wtorek, 30 czerwca 2009

Literatura na peryferiach - kolejne wyzwanie czytelnicze.

Dla mnie szalenie ciekawe, bo od dawna staram się poznawać literaturę krajów dla nas egzotycznych. Z ogromną chęcią wezmę więc udział w tym wyzwaniu.
A o to jak opisuje wyzwanie organizatorka:

Literatura na peryferiach to bardzo osobiste wyzwanie literackie. Osobiste, ponieważ wybór lektur może być bardzo różny. Celem wyzwania jest poznanie literatury krajów, z których nic nie czytaliśmy dotychczas. Każdy uczestnik powinien przeczytać przynajmniej 3 książki, każdą z innego kraju. Przykładowo - czytałam już książki z RPA, Nowej Zelandii i Indonezji, więc w ramach wyzwania nie sięgnę po kolejnych autorów z tych krajów, ale może to zrobić kto inny. Ja natomiast mogłabym przeczytać coś z Malezji, Birmy albo choćby Chorwacji.

Listy tytułów mogą służyć jako podpowiedź, ale nie są w żaden sposób wiążące. Można czytać w różnych językach - może recenzje książek wydanych po niemiecku albo hiszpańsku zainteresują polskich wydawców?

Czas trwania - od 1 lipca do 21 grudnia 2009. Czasu jest aż nadto! Przyłączyć się do wyzwania można także później, na przykład po wakacjach, gdy zakończy się Kolorowe czytanie.

Zgłoszenia do wyzwania proszę zostawiać tutaj lub na moim blogu. Pozostałe zasady jak zawsze: przyłączyć się może każdy, nie trzeba mieć swojego bloga, trzeba tylko założyć konto na gazeta.pl. Kluczyki do osób, które zgłaszały się wcześniej zaraz wysyłam!

Zapraszam do udziału. To prawdziwe wyzwanie, coś, co może nam pomóc odkryć zupełnie nowe ścieżki czytelnicze!

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Kolorowe czytanie - lektury wybrane

CZERWONY

"Nazywam się czerwień" (bo mam i od dawna chciałam przeczytać),

BIAŁY

"Sto odcieni bieli" (również stoi na półce),

FIOLETOWY

"Fioletowy hibiskus" (zainteresował mnie autor, który zresztą nadaje się także do wyzwania peryferyjnego, książkę już zamówiłam na niemieckim podaju).


Zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie zgłosili się do udziału w wyzwaniu!

"Der einsame Weg" Arthur Schnitzler


Rodzina Wegratów nie jest zwyczajna - matka cierpi na śmiertelną chorobę, córka kocha innego, niż ten, któremu jest przeznaczona, a syn okazuje nie być się synem swego ojca. Matka umiera, syn odkrywa prawdę ale za ojca uznaje człowieka, który go wychował a córka popełnia samobójstwo, gdy dowiaduje się, że jej wybranek jest nieuleczalnie chory i niebawem czeka go śmierć.
Schnitzler ukazje samotne wybory tych postaci. Sztuka przesycona jest smutkiem, melancholią, rezygnacją wręcz. Podejrzewam, że duch dekadentyzmu (premiera sztuki była w 1904 roku) odgrywa tu sporą rolę. W sobotę zobaczę iscenizację, której bardzo jestem ciekawa.

Arthur Schnitzler, Der einsame Weg, 92 str., Reclam.

Kolorowe czytanie - nowe wyzwanie literackie!

"Kolorowe czytanie" to otwarty projekt czytelniczy, dostępny dla wszystkich, którzy kochają książki. Jeśli macie ochotę przyłączyć się do nas, podejmijcie wyzwanie - przeczytajcie przynajmniej trzy książki, które w tytule mają nazwę koloru. Zapraszam do przyłączenia się już po raz piąty! Zasady:

1. Wyzwanie może podjąć każdy, kto lubi czytać. Aby zostać uczestnikiem, należy zgłosić swój udział w komentarzach na tej stronie lub na blogu http://miastoksiazek.blox.pl. Żeby zamieszczać recenzje na blogu Kolorowe czytanie, konieczne jest posiadanie konta pocztowego na gazeta.pl. Nie trzeba prowadzić własnego bloga!

2. Wyzwanie trwa od 29 czerwca 2009 do 30 września 2009.

3. W tym czasie należy przeczytać przynajmniej 3 książki, każda z innym kolorem w tytule. Książki wybieramy z list lektur podanych na tym blogu. Inne książki, które mają nazwę koloru w tytule, też są dopuszczone.

4. Tytuły wybranych przez siebie lektur podajemy na bloguhttp://koloroweczytanie.blox.pl(niektórzy weterani wyzwań zapewne postanowią ten punkt pominąć;))

5. Na tym samym blogu umieszczamy recenzje przeczytanych książek, lub odnośniki do recenzji na swoim blogu.

Link dający dostęp do pisania na tym blogu może być wysłany tylko na pocztę na gazeta.pl. Sprawdźcie więc proszę skrzynkę jakiś czas po zgłoszeniu chęci uczestnictwa! Osobom, które zgłosiły się podczas wstępnej dyskusji wysyłam zaproszenia od razu. Wszyscy, którzy dostaną uprawnienia administratora, mogą oczywiście dodawać książki do list lektur. Proszę, dodajcie swój nick i ewentualnie link do swojego bloga w zakładce Wyzwanie podjęli. Jeśli nie wiecie, jak to zrobić, dajcie znać w komentarzach, wtedy ja Was dodam.

Zapraszam serdecznie!

niedziela, 28 czerwca 2009

"Don Carlos" Friedrich Schiller


Don Carlos jest następcą hiszpańskiego tronu. Jego ojciec Filip II poślubił jego wybrankę serca, kierując się dogodnymi rozwiązaniami politycznymi. Don Carlos zwierza się przybyłemu z Brukseli przyjacielowi Markizowi Posie. Don Carlos kocha za to księżniczka Eboli a podejrzewający zdradę król czyni markiza swoim proetgowanym, którego zadaniem jest odnalezienie prawdy. Markiz, który chce pozostać wierny przyjacielowi, zaplątuje się w próbach sprostania wszystkim zadaniom. Tymczasem zależna od Hiszpanii Flandria próbuje walczyć o autonomię, a na ulicach Madrytu wybuchają zamieszki.
Trzeba być konserem, by znaleźć przyjemność w czytaniu takich dramatów. Dla mnie była ona wątpliwa, jednak czytałam ten daramt, by przygotować się do spektaklu teatralnego, o którym niebawem napiszę na moim drugim blogu.

Don Carlos, Friedrich Schiller, 217 str., Fackelverlag.

czwartek, 25 czerwca 2009

"Wilt w drodze donikąd" Tom Sharpe


To już któraś z kolei książka o Wilcie. Poprzednie czytałam blisko dziesięć lat temu, nie planowałam dalszych ale przypadkowo wpadła mi w ręce ta książka. Nie jest zbyt opasła więc przeczytałam i się setnie ubawiłam. Potraktowałam kolejny przygód perypetii Wilta jako dobrą rozrwykę i taką dostałam, przy niektórych rozdziałam śmiałam się do łez.
Jeśli nie znacie Wilta, to warto się z nim zapoznać latem, w czasie wakacji, gdy ma się ochotę na lekturę lekką. Wilt jest nauczycielem i mężem niezwykle otyłej, zajmującej swą osobowością całą przestrzeń Evy i ojcem czternastoletnich czworaczek o diabolicznych pomysłach. Ciotka Evy, żona bogatego Amerykanina zaprasza Wiltów na wakacje. Eva ma nadzieję na spadek dla czworaczek więc bardzo jej zależy na udanej wizycie. Wilt nie ma ochoty na spotkanie z nielubianą rodziną i zostaje w domu, planując wędrówkę w celu odnalezienia prawdziwej Anglii. Eva i czworaczki wplątują ciotkę i wujka w aferę narkotykową, a Wilt ląduje z ciężkim wstrząsem mózgu i amnezją w szpitalu. Niesamowite sploty okoliczności, komplikacje i powiązania, które opisuje Sharpe są nie tyle przekomiczne, co mistrzowsko ze sobą połączone i w końcu rozwiązane. Nie jest to książka, którą trzeba przeczytać ale można sobie zapewnić dobrą rozrywkę bez obawy, że trafi się na zły styl czy prostackie dowcipy.

Tom Sharpe, Der Einfaltspinsel, tł. Hans M. Herzog, 253 str., Godmann.

wtorek, 23 czerwca 2009

"I wstali z martwych" Fred Vargas


Naczytałam się sporo o Fred Vargas. Że świetna, że wybitna, że czarująca i nieprzewidywalna. Od dawna zamierzałam się zapoznać z jej kryminałami choć obawiałam się, że wpadnę w kolejną serię i będę musiała przeczytać wszystko. Na niemieckim podaju wyłapałam pierwszy tom z cyklu o trzech historykach. Każdy z nich zajmuje się inną epoką, zawodowo wręcz się zwalczają ale prywatnie bardzo się lubią. Wszyscy trzej są w tarapatach życiowych i finansowych i zamieszkują razem na jednej z elegnackich ulic Paryża w zrujonowanym domu, którego remontu się podejmują. I sąsiadką jest słynna śpiewaczka Sophia Simeonidis.
Pewnego ranka Sophia zauważa w ogrodzie drzewo, którego dzień wcześniej jeszcze tam nie było. Czternaście dni później znika.
Historycy wraz z wujkiem jednego z nich - byłym policjantem - rozpoczynają prywatne śledztwo.
I mimo, że jest ono zawikłane i do końca bardzo zagadkowe, nie ono wydaje się być głównym celem Vargas. Sporo tu rozmyślań, opisów, krótkich uwag i rozważań charakterologicznych. Bardzo kobiecych i pewnie udanych. Mnie one jednak wadziły. W moim odczuciu nie dopełniały kryminału a raczej tworzyły samą w sobie istotną płaszczyznę powieści. Podejrzewam, że właśnie ten sposób konstruowania akcji zapewnił autorce rzesze fanów, mnie niestety nie ujął. Nie jestem pewna czy sięgnę jeszcze po kolejny kryminał Vargas.

Fred Vargas, Die schöne Diva von Saint-Jacques, tł. Tobias Scheffel, 298 str., aufbau.

niedziela, 21 czerwca 2009

"Lektor" Bernhard Schlink

Niepozorna książeczka, ledwie dwieście stron ale treści w niej sporo.
Piętnastolatek poznaje przypadkiem kobietę dwadzieścia lat straszą od niego. Początkowa fascynacja seksualna zamienia się w uczucie. Chłopak spędza z nią wolne chwile, kochając się i czytając jej książki. Do dnia, gdy kochanka nagle, bez zapowiedzi, znika.
Kilka lat później spotyka ją jako student prawa na sali sądowej. Hanna siedzi na ławie oskarżonych jako była strażniczka obozu koncentracyjnego. Jej obrona i zachowanie w sądzie są zupełnie nieprzewidywalne, wręcz nieudolne.
Powieść tę można rozważać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze mamy miłość. Miłość uzależniającą, zmuszającą do poniżania się, destrukcyjną. Ale przede wszystkiem miłość, która wiąże na całe życie. Czasem główny płomień przygasa, ale zawsze się czai i niewinne wspomnienie pozwala wybuchnąć mu na nowo.
Z drugiej strony historia Hanny pozwala Schlinkowi, a właściwie jego bohaterowi, snuć rozważania na temat winy, odpowiedzialności, rozrachunku z rodzicami, współwiny - bo pokochał Hannę. Temat do dziś w Niemczech aktualny choć z pewnością nie tak, jak w latach siedemdziesiątych. Warto jednka zauważyć, że w niemieckich szkołach to lektura obowiązkowa.
A jak mi się podobało? Jakoś niebardzo. Pierwszą część książki odbierałam wręcz jako nużącą, autor wydaje się nabierać rozpędu od momentu relacji z sali sądowej. Za najlepszą uważam część trzecią - zaskakujące wypadki, dojrzalsze rozważania bohatera i postawa Hanny. Dopiero te sytuacje dają czytelnikowi do myślenia. Przede wszystkim na temat postawy Hanny - bo do końca nie poznajemy jej odczuć, jej myśli, jej spostrzeżeń.
Nie przemawia do mnie styl Schlinka, niezwykle krótkie rozdziały odbierałam jak rwanie rozpoczętych myśli. Gdyby nie ostatnia część odłożyłabym książkę rozczarowana.
Musze przyznać, że bardzo ciekawa jestem filmu - rzadko mi się to zdarza, bo literaturę przedkładam nad film, bez wyjątku. Tu jednak mam wrażenie, że to niezwykle dobry materiał filmowy.

Bernhard Schlink, Der Vorleser, 207 str., Diogenes.

"Błogosławieni, którzy robią ser" Sarah-Kate Lynch


Czyta się tę książkę, tak jak się ogląda hollywoodzki film. Nie można oczekiwać ciekawego języka, wyrafinowanej treści czy głębokich przemyśleń. Lepiej się nastawić na bardzo lekką lektuę, idealną na plażę albo czytanie, nie wymagające nadmiernej koncentracji.
Na począku książki poznajemy bohaterów, każdego w innym rozdziale: dwóch straszych panów, wyrabiających na irlandzkiej prowincji najlepszy ser świata; wpadającego w alkoholizm yuppie, który właśnie stracił żonę i dziecko oraz młodą kobietę po przejściach, mieszkającą wraz z niekochającym ją mężem na odległej wyspie na Pacyfiku. Losy tych bohaterów są przewidywalne jak pogoda w tegorocznym czerwcu i naturlanie mniej więcej w połowie książki splatają się na wyżej wspomnianiej irlandzkiej farmie. Zbiegów okoliczności nie sposób zliczyć, tak samo jak niespodziewanych przeszkód, nie pozwalających na skonsumowanie związku głównym bohaterom. Żeby całkiem nie zniechęcić do książki oszczędzę cytowania popisów literackich pani Lynch i pochwalę ciekawe opisy produkcji sera. Podsumowując, można przeczytać ale nie mówcie, że nie ostrzegałam!

Sarah-Kate Lynch, Błogosławieni, którzy robią ser, tł. Dorota Malinowska-Grupińska, 319 str., Prószyński i S-ka.

piątek, 19 czerwca 2009

"Sightseeing" Rattawut Lapcharoensap


Po długich poszukiwaniach książek i autorów z krajów Azji Południowo-Wschodniej trafiłam na opowiadania Rarrawuta Lapcharoensapa. Tem młody Tajlandczyk urodził się w Chicago ale wychował w Bangkoku a za swoje opowiadania otrzymał wiele wyróżnień. I słusznie, bo czyta się je jednym tchem, a po zakończeniu tej dość szupłej książki chce się więcej i więcej.
Autor opisuje rodziny biedne, żyjące jednak w różnych warunkach i różnych miejsach. Mamy tu chłopca - pół-Amerykanina, który wraz z matką prowadzi niewielki motel na jednej z odwiedzanych masowo przez turystów wysp. Same spostrzeżenia chłopca już są szalenie ciekawe: każda nardowość dostaje etykietkę. Ów nastolatek jednak ma słabość do Amerykanek, ciągle zakochuje się na zabój w amerkańskich dziewczynach, dla których jest tylko wakacyjną przygodą.
W kolejnym opowiadaniu dwóch chłopców, żyjących po śmierci ojca na skraju nędzy poznaje życie na ulicy: pierwsze spotkanie z klejem do wąchania i prostytutkami.
Inne opowiadania traktują o podróży syna i jego matki, która traci wzrok. W innych autor opisuje problemtykę uciekinierów z Kambodży - tu zaskakuje tok myślenia Tajlandczyków, niemal taki sam jak niezadowolonych z imigrantów Europejczyków.
Najdłuższe opowiadanie opisuje jeden z narodowych sportów Tajlandczyków - walkę kogutów a także podziały wśród mieszkańców - hegomonię lokalnego bogacza i opryszka.
Każde z opowiadań jest inne ale każde w jakiś sposób przybliża nam warunki życia i sposób myślenia Tajlandczyków. Mam ogromną ochotę na więcej i będę dalej prowadzić poszukiwania literatury z tego zakątka świata.

Sightseeing, Rattawut Lapcharoensap, tł. Ingo Herzke, 233 str., Kiepenheuer & Witsch.

wtorek, 16 czerwca 2009

"Die wunderbare Welt der Namen" Rosa i Volker Kohlheim


Pozycja popularnonaukowa z dziedziny onomastyki czyli nauki będącej moim hobby od wielu, wielu lat. Z racji tego zainteresowanie sięgam również po książki skrojone na potrzeby przeciętnego czytelnika. W pierwszej części autorzy opisują imiona. Zaczynają od imion, które kiedyś miały zmylić złych bogów swą brzydotą, następnie opisują imiona, które otrzymywały niechciane córki i w końcu koncentrują się na imionach z przeróżnych kategorii znaczeniowych - wojenne, kwiatowe, pochodzące od kamieni szlachetnych, religijne, odnazwiskowe, międzynarodowe. Ciekawy jest rozdział o imionach wyjątkowo nietypowych, nadanych w różnych krajach.
W drugiej części czytelnik zapoznaje się z nazwiskami - ich pochodzeniem i genezą. Autorzy wskazują znaczenie wielu nazwisk, które aktualnie wzbudzają zupełenie odmienne skojarzenia niż ich prawdziwa etymologia. Opisują także nazwiska zlatanizowane, niemieckie nazwiska, które uległy anglicyzacji, a także nazwiska wyjątkowo długie i nadzwyczaj krótkie.
Kolejna część książki poświęcona jest badaniom o wpływie imion i nazwisk na życie, wybór zawodu, charakter człowieka.
Na końcu odnalazłam rozdział szczególnie ciekawy dla językoznawców, dotyczący mianowicie idiomów pochodzących od imion i nazwisk a także słów, które powstały od nazwisk.
Książka na jedno popołudnie, daje ogólny pogląd onomastyczny dla zupełnych laików, dla mnie nic nowego. Denerowały mnie drobne błędy, dotyczące imion polskich (nie wiem jak to wygląda w przypadku innych imion, tu na pewno mogłam je zweryfikować).

Die wunderbare Welt der Namen, Rosa und Volker Kohlheim, 117 str., Duden.

"Walküren" Thráinn Bertelsson


Kolejny islandzki kryminał, po który sięgnęłam. Przcezytałambardzo szybko, bo rozdziały krótkie, zręcznie napisane i wciągające. Przede wszystkim interesujące dla osób, znających realia islandzkie. Thráinn odnosi się wciąż do islandzkiej rzeczywistości - do feminizmu, przestępczości, rządu, działania policji, grubych ryb i ich karier. Bez pewnej dozy wiedzy o Islandii trudno zrozumieć wszystkie smaczki. A rozważania na te tematy snuje autor wokół morderstwa Freyji Hilmarsdóttir - znanej feministki, byłej poseł, która napisała szczerą książkę, pełną seksulaności i właśnie pracuje nad drugą, opartą na wywiadach z byłymi żonami znanych islandzkich osobistości - polityka i założyciela największej sieci tanich supermarketów. Morderstwo Freyji upozorowane zostało na samobójstwo - bystra pracwoniczka policji okdrywa jednak ten fakt i prowadzi dochodzenie. Policja jednak nie może w pełni skoncentrować się na tym przypadku, bo równocześnie poszukuje ciała zamordowanej przez męża byłej żony oraz ujmuje szalonego piromana. Każde z tych przestępstw za bazę ma stosunku damsko-męskie. Również prowadząca śledztwo policjantka odkrywa zdradę męża. I ten temat wydaje się być przewodni w powieści Thráinna. Wciąż spotykamy silne kobiety (szef policji krajowej), które muszą walczyć o swoją pozycje z szowinistami. Nie znajduje tu jednak jednoznacznej postawy autora, a i nie widzę pointy. Brak dopracowania tematu czyni z tego kryminału przyjemne czytadło z ciekawym tłem, jakim z pewnością jest mała społeczność islandzka.

Thráinn Bertelsson, Walküren, tł. Tina Flecken, 364 str., dtv.

niedziela, 14 czerwca 2009

"Dom na pustkowiu" Andrea Maria Schenkel


W 2007 roku "Tannöd" uhonorowany został niemiecką nagrodą dla najlepszego kryminału. Jednocześnie to pierwsza książka Schenkel - gospodyni domowej z małej wioski nieopodal Ratyzbony. Ciekawa byłam tego debiutu, zwłaszcza, że słyszałam pochlebne opinie o jej kolejnej powieści. Schenkel w dość nietypowy sposób opisuje morderstwo, jakie wydarzyło się w latach pięćdziesiątych w bawarskiej wiosce - brutalnie zamordowano całą rodzinę - dziadka, babcię, ich córkę z dwojgiem dzieci oraz pracującą w gospodarstwie dziewczynę. Co robi Schenkel? Podaje nam relacje, prawdopododbnie zeznania policyjne, mieszkańców wioski i rodziny ofiar. Tym sposobem otrzymujemy przekrój wioskowej sołeczności - od wójta, po nauczyciela. Każda z osób ma inny sposób mówienia i dla każdej z nich, co innego jest ważne. Poznajemy wioskowe plotki, spojrzenie najważniejszych we wiosce osób (księdza, wójta) a także zahaczamy o przeżycia wojenne i stosunek do nich. Czyta się bardzo szybko i okazuje, że samo spojrzenie prostych mieszkańców jest ciekawsze od rozwiązania zagadki. Nie ma tu komisarza, śledztwa, pobierania próbek i szukania śladów. Kryminał Schenkel sprawia wrażenie pracy reportera. Ciekawe podejście, interesująca lektura. Dla mnie bez fajerwerków ale raczej sięgnę po kolejne kryminały tej autorki.

Andrea Maria Schenkel, Tannöd, 125 str., btb.

"Rewolucje" J.M.G. Le Clézio


Długa i wymagająca uwagi lektura. Powieść Le Clézio od pierwszych stron sprawia wrażenie sagi - poznajemy rodzinę Morro, która z początkiem XX wieku musiała opuścić Mauritius, gdzie osiedliła się ponad sto lat wcześniej. Głównym bohaterem jest Jean Morro, abiturient z Nicei, który odwiedzając swoją starą ciotkę Catherine, poznaje losy rodziny i przyczyny wyjazdu z wyspy. Taki początek brzmiał niezywkle zachęcająco i z przyjemnością zagłębiłam się w lekturę. Le Clézio jednak nie podaje nam sagi, początkowe wrażenie jest mylące. Okazuje się, że powieść Le Clezio to układanka - autor nie tyle koncentruje się na chronologicznym przedstawieniu czytelnikowi losów Jeana i jego przodków, a na opisaniu epizodów, związanych z rewolucjami, przewrotami czy buntami w różnych miejscach na świecie. Począwszy od Rewolucji Francuskiej autor zapoznaje czytelnika z życiem emigrantów w Londynie, wojną w Algierii czy buntami meksykańskich studentów. Le Clézio wraca również do niewolnictwa na Mauritiusie - posługuj ę się tu historią przykładowej dziewczynki, skradzionej rodzicom w Afryce i sprzedanej na Mauritiusie. Historię tą podaje w kawałkach, między rozdziałami o pobycie Jeana w Meksyku.
Pierwszy członek rodziny Marro zgłasza się dobrowolnie do wojska by wziąć udział w Rewolucji Francuskiej. Ten młody chłopak poznaje życie żołnierza i zamienia się w pacyfistę, by w końcu emigrować na Mauritius. Tam małżeństwo Marro jest jedyną rodziną sprzeciwiającą się niewolnictwu, współcześnie żyjący Jean z trwogą rejestruje wypadki w Algierii i stara się uniknąć zaciągu do wojska i udziału w wojnie. W czasie swoich podróży obserwuje walkę w różnych zakątkach świata. Opis losów rodziny Marro to właściwie tylko przyczynek do rozważań nad równouprawnieniem niewolników czy emigrantów, nad sensem wojny, nad sensem buntu i o poszukiwaniu własnej życiowej ścieżki. Ilość poruszanych przez Le Clézio wątków nieco mnie przytłaczała, czyniła powieść nieco chaotyczną - dopiero po zakończeniu czytania odgaduję sens, odszukuję znaczenia, wątki, myśli. Le Clézio nie pomija losów żadnej z postaci - koncentruje się niemal na wszystkich, których spotyka Jean - od kochanki po szkolnego przyjaciela.
Chyba jednak wolałabym gdyby autor pozostał przy głównej linii, czuję niedosyt i przytłoczenie ilością niedokończonych wątków, naszkicowanych zaledwie myśli. Niespecjalnie mam ochotę rozważać każdy z nich, choć pewnie takie było zamierzenie autora. Mnie zabrakło uporządkowania. Mimo to warto sięgnąć po tę książkę.

J.M.G. Le Clézio, Revolutionen, tł. Uli Wittmann, 556 str., Kiepenheuer & Witsch.

niedziela, 7 czerwca 2009

"Przy obieraniu cebuli" Günter Grass


Co to była za lektura!! Po ostatnich książkach, napisanych językiem, powiedzmy, prostym, miałam trudności na początku powieści Grassa. Musiałam się rozsmakować w jego stylu, by zatopić się całkowicie we wspomnieniach, spisanych przez tego wybitnego pisarza. Grass opisuje swoje życie od wybuchu II wojny światowej po wydanie swojej pierwszej powieści czyli "Blaszanego bębenka". Okazało się, że nie miałam pojęcia o losach Grassa. Autor opisuje swoje dzieje szczerze, do bólu szczerze, oceniając, stawiając pytania, naświetlając wydarzenia z różnych perspektyw. Zafascynowana jestem ogromem jego przeżyć, zbiegami okoliczności, a także zajęciami, których się imał, nigdy nie zapominając o swoim życiowym celu czyli o sztuce. Grass konstruuje swoją powieść bardzo ciekawie - wygrzebuje, wykopuje, wyciąga najskrytsze wspomnienia, ocala je przed zapomnieniem, dokopuje się do ich głębi, tak jak obiera się cebulę z łupin, tak jak odkrywa się uchwyconego owada w kawałku bursztynu. Zaimponował mi gotowością do oddarcia swoich przeżyć z tajemnicy, do ukazania swoich dylematów i niepopularnych wyborów. Kolorytu wspomnieniom nadają liczne przeskoki do współczesności - odniesienia z innej perspektywy, a przede wszystkim powiązania opisywanych wydarzeń z jego powieściami. Grass ukazuje w jaki spopsób wykorzystał poszczególne wydarzenia w swoich powieściach. Żałowałam, że tak mało pamiętam z tych kilku przeczytanych przeze mnie jego książek.
Ciagle pozostaje pod wrażeniem języka Grassa - konstrukcja zdań, opisy, porównania są dla mnie majsterszykiem. Nie czyta się Grassa rzutko ale za to jak dogłębnie!
Książka z kategorii - należy przeczytać! Mnie zachwyciła.

Günter Grass, Beim Häuten der Zwiebel, 479 str., dtv.

wtorek, 2 czerwca 2009

"Candy" Kevin Brooks

W jeden dzień przeczytałam:) I co my tu mamy: jest nieśmiały chłopak spod Londynu i jest Candy, tajemnicza dziewczyna, którą przypadkowo poznał przy stacji metra. Krok po kroku Joe odkrywa tajmeniczą Candy - dziewczynę półświatka, uwikłaną w prostytucję i narkotyki. Jej urok przyciąga go do tego stopnia, iż postanawia jej pomóc. Akcja toczy się wartko i z każdą stroną książki śpieszymy do finału. Z założenia jest to powieść dla nastolatków i myślę, że ma szansę na sporą popularność wśród nich. Dla mnie było to tylko czytadło, które połyka się przy śniadaniu i w metrze. Ale czasem miło przeczytać taką książkę.

Kevin Brooks, Candy, tł. Anna i Miłosz Urban, 352 str., Media Rodzina.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

"Tajemnica" Jurij Andruchowycz


Nie bardzo wiem, jak zrecenzować tę książkę. Nie żałuję, że przeczytałam - w końcu to moje pierwsze spotkanie z literaturą ukraińską. Nie żałuję również ze względu na sporą obecność Berlina. Jurij Andruchowycz tworzy właściwie autobiografię ale czyni to w pomysłowy sposób, w formie wywiadu-rzeki, prowadzonego przez wymyśloną przez niego postać. Osoba ta zna więc Jurija jak nikt inny i stawia pytania, których ktoś obcy z pewnością by nie postawił. Poznajemy więc życie w ZSRR, studia, czas wojska i wreszcie podróży. Opowieści Jurija przeplatane są dygresjami o życiu, o twórczości, co tu pisać o wszystkim niemal. Czasem ciężko jest podążać za chronolgią wydarzeń, wśród niedokończoncyh wątków szukać trzeba kontynuacji ale przekonana jestem, że owa ciągłość wcale nie była zamierzona. Nie jest to wszakże typowa bopgrafia, z której dowiadujemy się, kiedy i co robił autor, a raczej rozważania o szukaniu miejsca na ziemi, o fascynacji Europą Środkowo-Wschodnnią czy o istocie tworzenia. Musze przyznać, że pod koniec książka utraciła rozpęd a zagubiła się w niejsanych dygresjach i wątkach, które trudno mi było zrozumieć, które nawet nie zawasze chciałam zrozumieć. Wyraźnym plusem jest język - czasem dosadny, wręcz soczysty, gawędziarski, dzięki któremu udało mi się ukończyć czytanie.

Jurij Andruchowycz, Tajmenica, tł. Michał Petryk, 339 str., Czarne.

piątek, 29 maja 2009

"Engin spor" Viktor Arnar Ingólfsson


Kolejny kryminał Viktora Arnara - w mooim odczuciu to jednak bardziej niemal saga rodzinna i dobry kawałek historii dwudziestowiecznej Islandii niż kryminał. Swoją opowieść oplata autor wokół wątku morderstwa Jacoba Kielera juniora - potomka znanej i szanowanej rodziny mieszczańskiej. Ciało Jacoba odnajduje jego gospodyni i w tym momencie rozpoczyna się zadziwiające śledztwo. Akcja powieści toczy się na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pełna podziwu śledziłam drobiazgowe opisy ówczesnych metod śledczych - sposobu analizy odcisków palców i innych obiektów znalezionych w miejscu zbrodni. Jestem pełna podziwu wobec wiedzy autora. Rozdziały, dotyczące śledztwa przelatane są fragmentami dziennika, jaki przez całe swoje życie prowadził ojciec ofiary. Był on wybitnym inżynierem, którego pasją i idee fixe było wybudowanie na Islandii kolei. Dzięki zapiskom z dziennika poznajemy jego życie, walkę o realizcję marzeń, warunki życia w Isladnii, aktualne wydarzenia polityczne i ich odbiór a także życie codzienne. Akcja nabiera rumieńców gdy dowiadujemy się, iż Jacob Kieler senior czyli ojciec ofiary zginał w niemal identyczny sposób. Viktor Arnar również szczegółowo opisuje policjantów biorących udział w śledztwie - każdy z nich ma zupełnie inną osobowość i mam wrażenie, że można było poświęcić więcej czasu na jeszcze bliższe ich naszkicowanie. Dla miłośników Islandii piękne zapewne będą również opisy przyrody islandzkiej. Bardzo podobała mi się ta powieść i podziwiam autora za wiedzę i z pewnością drobiazgowe badania, które poprzedziły pisanie.

Viktor Arnar Ingólfsson, Haus ohne Spuren, tł. Coletta Bürling, 366 str., Lübbe.

wtorek, 26 maja 2009

"Afturelding" Viktor Arnar Ingólfsson


Miałam ochotę na coś lekkiego i przyjemnego więc przyniosłam sobie kilka islandzkich kryminałów. Zaczęłam od Viktora Arnara, którego "Rätsel von Flatey" (Zagadka wyspy Flatey) szalenie mi się swego czasu podobała. "Bevor der Morgen graut" to drugi kryminał tego autora - niestety nie pamiętam imienia policjanta, prowadzącego śledztwo w pierwszej książce ale mam wrażenie, że nie ma tu postaci łączącej obie powieści.
Tutaj mamy do czynienia z moderstwami osób polujących na gęsi - morderca osacza je wczesnym rankiem i urządza polowanie na myśliwych. Śledztwo prowadzi dwóch policjantów - oboje są na swój sposób ciekawi. Jeden z nich pochodzi z Wietnamu, a drugi został wychowany przez samotną matkę Niemkę. Rózni ich niemal wszystko - wygląd, sylwetka, zwyczaje, sposób bycia - mimo to tworzą zgrany zespół i świetnie się uzupełniają.

Viktor Arnar dość ciekawie szkicuje tło morderstw, postaci w nie uwikłane - ich pochodzenie, uwikłanie środowiskowe, problemy. Wszystko mocno osadzone w Islandii - czuć klimat, naturę, problemy. To akurat dla mnie bardzo istotny aspekt. Dość szybko zaczęłam podejrzewac, kto jest mordercą myśliwych, ale autor potrafił tak zagmatwać zagadkę, źe po pewnym czasie nie byłam pewna. Samo zakończenie wydaje się być dość pospieszne i momentami wręcz niewiarygodne ale nie ujęło to w moim przypadku ani krzty przyjemności czytania. Powieść połknęłam dosłownie w niecałe dwa dni. Zabieram się czym prędzej za trzeci kryminał Viktora Arnara.


Viktor Arnar Ingólfsson, Bevor der Morgen graut, tł. Coletta Bürling, 335 str., Lübbe.

niedziela, 24 maja 2009

"Skugga-Baldur" Sjón


Sjón jest tajemniczy, pisze pod pseudonimem wiersze, teksty piosenek, scenariusze i powieści. Powieści bardzo poetyckie. "Skugga-Baldur" to powieść skąpa w słowa, bardzo poetycka ale nie nudna! Nie przepadam za poetyckimi powieściami i dlatego nie zachwyciła mnie Steinunn ale Sjón jest po prostu świetny! Zbyt szybko przeczytałam tę książkę - śledziłam akcję i zagadkę Abby nie koncentrując się należycie na doborze słów, wyrafinowanych, poetyckich porównaniach i szkicu islandzkiej natury.
Co tak mnie wciągnęło? Historia pastora Baldura, który zatraca się w szaleńczej pogonii za lisicą przez pustkowia i góry, gdzie walczy o przeżycie zaskoczony przez groźną islandzką naturę. Zaciekawiła mnie historia Abby - dziewczyny odnalezionej na statku, który uległ katastrofie u wybrzeży Islandii. Abba jest upośledzona i okrutnie traktowana. Przypadkiem zostaje odnaleziona przez Friðrika Friðjónssona, który właśnie wrócił do Islandii po ukończonych w Danii studiach przyrodniczych. Co łączy Abbę i Baldura? Jaką rolę odgrywa tu natura i lisica? Odpowiedzi, a także szerokie pole do rozmyślań daje czytelnikowi autor. Mnie interesowały również opisy dziwiętnastowiecznej Islandii oraz warunków życia ówczesnych mieszkańców. Fascynująca lektura!!
P.S. Mam pytanie, do osób, które czytały powieść w polskim tłumaczeniu. Jakiego koloru jest lisica, którą próbuje ustrzelić Baldur? Jak przyjeśliście tytuł powieści? Czy tłumacz wyjaśnia znaczenie tego tytułu? I wreszcie kto przetłumaczył tę powieść na polski? Dziękuję z góry!

Sjón, Schattenfuchs, tł. Betty Wahl, 126 str., Fischer.

sobota, 23 maja 2009

Północ w ogrodzie dobra i zła" John Berendt


Od czasu do czasu należy poczytać w innych językach niż zazwyczaj - trafiło więc na Johna Berendta i jego bestseller. Rzecz dzieje się w Georgii w mieście Savannah. Nowojorski dziennikarz zafascynowany tym miastem, przeprowadza się tam i opisuje najprzeróżniejszych mieszkańców - poczynając od nieprzyzwoicie bogatego Jima Williamsa, poprzez czarnoskórą drug queen na właścicielu klubu muzycznego kończąc. Berendt opisuje błyskotliwie, przytaczając wiele anekdot i dykteryjek, przy okazji opisując szczegółowo miasto i życie w nim. Praktycznie cała pierwsza część powieści to zbiór charakterów z Savannah w roli głównej. Akcja przyspiesza gdy Williams zabija swojego współpracownika - niedojrzałego, uzależnionego od alkoholu furiata - Dannyego. Druga część książki to opisy procesów sądowych i działań Williamsa. Berendt nie porzuca jednak mieszkańców Savannah i stale informuje czytelnika o ich rozmowach, poczynaniach i ich stosunku do morderstwa. Z pewnością jest to błyskotliwa książka ale na pewno o wiele ciekawsza do osób, mających emcjonalny stosunek do Savannah - a przynajmniej do tych, którzy odwiedzili to miasto i znają słynny Mercer House (rezydencję Williamsa). Wprawdzei byłam w Georgii ale niestety nie w Savannah i niezliczone opisy po jakimś czasie mnie nużyły. Podejrzewam również, że gdybym czytała tę książkę w bliższym mi języku , bardziej bym ją doceniła. Niestety mimo że nie miałam problemów ze zrozumieniem, nie jestem w stanie ocenić stylu i narracji autora. Dla mnie to było li tylko ćwiczenie. Przerzucam się na razie na niemiecki;)

John Berendt, Midnight in the garden of good and evil, 386 str., Random House.

piątek, 22 maja 2009

"Filary ziemi" Ken Follet


Dałam sobie kilka dni oddechu ale nie ciągnie mnie zupełnie do powrotu do Folleta. Mnóstwo ciekawych lektur uśmiecha się do mnie s niebotycznego stosu, a Follet leży porzucony na podłodze obok biurka i nawet nie poszeptuje. Czas więc na parę słów i próbę podsumowania dlaczego właściwie nie? Bo zaczyna się nieźle - mamy kamieniarza, który wędruje przez średniowieczną Anglię w poszukiwaniu pracy. Prowadzi ze sobą rodzinę: dwoje dzieci i żonę w ciąży. Zbliża się zima, rodzina nie ma środków do życia i niestety marne widoki na pracę. Mamy klasztor i mnicha, który wychował się wśród murów klasztornych po tym jak zamordowano jego rodziców, mamy rozgrywki o władzę po śmierci króla. I co jeszcze? Mamy drobniutki druk, blisko 1200 stron i kilometrowe opisy. Opisy szczegółów, które ani nic nie wnoszą do akcji, ani nie dodają kolorytu powieści. Mamy długaśne retrospekcje, które równie rozwlekle wspominają losy nowo poznanych postaci. I nawet mimo tych tasiemców doczytałabym książkę, gdybym miała w perspektywie 300 może 400 stron, ale ten dalszy tysiąc mnie dosłownie przytłaczał. Ciągle zastanawiałam się czy redaktor w ogóle coś przyciął z oryginały, a jeśli tak to ile tysięcy stron opisów wyprodukował Follet i właściwie po co? Rozumiem, źe "Filary ziemi" to z załoźenia czytadło - ale jednak mam inne pojęcie o lekkich powieściach. Nie sądzę, źe mam ochotę poświęcać więcej czasu Folletowi, to juź wolę przeczytać dobry kryminał.


Ken Follet, Filary ziemi, tł. Gabriele Conrad, Till Lohmeyer, Christel Rost, 1165 str., Bastei Lübbe

poniedziałek, 18 maja 2009

Ratunku!

Czytam, a właściwie męczę "Filary ziemi" - przeczytałam 250 str. z blisko 1200. I nie wiem co zrobić - czarno widzę perspektywę czytania kolejnego niemal tysiąc stron tych nud. Zastanawiam się, co ludzie w tej książce widzą, że taka słynna i obdarzona ochami i achami? Czytaliście? Warto się dalej męczyć? Gdy czytam to jeszcze jakoś leci, mimo rozwlekłych opisów i retrospekcji, ale jak odłożę książkę, to leży i czeka na zlitowanie. W międzyczasie rozpoczęłam "Midnight in the garden od good and evil" Johna Berendta, choć nigdy nie czytam dwóch książek na raz. Co robić, co robić????

poniedziałek, 11 maja 2009

Podsumowanie wyzwania historycznego

Miałam ambitne plany, naprawdę chciałam przeczytać kilka książek historycznych, a niestety nie przeczytałam nic - ani jednej książki. Straciłam serce do wyzwania, mimo że trzy z zaplanowanych lektur mam w domu. Będą musiały, biedaczki, poczekać na lepsze czasy. Być może niebawem, bo będę miała duuuuużo więcej czasu na czytanie. Za to znacznie zredukowałam stosik najbliższy memu łóżku, co mnie bardzo cieszy:)

"Candy" Kevin Brooks

Nigdy nic nie słyszałam o Kevinie Brooksie, nie miałam pojęcia, że produkowane są zajawki nowych książek podobne do filmowych. Uświadomiło mnie wydawnictwo Media Rodzina, które właśnie wydaje podobno kultową książkę tegoż autora pt. "Candy". Zajawka wzbudziłą moją ciekawość, więc wrzucam link do filmiku i mam nadzieję niebawem zapoznać się z prozą Brooksa. A wy już Brooksa czytaliście?

niedziela, 10 maja 2009

"Lala" Jacek Dehnel


Przeczytałam, a właściwie niespiesznie wysmakowałam wspomnieniową książkę Jacka Dehnela. Nie jestem w stanie powiedzieć czy mi się podobała - są elementy, które mnie zachwyciły, ale brakuje mi czego ś, co uczyniło by tę książkę genialną. Sama tematyka jest bardzo bliska memu sercu - genealogią mojej rodziny zajmowałam się intensywnie i przez rozmowy z babcią próbowałam nadać życia suchym faktom.
Jacek Dehnel nie prowadzi wprawdzie badań genealogicznych ale notuje wspomnienia, przypowiastki i anegdoty babci. Babcia jego to kobieta zdumiewająca - energiczna, wyedukowana, zaskakująca. Babcia snuje swoje opowiadanai stale, rozpoczyna przy śniadaniu, przerywa, by skomentować rzeczywistość i kontynuuje w zupełnie innym miejscu. Chronologia dla nie jest - wraca, wspomina, odbiega, operuje mnóstwem nazwisk. Jacek stara się kontrolować ten potok wspomnień, nawraca babcię na "poprawną" drogę, notuje, uśmiecha się i cierpliwie wysłuchuje tej samej historii po raz enty. Właśnie te babcine wspominki czytałam wolno, odkładając raz po raz lekturę, wracając, ale też odczuwająć znużenie.
Za dużo ciekawszą część odbieram rozdziały, w których wnuk opisuje starzenie się babci - jej stopniową zapominalskość, plątanie faktów, złośliwe zachowania, aż wreszcie fizyczno ść, która zaczyna dominować czas spędzany z babcią. Babcia dziecinnieje, utrudnia opiekę nad sobą czyniąc z niej próbę nerwów dla córki czy wnuka. Ujął mnie sposób w jaki Dehnel to opisuje, zachowując takt ale nie upiększając niczego, ujęła mnie jego szczerość i odwaga w ukazaniu odchodzenia osoby kochanej. Mam wrażenie, że to temat poniekąd tabu, nieczęsto brany na warsztat pisarski, a już na pewno nie przez tak młodego pisarza.
Podoba mi się polszczyzna Dehnela ale trochę denerwowały mnie poetyckie dygresje, które niekoniecznie muszą być złe. Ja akurat takich poetyckich wtrętów nie lubię.
Mimo że nie stałam się fanką Dehnela po tej książce, ciekawa jestem jego "Balzakiany".

Jacek Dehnel, Lala, 403 str., W.A.B.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Dziecięce lektury odsłona druga

Jesteśmy fankami Pawła Pawlaka i nie mogło zabraknąć u nas tych książeczek:



Psot i Kleks nie pałają do siebie miłością, jak to psy i koty mają w zwyczają. Kleks jednak chodzi do psiej szkoły, o której marzy także Psot. Sprytny kot przebiera się za pieska i wybiera do szkoły. Ilustracje Pawlaka są cudne, żywe, najlepsza jest pani Kosteczko;)

I tu mamy kota Herberta. Herbert jest samotny i uwielbia przesiadywać w bibliotece. Trafia tam na książkę o czarownicach, z której się dowiaduje, że kochają one czarne koty. Herbert wybiera się na poszukiwanie czarownicy, bz zostać jej kotem. Jego pytanie "Przepraszam, czy jesteś czarownicą?" na stałe weszło do naszego języka, a Trzyipółlatka zakładając skarpetki w paski twierdzi, że jest stuprocentową czarownicą. Żałujemy bardzo, że książeczka tak szybko się kończy, chętnie poznałybyśmy dalsze przygody Herberta.

Obie książki wydało wydawnictwo Muchomor.


To pierwsza z książeczek o Pettsonie w naszej kolekcji. Od razu polubiłyśmy starego Pettsona i jego kociaka Findusa. Tutaj Pettson wspomina chwilę gdy dostał Findusa i jak to wpłynęło na jego samotne życie. Niebawem jednak kociak się gubi i Pettson szuka go wszędzie. Barwne, pełne szczegółów ilustracje i ciekawa historia to największe atuty tej książki. Na pewno kupimy inne części. Seria o Pettsonie i Findusie ukazuje się w wydawnictwie Media Rodzina, a więcej o bohaterach moźna dowiedzieć się na specjalnie im poświęconej stronie.


Mimo, że teksty są jeszcze troszkę zbyt trudne dla mojej Trzyipółlatki chętnie zaglądamy do "Niesfornego alfabetu" Grzegorza Kasdepke. Każda z literek dowcipnie zilustrowana jest językowo tak że chętnie śledzimy jakie perypetie towarzyszą literkom. Zauważyłam kilka innych pozycji wydawnictwa Literatura, które z pewnością kiedyś nabędziemy, np. "Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze" czy "Dranie w tranie".


Kolejną bardzo lubianą przez nas pozycją są "Lulaki, pan Czekoladka i przedszkole" tego samego wydawnictwa - rytuał porannego budzenia przejęłyśmy całkowicie od Hubercika i jego mamy. Teraz lulaki zamieszkały i w naszym domu. A i Trzyipółlatka odkrywa w przedszkolnym dniu Huberta wiele podobieństw z jej przeżyciami. Mnie niezbyt podobają się ilustracje.

Lektury dziecięce

Nasza biblioteczka powiększa się coraz bardziej, głównie mamie nudzą się lekturki. Chciałam przedstawić nasze najnowsze nabytki.
Zakochałyśmy się w książeczka wydawnictwa Zakamarki - ja wspominam ukochane książki z dzieciństwa. Dotąd mam przed oczami radość z jaką czytałam "Dzieci z Bullerbyn". Pamiętam, że dostałam je latem, mając 5,5 roku i czytałam w letniej trawie, nie mogąc się oderwać. Pamiętam też I. klasę i pierwszą wizytę w szkolnej bibliotece. Pani bibliotekarka całej klasie objaśniła funkcjonowanie biblioteki i na koniec spytała nas o ulubionych autorów. Jak dziś pamiętam mój dumny głos gdy powiedziałam Astrid Lindgren! A teraz moja Trzyipółlatka uwielbia Bullerbyn i Lottę:)


O Bullerbyn na razie mamy tę książeczkę - piękną, ciepłą, inspirująca do rozmów. Zaglądamy do niej niezależnie od pory roku. Trzyipółlatka marzy o fińskich sankach, nazywa lale Kerstin i ciągle dopytuje która dziewczynka to Lisa, a która Anna. Astrid Lindgren wyczarowała taką atomsferę bożonarodzeniową, jaką chyba każdy z nas pamięta z dzieciństwa - magiczną i wzruszającą.


Druga książeczka Lindgren to opowieść o Lotcie. Trzyipółlatka dostała ją z okazji Wielkanocy i lepiej jej babcia trafić nie mogła. Poznajemy tutaj szwedzkie tradycje święateczne - szukanie jajek (my szukamy w niedzielę, Szwedzi w sobotę) oraz przebieranie za czarownice. Równocześnie dowiadujemy się, że Szwedzi jedzą za mało słodyczy i Grek Vasilis zmuszony jest zamknąć swój sklepik ze słodyczami na ulicy Awanturników. Lotta to rezolutna dziewczynka, która świetnie sobie radzi sama. Trzyipółlatce najbardziej przypadło do gustu imię Mii-Marii:)


Kochamy Pippi! Oglądamy obrazki, opowiadamy treść i dziwimy się pomysłom rezolutnej Pippi. Tekstu na razie jest trochę zbyt dużo dla Trzyipółlatki ale to jej nie przeszkadza - niezmiennie prosi mnie o takie warkocze jak ma Pippi:) Myślę, że "Czy znasz może Pippi Pończoszankę" będzie bardziej dostosowane do wiku mojej córki więc planujemy zakup.


Najczęściej sięgamy po Nusię. Nusi marzy o rodzeństwie, bo "w pokoju Nusi jest za cicho i Nusia ma już tego dosyć". Trzyipółlatka jest tego samego zdania i z wielką chęcią śledzi peryptie Nusi i przybranych braci łosi, którzy na braci się jednak nie nadają. Okazuje się, że moja Trzyipółlatka do Nusi jest bardzo podobna i tak jak ona kocha porządek i Lalonę:)

Wszystkie książeczki wydało wydawnictwo Zakamarki.

Zastój czytelniczy.

"Rozmów o Bogu" nie skończyłam, co więcej przebrnęłam przez kilkanaście pierwszych stron i odłożyłam. Pełna zapału wzięłam się za "Suite francaise" Irène Némirovsky. Miał to być pełen rozmachu szkic zachowań ludzkich osób uciekających z Paryża - ich stosunku do wojny, do bliźnich, sposobu radzenia sobie z ucieczką. Autorka wprowadza kilka głównych bohaterów i opisuje ich losy na zmianę - to dumny pisarz, bogata rodzina z piątką dzieci, skromne małżeństwo. Każda z tych osób inaczej przeżywa ucieczkę. Némirovsky szczegółowo opisuje wydarzenia i odczucia bohaterów ale mnie nudzi. Wzięłam książkę do poczekalni u lekarza, żeby nie mieć wyboru ale mimo 120 przeczytanych stron odkładam.
W sobotę wyjeżdżam i zabieram ze sobą tylko polskie książki:)

czwartek, 16 kwietnia 2009

Nie wiem co czytać?

Pogrupowałam ksiązki w dwa stosy - ten na nocym stoliku wymaga przeczytania w linii pierwszej, bo wiele zawartych w nim ksiązek czeka na swoją kolej od dawna. Drugi oddaliłam nieco przestrzennie ale spoglądam na niego łakomie z brzegu łózka i kontempluję zawartość....
Od kilku dni noszę ze sobą ksiązkę z zakładki ale poza wstępem nie przeczytałam jeszcze ani jednego zdania. Za to nadrobiłam zaległe WO:)

"Bieguni" Olga Tokarczuk

"Biegunów" przeczytałam juz przed świętami ale nie wiedziałam jak zabrać się za recenzję. To taka powieść, nie powieść. Bardziej zbiór myśli, notek, cytatów, historii i spostrzeżeń. Czasami bardzo przypominał drukowane niegdyś w DF myśli Kapuścińskiego (nie pomnę tutyłu niestety). Tokarczuk tematycznie obraca się w motywie podróży, ruchu, zmienności i to właściwie jedyne nawiązanie do tytułu. Trochę czułam się zawiedziona, bo spodziewałam się zupełnie innej treści - spodziewałam się powieści a nie zbioru fragmentów. I o ile każdy z tych fragmentów wydaje się być ciekawy, to przeczytane razem, w ciągu zaledwie dwóch - trzech dni rozymwają się, scalają w jedność. Po kilku dniach od lektury pozostają tylko wyrywki - wspomnienie preparatów, zmumifikowanych ciał, historii zagubionej żony i syna czy żeglarza Eryka. Obawiam się, że za kolejnych kilka dni nie pozostanie nic. Dopiero teraz widzę, że Tokarczuk stworzyła książkę do czytania na wyrywki, do smakowania i wtórnego zaglądania. Książkę, którą trzyma się na nocnym stoliku i zagląda się do niej na ostatnie dziesięć minut przed snem. Każdy z fragmentów można wtedy smakować, rozważać, kontemplować - wobec upodobania. Ja jednak nie jestem takim typem czytelnika - książki pochłaniam od razu, nie dla mnie zamyślenia i powroty. Chyba tym razem Tokarczuk nie utrrafiła w mój gust (czego jej za złe nie mam), choć książkę przeczytałam bez znudzenia. Mimo wszystko polecam i szalenie ciekawa jestem innych opinii.


Olga Tokraczuk, Bieguni, 450 str., Wydawnictwo Literackie.

środa, 1 kwietnia 2009

"Pogarda" Alberto Moravia



Moravia podaje czytelnikowi szkic miłości, miłości upadłej, która się skończyła. Wraz z bohaterem szuka przyczyn tego stanu. Riccardo kocha swoją piękną żonę Emilia i ze smutekim obserwuje, iż jej uczucie zaczyna się zmieniać. Emilia potwierdza, że przestła kochać męża, a po wielu naciskach przyznaje iż odczuwa do niego pogardę. Riccardo chce o swoją miłość walczyć, łudzi się, że istnieją szansę na powrót uczucia, równocześnie analizując przyczyny stanu aktualnego. Jego praca scenarzysty filmowego oraz rozmowy z reżysrerem, z którym współpracuje, naprowadzają go po mału na odpowiedni trop.
Moravia skrzętnie opisuje wspomnienia Riccarda, nie zaniedbuje żadnego szczegółu, starając się stworzyć studium miłości kończącej się. Pod koniec powieść nabiera rozpędu, zaskakuje swoim zwrotem. Akurat to miło mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, iż po niespiesznej akcji, wręcz suchej analizie, nastąpi nagłe przyspieszenie.
Warto sięgnąć po powieść Moravii - ja nie żałuję, zwłaszcza że ostatnio literatura włoska traktowana jest przeze mnie po macoszemu.

Alberto Moravia, Pogarda, tł. Zofia Ernstowa, 225 str., Czytelnik.

"Po prostu razem" Anny Gavaldy

Dostałam, zresztą na własne życzenie, na urodziny. Niebardzo wiedziałam czego od tej książki oczekiwać, ale skusiła mnie pozytywna recenzja najnowszej powieści tej autorki.
I co dostałam? Powieść w stylu filmu o Amelii. Oto spotykamy czworo dziwaków z pokręconym życiem i problemami. Jest tu Camille, niedoszła malarka, pomieszkująca na lodowatych poddaszu. Jest Philibert - arystokrata z krwi i kości oraz nieudacznik, odrzucony przez apodyktycznego ojca. A także Franck - obcesowy typ i wyśmienity kucharz. I wreszcie Paulette - babcia Francka, żyjąca w domku pod Paryżu, która na skutek upadku ląduje w domu starców. Wszsystkich tych bohaterów łączy mieszkanie Philiberta - stare, pełne antyków i obrazów.
Gavalda opowiada historię swoich bohaterów, w krótkich rozdziałach, stosując wiele dialogów, tak że niemal sześćsetstronicową książkę pochłonęłam w półtora dnia.
Z jej książki emanuje ciepło, optymizm, bliżej nieokreślony magnetyzm. Jak już wspomniałam mogłabym całą czwórkę wpakować w film o Amelii - wkomponwaliby się idealnie.
Nie można się tu doszukiwać drugiego dna czy głębokich filozoficznych przemyśleń - to zdecydowanie lektura dla przyjemności i wyobraźni, ale jakże miła i niewątpliwie dobrze napisana. Polecam i chętnie sięgnę po inne książki tej pani.
Anna Gavalda, Zusammen ist man weniger allein, tł. Ina Kronenberger, 551 str., Fischer.

"Niebo i piekło" Jón Kalman Stefánsson



Zostaję w kręgu literatury islandzkiej. To moja pierwsza książka tego autora.
Mała, rybacka wioska zagubiona wśród gór u stóp fiordu. Grupa rybaków przygotowuje się do rejsu. W czasie rejsu jeden z nich ginie. Jego przyjaciel wraca do rodzinnej wioski, rozważając sens życia. Rozważania o życiu i śmierci dominują powieść. W tle jednak Stefansson opisuje mikrokosmos, w którym obraca się bohater. Jest wioskowy pastor i sklepikarz, jest dziwna wdowa i były wilk morski. Każde z nich ma swoje osobliwe strony i zachowania. Stefansson od pierwszych stron niespiesznie, stosując bardzo poetycki język opisuje krajobraz, naturę, morze, ludzi, domy i zwyczajne życie. Pozwala czytelnikowi na zagłębienie się w życie islandzkiej wioski sprzed stu lat, zadziwiając i zmuszając do zastanowienia. Powieść Stefanssona to bardziej szkic, spojrzenie z góry niż literacka opowieść. Wyobrażałam sobie ogromnego ptaka, który za pomocą lunety spogląda na miejsce akcji, obiektywnie opisując, co widzi. Życie między niebem, a piekłem.
Nie jest to mój ulubiony rodzaj książek, nie przepadam za nadmierną poetyckościa ale akurat w tym przypadku miałam czas na zagłębienie się i kontemplowanie. Zdecydowanie polecam osobom ciekawym Islandii, nie tej współczesnej, ale właśnie takiej, jaka była kiedyś. Islandii rybaków, natury i śniegu.

Jón Kalman Stefánsson, Himmel und Hölle, tł. Karl-Ludwig Wetzig, 231 str., Reclam.

"W proch się obrócisz" Yrsa Sigurðardóttir



Nareszcie wpadła mi w ręce trzecia powieść Yrsy. Akcja rozgrywa się głównie na wyspach Vestmannaeyar, leżących u południowych wybrzeży Islandii. Wydarzeniem kluczowym jest wybuch wulkanu na wyspiee Heimaey, który nastąpił w styczniu 1973. Dom klienta Thory zostaje oczyszczony z pyłu wulkanicznego i lawy w ramach projektu naukowego. W piwnicy jego domu odnalezione zostają trzy ciała i odcięta głowa. Markus, klient Thory, zarzeka się, że z tragicznym odkryciem nie ma nic wspólnego. Policja mu nie wierzy, a Thora ropozczyna zagadkowe śledztwo. Niemal do połowy książki autorka rozrzuca mnóstwo tropów, czasem bardzo od siebie odległych. Te zabiegi wciągają całkowicie w akcję książki i podsuwają wiele pomysłów na rozwiązanie zagadki. Czytałam niemal bez wytchnienia i do ostatnich stron ciekawa byłam rozwiązania. Dla mnie to po raz kolejny świetna rozrywka na tle ciekawej scenerii. Aha, było krwawo, ale ja tak lubię:)

Yrsa Sigurdardóttir, Das glühende Grab, tł. Tina Flecken, 365 str., Fischer.

"Piekło pocztowe" Terryego Pratchetta


Długo nie pisałam a stos przeczytanych książek rośnie i rośnie. Nadszedł czas zakończyć fazę pisarskiej niemocy i wrócić do blogosfery.

Na pierwszy ogień wzięłam Pratchetta i jego najnowszą część Świata Dysku. "Piekło pocztowe" to historia reaktywacji ankh-morporskiej poczty. Vetinari ma pomysł jak uzdrowić urząd pocztowy i ukrócić poczynania Wielkiego Pnia, zarządzającego sekarami. Tym pomysłem jest Moist von Lipwig - mistrz oszustwa i hochsztaplerki. Istotną rolę ogdrywają także golemy. Ciekawa kombinacja.
Czyta się lekko i szybko.

Terry Pratchett, Piekło pocztowe, tł. Piotr W. Cholewa, 358 str., Prószyński i S-ka.

wtorek, 17 marca 2009

"Śmierć i trochę miłości" Aleksandry Marininy


Jakoś ostatnio mi nie po drodze z recenzjami. Marininę skończyłam czytać kilka dni temu, czas więc książkę opisać, zanim wrażenia zostaną przesłonięte nową lekturą. "Śmierć i trochę miłości" była zakupem przypadkowym, kierowałam się chęcią bliższego poznania współczesnej literatury rosyjskiej, a i czułam się zachęcona recenzjami na innych blogach. Nie rozczarowałam się, bo dostałam to, czego oczekiwałam: szybką, lekką i przyjemną rozrywkę. To już kolejny kryminał z Anastazją Kamieńską w roli głównej. Anastazja wychodzi za mąż, a w przeddzień ślubu otrzymuje anonimowy list, ostrzegający ją przed tym krokiem. Gdy w USC zostaje zamordowana panna młoda, okazuje się, że nie tylko ona otrzymała podobny list oraz, że podobne morderstwo zostało popełnione również w innym urzędzie. Kamieńska nie korzysta więc w pełni ze swojego urlopu, lecz zajmuje się śledztwem. Podoba mi się ta postać - skromna, zdecydowana, unikająca blichtru i pompy. Z zainteresowaniem śledziłam również opisy i fakty, dotyczące współczesnej Rosji i pracy rosyjskiej policji. Mam jednak jedno ale - bardzo szybko domyśliłam się kto jest mordercą. A i psychologiczne i nieco rozwlekłe wyjaśnienia motywów mordercy nieco mnie znużyły. Mimo to pewnie sięgnę znów po Marininę, gdy nadarzy się okazja.

Aleksandra Marinina, Śmierć i trochę miłości, tł. Elżbieta Rawska, 318 str., WAB.

wtorek, 10 marca 2009

"Kobiety wypędzone" Marianne Weber


Dałam sobie sporo czasu na przeczytanie tej pozycji. Obejmuje ona kilka relacji kobiet, które przeżyły ostatnie dni wojny i pierwsze powojenne lata w swoich ojczystych miejscowościach. Są to kobiety z Pomorza, ze Śląska, z Poczdamu. Opisują swoje przeżycia, obserwacje, cierpienia, nie szczędząc szczegółów. Muszę przyznać, że większośc informacji i faktów była dla mnie zupełnie nowa. Mimo wiedzy na temat wypędzeń i losów Niemców po drugiej wojnie światowej, nie zdawałam sobie sprawy z brutalności, skali i długości prześladowań. Żądza zemsty nie pozwalała Rosjanom i Polakom różnicowań - każdy Niemiec odpowiadał za to, co się stało w czasie wojny. Zastanawiam się jak wysoka jest świadomość tych wydarzeń wśród Polaków, zwłaszcza na tle utarczek, dotyczących powstania Centrum Wypędzeń. Równocześnie ciekawi mnie fakt, jak wypędzenia wyglądały na Ukrainie czy Białorusi. Nie chcę tu wartościować, oceniać, wypowiadać się na temat słuszności odwetu - zbyt wiele myśli kłebi się w głowie.
Trudno o samej książce więcej pisać - nie jest to miejsce na ocenę literacką, choć większość z relacji napisana jest bardzo dobrze. Pochwała należy się także tłumaczowi, który potrafił odpowiednio dobrać słowa i poradził sobie z gąszczem nazw i nazwisk. Lekturę ułatwiłoby dodanie mapek do każdej z opowieści (ale to może tylko kwestia moich zainteresowań geograficznych).

Zdecydowanie to lektura obowiązkowa!
Marianne Weber, Kobiety wypędzone, tł. Grzegorz Kowalski, 437 str., Replika.

wtorek, 3 marca 2009

Literatura azjatycka

Od dawna chcę się zapoznać z literaturą Azji Południowo-Wschodniej. Ostatnio bardziej poważnie zabrałam się za poszukiwania współczesnych autorów i ich książek. Zaczęłam od Tajlandii i właściwie klapa. Znalazłam zaledwie garstkę tytułów, z których żaden nie został przetłumaczony na niemiecki. Będę musiała zacząć czytać po angielsku. Oto jakich autorów znalazłam:
Pira Sudham "Monsoon country",
Kukrit Pramoj "Four Reigns", "Many lives".

Może wy macie większą wiedzę i możecie coś polecić? Interesuje mnie Tajlandia, Malezja, Filipiny.

niedziela, 1 marca 2009

"Maskotka" Marek Kurzem


Zwlekałam z przeczytaniem "Maskotki". Nie wiem sama czemu? Przecież znałam już reportaż z DF i wiedziałam, że niezwykłe losy ojca autora poznać należy. To książka niesamowita, poruszająca do głębi, chwytająca za serce i bulwersująca. To powie ść, która zabiera oddech, która czyni człowieka niezdolnym do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa.
Mark Kurzem opowiada historię odkrywania przeszłości swojego ojca. Alex Kurzem milczał na temat swojego pochodzenia przez półwiecze, nigdy nie spuszczając oka z małej kasetki, zawierającej skrawki jego wspomnień. Garść fotografii i artykułów to wszystko, co mu zostało. Pewnego dnia opowiada swojemu najstarszemu synowi swoją historię - historię pieciolatka, który ucieka przed zagładą. Alex powoli rekonstruuje swoją przeszłość, świat widziany oczyma dziecka. Jego wspomnienia są niepełne i tak nieprawdopodobne, że budzą wątpliwości. Czy pięcioletnie dziecko mogło przeżyć coś takiego? Czy mogło przetrwać całą zimę same w lesie, aż do momentu wcielenia do oddziału łotewskich żołnierzy? Historie opowiadane przez Aleksa ukazują małego chłopca, który staje się żołnierzem, maskotką oddziału i świadkiem zagłady Żydów. Alex ciągle targany jest niepewnością - wola życia trzyma go wśród żołnierzy, choć czuje, że czynią oni rzeczy niegodziwe.
W drugiej częsci powieści autor opisuje próby rozwiązania zagadki dwóch słów, które zapamiętał jego ojciec, a które mogą wskazywać na jego prawdziwe pochodzenie. Zarówno ojciec jak i syn stawiają również wiele pytań o moralność, słuszność zachowania Aleksa, motywy działania jego opiekunków.
Mark opisuje swoje przeżycia, emocje, myśli a także relację ojca językiem bardzo prostym. I właśnie te proste słowa poruszają najgłębsze ludzkie odczucia. Muszę przyznać, że przy niektórych scenach brakowało mi tchu.
Dla mnie ta historia ma również ogromny aspekt poznawczy, zwłaszcza na temat roli Łotwy w II wojnie światowej. Temat warty zgłębienia. Zaskoczyły mnie również fakty, dotyczące zachowania Łotyszów i Żydów, na których podczas poszukiwań trafiają ojciec i syn.

Polecam!

Mark Kurzem, Maskotka, tł. Jan S. Zaus, 431 str., Replika.

poniedziałek, 23 lutego 2009

"Emilia Galotti" Gotthold Ephraim Lessing


Lessinga na studiach uwielbiałam, czytałam wtedy również i ten dramat ale treść już dawno uleciała. Książę Hettore Gonzaga zakochuje się w Emilii, która właśnie ma poślubić grafa Appiani. Marinelli ma w imieniu księcia wstrzymać małżeństwo. Intrygi Marinelliego doprowadzają do śmierci grafa Appianiego podczas wyprawy do miejsca, gdzie miało nastąpić zawarcie związku małżeńskiego. Emilia i jej matka uciekają przed zbójcami do pałacyku księcia. Matka Emilii przejrzała intrygę Marinelliego, podbnież jego odrzucona metresa. Emilia, która przeczuwa, że nie będzie mogła oprzeć się księciu, zmusza niemal swojego ojca do zamordowania jej. Sztuka nie zahcwyciła mnie jak niegdyś ale szalenie jestem ciekawa co z nią jutro zrobi Deutsches Theater.

Lessings Werke, Hsg. v. Kurt Wölfel, 65 str., Insel Verlag.

niedziela, 22 lutego 2009

"Złoty pelikan" Stefan Chwin

Chyba zbyt wiele sobie po Chwinie obiecywałam, bo niestety nie podobał mi się "Złoty Pelikan".
Chwin przedstawia Jakuba, pracownika uniwersyteckiego na wydziale prawa. Jakub przeprowadza egzamin wstępny. W dziekanacie nerwowo zbiera rozsypane papiery, gdy podchodzi do niego dziewczyna, próbująca go przekonać, iż nastąpiła pomyłka w ocenie jej egzaminu. Jakub poddenerwowany sytuacją obcesowo odsyła dziewczynę. Gdy po jakimś czasie przypadkowo dowiaduje się, że dziewczyna popełniła z tego powodu samobójstwo odmienia się. Jego i tak martwe małżeństwo zamienia się w piekło, a Jakub nie potrafi się uwolnić od myśli o dziewczynie. I tej historii nie mam nic do zarzucenia. Ostatnie kilka rozdziałów wręcz mnie wciągnęło, choć cała historia Jakuba wydaje mi się być całkowicie nierzeczywista.
Denerwowały mnie dwie rzeczy - odniesienia do wydarzeń światowych, np.

"Spiczaste wieże Katedry, widoczne za drzewami parku, przesłaniała sinawa mgiełka upału.
Tymczasem na zielonych równianach między Renem a Dniestrem rosła temperatura i liczba zawałów."

"Gdy lipową aleją szedł w stronę przystanku, rzucając okiem na pstrzępione obłoczki nad wieżami Katedry, w Rzymie na rozżarzonym placu św. Piotra trwały już ostatnie przygotowania do kolejnej audiencji dla pielgrzymów Północy. Papież brał w swoim apartamencie chłodny prysznic."

Nie rozumiem czemu te odwołania mają służyć? Nie wnoszą nic w akcję, za to są częściową składnikową egzaltowanego stylu autora.
Druga sprawa to nadmierne używanie słów zwłaszcza niemieckich, pisanych błędnie. Dostaję białej gorączki, gdy to widzę. Denerwuje mnie już, nie wiem czemu służąca maniera wprwadzania wyrazów obcojęzycznych, ale fakt nie zadania sobie trudu sprawdzenia pisowni, wywołuje u mnie konsternację. By nie być gołosłowną przytoczę kilka przykładów: "unpluged", "lyckra", "Zoologischegarten", "Word Trade Center" itd.
Jak dla mnie to na razie ostatnie spotkanie z książkami Chwina.

Stefan Chwin, Złoty Pelikan, 271 str., Wydawnictwo Tytuł.

sobota, 21 lutego 2009

"Potworny regiment" Terry Pratchett


Tę książkę wrzuciłam do urlopowej walizki całkiem na końcu, na wszelki wypadek. Okazało się również, że najczęściej wskazaliście w miniankiecie z propozycją kolejnych lektur. Zaczęłam ją czytać w powrotnym samolocie. Pewnie skończyłabym ją, gdyby moja Trzylatka nie zasypywała mnie milionem pytań.
"Potworny regiment" wciągnął mnie od pierwszych stron. W tym tomie Świata Dysku akcja rozpoczyna się od pierwszych słów. Brak tu wprowadzających słów o Bogach czy Wielkim Żółwiu, które zazwyczaj utrudniają mi "wciągnięcie się" w powieści Pratchetta.
Polly postanawia się zaciągnąć do armii Borogravii, prowadzącej bezsensowną i właściwie przegraną wojnę ze Zlobenią. Polly pragnie odszukać brata, trochę cofniętego w rozwoju, który zaginął na wojnie. Wraz z Polly zaciąga się jeszcze kilku "chłopaków", którzy są jedynymi osobami, wyruszającymi na wojnę. Brak już czasu na długie szkolenie, brak mundurów i pożywienia, ale to nie hamuje chęci nowych rekrutantów, z których każdy ma sprawę do załatwienia na wojnie. Polly odkrywa w czasie swoich przygód bardzo istotny fakt, iż światem rządzą skarpety. Więcej na ten temat w książce:)
Pratchett dzieli świat na kobiecy i męski - jak zwykle czyni to dowcipnie i celnie. Świetnie się bawiłam przy lekturze i gorąco polecam!

Terry Pratchett, Potworny regiment, tł. Piotr W. Cholerwa, 336 str., Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Powrót i wyróżnienie

W sobotni wieczór wróciliśmy z eksplozji zieleni do wszechorganiającej szarości zaprawionej bielą. Staram się nie poddać klimatowi i wracam z ogromną ciekawością na blogi książkowe. Moje podróżnicze relacje zamieszczałam na bieżąco tu. Czytelnicze relację naturalnie zamieszczę tutaj. Bardzo jestem zadowolona, że udało mi się przeczytać wszystkie zabrane czasopisma. Głównie był to mój ulubiony Duży Format GW - wydania z ośmiu miesięcy niemal! Wsiadając do samolotuporwałam jeszcze kilka czasopism, do których normalnie nie zaglądam. Przeraziły mnie swoim poziomem, we wszystkich nie znalazłam ani jednego artykułu godnego przeczytania. Kilka lat temu byłam jeszcze w stanie od czasu do czasu przeczytać jakieś czasopismo, teraz zadowalają mnie tylko DF, Wysokie Obcasy, Stern, Spiegel, Bücher.
W ostatnim momencie dorzuciłam do bagażu jeszcze książkę i dobrze zrobiłam, bo przeczytałam niemal całą w samolocie mimo absorbującej Trzylatki. Miłym trafem okazała się być ona książką, która wygrała w głosowaniu na kolejną lekturę:)

A co zastałam po powrocie oprócz mnóstwa recenzji na Waszych blogach? Aż czterokrotnie zostałam wyróżniona jako KreativBlogger! Jestem zaskoczona, bo nigdy nie sądziłam, że mój blog zasługuje na miano kreatywnego. Dziękuję Katji, Lilithin, Quaffery'emu oraz Be.el.


Osoba wyróżniona ma za zadanie przekazać logo siedmiu kolejnym blogom. Wiele z bliskich mi blogów to wyróżnienie już otrzymało ale spróbuję podjąć dezycję:

Komarka za cudownie smakowite przepisy i ich fotograficzne ilustracje,
Fotocyk za piękne zdjęcia i celne, lakoniczne komentarze,
Jente za połączenie literatury z fotografią,
Chihiro za inspirację i niełatwe tematy, skłaniające do myślenia,
Inblanco za to, że jej blog wzbudza we mnie uczucia odwiedzania dobrej, przytulnej biblioteki,
Jarkowi za mądre recenzje,
Książkowo, bo lubię jej recenzje i juś.

A teraz pędze zagłębić się w wasze blogi:)