poniedziałek, 12 października 2009

Deutscher Buchpreis 2009


Najbardziej prestiżową nagrodę niemiecką otrzymała dziś Kathrin Schmidt za swoją powieść "Du stirbst nicht". Schmidt opisuje w niej stopniowe wracanie do świata kobiety po wylewie krwi do mózgu i śpiączce - jej pierwsze słowa oraz stopniowe odszukiwanie wspomnień.
Muszę przyznać, że treść brzmi interesująco i chętnie sięgnę po tę książkę. W finałowej piątce znajdowała się również najnowsza książka Herty Müller.

Recenzji dziś nie będzie

Czytam "Göstę Berlinga" i coś czuję, że potrwa to bardzo długo, bo ledwo zmęczyłam (w dosłownym tego słowa znaczeniu) 50 stron. Mam jeszcze tylko 350:) Skutecznie odrywa mnie od czytania nowiutka dostawa czasopism czyli DF i WO prosto z Polski.
Zamawiając na amazonie książki na prezenty, chciałam kupić "Sercątko" najnowszej noblistki - każda z jej książek ma termin dostawy 4-6 tygodni!! Poszaleli wszyscy, będę musiała poczekać na dodruki. "Gösta Berling" mi czekania nie umili....

czwartek, 8 października 2009

"Gdy zabili naszego ojca" Loung Ung


Poruszająca, dogłębna, ciekawa książka. Loung Ung wspomina swoje dzieciństwo w Kambodży. Spotykamy rezolutną, ruchliwą pięcioloetnią dziewczynkę, mieszkającą wraz z rodzicami i sześciorgiem rodzeństwa w Phnom Penh. Loung kocha swoją rodzinę, cieszy się dostatkiem i stosunkowo dobrym poziomem życia. Szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo kończy się w kwietniu 1975 roku, gdy rodzina nagle musi opuścić mieszkanie. Po powstaniu władzę w Kambodży przejeli Czerwoni Kmerowie, którzy rozpoczynają wielkie akcje prześedleńcze ludzkości. Rodzina Ung wiele dni jedzie na wieś do rodziny matki. Niestety to nie jest koniec tułaczki, Ungowie muszą zmieniać co rusz miejsce zamieszkania - boją się rozpoznania (ojciec Loung pracował dla poprzedniego rządu) oraz jako osoby z miasta należą do gorszej kategorii. Loung opisuje koleje ich losów z perspektywy pięciolatki, która dopiero zaczyna rozumieć świat i która w ciągu kilku miesięcy musi dojrzeć i nauczyć szkoły życia, pracy ponad siły, przyzwyczaić do nieustannego głodu i lęku o rodzinę. Loung Ung opisuje motywy i postępowanie Czerwonych Kmerów, ich propagandę i tworzenie z małych dzieci żołnierzy. Ukazuje przeraźliwe szykany, przejmujący głód i lęk.
To również bardzo pouczająca książka - ukazuje historię Kambodży z perspektywy obywatelki tego kraju, subiektywnie, dotkliwie. Równocześnie autorka opisuje wiele kambodżańskich zwyczajów oraz nakreśla różnice między Kambodżą a Tajlandią czy Wietnamem - dla Europejczyka z pewnością zupełnie niewidoczne.
Podobał mi się styl książki - proste, ale przejmujące zdania, bez zbytecznych ozdobników, poruszające serce czytelnika. Książkę czyta się jednym tchem. Dla mnie pouczająca i ciekawa lektura - obowiązkowa dla osób, chcących poznać bliżej Kambodżę.

Loung Ung, Der weite Weg der Hoffnung, tł. Astrid Becker, 340 str., Fischer.

Już jest literacki Nobel!

Tym razem znów kobieta - Herta Müller. Mieszkająca w Berlinie ale pochodząca z Rumunii. Świeżo w pamięci mam niedawno czytany w Dużym Formacie artykuł o niej. To było moje pierwsze spotkanie w ogóle z tą autorką. Postanowiłam zapoznać się z jej twórczością i nawet na jakiejś wyprzedaży widziałam jej książkę za dosłownie kilka euro. Sama nie wiem czemu wtedy nie kupiłam? Czyli wszystko przede mną.
Zastanawiam się jednak do jakiego kraju kwalifikowana jest Herta Müller - Niemcy, Rumunia?? Chyba jednak Niemcy.

niedziela, 4 października 2009

Podsumowanie wyzwania kolorowego.

Plany miałam takie:

CZERWONY

"Nazywam się czerwień"

BIAŁY

"Sto odcieni bieli"

FIOLETOWY

"Fioletowy hibiskus"

Przeczytałam wszystkie powyższe książki, plus dodatkowo "Eve Green".

Okazało się więc być czerwono-biało-zielono-fioletowo.

Cieszę się, że wzięłam udział w wyzwaniu. Zmobilizowało mnie ono do sięgnięcia wreszcie po Pamuka! Dzięki niemu poznałam również prozę nigeryjskiej autorki, po której kolejne książki na pewno sięgnę.

Padmo, dziękuję!

Wróciłam

Wróciłam z urlopu - wrcam do blogosfery. Nie zaglądałam na żadne blogi, więc czeka mnie sporo ciekawej lektury - już się bardzo na nią cieszę!
W czasie tych 24 dni udało mi się przeczytać niemal dziesięć książek - ostatnią dokończyłam już w domu - z czego jestem bardzo zadowolona. Szkoda tylko, że nie widać tego, gdy patrzę na stos - nadal jest niebotyczny;) Dziękuję za wszystkie komentarze do ostatnich moich lektur, miło było mi je odczytywać na urlopie.

"Zagubieni w Tokio" Marcin Bruczkowski


To moja pierwsza książka tego autora i drugie spotkanie z Japonią. Tym razem widzianą oczami cudzoziemca, więc tym bardziej ciekawą. W tej kwestii książka jest szalenie ciekawa - ukazuje Japonię, z jaką konrontowani są obcokrajowcy. Bruczkowski pokazuje zalety, jak i wady życia w tym kraju, opisuje Japończyków, ich kulturę, zachowania. Bardzo lubię takie spojrzenie - laika właśnie, osoby, która po prostu wpada w inną kulturę.
To zdecydowanie największe zalety tej powieści. Sama treść bowiem nie zachwyciła mnie. Owszem pomysł na książkę jest ciekawy. Bruczkowski pokazuje Polaka, pracującego w Tokio, który próbuje rozwikłać zagadkę zaginięcia swojego japońskiego przyjaciela, borykając się właśnie ze sztywnymi japońskimi konwencjami. Co mi się jednak nie podobało - język, styl a zwłaszcza postać, która chyba ma być alter ego autora, jako że nosi to samo nazwisko. Sposób jego mówienia, luzackie frazy, potoczność, odbierałam jako silenie się na bycie "cool" (celowo użyłam tego słowa). Drażnił mnie bardzo język tej postaci, wybijał z rytmu powieści i wprowadzał niepotrzebny, moim zdaniem, niepokój. W całej powieści dominuje język prosty, Bruczkowski unika ozdobników, przekazuje jedynie treść. I w świetle poznawania japońskiej kultury i sporych walorów poznawczych tej książki, jestem w stanie mu ową prostotę języka wybaczyć, gdyby właśnie nie wyżej opisana postać.
Niemniej chętnie sięgnę po inne książki tego autora. Na razie niestety nie mam żadnej w moim stosie.

Marcin Bruczkowski, Zagubieni w Tokio, 398 str., Rosner i Wspólnicy.

"Radubis" Nadżib Mahfuz


Mahfuz przenosi czytelnika do starożytnego Egiptu. Młody faraon właśnie celebruje święto Nilu, gdy na jego kolanach ląduje złoty sandał. Przelatujący orzeł upuścił kosztowny but. Okazuje się, że but należy do jednej z najsłynniejszych kurtyzan, Radubis. Dziewczyna mieszka w pięknym pałacu na wyspie, oczarowała swoją urodą cały męski świat i codziennie wieczorem gości pod swoim dachem wielu mężczyzn. Jej uroda słynna jest na całe państwo. Piękna kurtyzana ma jednak zimne serce i nie kocha żadnego z mężczyzn. Do czasu gdy odwiedza ją młody faraon. Faraon zakochuje się w Radubis i zapomina o świecie. Przestają go interesować problemy polityczne państwa, podejmuje pochopne decyzje i godzi się na wymyślony przez Radubis podstęp, mający uratować jego pozycję. Miłość dwojga kochanków okazuje się być zgubna.
Książka jest niezbyt długa, a rodziały krótkie, pisane z perpsektywy różnych osób. Z tego względu czyta się szybciutko ale mnie nie zachwyciła. Rozumiem, że Mahfuz odnosi się do świata współczesnego (powieść pisał w latach czterdziestych) i wytrawny znawca historii Egiptu na pewno znalazłby wiele paraleli do zamieszek ówczesnych. Koncentrując się jednak tylko na płaszczyźnie historii Radubis i faraona, odczuwałam niedosyt - historia wydawała mi się być przewidywalna i dość trywialna.

Nadżib Mahfuz, Radubis, tł. Doris Kilias, 245 str., Unionsverlag.

wtorek, 29 września 2009

"Krakowska żałoba" Monika Piątkowska


Ta książka dość długo czekała na swoją kolej. Siegając po nią nie miałam żadnych wyobrażeń, ciekawa jednak byłam powieści pani Talko. Piątkowska kompletnie mnie zaskoczyła. Otrzymałam powieść o Krakowie - ukazującą historię miasta w niemal całym dwudziestym wieku. Kraków to zdecydowanie jeden z głównych bohaterów, a znawcy miasta odkryją z pewnością wiele ciekawostek i smaczków. Piątkowska nie opisuje jednak tylko architektury i ulic miasta, sporo miejsca poświęca jego mieszkańcom, a zwłaszcza półświatkowi - roi się tu od posługaczek, burdeli, karczm, półlegalnych interesów zawieranych przy wódce i kombinatorstwa. Na tym tle opisuje życie Maurycego Opiłki - wiejskiego chłopaka, bękarta, który w wieku szesnastu lat przybywa do Krakowa, gdzie zamieszkuje u siostry. Rezolutna siosstra umieszcza brata w zakładzie fryzjerskim, by przyuczył się porządnego fachu. Maurycy wpada w krakowski półświatek, poznając Jahulca - jego szarą eminencję. Dzięki tej znajomości zbija majątek i staje się dandysem jakich mało. Maurycy paraduje w strojach z poprzedniej epoki, epatuje wiedzą na temat miasta, pisze pamiętniki, bryluje elokwencją i elegnacją, a równocześnie poszukuje ojca. Piątkowska bardzo umiejętnie i zgrabnie naszkicowała postać głównego bohatera.
Jednak sama książka mnie nie zachwyciła, i trudno było mi ją doczytać do końca. Autorka pisze barwnie, konstruuje ciekawe, długie zdania, ale niemal całkowicie unika dialogów! Taki styl pisania, mimo że ciekawy, staje się po pewnym czasie bardzo męczący. Powieść ma zadatki na utwór łotrzykowski, na przekrój krakowskiego społczeństwa, ale staje się dzięki rozbudowanej postaci źony Maurycego, powieścią o goryczy, miłości, małźeństwie i zemście. Postać Urszuli - która sama nie wiem dlaczego wyszła z Maurycego, wprowadza zupełnie odmienną nutę do książki, dla mnie jednak mało zrozumiałą. Jej motywy postępowania nie znajdują u mnie zrozumienia i wydają mi się być zbyt słabo ugruntowane. Ciekawa jestem czy ktoś jeszcze przeczytał "Krakowską żałobę"?

Monika Piątkowska, Krakowska żałoba, 428 str., WAB.

"Oskar i Pani Róża" Eric-Emmanuel Schmitt


Króciutka opowiastka w formie listów do Boga, pisanych przez chorego na raka chłopca. Do pisania listów zachęciła Oskara, odwiedzająca go w szpitalu wolontariuszka - pani Róża. Oczami dziesięciolatka nakreślone zostają problemy, z którymi borykaja się sam chłopiec jak i jego otoczenie - rodzice i lekarz. W prosty sposób Schmitt przekazuje prawdy i myśli, dotyczące umierania, świadomości losu oraz reakcji otoczenia na nieuleczalną chorobę. Lektura na godzinę, z pewnością w jakimś sensie wartościowa, może nawet poruszająca, kierująca uwagę czytelnika na trudny, często unikany temat. Nie podobała mi się jednak forma podania przez autora, zbyt zalatująca uniwersalnymi prawdami w stylu Coelho. Na półce mam jeszcze jedną książkę tego autora, dużo grubszą i odmienną tematycznie - ciekawa jestem czy potwierdzi moje wrażenia.

Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, tł. Barbara Grzegorzewska, 78 str., Znak.

piątek, 25 września 2009

"Matka ryżu" Rani Manicka


Z respektem spoglądałam na powieść malezyjskiej autorki - ponad pięćset stron drobnym drukiem odstraszało mnie od tygodni.
Wzięłam ją ze sobą na urlop, ale i tu musiała poczekać na swój czas. Jaka szkoda, że nie sięgnęłam po nią wcześniej!! Bardzo mi się podobała!
Manicka opowiada historię pewnej rodziny. Poznajemy na początku jej centralną postać - Lakshmi. Dziewczyna mieszka na Cejlonie, gdzie wraz z matką
spędza szczęśliwe dzieciństwo. W wikeu czternastu lat wychodzi za mąż za wdowca, źyjącgo w Malezji. Rezolutna dziewczyna od razu odkrywa, że jej matka
została oszukana i jej mąż nie jest tą osobą, której się spodziewała. Lakshmi nie poddaje się rozpaczy, bierze los w swoje ręce i z zapałem zabiera się do urządzania
ubogiej chatki. Manicka opisuje życie Lakshmi, jej dzieci, wnuków i prawnuczki. Nie brzmi to spektakularnie, a jednak powieść niesamowicie wciąga. Myślę, że zawdzięcza to po części swojej konstrukcji. Manicka pozwala opowiadać historię rodziny jej poszczególnym członkom. Każda relacja utrzymana jest w formie wspomnień, co pozwala snuć domysły na temat zakończenia powieści. Najwięcej relacji pochodzi od Lakshmi, ale później przeplatają je opowieści jej dzieci, wnuków. Manicka pozwala powtarzać niektóre wydarzenia, tak że czytelnik otrzymuje opisy z różnych punktów widzenia. Moim zdaniem to najciekawszy aspekt powieści.
W tle zawikłanej historii rodziny, poznajemy również wydarzenia ówczesnej Malezji. Lakshmi przybywa do kraju z początkiem lat trzydziestych XX wieku - kraju tradycyjnego, porośniętego dżunglą, kraju, w których współźyje ze sobą wiele narodowości. Najbardziej poruszające są opisy II wojny światowej i okrutnej inwazji japońskiej. Dla mnie wszystkie te fakty były szalenie ciekawe, zwłaszcza, że Malezję bardzo chętnie odwiedzam, a Kuala Lumpur należy do jednych z moich ulubionych miast.
Jednym słowem polecam!

Rani Manicka, Töchter des Monsuns, tł. Anke Caroline Burger, 512 str., Fischer.

środa, 23 września 2009

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson


Przeczytałam tyle pozytywnych recenzji powieści Larssona, że i wreszcie ja musiałam sięgnąć po jego pierwszą książkę. Niestety nie popadłam w zachwyt. Owszem, dobrze się czyta, Larsson skontruował ciekawą intrygę, dopracował wszstkie szczegóły, nakreslił interesujące sylwetki bohaterów.
Mamy więc Mikaela Blomkvista - dziennikarza, który właśnie przegrał proces. W jednym ze swoich artykułów oskarżył wielkiego szwedzkiego przedsiębiorcę o kombinacje finansowe. W tym właśnie momencie kontaktuje się z Mikaelem prawnik emerytowanego przedsiębiorcy z prośbą
o przyjęcie niezwykle wyjątkowej pracy. Hentrik Vanger pragnie by Blomkvist odkrył zagadkę śmierci córki jego bratanka, która zaginęła blisko czterdzieści lat temu w wieku szesnastu lat.
Sceptyczny Blomkvist przyjmuje zlecenie, które okazuje się być najdziwniejszą pracą, jakiej się dotąd oddał.
Larsson napisał blisko siedmiuusetstronicową powieść - i tu według mnie jest pierwszy szkopuł. Mimo że książkę czyta się niemal jednym tchem, to jednak zbyt wiele w niej dłużyzn, szczegółowych opisów najmniejszych detali, taki jak kupno płynu do soczewek kontaktowych. Czytelnik rejestruje te detale, sądząc, że będą one istotne później ale omyli się. Larsson tylko produkuje kolejne linijki. Nieco przypomina mi w tym styl Kinga.
Kolejnyvzabieg, który mnie irytuje to kuszenie czytelnika zdaniami w stylu - nie wiedział, że to i to kiedyś okaże się ważne albo nie wiedział, że widział tę czy tę osobę po raz ostatni. Nie przepadam za takim budowaniem napięcia na siłę, wręcz odbieram je jako odwracanie uwagi czytelnika od istoty akcji. Jeśli takie zdania wplecione są w akację dyskretnie to nie przeszkadzają mi ale u Larssona odbierałam je jako bardzo natrętne.
Nie żałuję jednak przeczytania tej książki i pewnie sięgne po kolejne dwie powieści Larssona.

Stieg Larsson, "Verblendung", tł. Wibke Kuhn, 688 str., Weltbild.

niedziela, 20 września 2009

"Kartografia" Kamila Shamsie


Raheem i Karim przyjaźnią się od urodzenia. To właściwie ich przeznaczenie - ich rodzice to zgrana paczka przyjaciół. Na pierwszy rzut oka. Trzymastoletnia Raheem odkrywa przypadkiem, że coś ważnego musiało wydarzyć się w przeszłości. Faktycznie, ojciec Raheem był zaręczony z matką Karima. Zaręczny zerwał z powodów etnicznych. Na początku lat siedemdziesiątych Pakistan znajduje się w trudnej sytuacji politycznej, w wyniku której traci wschodnią część, która stała się Bangladeszem. Podobna problematyka zaczyna dotykać Karima, Raheem i ich dwoje najbliższych przyjaciół - Sonię i Zię. Shamsie poświęca wiele miejsca na opisy sytuacji politycznej w Karachi, jej wpływu na życie mieszkańców miasta. Karachi awansuje niemal do roli bohatera książki. Najważniejsi są jednak Karim i Raheem. Rodzina Karima emigruje do Wielkiej Brytanii, a Raheem poszukuje swojego "ja". Podczas studiów w USA oraz w trakcie wakacyjnych pobytów w Karachi zbliża się do poznania tajmenicy przeszłości swoich rodziców. Im więcej staje się dla niej jasne, tym trudniejsze stają się stosunki z Karimem, który również przyjażdża do Karachi.
Książka pełna jest przemyśleń o miłości, tolernacji rasowej, wyborach i ich wpływie na życie. Dla mnie tych myśli było za dużo, powieść Shamsie odbieram jako przegadaną, przez poetyzowaną wręcz. Za dużo w niej słów. Im bardziej Shamsie mnie słowami zalewała, tym mniej słów mam ja, by jej książkę zrecenzować.
Największympozytywem była zdecydowanie możliwość poznania Pakistanu, spojrzenia na historię państwa i życie mieszkańców Karachi - tu jednak autorka ograniczyła się do klasy bogatej, do której należą jej bohaterowie.
Sama nie wiem, czy polecam? Potrafię sobie wyobrazić, że powieść może zachwycić. Moja bajka to jednak nie była.

Kamila Shsmasie, Kartographie, tł. Anette Grube, 412 str., Berliner Taschenbuch Verlag

czwartek, 17 września 2009

"Bez mojej zgody" Jodi Picoult


To moje pierwsze spotkanie z Picoult, sięgnęłam po jej książkę zachęcona recenzjami na blogach. Przypadkowo wybrałam na Tauschtickecie ten tytuł.
Picoult opisuje rodzinę Fitygeraldów - przede wszystkim trzynastoletnią Annę, która właśnie skontaktowała się z prawnikiem, ponieważ pragnie uniezależnić od rodziców decyzje, dotyczące jej zdrowia. Otóż, Anna ma dwoje starszego rodzeństwa. Brata i siostrę, która choruje na bardzo agresywną i nieuleczalną formę białaczki. Anna jest dzieckiem zaporjektowanym przez genetyków, rodzi się poniekąd po to, by ratować życie starszej siostry. Na początku chodzi tylko o krew pępowinową, gdy jednak następuje nawrót choroby, Anna poddawna jest coraz to nowym zabiegom: najpierw oddaje krew, by w końcu oddawać szpik i na końcu stanąć przed decyzją oddania siostrze nerki.
Picoult wybrała konstrukcję powieści, polegającą na tym, źe każda zaangażowana osoba opisuje swój punkt widzenia: mamy więc realcje Anny, Kate, Jessego, matki (dzięki jej wspomnieniom poznajemy całą historię rodziny i jej odczucia wobec dzieci), ojca, prawnika i przydzielonej Annie przez sąd opiekunce, której zadaniem jest ocenienie dojrzałości dziewczyny. Podczas tych opowieści poznajemy skomplikowane relacje rodzinne, które sprowadzają się zawsze do choroby Kate. Onna pozycjonuje rodzenstwo w rodzinie, ich role w środowisku, szkole, poczucie własnej wartości. Picoult wskazuje cały szereg problemów, jakie ma rodzeństwo, ciągle jednak podkreślając ogromną miłość łączącą rodzinę.
Równocześnie szkicuje jako wątek poboczny uczucie między prawnkiem i sądową opiekunką Anny. Dla mnie wątek raczej zbyteczny, odciągający od głównej problematyki i nie wnoszący do akcji niczego poza odwróceniem uwagi.
Bardzo byłam ciekawa jak się książki Picoult czyta, po tylu recenzjach, w których czytałam, że nie można się od nich oderwać. Faktycznie, to zgrabne pisarstwo, utrzymujące czytelnika w napięciu do ostatnich stron. Czytałam z ciekawością i szybko ale nie musiałam zarywać nocy, by skończyć. I mam jedno ale za to spore ale - za dużo hollywoodzkości, jakkolwiek by jej nie definiować. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że czytam scenariusz filomowy amerykańskiego wyciskacza łez. Picoult wydaje się świadomie stosować wszystkie tricki, utrzymujące czytelnika w emocjonalnym napięciu, nie odpuszcza żadnej możliwości wprowadznia dodatkowych tragicznych elementów, czego szczyt osiąga w zakończeniu. Udaje się jej to jednak całkiem dobrze, bo mimo że cały czas byłam owych zabiegów świadoma, to zakończenie wycisnęło parę łez - a nie zdarzyło mi się to od dawna!
Podsumowując wrażenia sprzeczne - na pewno książka daje do myślenia. Na temat genetyki, wychowania, stosunku do dzieci zdrowych i chorych, poprawności wyborów czy wręcz istnienia jakiegokolwiek wyboru w pewnych sytuacjach. Na pewno książka wciąga i dobrze się czyta. Jednak nie jest to wielka literatura. Pani Picoult dostanie jeszcze szansę, bo czasem odczuwam chęć przeczytania książki, o której wiem, że będzie na pewno ciekawa i wciągająca.

Właśnie czytam już czwartą książkę, dobrze, że wzięłam spory zapas lektur. A co robię poza tym, od czasu do czasu opisuję na moim drugim blogu.

Jodi Picoult, Beim Leben meiner Schwester, tł. Ulrike Wasel i Klaus Timmermann, 476 str., Piper.

niedziela, 13 września 2009

"Terapia" Sebastian Fitzek


Sebastian Fitzek opublikował swój pierwszy thriller w 2006 roku i od razu zdobył szczyt list bestsellerów. Od tego czasu powstało kilka nowych książek i uznalam, że najwyższy czas zapoznać się z tym autorem. Zaczęłam od "Terapii" - pierwszego thriller i bardzo mi się podobało. Córka znanego berlińskiego psychologa ginie bez śladu. Jej zaginięcie poprzedza kilkumiesięczna, bardzo dzwina choroba. Ojciec dziewczynki bardzo cierpi po utracie jedynej córki, rezygnuje z dobrze prosperującej praktyki. 4 lata później wyjeżdża sam na malutką wyspę na Morzu Północnym, gdzie pracując nad wywiadem dla poczytnego magazynu, pragnie ostatecznie zakończyć etap smutku i rozpocząć nowe życie. Tymczasem na morzu rozszalał się sztorm i orkan, a psychologa odwiedza niewzykle dziwna postać, która prosi go o terapię. Historia nowej pacjentki splata się z zaginięciem dziewczynki a psycholog nie jest w stanie odmówić jej terapii - pragnienie poznania losów córki jest silniejsze. Terapia zamienia się jednak w piekło....
Fitzek niezwykle umiejętnie buduje atmosferę grozy, podskórnie czułam, że czytanie tej książki samotnie, nocą nie byłoby dobrym pomysłem. Krótkie rozdziały napędzają akcję, tak że nie sposób odłożyć książki. A o rozwiązaniu zagadaki powiemj tyle, że jest niezwykle zakręcona. Widzę kilka nieścisłości ale jestem skłonna je autorowi wybaczyć i pewnie sięgnę pokolejne jego książki.

Sebastian Fitzek, Die Therapie, 332 str., Knaur

piątek, 11 września 2009

"Eve Green" Susan Fletcher


Zagubiona walijska wioska, gospodarstwo położone na jej krańcu, na stromym wzgórzu, wydarzenia widziane oczami ośmiolatki. Fletcher prowadzi czytelnika w odrębny mikrokosmos wioski, w której wszyscy się znają, wszsycy o wszystkich wiedzą i w której nagle zawitała rudowłosa ośmiolatka o nietypowym imieniu. Eve własnie straciła matkę w Birmingham i została zaiweziona do dziadków, u których rozpoczyna nowy rozdział swojego życia. Poznaje wioskowy świat i próbuje odkryć swoją tożsamość. Szuka śladów ojca, którego nigdy nie poznała ale po którym odziedziczyła temperamenti ogniste włosy; poznaje wioskowego szaleńca i zaznaje smaku miłości. Wioskowe życie zmienia się gdy ginie wioskowa piękność - dwunastoletnia Rosie. W jaki sposób Eve zamieszana jest w jej zniknięcie przeczytajcie sami.
Fletcher opowiada językiem niezbyt wyrafinowanym, jednak nie można jej odmówić poetyckości i lekkości. Opowieść ośmioletiej Eve przeplata wspomnieniami snutymi przez tę samą Eve, ale dwudziestodziewięcioletnią, stojącą tuż przed porodem pierwszego dziecka. Pomalutku odkrywa ona przed czytelnikiem tajemnice jej życia.
Lektura przyjemna, symaptyczna, w moim odczuciu trochę zbyt dużo tu patetycznych słów na temat miłości.

Susan Fletcher, Eve Green, tł. Stefanie Schaffer-de Vries, 349 str., BTV

wtorek, 8 września 2009

Urlop

Jutro wyjeżdżam na nieco ponad trzy tygodnie, naturalnie zaopatrzona w odpowiednią ilość książek. Nie piszę jakich, bo mam nadzieję regularnie zamieszczać recenzje.
Życzę wam słonecznego początku jesieni!

"Neues von der Elfenfront. Die Wahrheit über Island" Wolfgnag Müller


Wolfgang Müller jest postacią nietuzinkową - artystą, performerem i niepoprawnym wielbicielem Islandii. W swojej książce opisuje w wielu rozdziałach rozmaite islandzkie ciekawostki i fenomeny. Znaleźć tu można informacje o typowych islandzkich potrawach, o wspólnocie pogańskiej, o islandzkich homoseksulaistach, o faunie, o języku czy o położonym w pobliżu koła polarnego muzeum sztuki. Najwięcej jednak informacji znajdzie czytelnik o elfach - wyraźnej fascynacji autora oraz o jego własnych projektach i sztuce. Moim zdaniem zdecydowanie za dużo tu elfów i Wolfganga Müllera właśnie, momentami autor ociera się o granice samouwielbienia. Wielu Islandczykom z pewnością nie spodobałby się również fakt dominacji tematyki elfów i sprowadzania istoty tej wyspy właśnie to pogan, elfów i dawnych wierzeń.
Niemniej Müller przeprowadza kilka ciekawych dialogów ze znanymi Islandczykami, opisuje autentyczne islandzkie kurioza i w ten sposób przybliża specyfikę tego malutkiego kraju. Myślę, że książka spodoba się osobom zafascynowanym Islandią, u mnie nie wniosła nic odkrywczego.

Wolfgang Müller, Neues von der Elfenfront. Die Wahrheit über Island, 307 str., suhrkamp.

Portret autora - Émile Zola

We wrześniu minie 107 rocznica jego śmierci, więc myślę, że to dobra chwila na przybliżenie sylwetki Emila Zoli. Bo kto o nim nie słyszał? Każdemu kołacze się coś o aferze Dreyfusa, naturalizmie ale podejrzewam, że jednak niewiele osób sięgnęło po książki Zoli.
Ja Zolę odkryłam gdzieś w połowie liceum. Przeczytałam "Germinal" i Zola stał się moim ulubionym pisarzem, a naturalizm i realizm moimi ulubionymi nurtami literackimi. Teraz niekoniecznie wysuwałabym Zolę na pierwsze miejsce wśród ulubionych pisarzy ale nadal preferuję książki naturalistyczne, realne, mieszczące się stylistycznie bardzo daleko od poezji.
A jak dalej przebiegała moja znajomość z Zolą? Jeszcze przed przeczytaniem "Germinalu" czytałam jedną z moich ukochanych książek młodzieżowych - "Podlotki" Aleksandry Brusztein (kto o niej pamięta?), gdzie afera Dreyfusa była analizowana przez główną bohaterkę. Zola zaangażował się w ową sprawę, publikując list "Oskarżam", w którym ostro krytykował skazanie oficera Dreyfusa oraz rząd ówczesnej Francji.
Co jednak najważniejsze Zola uważany jest za prekursora naturalizmu. Jego najsłynniejsze książki to dwudziestotomowy cykl "Rougon-Macquartowie. Historia naturalna i społeczna rodziny za Drugiego Cesarstwa". Autor pracował nad cyklem od 1871 do 1893 roku. Zola opisuje w każdym z tomów perypetie członków wielkiej rodziny Rougon-Macquartów. Są to osoby z różnych szczebli drabiny społeczenej, a na podstawie ich życia Zola pragnął udowodnić swoją tezę, iż los człowieka w dużej mierze determinowany jest przez pochodzenie i środowisko. Dla całej rodziny autor sporządził drzewo genealogiczne i choć każdy z tomów można czytać oddzielnie, znajomość powinowactw między poszczególnymi bohaterami niewątpliwie wzbogaca lekturę. Przede wszystkim zwrócić należy uwagę na powracanie w rodzinie dziedzicznej choroby psychicznej, która w różnych sposób ma wpływ na osoby przez nią dotknięte.
Po przeczytaniu "Germinalu" bardzo chciałam zapoznać się z innymi tomami cyklu. Pamiętam, że udało zodbyć mi się jedynie "Wszystko dla pań" oraz "Nanę", a już na studiach wyszukałam w bibliotece uniwersyteckiej zaledwie dwie czy trzy dalsze książki. Tak więc czytanie cyklu musiałam porzucić po przeczytaniu zaledwie siedmiu tomów. Gdy zamieszkałam w Niemczech kupiłam na ebayu wszystkie tomy z zamiarem odświeżenia już znanych i przeczytania pozostałych. Dotąd tych planów nie wykonałam. Myślę jednak, że będzie to kolejne moje prywatne wyzwanie. Ciekawa jestem czy znajdzie się choć jedna osoba, która do mnie dołączy?
A może zajrzycie do innych książek Zoli, np. do "Teresy Raquin" - objętościowo o wiele szczpulejszej ale również dającej pogląd na twórczość autora.
Ciekawa jestem czy znajdzie się choć jedna osoba, dzieląca moje naturalistyczne zamiłowanie?

Źródło zdjęcia: www.wikipedia.de

poniedziałek, 7 września 2009

"Psy z wieży Babel" Carolyn Parkhurst


Paul - językoznawca nagle traci żonę. Wraca do domu i odnajduje ją martwą, pod drzewem w ich ogrodzie. Policja odhacza sprawę jako wypadek ale Paul nie jest o tym przekonany. Zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, w którym główną personą staje się suczka Lorelei. Paul postanawia nauczyć ją mówić, by dowiedzieć się, co się stało z ukochaną żoną. Autorka opisuje poczynania Paula w krótkich rozdziałach, przeplatając je opowieścią o historii poznania i małżeństwa Paula i Lexy. Paul coraz bardziej pogrąża się w swoich, bezowocnych, badaniach nad psią mową, zaniedbując siebie, znajomych i dom.
I więcej nie napiszę, bo ta książka to zaledwie czytadło na dwa wieczory. Dość zgrabnie napisane ale ani wyjątkowo odkrywcze, ani szczególnie wciągające. Dla wielbicieli psów może być interesujące. Denerwowała mnie bardzo jedna rzecz: Paul zwraca się do suczki alias "dziewczynka", co pewnie jest dosłownym tłumaczeniem zwrotów typu "good girl" ale w moich uszach brzmi w języku polskim niezmiernie sztucznie.

Carolyn Parkhurst, Psy z wieży Babel, tł. Jan Karłowski, 255 str., Rebis.

niedziela, 6 września 2009

"Weźmisz czarno kure" Andrzej Pilipiuk


Pilipiuk stwarza całkiem odrębny świat - zapadłej wiochy, gdzieś we wschodniej Polsce, w której mieszkają tępi mieszkańcy, wierzący w zabobony i chlejący wódę. Najbardziej poważanym mieszkańcem jest egzorcysta-amator i znany bimbrownik Jakub Wędrowycz. Na pierwszy rzut oka nie brzmi to zbyt ciekawie ale napradwę całkiem przyjemnie się czyta. Pilipiuk nie szczędzi ironii, z przymrużeniem oka opisuje wioskowe życie i przygody Jakuba. Cała książka to właściwie zbiór opowiadań o Jakubie, który wplątany jest ciagle w afery polityczne, w których zmienia bieg historii. Jeśli nie zajmuje się polityką, to walczy z prawem w trakcie rozpraw sądowych, rżnąc wioskowego głupa i wypierając się zarzucanych czynów w żywe oczy. Ewentualnie poświęca się swojej profesji egzorcysty, trafiając na wampirów czy inne nadprzyrodzone siły. Nie muszę chyba pisać, że Jakub mimo niestworzonych pomysłów, zawsze wychodzi z kłopotów obronną ręką:)
Pilipiuk przemyca w swoich historiach obserwacje współczesnego świata i uniwersalne prawdy. Nie jest natrętny, mam wręcz wrażenie, że głównym celem jego pisarstwa jest to, by czytelnik dobrze się bawił.
To moje pierwsze spotkanie z Wędrowyczem ale potrafię sobie wyobrazić, że jest on pewnie postacią kultową.
Jeśli będzie okazja, to chętnie przeczytam inne książki Pilipuka.

Andrzej Pilipiuk, Weźmisz czarno kure, 334 str., Fabryka.

piątek, 4 września 2009

"Szczelina" Doris Lessing


Autorka przenosi nas w czasy Rzymu, za panowania Nerona. Wiekowy senator i historyk otrzymuje dokumenty, opisujące kulturę Szczelin i Potworów - protoplastów ludzkości. Na podstawie owych dokumentów próbuje stworzyć obiektywną opowieść.
Lessing preznetuje rewolucyjną teorię powstania ludzkości, według której jaskinie na brzegu pewnej wyspy zaludniały tylko kobiety - Szczeliny. Zapładniane przez księżyc, morze czy wielką rybę rodziły tylko dziewczynki. Nie szukały nowości, nie wybierały się wgłąb wyspy - leniwie spędzały dni w znanym środowisku. I trwało by to pewnie dłygo, gdyby nie zaczęli się rodzić chłopcy, czyli Potwory. Zaszokowane Szczeliny brutalnie pozybywały się męskich niemowląt do czasu gdy cgłopcy, którzy przeżyli założyli wioskę w głębi wyspy.
Lessing opisuje życie obu grup, ich wspólne kontakty i powstawanie pierwszej wspólnej społeczności. Nie jest to jednak tylko suchy opis a doskonała analiza osbowości, psychiki i zachowania kobiet i mężczyzn. Lessing wskazuje różnice w myśleniu, zachowaniu, pojmowaniu świata, opisuje wynikające z nich animozje i problemy. Starając się zachować obiektywzim, nie unika satyry i ironii. Momentami powieść wydaje się być satyrą społeczeństwa współczesnego.
Temat stary jak świat, możnaby powiedzieć. Autorce jednak udaje się podejść do niego z niespotykaną świeżością - ogromną rolę odgrywa tu na pewno jej nowatorskie spojrzenie na powstanie świata ale także ciekawa konstrukcja powieści.
Narrator - rzymianin - nie może powstrzymać się jednak od komentarzy (podkreśla swoje męskie stanowisko i chęć zachowania obiektywizmu) oraz do odwołań do wspóczesnego mu społeczeństwa. Tak więc poznajemy jego sytuację życiową, gdy wyciąga paralele między Szczelina i Potworami, a własną córką i synem.
Doskonale czytało mi się tę książkę. Podejrzewam, że gdybym znała jej treść wcześniej nie sięgnęłabym raczej po ten tytuł, a jednak, moim zdaniem, warto.

Wraz z przeczytaniem tej powieści skompletowałam już wszystkich noblistów naszego (jeszcze niepełnego) dziesięciolecia:)

Doris Lessing, Szczelina, tł. Anna Dobrzańska-Gadowska, 270 str., Świat Książki.

środa, 2 września 2009

"Mogę odejść, gdy zechcę" Young-ha Kim


Przedziwna książka. Niby cieniutka i niepozorna ale niesie ze sobą dużo treści, niedomówień, impulsów. Główny bohater ma bardzo nietypowe zajęcie - pomaga osobom, mającym problem, zorganizować własne samobójstwo. Perwersyjne, prawa? Zastanawiam się skąd pomysł aktora, na taką powieść.
Autor skutecznie miesza wątki i bohaterów oraz czas akcji, czym potrafi nieźle zakręcić czytelnika. Każda z kreowanych przez niego postaci jest dziwna, nietypowa, tajemnicza - bohaterowie niewiele o sobie wiedzą. I każda jest samotna: Judith z lizakiem w buzi, kochanka dwóch braci K. i C., Mimi - słynna performerka oraz dziewczyna z Hong Kongu, która wymiotuje po wypiciu wody. Każda z tych osób spotyka narratora, który delikatnie aprowadza dziewczyny na jedno słuszne rozwiązanie, dające kres mękom życia i samotności.
Smutna i treściwa to książka ale warto po nią sięgnąć i warto zagłębić się w pokręcone myśli bohaterów, w ich refleksje o życiu.

Young-ha Kim, Mogę odejść, gdy zechcę, tł. Anna Kaniuka, 135 str., Vesper.

"Senność" Wojciech Kuczok


Bardzo mi się podobało! Przede wszystkim styl Kuczoka - jego długaśne ale nie przydługie zdania, jego zaskakujące porównania i dobór słów sa rewelacyjne. Mogłabym czytać i czytać, rozkoszując się tylko stroną językową.
A tu i treść dobra. Troje bohaterów zatopionych w śnie - dosłownie lub przenośnie, ale żyjących w jakimś letargu.
Świeżo upieczony lekarz Adam, nieśmiały, zależny od rodziców, uwikłany w zależności, postanawia się usamodzielnić i znaleźć kochanka.
Wypalony pisarz Robert zaplątany w chore małżeństwo z córką znanego (i prymitywnego) politka i fanatyczką pewnej rozgłośni radiowej, który dowiaduje się o śmiertelnej chorobie.
I Róża - słynna aktorka, żona toksycznego Pana Męża, który wyznaje kult pieniądza, cierpiąca na narkolepsje.
Każda postać ma inny bagaż doświadczeń, a jednak w wielu kwestiach są podobne. Kuczok umiejętnie splata ich losy, by wskazać możliwość dalszej drogi.
Co bym nie napisała o tej książce, zabrzmi banalnie. Po prostu warto przeczytać!

Wojciech Kuczok, Senność, 248 str., WAB.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Blog Day 2009


Po raz czwarty obchodzimy dziś Dzień Blogu. Na tej stronie można znaleźć krótki opis idei Dnia Blogu oraz zasady.
I ja spróbuję opisać 5 blogów, na które lubię zaglądać. W zeszłym roku wymieniłam tylko blogi ksiażkowe, dziś spróbuję zachęcić do odwiedzenia blogów z zupełnie innych dziedzin.

1. Wrocławski blog Sary,
2. Fotki fotocyka,
3. Heskie opowieści kwiecienki,
4. Niebiańskie przepisy komarki,
5. Ciepły pamiętnik brahdelt.

A jak to wygląda u was? Może polecicie ciekawe, nieznane mi, blogi?

niedziela, 30 sierpnia 2009

"Czasy kóz" Luan Starova


Książka o kozach? I o polityce? A właściwie o roli kóz w komunizmie? To nie może być ciekawe. Tak pomyślałam. Myliłam się. Było ciekawie, nawet bardzo.
Autor przenosi nas do Macedonii, gdzie w biednej dzielnicy w Skopje mieszka rodzina albańskich emigrantów. Ojciec rodziny to profesor, badacz starych ksiąg, kompletnie pogrążony w swoim świecie. O byt rodziny dba matka. Rodzna ledwo przędzie, umierają najmłodsze z dzieci, rodzą się nowe, starsze są niedożywione, a matka próbuje na wszelkie sposoby związać koniec z końcem. Tymczasm do stolicy nadciagają pasterze z setkami kóz. Rząd republiki postanowił zrobić z pasterzy przykładnych przedstawicieli klasy robotniczej. Problemem są kozy. Kozy kochane przez dzieci, kozy ratujące życie, żywiące niemowlęta i towarzyszące rodzinom. Także rodzina emigrantów decyduje się na zakup kozy, mimo że może to być niebezpieczne. Wraz z zaupem nawiązuje się głęboka przyjaźń między ojcem a przywódcą pastrzey Czangą. Ojciec wprowadza go w świat ksiąg i historii, a Czanga prowokuje dyskusje polityczne. Kozy utrzymują przy życiu całą dzielnicę, która żyje w ciągłym strachu przed uprawomocnieniem dekretu o likwidacji kóz.
Wiem, nie brzmi to porywająco. Jendak powieść coś w sobie ma - dla mnie przede wszystkim ogromny faktor poznawczy, bo o Macedonii zbyt wiele nie wiem. Bardzo podobało mi się również zagadkowe zakończenie, którego naturalnie nie zdradzę:) Po przeczytaniu można również snuć dalekoidące rozważania polityczne - jednak takich ciągot nie mam. Starałam się skoncentrować na kulturze, na historii przede wszystkim.
Polecam!

Luan Starova, Czasy kóz, tł. Dorota Jovanka Ćirlić, 202 str., Oficyna 21.

czwartek, 27 sierpnia 2009

"Brama Niebiańskiego Spokoju" Shan Sa


Krótka, powiedziałabym, nowelka, wbrew oczekiwaniom, spodobała mi się. Dotąd preferowałam książki, opowiadające o Chinach dawnych, magicznych, pełnych tradycji i dostojeństwa. Nie pociągały mnie powieści osadzone w Chinach komunistycznych. W "Bramie Niebiańskiego Spokoju" akcja rozpoczyna się tuż po masakrze na placu Tian'anmen. Przypadkowy przechodzień wyciąga z obławy Ayamei, jedną z głównych incjatorek studenckiej rewolucji. Ayamei ukrywa się wpierw mieszkaniu kierowcy Wanga, który później umieszcza ją w swojej rodzinnej wiosce na wybrzeżu. Równocześnie poznajemy Zhao - przykładnego maoistę. Chłopaka ze wsi, wychowanego przez armię. Zhao oddany jest swoim przełożonym i komunistycznym ideom więc sumiennie stara się wykonać rozkaz, nakazujący mu aresztoanie Ayamei. Gdy w mieszkaniu jej rodziców trafia na pamiętniki dziewczyny, zaczyna poznawać osobę o zupełnie innym życiu niż on. Jego nieśmiałą fascynacja dziewczyną rośnie i wzbudza w nim dotąd nieznane pytania, mimo to nie usataje w poszukiwaniach buntowniczki. Ucieczka Ayamei w góry otwera świat dawnych wierzeń, nadaje książce nutę tradycyjnej chińskiej kultury. Właśnie sam, tajemniczy, koniec najbardziej mi się podobał.

Shan Sa, Brama Niebiańskiego Spokoju, tł. Krystyna Sławińska, 122 str., Muza.

środa, 26 sierpnia 2009

"Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" Michał Witkowski


Poznajemy cwaniaka i kombinatora, który nieprzerwanie opowiada o sobie i swoim życiu. Właściciel lomabrdu, któremu żaden biznes nie jest obcy, zdradza swoje kombinatorskie tajemnice i komentuje transformacje w Polsce. Do pomocy dobiera sobie podwórkowych chłopców. Najważniejszy to Sasza - idealny mężczyzna. Przesycił mnie ten nieustanny słowotok, dusiły mnie opisy, przytłaczały słowa. Nie dotarł do mnie Witkowski, a może ja nie otwarłam się na jego świat. O ile "Fototapeta" mi się z pewnych względów podobała (lecz nie bezwarunkowo), to ta książka wyraźnie mnie znudziła. Warto było ją przeczytać dla kilku perełek, takich jak opis spotkania werbującego pracowników do sprzedaży bezpośredniej ale brak mi ogólnych zachwytów i poczucia przeczytania książki, która coś wniosła. Zawiodłam się.

Michał Witkowski, "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej", 251 str., WAB.

sobota, 22 sierpnia 2009

"Masażysta cudotwórca" V.S. Naipaul


Ganesh Ramsumir to prosty człowiek. Nobilituje go jednak fakt, że ukończył szkoły. Wciąż ma nowy pomysł na swoje życie. Gdy nie wyszła mu kariera nauczyciela, postanowił zostać masażystą. Gdy i to się nie udało, obiweścił wszystkim, że napisze książkę. Sam zamiar czynił go wielkim w oczach sąsiadów. Pisanie książki trwało bardzo długo, a gdy już powstała marna broszurka, nie odniosła sukcesu. Szczęśliwym losem Ganesh zdobywa jednak sławę jako mistyk - cudotwórca i jego kariera zaczyna rozwijać się w zastraszającym tempie. Od cudotwórcy dzieli go już krok od polityki.
Dopiero po przeczytaniu książki dowiedziałam się, że to debiutancka powieść Naipaula. Całkiem przypadkowo wybrałam akurat ten tytuł w bibliotece. Naipaul opowiada bardzo sprawnie, dowcipnie. Jego opisy środowiska Hindusów na Trynidadzie są mistrzowskie, a dialogi przekomiczne. Naipaul demaskuje bohaterów, traktując ich z przymrużeniem oka, ukazując ich prostotę a zarazem wysokie mniemanie o sobie. Bardzo ciekawie opisuje życie na przedwojennym Trynidadzie - dla mnie była to w dużej mierze laktura poznawcza.
NIe tak dawno temu czytałam ciekawy artykuł o Naipaulu i miałam po nim bardzo sprzeczne odczucia, nawet nieco obawiałam się lektury jego książek. Jednak niezależnie jaką był osobą, jego pisanie bardzo mi się spodobało i myślę, że spróbuję sięgnąć po jego najsłynniejszą powieść "Dom pana Biswasa".

V.S. Naipaul, Der mystische Masseur, tł. Karin Graf, 249 str., Kiepenheuer & Witsch.

wtorek, 18 sierpnia 2009

"The Star-Apple Kingdom" Derek Walcott

Preczytałam. Wymęczyłam. Nie lubię poezji. I już. A poezja Walcotta nie jest tym rodzajem poezji, która potrafi zachęcić takich opornych czytelników jak ja.
Zbiorek, który czytałam zawiera wybrane wiersze z trzech różnych książek, więc daje pewnie ogólny pogląd na twórczość Walcotta. Owszem zorientowałam się, że dominującą tematyką jest poszukiwanie tożsamości narodowej i utrata ojczyzny ale nawet posłowie tłumacza nie rozjaśniło mi przeczytanych wierszy, co gorsza myśli tak mi uciekały, że nie dokończyłam owego posłowia czytać. Gdyby nie noblowski plan, pewnie nigdy bym nie sięgnęła po wiersze Walcotta i nawet teraz, mimo że je przeczytałam, z czystym sumieniem nie mogę tak powiedzieć. Szkoda. Ciekawa jestem czy jeszcze ktoś zmierzy się z Walcottem i podzieli swoimi spotrzeżeniami?

Derek Walcott, Das Königreich des Sternapfels, tł. Klaus Martens, 98 str., Hanser.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

"Aleja samobójców" Marek Krajewski, Mariusz Czubaj


Bardzo byłam ciekawa wyniku mariażu Krajewskiego i Czubaj. Niestety nie podobało mi się tak, jak kryminały z Mockiem w roli głównej.
Tutaj mamy Jarosława Patera - nadkomisarza z Gdańska, lubiącego pokera i muzykę purystę językowego. Pater prowadzi śledztwo, od którego został odsunięty na własną rękę. W eksluzywnym domu starców pod Gdańskiem zostaje zamorodwany i oskalpowany jeden z pensjonariuszy, a kolejny ginie. Gdy Pater zaczyna prowadzić śledztwo okazuje się, że oskalpowany pensjonariusz tylko pozornie był staruszkiem poruszającym się na wózku inwalidzkim, a dyrektor domu seniora to podejrzany gość. Do tego całą sprawą zaczyna interesować się ABW, która niezbyt delikatnie pozbywa się Patera ze śledztwa. Autorzy zahaczają o antropologię, skandynawistykę, okaleczanie - tematyka ciekawa, choć dla mnie mogłaby być bardziej rozbudowana.
Zastanawiałam się czego mi brakowało. Po pierwsze oczekiwałam podświadomie stylu Krajewskiego, a jednak (co nie powinno naturalnie dziwić) w tym kryminale widać inne pióro. A po drugie myślę, że wyjątkowość kryminałów Krajewskiego wynika w sporej części z faktu umiejscowienia ich w latach przedwojennych. Współczesność "Alei samobójców" nie miała dla mnie już tego uroku.
Mimo to chętnie przeczytałabym kolejny kryminał tego duetu, niestety na razie go nie mam:(

Marek Krajewski, Mariusz Czubaj, Aleja samobójców, 283 str., WAB

niedziela, 16 sierpnia 2009

"Przyślę Panu list i klucz" Maria Pruszkowska


Będąc u rodziców zapragnęłam wrócić do tej książki. Ostatni raz czytałam ją pewnie 15 lat temu i już niestety niewiele zostało mi w pamięci.
Oto poznajemy w pierwszych rozdziałach rodzinę opętaną pasją czytelnictwa. Po pirwsze ojca, który czyta tak nałogowo, że nawet mówiąc posługuje się cytatami z książek. Następnie jego dwie córki, oddane tak samo pasji czytania jak ich ojciec. Jedynie matka próbuje wprowadzić jakąś normalność w domowe pielesze ale w końcu również się poddaje rodzinnej pasji. Maria Pruszkowska w kolejnych rozdziałach opisuje perypetie obu córek, które wynikają z ciągłego czytania książek. Towarzyszymy im przez lata szkolne aż do momentu, gdy stają się pannami na wydaniu.
Książka napisana jest ciepło, przytulnie wręcz. Przestarzałe zwroty czy okoliczności wydarzeń raczej wzruszają niż denerwują. Lektura obowiązkowa wszystkich moli książkowych!

Maria Pruszkowska, Przyślę Panu list i klucz, 146 str., Wydawnictwo Morskie.

Wróciłam

Tygodniowy pobyt u rodziców zaowocował sporymi zakupami w księgarni (na szczęście głównie dla córki), przesortowaniem sporej ilości książek i zasileniem podaja w nadziei, że i mnie uda się wreszcie coś upolować, przeczytaniem ogromnego stosu Dużych Formatów i Wysokich Obcasów oraz jednej książki - tę ostatnią to już łyknęłam w samolocie, a zrecenzuję za chwilkę. Wyszukałam też kilku noblistów i pożyczyłam do przeczytania.
Fajnie było:)

sobota, 8 sierpnia 2009

"Głowa Minotaura" Marek Krajewski


Bardzo mi się podobało. Uwielbiam styl Krajewskiego. Od pierwszego zdania przenoszę się w inny świat. Tym razem najmniej na kartach powieści Wrocławia, za to dużo przedwojennego Lwowa, trochę Katowic, a i Rybnik jest. Nie jestem w stanie skonfrotnować opisów Lwowa, ale Katowice wypadły świetnie.
Krajewski naszykował jeszcze jedną niespodziankę, oprócz zmiany miejsca akcji. Śledztwo prwadzone jest nietylko przez Mocka. Towarzyszy mu lwowski policjant Popielski. Do Mocka dość podobny - fascynat łaciny i szachów, porywczy, tajemniczy i bardzo dobry w tym, czym się zajmuje. Połączyło ich pozukiwanie minotaura - mężczyzny, który gwałci dziewice, następnie je zabija i wygryza ich twarz. Tak, Krajewski znów nie unika brutalności, czasem oceiarającej się o obrzydliwość. Mnie to akurat bardzo pasuje. Lubię realne, dosadne opisy. Ów Minotaur pochodzi najprawdopodbniej z Lwowa i uderzył tym razem we Wrocławiu. Śledztwo okazuje się być bardzo skomplikowane i uderze osobiście w Popielskiego, a właściwie w jego piękną, nastoletnią córkę.
Można by krytykować niektóre posunięcia Krajewskiego (rola córki chociażby) ale ja pozostanę bezkrtyczna, bo naprawdę świetnie i szybko się czytało. Czyli tak, jak to powinno mieć miejsce w przypadku kryminału. Polecam.

Jutro wyjeżdżam na 6 dni. Nie będę więc zaczynać nowej książki, spróbuję nadrobić czytanie czasopism. A u mamy już czekają na mnie nowe książki:)

Marek Krajewski, Głowa Minotaura, 341 str., WAB.

czwartek, 6 sierpnia 2009

"Nazywam się czerwień" Orhan Pamuk


Udało się! Przebrnęłam przez całe 575 drobno zadrukowanych stron. Muszę jednak przyznać, że najbardziej krytyczne było pierwszych sto stron, gdy rozważałam odłożenie książki. Gdy jednak przyzwyczaiłam się do stylu i treści o odkładaniu książki przestałam myśleć.
Pamuk przenosi nas do szesnastowiecznego Stambułu w środowisko ilustratorów ksiąg. Poznajemy głównego ilustratora, trzech najbardziej utalentowych pracowników oraz Karę. Kara wyjechał ze Stambułu 12 lat temu, gdy okazało się, że nie może poślubić ukochanej córki wuja. Przez całe te lata marzył o pięknej wybrance. Wuj wezwał go do powrotu, by pomógł mu w ukończeniu wyjątkowej księgi, tworzonej właśnie dla szacha. Okazuje się jednak, że wuj odchodzi od tradycyjnego osmańskiego stylu ilustrowania, poddając się wpływom europejskim. Taki rozwój nie wszystkim się podoba, co więcej przez wielu uznawany jest za świętokradztwo i grzech śmiertelny. Wraz z przybyciem Kary do Stambułu zamordowany zostaje jeden z ilustratorów, który wykonywał złocone ornamenty w powstającej księdze. Pamuk niespiesznie snuje swoją intrygę, poświęcając najwięcej miejsca dokładnym opisom ksiąg, ilustracji, przytaczając legendy, przypowieści, historie. Opis jednej ilustracji po trafi zająć kilka stron, a jedno zdanie nawet półtora strony! Czytanie wymaga wielkiej koncentracji czytelnika i wręcz passjonackiego zamiłowania do opisyanych tematów. Równolegle autor pozwala na ponowne spotkanie Kary i pięknej ukochanej - matki dwóch synów, których ojciec nie powrócił z wojny. Przy okazji tego wątku możemy poznać życie w szestnastowiecznym Stambule - mieszkańców, poszczególne dzielnice, stroje, potrawy.
Pamuk dzieli swoją powieść na 59 rozdziałów - z których każdy ma innego narratora. Rozdziały nie są zbyt długie, co mnie akurat pomagało w czytaniu powieści. Z drugiej strony jednak ciągłe zmiany narratora wymagały stałej koncentracji. Narratorem są postaci (Kara, ukochana, ilustratorzy) ale również bohaterowie ksiąg (drzewo, koń, szatan). I te ostatnie rozdziały czytało mi się najgorzej. Brak mi odniesienia i wiedzy na temat ilustracji, zwłaszcza perskiej. Dużym ułatwieniem byłoby opublikowanie ilustracji w powieści, gdzie czytelnik mógłby skonfrotnować wzmianki dotyczące stylu.
Trudno mi polecić Pamuka z czystym sumieniem. Warto przeczytać tę powieść dla własnej satysfakcji, ale nie ukrywam, że nie jest to łatwa rozrywka.

Wraz z przeczytaniem tej książki poznałam kolejnego noblistę oraz dołączyłam kolejny kraj do mapy.

Orhan Pamuk, Rot ist mein Name, tł. Ingird Iren, 575 str., Hanser.

piątek, 31 lipca 2009

"Moonlight" Harold Pinter


Zdecydowałam się na przeczytanie dramatów Pintera, bo teatr to także moje wielkie hobby a i Pinter przede wszystkim jest dramaturgiem.
Przeczytałam trzy sztuki: "Party time", "Moonlight", "Ashes to ashes". Od pierwszych słów uderza charakterystyczny styl Pintera: dominują krótkie zdania, urywane wręcz, powtórzenia. Czytelnik ma wrażenie, że rozmówcy nie słuchają się uważnie, gdyż ciągle odbiegają od tematu. Pinter odrzuca tradycyjny podział sztuk na akty i sceny, co mi się podobało.
Chciałabym napisać coś o samej treści - ale trudno mi będzie. Treść wydaje się być całkowicie błaha ale podskórnie czułam, że Pinter pod przykrywką lekkich rozmów, przekazuje coś więcej. Niestety bardzo trudno było mi uchwycić to coś. Na pewno pomogło by tu obejrzenie inscenizacji i jeśli mi się taka możliwość trafi, na pewno to uczynię. Na razie jednak muszę dumać sama, bo i w sieci niewiele znalazłam.
"Party time" to jak sam tytuł wskazuje scenka rodzajowa w trakcie małej domowej imprezy. Goście rozmawiają na różnorakie błahe tematy - o nowym klubie tenisowym, plotkują o innych. Równocześnie niektórzy z gości jadąc na imprezę trafili na obławę i zamieszki na ulicy. Młoda dziewczyna - Dusty - szuka swojego brata, który nagle pojawia się drzwiach. Nie widzę powiązań, nie widzę przesłania.
"Moonlight" - małżeństwo wspomina przeszłe lata. Mąż, będący o krok od śmierci, wspomina o spotkaniu z dawną przyjaciółką rodziny, żona ze znajomym sprzed lat. Ich synowie (którzy z rodzicami nie mają kontaktu) również prowadzą rozmowę. Pozornie bez składu i chronologii. Przeczytajcie proszę i podzielcie się wrażeniami!
"Ashes to ashes" wreszcie to jedynie rozmowa małżeństwa - Rebecca opowiada mężowi o swoim byłym? aktualnym? brutalnym kochanku. Z urywanych zdań wyłania się postać bez skrupułów, nazywana führerem, która włada nad losem i życiem pracowników fabryki. Sztuka wywoływała we mnie zdecydowanie skojarzenia nazistwoskie ale nie jestem przekonana czy o takie autorowi chodziło.

Trudne to utwory, wymagające zadumy i przede wszystkim dobrej inscenizacji. Szalenie ciekawa jestem innych opinii!

Harold Pinter, Mondlicht und andere Stücke, tł. H.M. Ledig-Rowohlt, Elisabeth Plessen, Peter Zadek, Michael Walter, 113 str., rowohlt.

czwartek, 30 lipca 2009

"Łups" Terry Pratchett


Wynudził mnie Pratchett, wynudził. Nie wiem czy zmęczenie tematem (moje) czy to faktycznie słabsza książka. Ale dla porządku zmęczyłam, skoro tyle poprzednich tomów przeczytałam.
Za kilka dni mają nastąpić obchody Dnia Doliny Koom - dzień tradycyjnie krytyczny dla stosunków krasnoludzio-trollowych. Wiele lat temu nastąpiła legendarna bitwa między krasnoludami a trollami w owej dolinie. Tym razem obchody zapowiadają się na jeszcze bardziej skomplikowane niż zazwyczaj, bo COŚ mąci krasnoludzi świat. Niewyjaśnione morderstwa wciągają do akcji Sama Vimesa i straż.
Trudno powiedzieć co mnie znudziło - chyba najbardziej sama akcja. Bo styl Pratchetta pozostaje niezmienny. Zobaczymy jak będzie z następnym tomem.

Terry Pratchett, Łups, tł. Piotr W. Cholewa, 334 str., Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Projekt Nobliści część druga

W komentarzach do mojego pierwszego postu o noblistach padła, zwłaszcza ze strony marigolden, propozycja zebrania w jednym miejscu recenzji chętnych do przyłączenia się do projektu. Nie spodziewałam sie aż tak dużej reakcji na mój czytelniczy plan i cieszę się, że znazlało się więcej osób, które chciałyby poznać noblistów. Przemyślałam owe komentarze i postanowiłam założyć osobnego bloga w tym celu.
Projekt ten ma być z zasady różny od wyzwań czytelniczych. Nie chcę go ograniczać czasowo - może istnieć tak długo aż każdy uczestnik przeczyta wszystkie zaplanowane książki. Nowy blog miałby służyć jedynie recenzjom książek, napisanych przez noblistów. Myślę, że każdy uczestnik projektu mógłby rozpocząć od postu, w którym opisałby ile noblistów już przeczytał, jakie ma plany - tutaj można by posłużyć się stworzoną przeze mnie listą.
Co sądzicie? Jakieś uwagi? Proszę chętnych o zgłaszanie się w komentarzach:)

Nowy blog można znaleźć tu.

niedziela, 26 lipca 2009

"Ślad na piasku" Zoe Ferraris


Skusił mnie opis padmy - kryminał z Arabii Saudyjskiej brzmiał naprawdę zachęcająco, więc czym prędzej złapałam książkę w bibliotece. Zanim jeszcze zaczęłam czytać okazało się, że kryminał to może tak, ale z Arabii Saudyjskiej to raczej nie. Autorka jest Amerykanką, która spędziła rok z rodziną swego byłego męża, właśnie w tym kraju. Więc zna saudyjskie realia, problemy i życie ale jednak pozostanie Amerykanką z jej wychowaniem, doświadczeniami i punktem widzenia. Na którmyś z blogów padło pytania przy okazji tworzenia mapki krajów, których literaturę poznaliśmy, czy kierujemy się pochodzeniem autora czy akcją powieści. Dla mnie zdecydowanie najważniejsze jest pochodzenie autora, bo autor, który w danym kraju spędził nawet pół życia jednak do końca nie odrzuci swego cudzoziemskiego bagażu doświadczeń.
Ale wracając do powieści Ferraris. Kryminałem stricte też nie jest. Ale to dobrze. W pierwszym rozdziale wpadamy od razu w środek akcji - córka z bogatego domu znika. Poszukują jej bracia, Beduini i Nayir - przyjaciel jednego z braci zaginionej. Ciało szenastoletniej Nouf zostaje znalezione ale rodzina pragnie uniknąć oficjlanego dochodzenia. Nieoficjalnie jednak Nayir, na prośbę brata Nouf, prowadzi śledztwo. Pomaga mu w tym Katya - narzeczona owego brata, która pracuje w laboratorium, w którym przeprowadzono autopsję. Śledztwo utrudnione jest przez niemal wszystko - niemożność rozmów między kobietami a mężczyznami, surowe zasady religijne i wreszcie niewyobrażalny upał. Jednak nie samo śledztwo jest w powieści najciekawsze. Ferraris poświęca wiele miejsca opisom życia w Arabii Saudyjskiej, przede wszystkim koncentruje się na zasadach, które nie tylko ograniczają swobodę kobiet (choć tą oczywiście w najbardziej masywnym stopniu) ale także mężczyzn, którzy stale muszą uważać, by nie zachować się niereligijnie. Na podstawie Nayira autorka opisuje ewolucję mentalną młodego mężczyzny. Nayir nie ma żony, ani narzeczonej, nie ma również doświadczenia w kontaktach z kobietami i wraz z postępującą wsółpracą z dość otwartą i postępową Katyą zmieniają się jego poglądy, a także zdanie na temat uczuć, zajęć, pragnień i problemów kobiet. Książka Ferraris mogłaby stać się przyczynkiem do rozważań na temat Koranu i jego wpływu na zasady życia w krajach arabskich, na temat wyobcowania młodzieży, niewiedzy, uwięzienia. Ale nie jest. Przyznam, że czytało się przyjemnie, że sama akcja i styl pisania Ferraris są wciągające ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ona tylko zadrapuję powierzchnię wieka, po otwarciu którego dopiero można by znaleźć głębsze rozważania na powyższe tematy. Czytając tę książkę miałam trochę wrażenie jak gdybym oglądała holywoodzką ekranizację dobrej powieści. Ferraris stworzyła zgrabną powieść - z wartką akcją, w miarę dobrym stylem i ciekawym tłem. Dla mnie to jednak tylko tyle. Mam wielką ochotę przeczytać powieść, która faktycznie powstała w Arabii Saudyjskiej.
A czasu poświęconego Ferraris nie żałuję - warto potraktować jej książkę jako wstęp do tego kraju.

Zoe Ferraris, Die letzte Sure, tł. Matthias Müller, 395 str., Pendo.

czwartek, 23 lipca 2009

"Drei auf dem Eis" Tim Krabbé


To właściwie krótka opowiastka ale jak różna od książki Nothomb. Szczupła książeczka potrafi w sobie zawrzeć tak wiele myśli, impulsów i treści a wszystko to napisane pięknymi, doszlifowanymi zdaniami.
Ojciec i syn spędzają urlop w Izraelu. Dowiadują się, że w Holandii zima jest siarczysta, kanały zamarzają i być może wreszcie uda się znów zorganizować Wyścig Jedenastu Miast. Dla Holendrów to sprawa wyjątkowa, wyczekiwana, która interesuje wszystkich. Ojciec jeździ na łyżwach chętnie i nie może doczekać się powrotu do ojczyzny. Zaraz po powrocie chwyta za łyżwy i późnym wieczorem wybiera się na przejażdżkę po zamarzniętym kanale, gdzie wcześniej odbył się wyścig. Nie ma nic piękniejszego niż samotna jazda po zagubionym wśród łąk idyllicznym kanale, gdy mróz szczypie w uszy, w oddali widać światełka w oknach domów, a myśli same pędzą w różnych kireunkach. W kolejnych dniach ojciec zabiera na łyżwy syna, który zupełnie nie radzi sobie z tym sportem. Przypadek jednak chce, że 8 stycznia mama kupuje mu na prośbę syna nowe łyżwy i przypadkiem wpadają do byłego męża. Dzień ten okazuje się być wyjątkowym...
Zachęcam do sięgnięcia po tę opowiastkę, miniaturkę właściwie. Przepięknie napisana rzecz:)

Tim Krabbé, Drei auf dem Eis, tł., Susanne George, 62 str., Reclam.

środa, 22 lipca 2009

"Słownik imion własnych" Amélie Nothomb

Wiele recenzji na blogach zachęciło mnie do zapoznania się z tą autorką. Złapałam na podaju akurat tę książkę, więc traf chciał, że od niej zaczęłam. I niestety się rozczarowałam. I to wszystkim: historią i stylem. Nie rozumiem zupełnie celu napisania tej "powieści". Ujęłam słowo w cudzysłów, bo dla mnie to zaledwie szkic, pomysł do rozwinięcia. Historia również zupełnie niewiarygodna: młoda dziewczyna postanawia zajść w ciążę i wyjść za mąż. Męża zabija, rodzi dziecko w więzieniu i popełnia samobójstwo. Dziecko jest niezwykłe i ma nadzwyczajny talent taneczny. I tak się toczy opowieść do momentu gdy autorka postanawia ją zakończyć i chybcikiem połyka lata, kończy wątki i wpycha happy end. Brakuje mi tu jakiegokolwiek tła psychologicznego, choćby cienia motywacji postępowań bohaterów. Nothomb opowiada historię i nawet nie czyni tego zgrabnie. Podejrzewam, że chciała odwzorować sposób opowiadania dziecka ale wyszło infantylnie i nudno. Zraziłam się ale mam w domu jeszcze jedną książkę tej pani z wyprzedaży, więc w swoim czasie dostanie drugą szansę.

Amélie Nothomb, Słownik imion własnych, tł. Joanna Polachowska, 109 str., Muza.

wtorek, 21 lipca 2009

Portret autora - Hans Fallada

Dziś obchodziłby urodziny, więc dobry dzień na przedstawienie jego sylwetki. Bo tak naprawdę, słyszeliście kiedyś o tym pisarzu?
To mi bardzo bliski niemiecki autor, który urodził się 21.07.1893 w Greifswaldzie jako Rudolf Ditzen. Był dzieckiem samotnym, wyobcowanym, które miało mało kontaktów z rówieśnikami ze względu na długą chorobę. I na wiele lat pozostał niespełnionym młodym mężczyzną, który pragnął sprostać wymaganiom ojca. Pisać zaczyna jeszcze jako ekspresjonista i jego pierwszych utworów zdecydowanie nie polecam. Popularność przyniosła mu dopiero napisana w 1931 r. powieść "Bauern, Bonzen und Bomben" a prawdziwym bestsellerem stała się książka "I cóż dalej szary człowieku?" z 1932 roku, którą bardzo polecam. To klasyczna powieść głęboko osadzona w ówczesnych realiach kryzysu światowego, opowiadająca o życiu młodej pary, walczącej o przetrwanie. To właśnie ta powieść pozwoliła mi zasmakować w Falladzie. Największe jego powieści powstały w idyllicznej wiosce Carwitz, gdzie próbował przetrwać II wojnę światową, unikając współpracy z nazistami i poświęcając się życiu rodzinnemu i pisaniu. Napisał m.in. piękne wspomnieniowe książki, które niestety dotąd nie zostały przetłumaczone na polski oraz śliczne opowiadania dla dzieci. Z końcem wojny powstała też powieść "Pijak", opisująca genezę i rozwój alkholizmu. Fallada opierał się tutaj na swoich własnych doświadczeniach - był alkoholikiem i był uzależniony od morfiny. Powieść pisał na skrawkach papieru, przebywając w więzieniu, aresztowany za rzekomą próbę zabójstwa ukochanej żony. To oprócz "Der Alpdruck" najbardziej osobista i rozrachunkowa powieść Fallady.
Najciekawsza jego powieść powstała tuż po wojnie - to pierwsza niemiecka powieść rozrachunkowa z nazizmem "Każdy umiera w samotności" - poruszająca i warta przeczytania.
Pisarz zmarł samotnie w Berlinie w 1947 roku.
Dziś można odwiedzić jego dom w Carwitz - na Pojezierzu Meklemburskim. Domem opiekuje się Stowarzyszenie Hansa Fallady, które również corocznie organizuje dni jego imienia, właśnie w drugiej połowie lipca.
Zapraszam na stronę internetową stowarzyszenia oraz na stronę Carwitz.
Trzy wytłuszczone przeze mnie tytuły ukazały się po polsku - może sięgnięcie po któryś z nich?

A skąd moje zamiłowanie do Fallady? Temu pisarzowi poświęciłam moją pracę magisterską, w której badałam problem izolacji w jego życiu i w jego trzech ostatnich powieściach, m.in. właśnie w "Pijaku" i w "Każdy umiera w samotności".

Wpisem o Falladzie chciałabym rozpocząć serię postów poświęconych portretom pisarzy mniej znanych, zapomnianych, klasyków, o których każdy słyszał, a nikt ich nie czytał:) Jak wam się ten pomysł podoba?

Zdjęcie pochodzi z www.buecher-wiki.de.

"Fioletowy hibiskus" Chimamanda Ngozi Adichie


Spoglądam na pięknie kwitnący hibiskus o fioletowych kwiatach i myślę o książce, którą właśnie skończyłam czytać. Poruszająca, ciekawa, wielostronna.
Kambili wyrasta w bogatej rodzinie nigeryjskiej. Niczego im nie brakuje, mają piękny dom, personel. Kambili i jej brat Jaja mają kochających rodziców. Ich ojciec pojmuje jednak miłość do dzieci inaczej niż przeciętny rodzic. Jest fanatycznym katolikiem i wychowuje dzieci bogobojnie, w strachu przed grzechem, karą i złym słowem. Kambili mówi tylko ściszonym głosem, nie zna muzyki ani telewizji, nigdy się nie uśmiecha, cały czas poświęca nauce i kocha ojca. Ojca przez wszystkich szanowanego, znanego filantropa i przedsiębiorcę.
Po wizycie u ciotki, siostry ojca, dzieci zaczynają się zmieniać.
Potrafię sobie taką rodzinę wyobrazić w każdym zakątku świata: źle pojętą miłość do dziecka, fanatyzm, nietolerancję.
Autorka potrafi jednak nadać książce nigeryjską nutę - dzięki jej opisom choć trochę poznałam zupełnie mi nieznany kraj, który właśnie znajduje się w trudnej sytuacji politycznej. Wraz z nowym rządem członków rodziny Kambili zaczynają nękać prześladowania, rewizje, terror.
Przejmująca książka, zmuszająca do przemyśleń. Polecam!

Wraz z przeczytaniem zwiększa się liczba krajów, które odwiedziłam literacko.

Chimamanda Ngozi Adichie, Blauer Hibiskus, tł. Judith Schwaab, 313 str., Luchterhand.

poniedziałek, 20 lipca 2009

"Talki w podróży" Leszek Talko


Kolejna lekka książka na jeden dzień. Zazdroszczę Talkom, że mieli czas i chęć objechać Polskę, zajrzeć do mało znanych miasteczek, zmagać się z niewygodami, beznadziejnymi jadłodajniami, obskurnymi hotelami a to wszystko w akompaniamencie porykiwań Młodszego. Chciałabym wybrać się na taką wyprawę więc chętnie poczytałam o znanych mi i zupełnie nieznanych zakątkach Polski, o kuriozach i zamczyskach. O duchach, pozostałościach komunizmu i niemieckości Dolnego Śląska. Lekkie pióro Talki czyni lekturę przyjemną, dowcipne rysunki Krzysztofa Ostrowskiego są miłym przerywnikiem, a dialogi z Młodszym i Młodszą są rewelacyjne. Polecam na letni dzień.

Leszek Talko, Talki w podróży, 292 str., Wydawnictwo Otwarte.