznur dzikich gęsi, młody gąsior pragnie do nich dołączyć - Nils próbując go zatrzymać, zostaje uniesiony w przestworza i rusza w największą podróż życia. Wraz z gęsiami poznaje świat zwierząt, spełnia wiele dobrych uczynków i staje się przyjacielem zwierząt. Z gąsiorem Marcinem łączy go prawdziwa przyjaźń. "Cudowna podróż" to jednak przede wszystkim książka o Szwecji - Lagerlöf opisuje poszczególne krainy, szwedzkie krajobrazy i życie Szwedów. Potrafię sobie wyobrazić, że to bardzo pouczająca lektura dla szwedzkich dzieci. Nie bardzo rozumiem jednak dlaczego znalazła się ona w kanonie lektur polskiego ucznia.
"Cudowna podróż" to lektura zdecydowanie lżejsza od "Gösty Berlinga" ale, moim zdaniem, nieobowiązkowa.

Selma Lagerlöf, Cudowna podróż, tł. Teresa Chłapowska, 103 str., Nasza Księgarnia.

"Świat finansjery" Terry Pratchett


Znany z "Piekła pocztowego" Moist von Lipwig staje przed nowym wyzwaniem. Wyzwaniem, które początkowo go wcale nie interesuje. Lord Vetinari ma swoje sposoby, by zainteresować Moista Królewską Mennicą. Gdy umiera ostatnia dziedziczka banku, Mois dziedziczy jej psa, który stał się właścicielem pakietu akcji. Zadaniem Moista jest zarządzanie bankiem w imieniu psa-prezesa. Lipwig odkrywa więc jak funkcjonuje bank - poznaje głównego kasjera, który chyba jest wampirem, zagląda do piwnicy, gdzie stoi dziwny twór, kierowany przez szalonego Huberta na spółkę z Igorem i w końcu poznaje nietuzinkową rodzinkę zmarłej, która ma ogromną chrapkę na spadek. Zwłaszcza Cosmo, którego największym wzorem jest Vetinari. Wielką rolę odgrywają również golemy i magowie. Pojawia się nawet straż. Czyli czytelnik dostaje wszystko, co Pratchett potrafi najlepiej. Ja jednak nadal oczuwam zmęczenie materiałem i znów nie odczułam rozśmieszająco-relaksaującego wpływu Pratchetta. Z waszych komentarzy i recenzji wiem, że Pratchett się nie pogorszył, więc to jednak ja z pewnością potrzebuję przerwy od Świata Dysku.

Terry Pratchett, Świat finansjery, tł. Piotr W. Cholewa, 351 str, Prószyński i S-ka.

"Śmierć ma 143 cm wzrostu" Sebastian Fitzek


Kolejny Fitzek, który jednak nieco mniej mi się podobał. W moim odczuciu autor zbyt bardzo zagmatwał wątki i nie potrafił utrzymać napięcia przez całą powieść. A może fakt, iż czytałam książkę tuż przed i po porodzie, wpłynął na mój odbiór?
Poznajemy więc Roberta Sterna - prawnika, który dziesięć lat wcześniej stracił nowonarodzonego synka - Feliksa. Dotąd nie potrafi otrząsnąć się po utracie syna - jego małżeństwo się rozpadło, a życie przypomina wegetację. Kontaktuje się z nim była kochanka, która przedstawia Robertowi Simona - nieuleczalnie chorego chłopca, który po zabiegu hipnozy wskazuje miejsca, gdzie zostały popełnione zbrodnie. Stren pozwala wciągnąć się w śledztwo, by udowodnić Simonowi, że to nie on jest mordercą. Równocześnie kontakt z Robertem nawiązuje tajemniczy Głos, który przesyła mu kasetę video, sugerującą, że Feliks został porwany ze szpitala i żyje. Robert brnie w niebezpieczne śledztwo, by poznać prawdę o synu. Szantażujący go Głos, zmusza Roberta do odszukiwania kolejnych ofiar, wskazywanych przez Simona i odnalezienia ich prawdziwego mordercy.
Fitzkowi udaje się rozwiązać zagadkę w sposób nieoczekiwany, wszystkie wątki zostają ze sobą świetnie powiązane ale jednak za dużo dla mnie happy endu w tej powieści. Coś mnie w niej uwiera i mimo że pomysł na fabułę jest niezwykle ciekawy, nie potrafiłam się tak oddać lekturze, jak w przypadku poprzednich thrillerów Fitzka. Co nie znaczy jednak, że nie przeczytam jego następnych powieści. Jedna czeka już nawet na półce.

Sebastian Fitzek, Das Kind, 389 str., Knaur.

sobota, 7 listopada 2009

Krótka przerwa

Krótka przerwa w pisaniu recenzji, spowodowana tym wydarzeniem, niebawem się skończy. Czytać nie przestałam:)

sobota, 31 października 2009

Stosikowe losowanie runda 1 - pary i wybór książki!

Rozlosowałam pary:

Sara wybiera numer książki dla Anny i jest to 1 - recenzja
Patrycja Antonina wybiera numer książki dla Sary i jest to 1
A-arachne wybiera numer książki dla Kalio i jest to 32 - recenzja
Kalio wybiera numer książki dla Maniiczytania i jest to 22 - recenzja
Anna wybiera numer książki dla A-arachne i jest to 3
Maniczytania wybiera numer książki dla Patrycji Antoniny i jest to 13 - recenzja.


Proszę o wybranie przez was książek i podanie wybranej cyfry w komentarzach. Patrycję proszę o podanie liczby książek w stosie, żeby Maniaczytania mogła dokonać losowania.
Miłego czytania i recenzowania! Proszę o podlinkowanie tutaj recenzji po przeczytaniu książki:)

"Mord in Thingvellir" Stella Blómkvist


Jednak zdecydowałam się na przeczytanie kolejnego kryminału pani Blómkvist. Znów nie była to rewelacja ale jednak autorka wprowadziła kilka zmian. Przede wszystkim wreszcie widać jakieś zmiany w postaci prawniczki. Poznajemy jej przeszłość, głównie ojca, który umiera. Stella zaczyna odczuwać zmęczenie swoim, jakkolwiek by nie oceniać, pustym życiem i zaczyna odczuwać instynkt macierzyński. Nie są to wyrafinowane rozwiązania psychologiczne ale choć trochę ubarwiają powieść.
A jaką intrygę tym razem wymyśliła Blómkvist? Znów obracamy się w kręgach islandzkich prominentów, zaplątanych w ciemne interesy. A wszystko rozpoczyna się od znalezienia ciała kurdyjskiej dziewczyny w dolinie Thingvellir - kolebce islandzkiej demokarcji i miejscu, gdzie wcześniej dokonywano mordów na osądzonych kobietach. Podejrzenie od razu pada na ojca dziewczyny, któremu zarzucone zostaje morderstwo w obronie własnego honoru. Dziewczyna zbyt bardzo upodobniła się do islandzkich rówieśniczek. Stella jest jednak innego zdania i jej śledztwo zaprowadzi ją do tak wysokich rangą osób jak minister sprawiedliwości, a także pomoże odkryć przeszłość własnego ojca.
Czytało się lekko i przyjemnie. Nużyły mnie znów opisy wybryków seksulanych prawniczki oraz jej zamiłowania do whiskey.
Teraz rzucam się na kolejnego Fitzka, na pewno będzie ciekawiej!

Stella Blómkvist, Mord in Thingvellir, tł. Elena Teuffer, 346 str., btb.

czwartek, 29 października 2009

Stosikowe losowanie runda 1

Do 1 rundy stosikowego losowania zgłosiły się:

Sara - 5 książek
Patrycja Antonina - 24 książki
A-arachne - 10 książek
Kalio - 78 książek
Anna - 30 książek
Maniaczytania - 60 książek

Do niedzieli, 1.11., czekam na dalsze zgłoszenia oraz na podanie liczby książek w aktualnym stosie.
W niedzielę wieczorem rozlosuję pary (chyba, że urodzę, wtedy losowanie przesunę na po), a wy wybierzecie numer książki do przeczytania dla partnerki. Proszę o podanie go w komentarzach. Można również pochwalić się jaki tytuł został dla nas wybrany.

Książkę należy przeczytać w ciągu 1 miesiąca.
Mile widziana recenzja.
Jeśli wylosowana książka jest jedną z cyklu, można (a nawet pewnie należy) zacząć czytać od pierwszego tomu.
Uczestnicy automatycznie przechodzą do drugiej rundy, którą za około miesiąc zaanonsuję na blogu.

Miłej zabawy i czekam na odzew!

"Der falsche Mörder" Stella Blómkvist


Pierwszą książkę ze Stellą w roli głównej przeczytałam w styczniu, o czym pisałam tu. W wyniku stosikowego losowania przypadł mi kolejny jej kryminał. Po przeczytanych ostatnio książkach Fitzka, ten kryminał wypadł blado. Trochę nudziła mnie tym razem postać Stelli, która poza pracą myśli tylko o imprezach, seksie (z obojętnie jaką płcią) i whiskey. Powieść znów rozpoczyna się od sceny masturbacji - czyli powtórka z rozrywki. Tym razem Stella zostaje zatrudniona przez sędzię sądu najwyższego, który podejrzany jest o zamordowanie kochanki w swoim biurze. Nietypowa sprawa - sędzia naturalnie wypiera się jakiejkolwiek winy, a Stella ma wszelkie podstawy, by mu wierzyć. Śledztwo prowadzi ją w świat amatorskiego teatru, w którym grała zamordowana kochanka sędzi. Pikanterii akcji dodaje motyw zaginionego przed wielu laty Islandczyka - uznano go wtedy za zamordowanego, winnych skazano. Tymczasem właśnie ta osoba zgłasza się do Stelli z prośbą o wyrobienie jej paszportu. Okazuje się, że powiązana jest ze aresztowanym.
Nie jest to może najbardziej wciągająca intryga ale czytelnik znów ma szansę dowiedzieć się wiele o współczesnej Islandii i to właściwie jest największą zaletą książki.
Poza tym zachęcać nie będę. Ultrakrótkie zdania nużą na dalszą metę, a akcja zbyt słabo wciąga, by zaliczyć tę książke do kanonu kryminałów. Mam na półce jeszcze jedną powieść Stelli, ale nie jestem przekonana czy powinnam poświęcić jej czas.

Stella Blómkvist, Der falsche Mörder, tł. Elena Teuffer, 315 str., btb.

środa, 28 października 2009

Stosikowe losowanie

Moja aktualna lektura to właśnie wynik takiego stosikowego losowania, organizowanego przez jedną z niemieckich blogerek. Cała zabawa polega na tym, by przyczynić się do likwidacji stosiku i przeczytać książkę, upychaną gdzieś na szarym końcu i odkładaną w nieskończoność:) Bo kto z nas nie ma takich stosikowych stałych mieszkańców, odkładanych na rzecz nowych nabytków?

Procedura przebiega w ten sposób:
1. Zgłaszanie się chętnych z podaniem liczby książek w stosie.
2. Organizator dobiera chętnych w pary i określa kto dla kogo losuje/wybiera numer.
3. W konkretnym dniu wybierana jest przez dobrane osoby liczba, określająca książkę ze stosu, którą partner musi przeczytać. Liczbę tę podajemy w komentarzach do odpowiediego posta. Można też podać tytuł książki, którą dla nas wylosowano.
4. Na przeczytanie dostajemy miesiąc, mile widziana recenzja.
5. Uczestnicy przechodzą do kolejnej rundy, chyba że zgłoszą organizatorowi rezygnację.

No i jak macie ochotę na taką zabawę???? Podejmę się organizacji (no chyba, że w międzyczasie urodzę:).

"Podróż Bena" Doris Lessing


To kontynuacja losów Bena, poznanego w powieści "Piąte dziecko", która jednak może być również czytana zupełnie niezależnie. Na pewno "Piąte dziecko" daje pełniejszy obraz postaci Bena, jednak ta powieść opiera się na zupełnie innej tematyce.
Już nie rodzina jako instytucja jest najważniejsza, a przystosowanie do życia w społeczeństwie. Poznajemy Bena jako osiemnastolatka, który jakoś radzi sobie i żyje w Londynie, ale wciąż zależny jest od innych osób. Ben instynktownie szuka osoby w jego oczach dobrej, która dałaby mu jeść i zaopiekowała się zagubionym chłopcem. Niestety najczęściej trafia na osoby, które bezczelnie go wykorzystują, pozbawiając należnego zarobku. Praktycznie wszystkie osoby, które w jakiś sposób okazują mu ciepło czy współczucie pochodzą z nizin społecznych - jest tu prostytuka i alfons, reżyser marzący o sławie i jego kochanka, a także chora staruszka, która wydaje się pomagać Benowi najbardziej bezinteresownie. Każda z tych osób ma swój bagaż doświadczeń, złych doświadczeń, dlatego też łatwiej jest jej wczuć się w położenie Bena i zaopiekować się nim. Jednak prędzej czy później wygrywa własne dobro. Ben stara się utrzymywać swój temperament w ryzach stale cierpi - czuje się wyobcowany, nieprzystosowany i najbardziej pragnie poznać ludzi takich, jak on.
Lessing znów niemal beznamiętnie zdaje realcję z życia Bena - ukazuje jego tęsknotę za akcpetacją, wewnętrzną walkę i ogromną potrzebę miłości. Autorka zmusza do refleksji nad odmieńcami, nad ich rolą w społeczeństwie - przyznać trzeba, że do refleksji trudnych, bolesnych.
W komentarzach znalazłam sugestie, że "Podróż Bena" jest powieścią gorszą niż "Piąte dziecko". Nie wiem, raczej nie. Jest powieścią zupełnie inną, poruszającą inną problematykę, raczej nie tak kompleksową jak poprzednia powieść. Faktycznie, czytana bezpośrednio po "Piątym dziecku" może wydać się uboższa, ale jestem przekonana, że i tutaj można wyłuskać wiele tematów i wątków pobocznych, jak chociażby rola nauki i skala poświęceń w imię nowych odkryć.
Lessing jest w moim odczuciu pisarką nietuzinkową, swoim językiem nadaje powieściom niemal tragiczny rys, równocześnie zmuszając czytelnika do wielu refleksji. A co najważniejsze nie stwarza w tym celu opasłych tomisk - bardzo cenię taki konkretny styl.

"Podróż Bena" czytałam po polsku. Niestety tłumaczenie wydało mi się być gorsze od niemieckiego "Piątego dziecka". Czasami odbierałam styl wręcz jak rozprawkowy. Zaskoczył mnie fakt, że zostały przetłumaczone imiona rodzeństwa Bena na język polski. Tak więc brat Bena Paul jest Pawłem ale poznany w Rio Paulo pozostaje przy portugalskim imieniu. Wydawało mi się, że nie ma już zwyczaju tłumaczenia imion w powieściach? Czy ktoś może mi wyjaśnić jak się ma ta kwestia?
No i niestety znalazłam byk ortograficzny:(

Doris Lessing, Podróż Bena, tł. Anna Gren, 176 str., PiW.

poniedziałek, 26 października 2009

"Piąte dziecko" Doris Lessing


To niewielka objętościowo książka, która zawiera w sobie mnóstwo treści.
David i Herriet, wbrew radom i opiniom otoczenia, postanawiają założyć tradycyjną rodzinę - z wielkim domem, ogromnym stołem, przy którym wszyscy się gromadzą i gromadką dzieci. Swoje plany realizują na przekór wszystkim. Kupują powiktoriańską willę pod Londynem i tworzą rodzinę. Harriet wprowadza tradycję zapraszania wszystkich krewnych na święta i wakacje, podtrzymując w ten sposób rodzinną atmosferę, którą uwielbia ich czwórka dzieci. Piąta ciąża Harriet zmienia jednak (pozorną) sielankę. Nowe dziecko jest niezwykłe już w brzuchu matki, poród bardzo ciężki a niemowlę nie przypomina dotychczasowych dzieci. Wydaje się pochodzić z innej planety i staje się zagrożeniem dla innych dzieci - nie tylko fizycznym ale i psychicznym, gdyż powoli zaczyna nieszczyć rodzinny spokój.
Lessing zamieszcza w swojej powieści całą paletę problemów. Celowo piszę więc o pozornej sielance - bo ciąże nadchodzą zbyt szybko, są nieplanowane, wykanczają i męczą Harriet, która wydaje się tego nie zauważać. Czas poświęcany kolejnym dzieciom jest coraz którszy, gdy zmęczona matka kolejny raz wymiotuje w ciąży. Harriet zamienia się w męczęnnicę, jeszcze przed urodzeniem ostatniego Bena, nie zauważając tego i nie odpuszczając ani jednej rodzinnej tradycji na rzecz powrotu do sił. Nie przemawiają do niej argumenty matki i otoczenia - plan szczęśliwej rodziny wielodzietnej jest realizowany.
Szczęście rodzinne jest pozorne również dlatego, że możliwe jest tylko i wyłącznie dzięki finansowym dotacjom ojca Davida i pomocy matki Harriet. David nie jest w stanie zarobić na utrzymanie domu oraz piątki dzieci - długie dojazdy do Londynu oraz prace dodatkowe kradną czas, który mógłby poświęcić dzieciom. Tak więc rodzina korzysta z zastrzyków finansowych bogatego dziadka oraz ze wsparcia Dorothy - matki Harriet. Dorothy troszczy się o dzieci i utrzymanie domu, wyręcza Harriet we wszystkich pracach, gdy ta kolejny raz źle znosi ciążę.
I wreszcie kolejny problem - narodziny Bena - odmieńca. Lessing beznamiętnie opisuje jak to dziwne dziecko zmienia rodzinną sielankę w piekło. Niekochany przez nikogo Ben psuje atmosferę, przepędza tak chętnie dotąd przyjeżdżających gości i doprowadza na Harriet i jej matkę na skraj załamania nerwowego. Rodzina zupełnie sobie nie radzi z wychowaniem niespotykanego dziecka i sięga do najprostszych środków, by rozwiązać problem. Co mnie przeraziło to fakt, że problem z Benem ignorują wszystkie instytucje - pediatra, psycholog, nauczyciele w szkole. Każdy stara się owo nietypowe dziecko zignorować, nikt nie słucha zwątpionej matki.
Pod koniec książki Lessing dorzuca jeszcze problem młodzieży wykolejonej - ignorującej wszelkie społeczne zasady i szkołę.
Podejrzewam, że każdy czytelnik odkryje dla siebie inny problem, inny wątek, który najbardziej go dotknie. Dla mnie to powieść o rozterkach matki - o rozdzieleniu miłości do męża i do dzieci. O trudności w podejmowaniu decyzji - o niemożności zdecydowanie dobro, które dziecka jest ważniejsze. To chyba najtrudniejszy problem dla matki - wybór między dziećmi. Rozterki Harriet, podane w surowych, bezuczuciowych zdaniach, poruszają do głębi. Uczucie to potęguje fakt, że nie znajduje ona zrozumienia ani u męża, ani wśród bliskich.

Lessing jest w moim odczuciu najciekawszą z poznanych przeze mnie ostatnio noblistów i spróbuję przeczytać jeszcze więcej jej książek. Na razie rozpoczynam kontynuację losów Bena.

Doris Lessing, Das fünfte Kind, tł. Eva Schönfeld, 212 str. Büchergilde Gutenberg

niedziela, 25 października 2009

"Sercątko" Herta Müller


"Sercątko" to bardzo trudna książka, wymagająca skupienia i rozwagi. Moja znajomość z panią Müller na pewno nie będzie łatwa, nie wiem czy zdecyduję się sięgnąć po jeszcze inną jej książkę.
Znajomość jej biografii pomogła mi choć trochę zrozumieć "Sercątko" ale odkładam je z poczuciem, że zrozumiałam może kilka procent, że odkryłam tylko nieliczne obrazy, że nie potrafiłam poddać się rytmowi autorki. Bardzo trudno było mi podążyć za nią, nie chciałam wręcz zagłębiać się w mroczny świat. Każda kartka książki wzbudzała we mnie większy niepokój i poczucie klęski. Nie rozumiem metafor, nie widzę znaczenia obrazów, potrafię tylko podążać za treścią.
Herta Müller opisuje życie młodej dziewczyny, która wyjeżdża na studia tłumaczeniowe - dziewczyna należy do mniejszości niemieckiej. Na studiach nawiązuje znajomość z trzema chłopakami, z którymi stwarza niewielką grupę oporu. Müller opisuje życie w osaczeniu, przesłuchania, szykany, rozciągające się na całą rodzinę, niepewność, okraszając to dużą dozą ludowości. Autorka nawiązuje do pieśni ludowych, do zwyczajów, opisuje życie na wsi. Bohaterka w końcu wyjeżdża do Niemiec, dokąd również sięgają macki Securitate. Jej wystraszone "sercątko" nie ma odwagi kochać - ludzkie uczucia w opisywanym świecie nie mają racji bytu.

Herta Müller, Herztier, 252 str., Fischer.

czwartek, 22 października 2009

"Makabryczna gra" Sebastian Fitzek


Jako przerywnik łyknęłam kryminał, a właściwie thriller, Fitzka. Przerywnik to był wyśmienity. Nie mogłam się oderwać. Akcja dzieje się w Berlinie - wszystkie opisywane miejsca są mi świetnie znane, co przyczyniło się do pozytywnego odbioru lektury. A o czym pisze Fitzek? Podczas wycieczki-nagrody po najpopularniejszej berlińskiej rozgłośni radiowej, jeden z uczestników, barykaduje studio, pozostałych uczestników i pracowników czyni zakładnikami oraz rozpoczyna szaloną grę. Przekształca popularną w Berlinie grę cash-call, podczas której prowadzący dzwoni do przypadkowych osób. Gdy wybrana osoba po odebraniu telefonu wypowie konkretną formułkę, wygrywa ogromną sumę pieniędzy. Szaleniec prowadzi dalej grę, przypadkowe osoby muszą jednak zgłaszać się z nieco zmienionymi słowami, żądając wypuszczenia jednego z zakładników. Jeśli się to nie uda, jeden z zakładników ma zostać zastrzelony. Do pertraktacji z szaleńcem, sprowadzona zostaje mediatorka Ira, która właśnie zamierzała popełnić samobójstwo. Książka staje się jeszcze bardziej zagadkowa, gdy uprowadziciel wyjawia swoje żądania. Fitzek serwuje czytelnikowi jedną tajemnicę za drugą, każda kolejna strona książki przynosi zwrot akcji, a krótkie rozdziały powodują, że książkę wrecz się połyka. Niemal oczywistym jest, że Fitzek trzyma czytelnika w napięciu do ostatnich stron - mnie wciągnęło totalnie i już na niemieckim podaju zamówiłam kolejne książki tego pana. Polecam na deszczowe wieczory:)

Sebastian Fitzek, Amokspiel, 425 str., Knaur.

piątek, 16 października 2009

"Gösta Berling" Selma Lagerlöf


Nie mogę, no nie mogę. Przebrnęłam przez siedemdziesiąt stron, których nawet nie potrafię streścić. Po jednej stronie regularnie wyłączała mi się uwaga. Lagerlöf oderbała mi chęć do czytania, męczyłam się z jej wydumaną książką, łakomie spoglądając na stos. Dziś, tuż przed podjęciem decyzji o przerwaniu książki, zajrzałam na wikipedię. Doczytałam, że autorka w swych późniejszych utworach rezygnuje z apostrof i patetycznego stylu, więc spróbuję podejść ją od innej strony. Tej książce mówię zdecydowanie nie! Czy jest ktoś kto czytał i komu się podobało???????? A teraz łaknę czegoś lekkiego!

Selma Lagerlöf, Gösta Berling, tł. Mathilde Mann, 411 str., Reclam.

poniedziałek, 12 października 2009

Deutscher Buchpreis 2009


Najbardziej prestiżową nagrodę niemiecką otrzymała dziś Kathrin Schmidt za swoją powieść "Du stirbst nicht". Schmidt opisuje w niej stopniowe wracanie do świata kobiety po wylewie krwi do mózgu i śpiączce - jej pierwsze słowa oraz stopniowe odszukiwanie wspomnień.
Muszę przyznać, że treść brzmi interesująco i chętnie sięgnę po tę książkę. W finałowej piątce znajdowała się również najnowsza książka Herty Müller.

Recenzji dziś nie będzie

Czytam "Göstę Berlinga" i coś czuję, że potrwa to bardzo długo, bo ledwo zmęczyłam (w dosłownym tego słowa znaczeniu) 50 stron. Mam jeszcze tylko 350:) Skutecznie odrywa mnie od czytania nowiutka dostawa czasopism czyli DF i WO prosto z Polski.
Zamawiając na amazonie książki na prezenty, chciałam kupić "Sercątko" najnowszej noblistki - każda z jej książek ma termin dostawy 4-6 tygodni!! Poszaleli wszyscy, będę musiała poczekać na dodruki. "Gösta Berling" mi czekania nie umili....

czwartek, 8 października 2009

"Gdy zabili naszego ojca" Loung Ung


Poruszająca, dogłębna, ciekawa książka. Loung Ung wspomina swoje dzieciństwo w Kambodży. Spotykamy rezolutną, ruchliwą pięcioloetnią dziewczynkę, mieszkającą wraz z rodzicami i sześciorgiem rodzeństwa w Phnom Penh. Loung kocha swoją rodzinę, cieszy się dostatkiem i stosunkowo dobrym poziomem życia. Szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo kończy się w kwietniu 1975 roku, gdy rodzina nagle musi opuścić mieszkanie. Po powstaniu władzę w Kambodży przejeli Czerwoni Kmerowie, którzy rozpoczynają wielkie akcje prześedleńcze ludzkości. Rodzina Ung wiele dni jedzie na wieś do rodziny matki. Niestety to nie jest koniec tułaczki, Ungowie muszą zmieniać co rusz miejsce zamieszkania - boją się rozpoznania (ojciec Loung pracował dla poprzedniego rządu) oraz jako osoby z miasta należą do gorszej kategorii. Loung opisuje koleje ich losów z perspektywy pięciolatki, która dopiero zaczyna rozumieć świat i która w ciągu kilku miesięcy musi dojrzeć i nauczyć szkoły życia, pracy ponad siły, przyzwyczaić do nieustannego głodu i lęku o rodzinę. Loung Ung opisuje motywy i postępowanie Czerwonych Kmerów, ich propagandę i tworzenie z małych dzieci żołnierzy. Ukazuje przeraźliwe szykany, przejmujący głód i lęk.
To również bardzo pouczająca książka - ukazuje historię Kambodży z perspektywy obywatelki tego kraju, subiektywnie, dotkliwie. Równocześnie autorka opisuje wiele kambodżańskich zwyczajów oraz nakreśla różnice między Kambodżą a Tajlandią czy Wietnamem - dla Europejczyka z pewnością zupełnie niewidoczne.
Podobał mi się styl książki - proste, ale przejmujące zdania, bez zbytecznych ozdobników, poruszające serce czytelnika. Książkę czyta się jednym tchem. Dla mnie pouczająca i ciekawa lektura - obowiązkowa dla osób, chcących poznać bliżej Kambodżę.

Loung Ung, Der weite Weg der Hoffnung, tł. Astrid Becker, 340 str., Fischer.

Już jest literacki Nobel!

Tym razem znów kobieta - Herta Müller. Mieszkająca w Berlinie ale pochodząca z Rumunii. Świeżo w pamięci mam niedawno czytany w Dużym Formacie artykuł o niej. To było moje pierwsze spotkanie w ogóle z tą autorką. Postanowiłam zapoznać się z jej twórczością i nawet na jakiejś wyprzedaży widziałam jej książkę za dosłownie kilka euro. Sama nie wiem czemu wtedy nie kupiłam? Czyli wszystko przede mną.
Zastanawiam się jednak do jakiego kraju kwalifikowana jest Herta Müller - Niemcy, Rumunia?? Chyba jednak Niemcy.

niedziela, 4 października 2009

Podsumowanie wyzwania kolorowego.

Plany miałam takie:

CZERWONY

"Nazywam się czerwień"

BIAŁY

"Sto odcieni bieli"

FIOLETOWY

"Fioletowy hibiskus"

Przeczytałam wszystkie powyższe książki, plus dodatkowo "Eve Green".

Okazało się więc być czerwono-biało-zielono-fioletowo.

Cieszę się, że wzięłam udział w wyzwaniu. Zmobilizowało mnie ono do sięgnięcia wreszcie po Pamuka! Dzięki niemu poznałam również prozę nigeryjskiej autorki, po której kolejne książki na pewno sięgnę.

Padmo, dziękuję!

Wróciłam

Wróciłam z urlopu - wrcam do blogosfery. Nie zaglądałam na żadne blogi, więc czeka mnie sporo ciekawej lektury - już się bardzo na nią cieszę!
W czasie tych 24 dni udało mi się przeczytać niemal dziesięć książek - ostatnią dokończyłam już w domu - z czego jestem bardzo zadowolona. Szkoda tylko, że nie widać tego, gdy patrzę na stos - nadal jest niebotyczny;) Dziękuję za wszystkie komentarze do ostatnich moich lektur, miło było mi je odczytywać na urlopie.

"Zagubieni w Tokio" Marcin Bruczkowski


To moja pierwsza książka tego autora i drugie spotkanie z Japonią. Tym razem widzianą oczami cudzoziemca, więc tym bardziej ciekawą. W tej kwestii książka jest szalenie ciekawa - ukazuje Japonię, z jaką konrontowani są obcokrajowcy. Bruczkowski pokazuje zalety, jak i wady życia w tym kraju, opisuje Japończyków, ich kulturę, zachowania. Bardzo lubię takie spojrzenie - laika właśnie, osoby, która po prostu wpada w inną kulturę.
To zdecydowanie największe zalety tej powieści. Sama treść bowiem nie zachwyciła mnie. Owszem pomysł na książkę jest ciekawy. Bruczkowski pokazuje Polaka, pracującego w Tokio, który próbuje rozwikłać zagadkę zaginięcia swojego japońskiego przyjaciela, borykając się właśnie ze sztywnymi japońskimi konwencjami. Co mi się jednak nie podobało - język, styl a zwłaszcza postać, która chyba ma być alter ego autora, jako że nosi to samo nazwisko. Sposób jego mówienia, luzackie frazy, potoczność, odbierałam jako silenie się na bycie "cool" (celowo użyłam tego słowa). Drażnił mnie bardzo język tej postaci, wybijał z rytmu powieści i wprowadzał niepotrzebny, moim zdaniem, niepokój. W całej powieści dominuje język prosty, Bruczkowski unika ozdobników, przekazuje jedynie treść. I w świetle poznawania japońskiej kultury i sporych walorów poznawczych tej książki, jestem w stanie mu ową prostotę języka wybaczyć, gdyby właśnie nie wyżej opisana postać.
Niemniej chętnie sięgnę po inne książki tego autora. Na razie niestety nie mam żadnej w moim stosie.

Marcin Bruczkowski, Zagubieni w Tokio, 398 str., Rosner i Wspólnicy.

"Radubis" Nadżib Mahfuz


Mahfuz przenosi czytelnika do starożytnego Egiptu. Młody faraon właśnie celebruje święto Nilu, gdy na jego kolanach ląduje złoty sandał. Przelatujący orzeł upuścił kosztowny but. Okazuje się, że but należy do jednej z najsłynniejszych kurtyzan, Radubis. Dziewczyna mieszka w pięknym pałacu na wyspie, oczarowała swoją urodą cały męski świat i codziennie wieczorem gości pod swoim dachem wielu mężczyzn. Jej uroda słynna jest na całe państwo. Piękna kurtyzana ma jednak zimne serce i nie kocha żadnego z mężczyzn. Do czasu gdy odwiedza ją młody faraon. Faraon zakochuje się w Radubis i zapomina o świecie. Przestają go interesować problemy polityczne państwa, podejmuje pochopne decyzje i godzi się na wymyślony przez Radubis podstęp, mający uratować jego pozycję. Miłość dwojga kochanków okazuje się być zgubna.
Książka jest niezbyt długa, a rodziały krótkie, pisane z perpsektywy różnych osób. Z tego względu czyta się szybciutko ale mnie nie zachwyciła. Rozumiem, że Mahfuz odnosi się do świata współczesnego (powieść pisał w latach czterdziestych) i wytrawny znawca historii Egiptu na pewno znalazłby wiele paraleli do zamieszek ówczesnych. Koncentrując się jednak tylko na płaszczyźnie historii Radubis i faraona, odczuwałam niedosyt - historia wydawała mi się być przewidywalna i dość trywialna.

Nadżib Mahfuz, Radubis, tł. Doris Kilias, 245 str., Unionsverlag.

wtorek, 29 września 2009

"Krakowska żałoba" Monika Piątkowska


Ta książka dość długo czekała na swoją kolej. Siegając po nią nie miałam żadnych wyobrażeń, ciekawa jednak byłam powieści pani Talko. Piątkowska kompletnie mnie zaskoczyła. Otrzymałam powieść o Krakowie - ukazującą historię miasta w niemal całym dwudziestym wieku. Kraków to zdecydowanie jeden z głównych bohaterów, a znawcy miasta odkryją z pewnością wiele ciekawostek i smaczków. Piątkowska nie opisuje jednak tylko architektury i ulic miasta, sporo miejsca poświęca jego mieszkańcom, a zwłaszcza półświatkowi - roi się tu od posługaczek, burdeli, karczm, półlegalnych interesów zawieranych przy wódce i kombinatorstwa. Na tym tle opisuje życie Maurycego Opiłki - wiejskiego chłopaka, bękarta, który w wieku szesnastu lat przybywa do Krakowa, gdzie zamieszkuje u siostry. Rezolutna siosstra umieszcza brata w zakładzie fryzjerskim, by przyuczył się porządnego fachu. Maurycy wpada w krakowski półświatek, poznając Jahulca - jego szarą eminencję. Dzięki tej znajomości zbija majątek i staje się dandysem jakich mało. Maurycy paraduje w strojach z poprzedniej epoki, epatuje wiedzą na temat miasta, pisze pamiętniki, bryluje elokwencją i elegnacją, a równocześnie poszukuje ojca. Piątkowska bardzo umiejętnie i zgrabnie naszkicowała postać głównego bohatera.
Jednak sama książka mnie nie zachwyciła, i trudno było mi ją doczytać do końca. Autorka pisze barwnie, konstruuje ciekawe, długie zdania, ale niemal całkowicie unika dialogów! Taki styl pisania, mimo że ciekawy, staje się po pewnym czasie bardzo męczący. Powieść ma zadatki na utwór łotrzykowski, na przekrój krakowskiego społczeństwa, ale staje się dzięki rozbudowanej postaci źony Maurycego, powieścią o goryczy, miłości, małźeństwie i zemście. Postać Urszuli - która sama nie wiem dlaczego wyszła z Maurycego, wprowadza zupełnie odmienną nutę do książki, dla mnie jednak mało zrozumiałą. Jej motywy postępowania nie znajdują u mnie zrozumienia i wydają mi się być zbyt słabo ugruntowane. Ciekawa jestem czy ktoś jeszcze przeczytał "Krakowską żałobę"?

Monika Piątkowska, Krakowska żałoba, 428 str., WAB.

"Oskar i Pani Róża" Eric-Emmanuel Schmitt


Króciutka opowiastka w formie listów do Boga, pisanych przez chorego na raka chłopca. Do pisania listów zachęciła Oskara, odwiedzająca go w szpitalu wolontariuszka - pani Róża. Oczami dziesięciolatka nakreślone zostają problemy, z którymi borykaja się sam chłopiec jak i jego otoczenie - rodzice i lekarz. W prosty sposób Schmitt przekazuje prawdy i myśli, dotyczące umierania, świadomości losu oraz reakcji otoczenia na nieuleczalną chorobę. Lektura na godzinę, z pewnością w jakimś sensie wartościowa, może nawet poruszająca, kierująca uwagę czytelnika na trudny, często unikany temat. Nie podobała mi się jednak forma podania przez autora, zbyt zalatująca uniwersalnymi prawdami w stylu Coelho. Na półce mam jeszcze jedną książkę tego autora, dużo grubszą i odmienną tematycznie - ciekawa jestem czy potwierdzi moje wrażenia.

Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, tł. Barbara Grzegorzewska, 78 str., Znak.

piątek, 25 września 2009

"Matka ryżu" Rani Manicka


Z respektem spoglądałam na powieść malezyjskiej autorki - ponad pięćset stron drobnym drukiem odstraszało mnie od tygodni.
Wzięłam ją ze sobą na urlop, ale i tu musiała poczekać na swój czas. Jaka szkoda, że nie sięgnęłam po nią wcześniej!! Bardzo mi się podobała!
Manicka opowiada historię pewnej rodziny. Poznajemy na początku jej centralną postać - Lakshmi. Dziewczyna mieszka na Cejlonie, gdzie wraz z matką
spędza szczęśliwe dzieciństwo. W wikeu czternastu lat wychodzi za mąż za wdowca, źyjącgo w Malezji. Rezolutna dziewczyna od razu odkrywa, że jej matka
została oszukana i jej mąż nie jest tą osobą, której się spodziewała. Lakshmi nie poddaje się rozpaczy, bierze los w swoje ręce i z zapałem zabiera się do urządzania
ubogiej chatki. Manicka opisuje życie Lakshmi, jej dzieci, wnuków i prawnuczki. Nie brzmi to spektakularnie, a jednak powieść niesamowicie wciąga. Myślę, że zawdzięcza to po części swojej konstrukcji. Manicka pozwala opowiadać historię rodziny jej poszczególnym członkom. Każda relacja utrzymana jest w formie wspomnień, co pozwala snuć domysły na temat zakończenia powieści. Najwięcej relacji pochodzi od Lakshmi, ale później przeplatają je opowieści jej dzieci, wnuków. Manicka pozwala powtarzać niektóre wydarzenia, tak że czytelnik otrzymuje opisy z różnych punktów widzenia. Moim zdaniem to najciekawszy aspekt powieści.
W tle zawikłanej historii rodziny, poznajemy również wydarzenia ówczesnej Malezji. Lakshmi przybywa do kraju z początkiem lat trzydziestych XX wieku - kraju tradycyjnego, porośniętego dżunglą, kraju, w których współźyje ze sobą wiele narodowości. Najbardziej poruszające są opisy II wojny światowej i okrutnej inwazji japońskiej. Dla mnie wszystkie te fakty były szalenie ciekawe, zwłaszcza, że Malezję bardzo chętnie odwiedzam, a Kuala Lumpur należy do jednych z moich ulubionych miast.
Jednym słowem polecam!

Rani Manicka, Töchter des Monsuns, tł. Anke Caroline Burger, 512 str., Fischer.

środa, 23 września 2009

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson


Przeczytałam tyle pozytywnych recenzji powieści Larssona, że i wreszcie ja musiałam sięgnąć po jego pierwszą książkę. Niestety nie popadłam w zachwyt. Owszem, dobrze się czyta, Larsson skontruował ciekawą intrygę, dopracował wszstkie szczegóły, nakreslił interesujące sylwetki bohaterów.
Mamy więc Mikaela Blomkvista - dziennikarza, który właśnie przegrał proces. W jednym ze swoich artykułów oskarżył wielkiego szwedzkiego przedsiębiorcę o kombinacje finansowe. W tym właśnie momencie kontaktuje się z Mikaelem prawnik emerytowanego przedsiębiorcy z prośbą
o przyjęcie niezwykle wyjątkowej pracy. Hentrik Vanger pragnie by Blomkvist odkrył zagadkę śmierci córki jego bratanka, która zaginęła blisko czterdzieści lat temu w wieku szesnastu lat.
Sceptyczny Blomkvist przyjmuje zlecenie, które okazuje się być najdziwniejszą pracą, jakiej się dotąd oddał.
Larsson napisał blisko siedmiuusetstronicową powieść - i tu według mnie jest pierwszy szkopuł. Mimo że książkę czyta się niemal jednym tchem, to jednak zbyt wiele w niej dłużyzn, szczegółowych opisów najmniejszych detali, taki jak kupno płynu do soczewek kontaktowych. Czytelnik rejestruje te detale, sądząc, że będą one istotne później ale omyli się. Larsson tylko produkuje kolejne linijki. Nieco przypomina mi w tym styl Kinga.
Kolejnyvzabieg, który mnie irytuje to kuszenie czytelnika zdaniami w stylu - nie wiedział, że to i to kiedyś okaże się ważne albo nie wiedział, że widział tę czy tę osobę po raz ostatni. Nie przepadam za takim budowaniem napięcia na siłę, wręcz odbieram je jako odwracanie uwagi czytelnika od istoty akcji. Jeśli takie zdania wplecione są w akację dyskretnie to nie przeszkadzają mi ale u Larssona odbierałam je jako bardzo natrętne.
Nie żałuję jednak przeczytania tej książki i pewnie sięgne po kolejne dwie powieści Larssona.

Stieg Larsson, "Verblendung", tł. Wibke Kuhn, 688 str., Weltbild.

niedziela, 20 września 2009

"Kartografia" Kamila Shamsie


Raheem i Karim przyjaźnią się od urodzenia. To właściwie ich przeznaczenie - ich rodzice to zgrana paczka przyjaciół. Na pierwszy rzut oka. Trzymastoletnia Raheem odkrywa przypadkiem, że coś ważnego musiało wydarzyć się w przeszłości. Faktycznie, ojciec Raheem był zaręczony z matką Karima. Zaręczny zerwał z powodów etnicznych. Na początku lat siedemdziesiątych Pakistan znajduje się w trudnej sytuacji politycznej, w wyniku której traci wschodnią część, która stała się Bangladeszem. Podobna problematyka zaczyna dotykać Karima, Raheem i ich dwoje najbliższych przyjaciół - Sonię i Zię. Shamsie poświęca wiele miejsca na opisy sytuacji politycznej w Karachi, jej wpływu na życie mieszkańców miasta. Karachi awansuje niemal do roli bohatera książki. Najważniejsi są jednak Karim i Raheem. Rodzina Karima emigruje do Wielkiej Brytanii, a Raheem poszukuje swojego "ja". Podczas studiów w USA oraz w trakcie wakacyjnych pobytów w Karachi zbliża się do poznania tajmenicy przeszłości swoich rodziców. Im więcej staje się dla niej jasne, tym trudniejsze stają się stosunki z Karimem, który również przyjażdża do Karachi.
Książka pełna jest przemyśleń o miłości, tolernacji rasowej, wyborach i ich wpływie na życie. Dla mnie tych myśli było za dużo, powieść Shamsie odbieram jako przegadaną, przez poetyzowaną wręcz. Za dużo w niej słów. Im bardziej Shamsie mnie słowami zalewała, tym mniej słów mam ja, by jej książkę zrecenzować.
Największympozytywem była zdecydowanie możliwość poznania Pakistanu, spojrzenia na historię państwa i życie mieszkańców Karachi - tu jednak autorka ograniczyła się do klasy bogatej, do której należą jej bohaterowie.
Sama nie wiem, czy polecam? Potrafię sobie wyobrazić, że powieść może zachwycić. Moja bajka to jednak nie była.

Kamila Shsmasie, Kartographie, tł. Anette Grube, 412 str., Berliner Taschenbuch Verlag

czwartek, 17 września 2009

"Bez mojej zgody" Jodi Picoult


To moje pierwsze spotkanie z Picoult, sięgnęłam po jej książkę zachęcona recenzjami na blogach. Przypadkowo wybrałam na Tauschtickecie ten tytuł.
Picoult opisuje rodzinę Fitygeraldów - przede wszystkim trzynastoletnią Annę, która właśnie skontaktowała się z prawnikiem, ponieważ pragnie uniezależnić od rodziców decyzje, dotyczące jej zdrowia. Otóż, Anna ma dwoje starszego rodzeństwa. Brata i siostrę, która choruje na bardzo agresywną i nieuleczalną formę białaczki. Anna jest dzieckiem zaporjektowanym przez genetyków, rodzi się poniekąd po to, by ratować życie starszej siostry. Na początku chodzi tylko o krew pępowinową, gdy jednak następuje nawrót choroby, Anna poddawna jest coraz to nowym zabiegom: najpierw oddaje krew, by w końcu oddawać szpik i na końcu stanąć przed decyzją oddania siostrze nerki.
Picoult wybrała konstrukcję powieści, polegającą na tym, źe każda zaangażowana osoba opisuje swój punkt widzenia: mamy więc realcje Anny, Kate, Jessego, matki (dzięki jej wspomnieniom poznajemy całą historię rodziny i jej odczucia wobec dzieci), ojca, prawnika i przydzielonej Annie przez sąd opiekunce, której zadaniem jest ocenienie dojrzałości dziewczyny. Podczas tych opowieści poznajemy skomplikowane relacje rodzinne, które sprowadzają się zawsze do choroby Kate. Onna pozycjonuje rodzenstwo w rodzinie, ich role w środowisku, szkole, poczucie własnej wartości. Picoult wskazuje cały szereg problemów, jakie ma rodzeństwo, ciągle jednak podkreślając ogromną miłość łączącą rodzinę.
Równocześnie szkicuje jako wątek poboczny uczucie między prawnkiem i sądową opiekunką Anny. Dla mnie wątek raczej zbyteczny, odciągający od głównej problematyki i nie wnoszący do akcji niczego poza odwróceniem uwagi.
Bardzo byłam ciekawa jak się książki Picoult czyta, po tylu recenzjach, w których czytałam, że nie można się od nich oderwać. Faktycznie, to zgrabne pisarstwo, utrzymujące czytelnika w napięciu do ostatnich stron. Czytałam z ciekawością i szybko ale nie musiałam zarywać nocy, by skończyć. I mam jedno ale za to spore ale - za dużo hollywoodzkości, jakkolwiek by jej nie definiować. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że czytam scenariusz filomowy amerykańskiego wyciskacza łez. Picoult wydaje się świadomie stosować wszystkie tricki, utrzymujące czytelnika w emocjonalnym napięciu, nie odpuszcza żadnej możliwości wprowadznia dodatkowych tragicznych elementów, czego szczyt osiąga w zakończeniu. Udaje się jej to jednak całkiem dobrze, bo mimo że cały czas byłam owych zabiegów świadoma, to zakończenie wycisnęło parę łez - a nie zdarzyło mi się to od dawna!
Podsumowując wrażenia sprzeczne - na pewno książka daje do myślenia. Na temat genetyki, wychowania, stosunku do dzieci zdrowych i chorych, poprawności wyborów czy wręcz istnienia jakiegokolwiek wyboru w pewnych sytuacjach. Na pewno książka wciąga i dobrze się czyta. Jednak nie jest to wielka literatura. Pani Picoult dostanie jeszcze szansę, bo czasem odczuwam chęć przeczytania książki, o której wiem, że będzie na pewno ciekawa i wciągająca.

Właśnie czytam już czwartą książkę, dobrze, że wzięłam spory zapas lektur. A co robię poza tym, od czasu do czasu opisuję na moim drugim blogu.

Jodi Picoult, Beim Leben meiner Schwester, tł. Ulrike Wasel i Klaus Timmermann, 476 str., Piper.

niedziela, 13 września 2009

"Terapia" Sebastian Fitzek


Sebastian Fitzek opublikował swój pierwszy thriller w 2006 roku i od razu zdobył szczyt list bestsellerów. Od tego czasu powstało kilka nowych książek i uznalam, że najwyższy czas zapoznać się z tym autorem. Zaczęłam od "Terapii" - pierwszego thriller i bardzo mi się podobało. Córka znanego berlińskiego psychologa ginie bez śladu. Jej zaginięcie poprzedza kilkumiesięczna, bardzo dzwina choroba. Ojciec dziewczynki bardzo cierpi po utracie jedynej córki, rezygnuje z dobrze prosperującej praktyki. 4 lata później wyjeżdża sam na malutką wyspę na Morzu Północnym, gdzie pracując nad wywiadem dla poczytnego magazynu, pragnie ostatecznie zakończyć etap smutku i rozpocząć nowe życie. Tymczasem na morzu rozszalał się sztorm i orkan, a psychologa odwiedza niewzykle dziwna postać, która prosi go o terapię. Historia nowej pacjentki splata się z zaginięciem dziewczynki a psycholog nie jest w stanie odmówić jej terapii - pragnienie poznania losów córki jest silniejsze. Terapia zamienia się jednak w piekło....
Fitzek niezwykle umiejętnie buduje atmosferę grozy, podskórnie czułam, że czytanie tej książki samotnie, nocą nie byłoby dobrym pomysłem. Krótkie rozdziały napędzają akcję, tak że nie sposób odłożyć książki. A o rozwiązaniu zagadaki powiemj tyle, że jest niezwykle zakręcona. Widzę kilka nieścisłości ale jestem skłonna je autorowi wybaczyć i pewnie sięgnę pokolejne jego książki.

Sebastian Fitzek, Die Therapie, 332 str., Knaur

piątek, 11 września 2009

"Eve Green" Susan Fletcher


Zagubiona walijska wioska, gospodarstwo położone na jej krańcu, na stromym wzgórzu, wydarzenia widziane oczami ośmiolatki. Fletcher prowadzi czytelnika w odrębny mikrokosmos wioski, w której wszyscy się znają, wszsycy o wszystkich wiedzą i w której nagle zawitała rudowłosa ośmiolatka o nietypowym imieniu. Eve własnie straciła matkę w Birmingham i została zaiweziona do dziadków, u których rozpoczyna nowy rozdział swojego życia. Poznaje wioskowy świat i próbuje odkryć swoją tożsamość. Szuka śladów ojca, którego nigdy nie poznała ale po którym odziedziczyła temperamenti ogniste włosy; poznaje wioskowego szaleńca i zaznaje smaku miłości. Wioskowe życie zmienia się gdy ginie wioskowa piękność - dwunastoletnia Rosie. W jaki sposób Eve zamieszana jest w jej zniknięcie przeczytajcie sami.
Fletcher opowiada językiem niezbyt wyrafinowanym, jednak nie można jej odmówić poetyckości i lekkości. Opowieść ośmioletiej Eve przeplata wspomnieniami snutymi przez tę samą Eve, ale dwudziestodziewięcioletnią, stojącą tuż przed porodem pierwszego dziecka. Pomalutku odkrywa ona przed czytelnikiem tajemnice jej życia.
Lektura przyjemna, symaptyczna, w moim odczuciu trochę zbyt dużo tu patetycznych słów na temat miłości.

Susan Fletcher, Eve Green, tł. Stefanie Schaffer-de Vries, 349 str., BTV

wtorek, 8 września 2009

Urlop

Jutro wyjeżdżam na nieco ponad trzy tygodnie, naturalnie zaopatrzona w odpowiednią ilość książek. Nie piszę jakich, bo mam nadzieję regularnie zamieszczać recenzje.
Życzę wam słonecznego początku jesieni!

"Neues von der Elfenfront. Die Wahrheit über Island" Wolfgnag Müller


Wolfgang Müller jest postacią nietuzinkową - artystą, performerem i niepoprawnym wielbicielem Islandii. W swojej książce opisuje w wielu rozdziałach rozmaite islandzkie ciekawostki i fenomeny. Znaleźć tu można informacje o typowych islandzkich potrawach, o wspólnocie pogańskiej, o islandzkich homoseksulaistach, o faunie, o języku czy o położonym w pobliżu koła polarnego muzeum sztuki. Najwięcej jednak informacji znajdzie czytelnik o elfach - wyraźnej fascynacji autora oraz o jego własnych projektach i sztuce. Moim zdaniem zdecydowanie za dużo tu elfów i Wolfganga Müllera właśnie, momentami autor ociera się o granice samouwielbienia. Wielu Islandczykom z pewnością nie spodobałby się również fakt dominacji tematyki elfów i sprowadzania istoty tej wyspy właśnie to pogan, elfów i dawnych wierzeń.
Niemniej Müller przeprowadza kilka ciekawych dialogów ze znanymi Islandczykami, opisuje autentyczne islandzkie kurioza i w ten sposób przybliża specyfikę tego malutkiego kraju. Myślę, że książka spodoba się osobom zafascynowanym Islandią, u mnie nie wniosła nic odkrywczego.

Wolfgang Müller, Neues von der Elfenfront. Die Wahrheit über Island, 307 str., suhrkamp.

Portret autora - Émile Zola

We wrześniu minie 107 rocznica jego śmierci, więc myślę, że to dobra chwila na przybliżenie sylwetki Emila Zoli. Bo kto o nim nie słyszał? Każdemu kołacze się coś o aferze Dreyfusa, naturalizmie ale podejrzewam, że jednak niewiele osób sięgnęło po książki Zoli.
Ja Zolę odkryłam gdzieś w połowie liceum. Przeczytałam "Germinal" i Zola stał się moim ulubionym pisarzem, a naturalizm i realizm moimi ulubionymi nurtami literackimi. Teraz niekoniecznie wysuwałabym Zolę na pierwsze miejsce wśród ulubionych pisarzy ale nadal preferuję książki naturalistyczne, realne, mieszczące się stylistycznie bardzo daleko od poezji.
A jak dalej przebiegała moja znajomość z Zolą? Jeszcze przed przeczytaniem "Germinalu" czytałam jedną z moich ukochanych książek młodzieżowych - "Podlotki" Aleksandry Brusztein (kto o niej pamięta?), gdzie afera Dreyfusa była analizowana przez główną bohaterkę. Zola zaangażował się w ową sprawę, publikując list "Oskarżam", w którym ostro krytykował skazanie oficera Dreyfusa oraz rząd ówczesnej Francji.
Co jednak najważniejsze Zola uważany jest za prekursora naturalizmu. Jego najsłynniejsze książki to dwudziestotomowy cykl "Rougon-Macquartowie. Historia naturalna i społeczna rodziny za Drugiego Cesarstwa". Autor pracował nad cyklem od 1871 do 1893 roku. Zola opisuje w każdym z tomów perypetie członków wielkiej rodziny Rougon-Macquartów. Są to osoby z różnych szczebli drabiny społeczenej, a na podstawie ich życia Zola pragnął udowodnić swoją tezę, iż los człowieka w dużej mierze determinowany jest przez pochodzenie i środowisko. Dla całej rodziny autor sporządził drzewo genealogiczne i choć każdy z tomów można czytać oddzielnie, znajomość powinowactw między poszczególnymi bohaterami niewątpliwie wzbogaca lekturę. Przede wszystkim zwrócić należy uwagę na powracanie w rodzinie dziedzicznej choroby psychicznej, która w różnych sposób ma wpływ na osoby przez nią dotknięte.
Po przeczytaniu "Germinalu" bardzo chciałam zapoznać się z innymi tomami cyklu. Pamiętam, że udało zodbyć mi się jedynie "Wszystko dla pań" oraz "Nanę", a już na studiach wyszukałam w bibliotece uniwersyteckiej zaledwie dwie czy trzy dalsze książki. Tak więc czytanie cyklu musiałam porzucić po przeczytaniu zaledwie siedmiu tomów. Gdy zamieszkałam w Niemczech kupiłam na ebayu wszystkie tomy z zamiarem odświeżenia już znanych i przeczytania pozostałych. Dotąd tych planów nie wykonałam. Myślę jednak, że będzie to kolejne moje prywatne wyzwanie. Ciekawa jestem czy znajdzie się choć jedna osoba, która do mnie dołączy?
A może zajrzycie do innych książek Zoli, np. do "Teresy Raquin" - objętościowo o wiele szczpulejszej ale również dającej pogląd na twórczość autora.
Ciekawa jestem czy znajdzie się choć jedna osoba, dzieląca moje naturalistyczne zamiłowanie?

Źródło zdjęcia: www.wikipedia.de

poniedziałek, 7 września 2009

"Psy z wieży Babel" Carolyn Parkhurst


Paul - językoznawca nagle traci żonę. Wraca do domu i odnajduje ją martwą, pod drzewem w ich ogrodzie. Policja odhacza sprawę jako wypadek ale Paul nie jest o tym przekonany. Zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, w którym główną personą staje się suczka Lorelei. Paul postanawia nauczyć ją mówić, by dowiedzieć się, co się stało z ukochaną żoną. Autorka opisuje poczynania Paula w krótkich rozdziałach, przeplatając je opowieścią o historii poznania i małżeństwa Paula i Lexy. Paul coraz bardziej pogrąża się w swoich, bezowocnych, badaniach nad psią mową, zaniedbując siebie, znajomych i dom.
I więcej nie napiszę, bo ta książka to zaledwie czytadło na dwa wieczory. Dość zgrabnie napisane ale ani wyjątkowo odkrywcze, ani szczególnie wciągające. Dla wielbicieli psów może być interesujące. Denerwowała mnie bardzo jedna rzecz: Paul zwraca się do suczki alias "dziewczynka", co pewnie jest dosłownym tłumaczeniem zwrotów typu "good girl" ale w moich uszach brzmi w języku polskim niezmiernie sztucznie.

Carolyn Parkhurst, Psy z wieży Babel, tł. Jan Karłowski, 255 str., Rebis.

niedziela, 6 września 2009

"Weźmisz czarno kure" Andrzej Pilipiuk


Pilipiuk stwarza całkiem odrębny świat - zapadłej wiochy, gdzieś we wschodniej Polsce, w której mieszkają tępi mieszkańcy, wierzący w zabobony i chlejący wódę. Najbardziej poważanym mieszkańcem jest egzorcysta-amator i znany bimbrownik Jakub Wędrowycz. Na pierwszy rzut oka nie brzmi to zbyt ciekawie ale napradwę całkiem przyjemnie się czyta. Pilipiuk nie szczędzi ironii, z przymrużeniem oka opisuje wioskowe życie i przygody Jakuba. Cała książka to właściwie zbiór opowiadań o Jakubie, który wplątany jest ciagle w afery polityczne, w których zmienia bieg historii. Jeśli nie zajmuje się polityką, to walczy z prawem w trakcie rozpraw sądowych, rżnąc wioskowego głupa i wypierając się zarzucanych czynów w żywe oczy. Ewentualnie poświęca się swojej profesji egzorcysty, trafiając na wampirów czy inne nadprzyrodzone siły. Nie muszę chyba pisać, że Jakub mimo niestworzonych pomysłów, zawsze wychodzi z kłopotów obronną ręką:)
Pilipiuk przemyca w swoich historiach obserwacje współczesnego świata i uniwersalne prawdy. Nie jest natrętny, mam wręcz wrażenie, że głównym celem jego pisarstwa jest to, by czytelnik dobrze się bawił.
To moje pierwsze spotkanie z Wędrowyczem ale potrafię sobie wyobrazić, że jest on pewnie postacią kultową.
Jeśli będzie okazja, to chętnie przeczytam inne książki Pilipuka.

Andrzej Pilipiuk, Weźmisz czarno kure, 334 str., Fabryka.

piątek, 4 września 2009

"Szczelina" Doris Lessing


Autorka przenosi nas w czasy Rzymu, za panowania Nerona. Wiekowy senator i historyk otrzymuje dokumenty, opisujące kulturę Szczelin i Potworów - protoplastów ludzkości. Na podstawie owych dokumentów próbuje stworzyć obiektywną opowieść.
Lessing preznetuje rewolucyjną teorię powstania ludzkości, według której jaskinie na brzegu pewnej wyspy zaludniały tylko kobiety - Szczeliny. Zapładniane przez księżyc, morze czy wielką rybę rodziły tylko dziewczynki. Nie szukały nowości, nie wybierały się wgłąb wyspy - leniwie spędzały dni w znanym środowisku. I trwało by to pewnie dłygo, gdyby nie zaczęli się rodzić chłopcy, czyli Potwory. Zaszokowane Szczeliny brutalnie pozybywały się męskich niemowląt do czasu gdy cgłopcy, którzy przeżyli założyli wioskę w głębi wyspy.
Lessing opisuje życie obu grup, ich wspólne kontakty i powstawanie pierwszej wspólnej społeczności. Nie jest to jednak tylko suchy opis a doskonała analiza osbowości, psychiki i zachowania kobiet i mężczyzn. Lessing wskazuje różnice w myśleniu, zachowaniu, pojmowaniu świata, opisuje wynikające z nich animozje i problemy. Starając się zachować obiektywzim, nie unika satyry i ironii. Momentami powieść wydaje się być satyrą społeczeństwa współczesnego.
Temat stary jak świat, możnaby powiedzieć. Autorce jednak udaje się podejść do niego z niespotykaną świeżością - ogromną rolę odgrywa tu na pewno jej nowatorskie spojrzenie na powstanie świata ale także ciekawa konstrukcja powieści.
Narrator - rzymianin - nie może powstrzymać się jednak od komentarzy (podkreśla swoje męskie stanowisko i chęć zachowania obiektywizmu) oraz do odwołań do wspóczesnego mu społeczeństwa. Tak więc poznajemy jego sytuację życiową, gdy wyciąga paralele między Szczelina i Potworami, a własną córką i synem.
Doskonale czytało mi się tę książkę. Podejrzewam, że gdybym znała jej treść wcześniej nie sięgnęłabym raczej po ten tytuł, a jednak, moim zdaniem, warto.

Wraz z przeczytaniem tej powieści skompletowałam już wszystkich noblistów naszego (jeszcze niepełnego) dziesięciolecia:)

Doris Lessing, Szczelina, tł. Anna Dobrzańska-Gadowska, 270 str., Świat Książki.

środa, 2 września 2009

"Mogę odejść, gdy zechcę" Young-ha Kim


Przedziwna książka. Niby cieniutka i niepozorna ale niesie ze sobą dużo treści, niedomówień, impulsów. Główny bohater ma bardzo nietypowe zajęcie - pomaga osobom, mającym problem, zorganizować własne samobójstwo. Perwersyjne, prawa? Zastanawiam się skąd pomysł aktora, na taką powieść.
Autor skutecznie miesza wątki i bohaterów oraz czas akcji, czym potrafi nieźle zakręcić czytelnika. Każda z kreowanych przez niego postaci jest dziwna, nietypowa, tajemnicza - bohaterowie niewiele o sobie wiedzą. I każda jest samotna: Judith z lizakiem w buzi, kochanka dwóch braci K. i C., Mimi - słynna performerka oraz dziewczyna z Hong Kongu, która wymiotuje po wypiciu wody. Każda z tych osób spotyka narratora, który delikatnie aprowadza dziewczyny na jedno słuszne rozwiązanie, dające kres mękom życia i samotności.
Smutna i treściwa to książka ale warto po nią sięgnąć i warto zagłębić się w pokręcone myśli bohaterów, w ich refleksje o życiu.

Young-ha Kim, Mogę odejść, gdy zechcę, tł. Anna Kaniuka, 135 str., Vesper.

"Senność" Wojciech Kuczok


Bardzo mi się podobało! Przede wszystkim styl Kuczoka - jego długaśne ale nie przydługie zdania, jego zaskakujące porównania i dobór słów sa rewelacyjne. Mogłabym czytać i czytać, rozkoszując się tylko stroną językową.
A tu i treść dobra. Troje bohaterów zatopionych w śnie - dosłownie lub przenośnie, ale żyjących w jakimś letargu.
Świeżo upieczony lekarz Adam, nieśmiały, zależny od rodziców, uwikłany w zależności, postanawia się usamodzielnić i znaleźć kochanka.
Wypalony pisarz Robert zaplątany w chore małżeństwo z córką znanego (i prymitywnego) politka i fanatyczką pewnej rozgłośni radiowej, który dowiaduje się o śmiertelnej chorobie.
I Róża - słynna aktorka, żona toksycznego Pana Męża, który wyznaje kult pieniądza, cierpiąca na narkolepsje.
Każda postać ma inny bagaż doświadczeń, a jednak w wielu kwestiach są podobne. Kuczok umiejętnie splata ich losy, by wskazać możliwość dalszej drogi.
Co bym nie napisała o tej książce, zabrzmi banalnie. Po prostu warto przeczytać!

Wojciech Kuczok, Senność, 248 str., WAB.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Blog Day 2009


Po raz czwarty obchodzimy dziś Dzień Blogu. Na tej stronie można znaleźć krótki opis idei Dnia Blogu oraz zasady.
I ja spróbuję opisać 5 blogów, na które lubię zaglądać. W zeszłym roku wymieniłam tylko blogi ksiażkowe, dziś spróbuję zachęcić do odwiedzenia blogów z zupełnie innych dziedzin.

1. Wrocławski blog Sary,
2. Fotki fotocyka,
3. Heskie opowieści kwiecienki,
4. Niebiańskie przepisy komarki,
5. Ciepły pamiętnik brahdelt.

A jak to wygląda u was? Może polecicie ciekawe, nieznane mi, blogi?