poniedziałek, 30 września 2024

Stosikowe losowanie – październik 2024


Katarzyna wybiera numer książki dla Guci (w stosie 37 książek) - 33
Gucia wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 1111
ZwL wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 252 książki) - 199
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 239 książek) - 112
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 58 książek) - 47
Maniaczytania wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 8 książek) - 2
Agnes wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 32 książki) - 31

niedziela, 15 września 2024

"Jestem fanką" Sheena Patel


 

Jestem fanką to opowieść o kobiecie, która mimo stabilnego związku zakochuje się w mężczyźnie, który traktuje ją jak zabawkę i maniakalnie śledzi w mediach społecznościowych jego inną kochankę. Patel postawiła na bardzo krótkie rozdziały, które pokazują działania i przemyślenia głównej bohaterki i w których ukryła wiele problemów społecznych. Żadnego z nich nie rozpracowuje, one pojawiają się mimochodem, przy okazji, ale pozwalają zdiagnozować brytyjskie społeczeństwo. To bowiem przede wszystkim rzecz o tym, co robią z nami media socjalne, jak nas przywiązują do kompulsywnego sprawdzania, jak czynią z nas stalkerki, jak wpływają na nasze zachowania. Tak, nic odkrywczego. Patel dodaje do tego jednak rasizm, bo jej bohaterka ma ciemny odcień skóry oraz oczekiwania społeczeństwa, a przede wszystkim rodziny wobec niej. I tu, nie dowiedziałam się niczego nowego.

Owszem można prawdy już znane ograć na inny, ciekawy sposób, naświetlić inny punkt widzenia lub kupić czytelniczkę formą. Tu niestety forma była dla mnie niestrawna. Za krótka, zbyt wyrywkowa i w zasadzie tak samo powtarzalna jak treść. 

Nie widzę w tej powieści odkrywczego i najlepszego debiutu, nie kupuję formy, nie kupuję treści. Kupuję za to audiobook – bardzo lubię głos Marty Markowicz.

Moja ocena: 3/6

Sheena Patel, Jestem fanką, tł. Anna Dobrzańska, 256 str., Wydawnictwo Albatros 2024.

piątek, 13 września 2024

"Tańczymy już tylko w Zaduszki" Maria Hawranek, Szymon Opryszek


Hawranek i Opryszek przekonali mnie lata temu swoją książką o Urugwaju. Satysfakcja z tej lektury skłoniła mnie do sięgnięcia po ich zbiór reportaży z Ameryki Łacińskiej. Autorzy zabierają czytelniczkę do Kolumbii (cztery razy), Peru (również cztery razy), Meksyku, Ekwadoru (dwa razy), Boliwii, Wenezueli, Brazylii i Paragwaju, wybierając tematy chwytliwe, kontrowersyjne, dla osoby nie znające tego regionu być może zaskakujące lub nieznane. 

Piszą więc o peruwiańskich nielegalnych kopalniach, młodocianych prostytutkach, o przesądach i wróżbach, o protestach na wenezuelskich ulicach, o mieście Gabriela Garcii Marqueza, o regionie dotkniętym demencją, o sekcie, która stawia na ayahuaskę, o odległych wioskach w górach, o zbieraczach lodu w Andach, o niemieckiej kolonii w Paragwaju itd., itp. Wiele tu ciekawostek i zaskakujących faktów – mimo że interesuję się tym regionem, nie o wszystkim wiedziałam. Autorzy potrafią pisać, ich reportaże są potoczyste, czyta się je błyskawicznie. Dbają o detale, wplatają mimochodem opisy ludzi czy otoczenia, żonglują między własnymi spostrzeżeniami, a wypowiedziami mieszkańców danego regionu czy miasta. W moim odczuciu ta książka spełniła swój cel, pokazała mi światy, których nie znam. Mam jednak pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim językowe – nie podoba mi się częste używanie określeń Indianin i Indianka i to w kontekście, gdy nie są potrzebne, a wręcz oceniające. Wyłapałam też kilka błędów językowych. 

Można temu zbiorowi zarzucić niewielki kontekst, zawężone spojrzenie, tendencyjny wybór tematów, ja jednak nie do końca się z tym zgadzam. Koncepcja tej książki – wybór z wielu krajów –nie pozwala na pogłębienie tematów i naświetlenie wszystkich perspektyw. Ja ją widzę jako opis jednostkowego doświadczenia Marii Hawranek i Szymona Opryszka, którzy dane miejsce odwiedzili, porozmawiali z ludźmi, sami spróbowali swoich sił przy pracy czy innym eksperymencie. To perspektywa polska i subiektywna, która zapewne z założenia wyklucza pogłębione badania całkowitej sytuacji politycznej i społecznej danego kraju. Widzę tę książkę jako przyczynek do dalszych, własnych poszukiwań i badań, jako ciekawą lekturę, która może być wstępem do pasji, podróży, choćby książkowej.

Moja ocena: 5/6

Maria Hawranek, Szymon Opryszek, Tańczymy już tylko w Zaduszki, 287 str., Wydawnictwo Znak 2016.

czwartek, 12 września 2024

"Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" Dave Cullen


Dave Cullen poświęcił dziesięć lat swojego życia na jak najgłębsze przeanalizowanie tragedii z liceum w Columbine. Dziennikarz starał się stworzyć jak najpełniejszą książkę o tym, co doprowadziło do tragedii, o jej przebiegu i jej skutkach na miasteczko jak i całe Stany Zjednoczone. Cullen drobiazgowo opisuje więc przebieg tego dnia, 20 kwietnia 1999, z wszystkich perspektyw, jakie udało mu się odnaleźć, czyli filmów, nagrań, wypowiedzi, relacji, zeznań, rozmów, ale to jest dla niego jedynie punkt wyjścia, by przeanalizować dlaczego i zastanowić się nad przyszłością. 
Ta reporterska podróż zaprowadzi więc go do życia dwóch zamachowców – Erica Harrsia i Dylana Klebolda. Cullen opisze ich życie, rodziny, przeanalizuje pamiętniki, nagrania, porozmawia z najbliższymi znajomymi i nauczycielami. Te liczne rozmowy i spotkania ukażą mu zarazem obraz tego małego miasta, położonego na przedmieściach Denver, przed, a przede wszystkim po tragedii. Autor poświęci mnóstwo miejsca na opisanie chaosu dnia masakry oraz sposobów, w jakie poszczególne grupy sobie z nią radziły. Jego opisy sięgają wielu lat po tragedii i kolejnych rocznic. 

Cullen punktuje wszystkie błędy, jakie popełnili policjanci, służby specjalne, ale także to, jak wiele grup korzystało z tej tragedii do własnych celów – tu szczególnie wspólnoty kościelne i dziennikarze, którzy swoim sposobem relacji nakręcali i nakręcają ego zamachowców. Autor jako dziennikarz wskazuje ten sposób narracji jako jeden z najważniejszych powodów powstawania naśladowców. Jego analizy rozciągają się jednak na więcej aspektów – jest to życie rodzin ofiar po tragedii, ale także osób postrzelonych, nie wykluczając często pomijanej żony zabitego nauczyciela. Cullen nie stroni także od rodzin morderców – relacjonuje ich zachowanie oraz nieliczne chwile, gdy zdecydowali się na spotkanie czy publiczne wystąpienie. Gama odczuć wszystkich osób, które ucierpiały w skutek zamachu dwóch nastolatków jest ogromna i Cullen faktycznie stara się nie zaniedbać żadnej z nich.

Clou tego reportażu jest oczywiście próba odnalezienia odpowiedzi na główne pytanie: dlaczego Eric i Dylan zdecydowali się na tak potworny czyn. Cullen twierdzi, że osobowość Erica była psychopatyczna, a Dylan cierpiał na depresję, co wraz z nieprzystosowaniem do grupy i drobnymi niepowodzeniami zakończyło się tragedią. Bardzo ciekawe są zawarte w książce informacje psychologiczne i psychiatryczne, aczkolwiek trzeba mieć na uwadze, że Cullen przedstawia je tak, by potwierdzić swoją teorię. Spotkałam się z krytyką tego stanowiska, choć dla mnie brzmi ono przekonująco. 

Nie przekonała mnie jednak struktura książki, którą odebrałam jako chaotyczną. Cullen nie trzyma się chronologii, wraca do tych samych wydarzeń, pisząc o przeszłości, nagle przeskakuje do rehabilitacji jednego z postrzelonych (ten wątek wydaje się wręcz dominować). Brakowało mi także uwagi dla wszystkich ofiar – nie doliczyłam się, by autor wymienił całą trzynastkę. 
Co ciekawe, autor nie unika pisania o sobie, dzieli się swoimi emocjami, trudnościami w radzeniu sobie z traumatycznymi przeżyciami i rozmowami, sięga do prywatnych rozmów, które były dla niego ważne. Choć wolę, gdy reporter jest niewidzialny, to jednak tutaj ten osobisty komponent był bardzo na miejscu.

Dzięki tej książce dowiedziałam się o Columbine bardzo dużo, zwłaszcza że wcześniej nie zgłębiałam tematu. 

Moja ocena: 4/6

Dave Cullen, Columbine. Masakra w amerykańskim liceum, tł. Adrian Stachowski, 636 str., Wydawnictwo Poznańskie 2022.

piątek, 6 września 2024

"Spis paru strat" Judith Schalansky

 


Przeczytawszy "Atlas wysp odległych" Judith Schalansky, zapragnęłam przeczytać wszystko, co wyszło spod jej pióra. Zachwycił mnie wtedy jej pomysł i pióro, a także sposób wydania książki. Tym razem sprawa ma się podobnie. Wydanie, które czytałam (wersja niemiecka) to przepiękna książka, każdy rozdział oddzielony jest czarną kartką z delikatnym szkicem nawiązującym do treści, cała publikacja jest przepięknie przygotowana i opracowana – od czcionki po papier.

Podobnie się ma z językiem Schlansky – jestem zachwycona jej erudycją, doborem słów, konstrukcją zdań. To bardzo trudna w przekładzie proza, kryjąca w sobie wiele znaczeń. Zresztą sam pomysł na książkę, to klejnot. Schalansky stworzyła dwanaście opowieści czy nawet esejów o rzeczach, które zniknęły. To przeróżne "rzeczy", bo autorka ma szeroki wachlarz zainteresowań. Jest wyspa, która zniknęła z powierzchni ziemi, a właściwie oceanu, tygrys kaspijski, poezje Safony, pałace i budynki, jednorożec czy nawet enerdowski Pałac Republiki. Każdy z rozdziałów to oddzielna opowieść, inna w stylu, treści i sposobie podejścia do tematu. Schalansky sięga czasem do swoich wspomnień i dzieciństwa, potrafi zasadzić historię na przeżyciach osoby związanej z danym artefaktem lub wymyślić całkiem nową opowieść. Niektóre z tych tekstów wciągnęły mnie od razu, były jednak wśród nich rozdziały nudne, przy których trudno mi było nie odbiegać myślami. 

Schalansky to pisarka wyjątkowa, która zaskakuje pomysłami, wykonaniem, ale i dbałością o aspekt graficzny (studiowała historię sztuki i zajmuje się typografią). Mimo że ta książka nie porwała mnie tak bardzo jak "Atlas", to sięgnę po jej kolejną, którą zresztą mam na półce.

Moja ocena: 4/6

Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste, 252 str., Suhrkamp Verlag 2018.

czwartek, 5 września 2024

"Welewetka. Jak znikają Kaszuby" Stasia Budzisz


Stasia Budzisz pochodzi z Kaszubów, ale swoją kaszubskość przez lata wypierała. Zindoktrynowana przez szkołę uwierzyła w swoją polskość i zaczęła się wstydzić pochodzenia, języka i zwyczajów. Gdy po latach zaczyna odkrywać ten komponent, Kaszuby wydają się być w zaniku, z wielu przyczyn. Budzisz rusza więc w reporterską podróż przez ten rejon, by odkryć jego historię, zwyczaje, język, a przede wszystkim mieszkańców i ich losy. Narrację zasadza na swojej rodzinie, a szczególnie dziadków, przechodząc z tej wąskiej osobistej soczewki w obiektyw dużo bardziej szeroki. Budzisz przeprowadziła wiele rozmów ze zwykłymi osobami, ale i kaszubskimi działaczami, osobami zaangażowanymi kulturowo, aktywistami, księżmi, rodziną. I to właśnie one są najciekawszym komponentem tego reportażu – to bliskie spojrzenie na ludzi i ich pojmowanie swojego pochodzenia jest arcyciekawe.

Budzisz stara się pokazać wszelkie aspekty tego regionu – te pozytywne i te negatywne. Podoba mi się, że powstrzymuje się od komentarza, choć potrafi wymownie milczeć, jak podczas wizyty w muzeum Kaszubów. Prywatne spostrzeżenia dotyczą raczej rodziny niż innych. 

Czytałam tę książkę z perspektywy Ślązaczki, szukając paralel w sytuacji tych dwóch regionów i języków. Nie zdawałam sobie zupełnie sprawy z odmienności problemów kaszubskich i śląskich, dla mnie Welewetka to, mówiąc językiem stricte szkolnym, bardzo pouczająca książka, do tego napisana ze swadą, potoczyście, ciekawa.

Moja ocena: 5/6

Stasia Budzisz, Welewetka. Jak znikają Kaszuby, 304 str., Wydawnictwo Poznańskie 2023.

poniedziałek, 2 września 2024

"Zmierzch" Osamu Dazai


W powojennej Japonii panował chaos, społeczeństwo przechodziło wielkie zmiany, brakowało jedzenia, stabilizacji i spokoju. Dotychczasowa arystokracja z dnia na dzień utraciła swój status. Tak stało się z rodziną Kazuko. Kobieta odeszła od męża i mieszka z matką. Od śmierci ojca brakuje środków na życie, czekające na powrót syna i brata kobiety sprzedają więc dom w Tokio i przenoszą się na wieś. Tam spędzają dni na rozmowach, robótkach ręcznych i pracach ogrodowych. Naoji wraca szczęśliwie z wojny, ale jako człowiek uzależniony od narkotyków, a potem i od alkoholu. Biedniejące kobiety zmuszone są do finansowania nałogu mężczyzny, co czynią, wyprzedając dobytek. Równocześnie na zdrowiu podupada matka. Kazuko odbiera to jak kolejny ogromny cios i stopniowo zaczyna się jej wewnętrzna rewolta.
Wraz z upadkiem kraju i dotychczasowych zasad społecznych zmienia się jej nastawienie wewnętrzne i rodzi się chęć rebelii. Rebelii na miarę tamtych czasów i jej pozycji społecznej, ale kobieta decyduje się na samotny wyjazd i spełnienie własnych marzeń i potrzeb.

Osamu w melancholijny i wzruszający sposób opisuje zmierzch epoki, znikanie świata, który już nie wróci. Tu z tym nastrojem koresponduje wszystko – natura i lektury, pogoda i krajobraz. Narracja przeplatana jest listami i cytatami, co pozwala wejść w bohaterów, choć może być nużące. Ogromną wartością dodaną jest wstęp Karoliny Bednarz, w którym nakreśla ówczesną sytuację Japonii. Bez tej przedmowy na pewno nie zrozumiałabym przesłania książki. 

Zmierzch nie będzie moją ulubioną powieścią z Tajfunów, ale po raz kolejny dostałam wspaniale wydaną i przełożoną książkę, którą czyta się z przyjemnością.

Moja ocena: 4/6

Osamu Dazai, Zmierzch, tł. Mikołaj Melanowicz, 152 str., Tajfuny 2019.

niedziela, 1 września 2024

"Aborcja jest" Katarzyna Wężyk

 


Katarzyna Wężyk podjęła się tytanicznej pracy i stworzyła książkę niemal kompletną. To wnikliwy zarys historii aborcji, z naciskiem na Polskę i USA (i to mój jedyny punkt krytyczny, choć rozumiem, że bardzo trudno było by objąć w tej już przecież dość opasłej publikacji inne kraje). Autorka krok po kroku opisuje, jak kobiety radziły sobie z niechcianymi ciążami od zarania dziejów – poczynając od ziół, wywarów, nasiadówek, poprzez metody mechaniczne po coraz bardziej rozwijające się metody chemiczne. To "radzenie sobie" Wężyk opisuje na tle przemian politycznych i społecznych, pokazując, jak ogromny wpływ na ciało i decyzje kobiet miały działania osób postronnych, głównie mężczyzn. Autorka osadza problem aborcji w tym kontekście, bardzo dokładnie analizując, co miało wpływ na postrzeganie usuwania ciąży i towarzyszącą mu retorykę. Udawadnia tu, jak ważne były i są tu względy ekonomiczne, polityczne, a przede wszystkim niezaprzeczalny patriarchalizm. Są tu bardzo ciekawa rozważania o roli języka w dyskursie na ten temat, szczególnie w Polsce. Mimo że współczesna historia ustawy aborcyjnej w Polsce jest mi dobrze znana, to jednak Wężyk świetnie ją streszcza i podsumowuje. 

To jednak nie jest tylko książka historyczna, największą wartością dodaną są opowieści kobiet, które miały aborcję. To są przeróżne opowieści, przeróżne motywacje i najróżniejsze drogi do usunięcia ciąży. To najważniejsze głosy, które pokazują faktyczne życia, uczucia, rozterki, emocje, a przede wszystkim pokazują, jak te kobiety czuły się po. 

Aborcja jest nie jest książką, w której autorka stara się zachować obiektywizm, choć dopuszcza do głosu obie strony, ale pokazać faktycznie, jak taki zabieg wygląda, oddemonizować wiodącą w Polsce narrację, udowodnić, że niezależnie od zakazów ten proceder był, jest i będzie istniał. Równocześnie Ważyk pisze bardzo wyważonym językiem, bez egzaltacji, sensacyjnej retoryki, stawia na konkrety i fakty oraz relacje osób zaangażowanych.

Bardzo polecam tę książkę każdemu, pozwala usystematyzować wiedzę, otwiera oczy i daje głos osobom, które faktycznie aborcji doświadczyły. Ostrzegam jednak, że to bardzo smutna książka, zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że została wydana w 2021 roku, a jak sytuacja aborcji wygląda w Polsce teraz, wszyscy wiemy.

Moja ocena: 6/6

Katarzyna Wężyk, Aborcja jest, 464 str., Wydawnictwo Agora 2021.

sobota, 31 sierpnia 2024

"System" Amanda Svensson

 


W Lund przychodzą na świat trojaczki, które po krótkim spotkaniu tuż po porodzie, poznajemy w wieku dwudziestukilku lat. Sebastian pracuje w Londynie, w instytucie badającym mózg i niespotykane zachowania ludzkie. Clara szuka siebie na Wyspie Wielkanocnej. Matilda związała się w Berlinie z mężczyzną z dzieckiem, również Szwedem. Kontakt między rodzeństwem jest nikły, matka żyje sama, nikt nie wie, gdzie przebywa ojciec. W tym systemie nic nie działa. A wszystko rozpadło się po śmierci wieloletniej dziewczyny Sebastiana. 

Svensson opisuje trzy zagubione osoby, które mniej lub bardziej umiejętnie poszukują swojego miejsca w życiu. Clara odpływa w uduchowione pierdololo o wszechświecie, ekologii i zbawianiu siebie i ziemi, co czyni sadząc drzewa w kraterze na Wyspie Wielkanocnej, mieszkając w komunie i wystawiając się codziennie na ogromne wyzwania, bo ani nie lubi podróżować, ani nie przepada za intensywnymi doznaniami. 
Sebastian ma do czynienia z osobami o przeróżnych zaburzeniach, ale zupełnie nie wie, czemu ma służyć jego praca, jak działa instytut i czego od niego oczekuje dyrektor. Ponadto trafia w pracy na samych szalonych naukowców z badającą cykady Travis na czele. 
Matilda natomiast po dwuletnim pobycie w Bangladeszu i aborcji ląduje w Berlinie, gdzie przypadkiem poznaje Billy'ego i jego córkę Siri, a także jej matkę alkoholiczkę i Kathleen, która wprowadza ją w świat jogi, który wycisza cierpiącą na chorobę dwubiegunową kobietę. 
Ta zawikłana fabuła w zasadzie do niczego nie prowadzi, nie będzie tu spektakularnych zwrotów akcji, a bardziej powolne odkrywanie tego, co wydarzyło się w życiach trojaczków i doprowadziło do chaosu, jaki panuje w nich teraz.

Svensson posługuje się licznymi metaforami, szczególnie tymi opartymi na widzeniu i oglądaniu – jeden z bohaterów traci wzrok, mimo tego namiętnie robi zdjęcia, ogromną rolę w życiu wielu z nich odgrywają obrazy i fotografie, a także kolory i sztuka. Nie są to jednak jakieś konkretne odwołania, na próżno doszukiwałam się w nich paraleli naprowadzających na konkretne tropy. Głównym przesłaniem powieści wydaje się być jednak tytułowy system, który tworzy rodzina trojaczków, niezależenie od więzów krwi. To on wydaje się być ważniejszy niż kod genetyczny, ale to konstrukt niezwykle ulotny i łatwo go zaburzyć. Takie systemy otaczają zresztą bohaterów – czy to będzie labirynt instytutu Sebastiana czy przypominający komunę związek łączący znajomych Clary. Każde z rodzeństwa ma też możliwość utworzenia własnego, olśniewającego (jak w oryginalnym tytule) systemu, ale by być na to gotowym, musi rozwikłać własny, tak jak Matylda, która usuwa ciążę, nie mogąc przyjąć do swojego systemu ciężko chorego dziecka. Udać się to ma jej dopiero z Billym i jego córką.

Mimo że wiele wyciągnęłam z tej książki, to jednak nie przypadła mi ona do gustu. Tych ponad siedemset stron nie poruszyło we mnie żadnej emocjonalnej struny, a egzystencjalne wynurzenia wręcz odrzucały. Doceniam humorystyczny styl Svensson, ale znika on w tych wszystkich prawdach objawionych wygłaszanych przez bohaterów. Dobrze, że tę powieść lekko się czyta, bo nie wiem, czy inaczej przebrnęłabym przez tak opasłą książkę.

Moja ocena: 3/6

Amanda Svensson, System, tł. Karolina Ancerowicz, Justyna Czechowska, 736 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

Stosikowe losowanie – wrzesień 2024

 


Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 31
McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 1248
ZwL wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 40 książek) - 19
Katarzyna wybiera numer książki dla Guci (w stosie 30 książek) - 23
Gucia wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 9 książek) - 1
Agnes wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 11 książek) - 10
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 234 książki) - 24

piątek, 30 sierpnia 2024

"Pożoga" Zofia Kossak


Pierwsza powieść Zofii Kossak opowiada o jej przeżyciach w latach 1917-1919. Pisarka mieszkała wtedy na Wołyniu, skąd pochodziła wraz z mężem i dwójką malutkich synów. To właśnie tam była świadkinią wojny bolszewickiej. Kossak opisuje początkowe powstanie chłopów, którzy przeważnie pochodzenia ukraińskiego burzą się przeciwko polskim ziemianom. Następnie wejście bolszewików, petlurowców (zwolennicy niepodległego państwa ukraińskiego) oraz wreszcie czerwonoarmistów. 
Kossak rozpoczyna od idyllicznych opisów życia w dworku, piękna natury, bezkonfliktowego współżycia z innymi mieszkańcami. To wszystko przerywa brutalna napaść – chłopi rozgrabiają kolejne posiadłości, niszcząc wszystko, co  im wpadnie w ręce. Po nich przychodzą kolejne i kolejne masy powstańców, żołnierzy, rewolucjonistów, którzy czynią to samo.

Pisarka skupia się bardziej na relacjonowaniu tych wydarzeń niż na opisie własnego życia. Owszem dowiadujemy się o ucieczkach, strzelaninach, walkach, próbach ukrycia majątku, ale ta powieść nie jest autobiografią, a próbą analizy ówczesnych wydarzeń. Kossak opisuje poszczególne narodowości i ich modus operandi, nastawienie, pobudki, a przede wszystkim trwogę i rozpacz ziemiaństwa, które musi przyglądać się niszczeniu bezcennych pamiątek, symboli religijnych, a potem mordowaniu bliskich, które w swoim brutalizmie nie ustępuje najgorszym wojnom.

Postawa pisarki jest jednak bardzo subiektywna, mimo że stara się zachować pozory obiektywizmu. Widać to poczucie wyższości nad osobami bez edukacji, bez pochodzenia, całkowite niezrozumienie wobec zachowania chłopów, traktowanych przecież tak dobrze. Są opisy skrajnej biedy (ale krowa, która daje mleko dla dzieci jednak jest), która w porównaniu z poprzednim życiem skrajna jest, ale odbiega o lata świetlne od poziomu życia niższych warstw. Nie twierdzę, że ziemiaństwo polskie przeżyło koszmar – utrata dotychczasowego życia zawsze jest tragedią, patrzenie na brutalną śmierć, grabież, rabunek i niszczenie wszelakich pamiątek to traumatyczne przeżycia, ale nie widzę tu głębokiego zrozumienia mechanizmów, które doprowadziły do takiego stanu. 

Płonne oczekiwanie na pomoc wojsk polskich zapewne było dla pozbawionych majątków Polaków jedyną deską ratunku, opisała je zresztą Kossak bardzo plastycznie, ale wyraźnie pokazało brak zainteresowania młodego państwa tymi terenami. Utrata ojczyzny to ogromny cios dla wołyńskich rodzin i to bardzo mocno wybrzmiewa w tej powieści. Kossak nie uniknęła egzaltowanego języka, bardzo długich opisów, wielu osądów, co zdecydowanie utrudniało mi lekturę. 

Moja ocena: 3/6

Zofia Kossak, Pożoga, 305 str., Wydawnictwo Księgarnia św. Jacka 1990.

czwartek, 29 sierpnia 2024

"James" Percival Everett


Tak się złożyło, że tuż po Damonie Copperheadzie, dla którego inspiracją był David Copperfield, sięgnęłam po Jamesa będącego wariacją innego klasyka literatury – Huckleberry'ego Finna. O ile Damon mnie nie zauroczył, to James całkowicie zachwycił.
Everett opowiada słynną powieść z perspektywy Jima – niewolnika z otoczenia Hucka. Jim to mądry człowiek, który sam nauczył się czytać i wypracował wiele strategii na to, jak niewolnik najlepiej może uniknąć konfrontacji z białymi panami. Przede wszystkim nigdy nie pokazuje, że posługuje się poprawną angielszczyzną, nie patrzy w oczy, odgrywa głupka i zawsze przytakuje. W obecności białych używa języka niewolników – świetnie oddanego przez Everetta i przełożonego na niemiecki. Jim ucieka z plantacji, gdy dowiaduje się, że ma zostać sprzedany i pragnie znaleźć sposób na wykupienie żony i córki. Podczas swojej ucieczki spotyka Hucka, z którym przeżywa wiele przygód na rzece Mississippi. 

Everett z humorem i sarkazmem opisuje przygody tej dwójki, wzorując się na powieści Marka Twaina, ale inaczej rozkładając akcenty. To przede wszystkim spojrzenie z perspektywy osoby czarnoskórej, świadomej, inteligentnej, która umiejętnie odgrywa przypisaną jej rolę, by przeżyć. Everett porusza tu szczególnie kwestię języka, który może dawać poczucie wolności, ale i służyć jako maska. Podobnie jest z kwestią koloru skóry, jej odcień (nawet całkiem jasny) nie zmieni statusu człowieka – nawet kropla czarnej krwi decyduje o byciu osobą gorszej kategorii. To powieść o tym, jak nasz język i wygląd nas definiuje w oczach innych, wciąż i nadal. 
Autor unika jednak patosu, łopatologii, tragizm życia niewolników i powyższe wnioski są tu wplecione między wiersze, w pozornie lekką fabułę. Wiele tu fantastycznie rozpisanych scen, jak początkowa, gdy Jim uczy dzieci zachowania wobec białych. 
Everett ma zaufanie do czytelniczki, pozwala jej na własne wnioski, nie dopowiada, a zaledwie sugeruje, zachwycają swadą i piórem. 

Moja ocena: 5/6

Percival Everett, James, tł. Nikolaus Stingl, 336 str., Carl Hanser Verlag 2024. 

środa, 28 sierpnia 2024

"Zabić drozda" Harper Lee


 

Z pewną niechęcią sięgałam po tego klasyka literatury amerykańskiej, choć z pierwszej lektury nie pamiętałam zupełnie nic. Mój klub książkowy wybrał jednak tę powieść i nie żałuję, że po nią ponownie sięgnęłam. Maycomb w Alabamie w 1935 roku było typowym miasteczkiem amerykańskiego południa. Niespełna dziewięcioletnia narratorka powieści – Jean Louise zwana Scoutem – relacjonuje swoje dorastanie. Ona i jej starszy brat Jem wychowywani są przez ojca Atticusa – jak na te czasy postępowego prawnika, który traktuje dzieci jak dorosłych, poświęca czas na rozmowy z nimi, jest przez nich nazywany po imieniu i pozwala dzieciom na wiele swobody. Matka dzieci zmarła, gdy były małe, a wychowuje je czarnoskóra Calpurnia, która jest nie tylko sprzątaczką i kucharką, ale i edukatorką oraz drugą matką. 

Harper Lee opisuje zabawy dzieci, mieszkańców miasteczka, tajemniczego sąsiada, który nigdy nie opuszcza swojego domu, szalone sposoby na wywabienie mężczyzny, aż wreszcie dociera do clou opowieści, czyli procesu, w którym Atticus Finch jest obrońcą. Broni czarnoskórego Toma Robinsona, który został oskarżony o gwałt na białej kobiecie. Oskarżenie jest ewidentnie sfingowane, ale osoba o czarnym kolorze skóry nie ma żadnych szans na wygranie takiego procesu. Finch jednak skwapliwie przygotowuje się do rozprawy i daje Robinsonowi cień nadziei, a największym sukcesem jest to, że ława przysięgłych wyjątkowo długo się naradzała przed ogłoszeniem wyroku. 

Scout jest rezolutną narratorką, która pozwala na spojrzenie na społeczność Maycomb od wewnątrz. Dziewczynka bacznie obserwuje świat i nawet jeśli nie rozumie wszystkiego od razu, to czytelniczka ma szansę na poznanie opinii wielu osób dzięki zasłyszanym przez nią rozmowom. Lee napisała tę powieść na początku lat 60. XX wieku, gdy walka z rasizmem dopiero ruszała, umieściła jednak akcje w latach 30., gdy taka sytuacja procesowa praktycznie była niemożliwa, wskazując, jak najmniejszy kamyczek w dobrym kierunku może ruszyć proces – najpierw zaledwie w głowach, a następnie być może w czynach. Tej powieści można zarzucić stronniczość – czytelniczka pokazue tylko perspektywę białych mieszkańców, osoby czarnoskóre pokazują się marginalnie, a Calpurnia osadzona jest w stereotypowej roli, choć przełamuje pewne schematy. Wydaje mi się jednak, że jak na okres, w którym powstała jest ciekawym głosem, do tego kobiecym. Bardzo podobał mi się bunt Scouta przeciwko stereotypowej roli dziewczynki i choć ma ona świadomość, że małżeństwo jest jej przeznaczeniem, to na razie czerpie garściami ze swobody i bycia chłopczycą. 

Zabić drozda nie jest z pewnością arcydziełem i idealnym przykładem powieści o walce z rasizmem, ale warto po nią sięgnąć, nawet jeśli to będzie tylko uzupełnianiem znajomości klasyki.

Moja ocena: 5/6

Harper Lee, Zabić drozda, tł. Maciej Szymański, 444 str., Wydawnictwo Rebis 2008.

wtorek, 27 sierpnia 2024

"Błogie odwroty" Yanick Lahens


Haiti to obszar, który mnie literacko ciekawi, więc od dawna miałam tę książkę na liście. Autorka mieszka zresztą na wyspie, więc spodziewałam się spojrzenia "od wewnątrz". I w zasadzie je dostałam, ale książka wywołała we mnie, oględnie mówiąc, mieszane odczucia. Akcja zasadza się na śmierci sędziego, który naraził się komuś, działając przeciwko systemowi, a w zgodzie z własnym sumieniem. To brutalne morderstwo wstrząsnęło jego rodziną i przyjaciółmi. Poznamy ich, gdy próbują przepracować tę stratę oraz odnaleźć zabójcę. To barwna grupa – jest córka śpiewaczka, jest szwagier, jest student, który angażuje się w protesty, jest chłopak, który zaczyna pracować dla mafii, są osoby homoseksualne, jest dziennikarz z Francji, który pisze reportaż o Haiti i aspirujący prawnik oraz jego pracodawca. I jest życie nocne, muzyka, tańce, spotkania, wyjazdy na wieś i nad morze. Te postaci pojawiają się i znikają, nie pozwalając czytelniczce wniknąć w swoje historie. Pozostają osobami, które w chaosie Haiti szukają lepszej przyszłości – na miejscu lub zagranicą, w muzyce lub książce. 

Lahens nie opowiada historii, lecz atmosferę – miasta, które pulsuje niepewnością i grozą, które nie daje perspektyw, które kołysze nocą i przeraża w dzień. To szkic powieści, który mógłby się zamienić w pełnowymiarową prozę, a na razie haczy i ciekawi, ale pozostawia z ogromnym niedosytem. Tak samo jest z językiem autorki, czasem poetyckim, czasem graniczącym z grafomanią, z karkołomnymi rozwiązaniami (przeskok z trzeciej w pierwszą osobę), które nie wydają się służyć czemukolwiek. Te odwroty nie okazały się być dla mnie błogie, a raczej zagmatwane i niedopracowane. Po lekturze pozostaję z dużym niedosytem.

Moja ocena: 2/6

Yanick Lahens, Błogie odwroty, tł. Jacek Giszczak, 165 str., Wydawnictwo Karakter 2018.

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

"Demon Copperhead" Barbara Kingsolver

 


Kingsolver opisując problemy mieszkańców hrabstwa Lee w Appalachach, wzorowała się, jak nie trudno się domyślić, na klasyku Charlesa Dickensa. Demon jako współczesny David rodzi się w warunkach urągających jakiejkolwiek higienie – jego osiemnastoletnia matka jest naćpana i wydaje dziecko na świat na brudnej podłodze przyczepy, w której mieszka. Życie małego Damona mimo że naznaczone opieką nad niewydolną matką ma jakieś znamiona radości, dzięki Peggotom mieszkającym po sąsiedzku. Ta wątpliwa sielanka kończy się, gdy matka związuje się z typem, który zabiera się za wychowanie jej i Demona. To wychowanie kończy się śmiercią matki i umieszczeniem chłopca w rodzinie zastępczej. I tak zaczyna się niekończąca się gehenna chłopca, który przekazywany jest z jednych rąk do drugich, wszystkich równie niechętnych do okazania mu miłości. Ale to nie niewydolność pieczy społecznej jest głównym tematem tej książki, a masowe uzależnienie od leków przeciwbólowych bazujących na opioidach. Obszar, w którym dorastał Damon został szczególnie dotknięty tym problemem i wydaje się, że trudno tam znaleźć kogokolwiek, kto nie miał styczności z jakimkolwiek narkotykiem.

Autorka na ponad sześciuset stronach opisuje cała gamę tematów – sieroctwo, niewydolność systemu opieki społecznej, przemoc, nałóg, homoseksualizm, opiekę nad terminalnie chorą osobą, wykorzystanie itd., itp. Uporczywe trzymanie się dickensowskiego pierwowzoru jednak jej nie służy. Postaci, które od niego odbiegają i są własną kreacją Kingsolver są lepiej naszkicowane i bardziej wyraziste. Tak, Damon Copperhead to zdecydowanie pageturner, ale nie bez wad. Sporo tu dłużyzn, a nawet nieścisłości fabularnych, zbyt duże nagromadzenie nieszczęść w jednej postaci, a co za tym idzie zobojętnienie czytelniczki. Brak tu bowiem napięcia, punktu kulminacyjnego (co przy tak długiej powieści byłoby jednak ważne), które zastąpione są relacją z kolejnych pogrążających Damona wydarzeń. 

Copperhead opisuje swoje życie z dużą autoironią, co naddaje tej narracji lekkości i dystansu, a zarazem zapewne miało uwypuklać grozę jego dzieciństwa (u mnie się nie sprawdziło), sam zabieg jednak mi się podobał. Tutaj ogromne brawa dla Kai Gucio za świetny przekład. Duży plus także za informacje o Melungeonach, o których wcześniej nie wiedziałam zupełnie nic. 

Czy czytać Demona? Tak, warto, ale bez oczekiwania fajerwerków i z gotowością na pewne dłużyzny, zwłaszcza pod koniec. Warto też traktować tę książkę jako bazę do dalszych lektur – zwłaszcza tych reportażowych. We mnie, wbrew oczekiwaniom, nie wzbudziła niestety głębszych emocji. 

Moja ocena: 4/6

Barbara Kingsolver, Damon Copperhead, tł. Kaja Gucio, 608 str., Wydawnictwo Filia 2023.

piątek, 16 sierpnia 2024

"Ostatnia podróż Winterberga" Jaroslav Rudiš

 



Winterberg ma blisko sto lat, właściwie jego kolejną podróżą miło być przejście w inny świat, w czym zawodowo pomaga Jan Kraus, ale ten ostatni pomógł mu tak dobrze, że Winterberg zapragnął odbyć tę ostatnią podróż koleją. Ten były maszynista i fascynat historii wyrusza ze swym opiekunem z Berlina do Czech, Austrii, Chorwacji, próbując dotrzeć do Sarajewa. W tej wyprawie towarzyszy mu przewodnik Bedekera z 1913 roku, z którego obficie cytuje, ciągle powtarzając te same informacje. W tym zalewie, przemycają oboje, i Winterberg i Kraus, strzępki wydarzeń ze swojego życia.
Kraus zbiegł z Czech, siedział w więzieniu, przeżył nieszczęśliwą miłość. Podobnie jak Winterberg, który kochał i nadal kocha Lenkę – Żydówkę. 

Ta nierówna para podróżuje więc pod dyktando Winterberga, który niezmordowanie czyta przewodnik i zasypuje Krausa i czytelniczkę informacjami o wojnach, bitwach (Königgrätz szczególnie), muzeach, armiach. Informacje o życiu obu mężczyzn trzeba mozolnie wyłuskiwać z tego potoku słów. Jeśli weźmie się na siebie to zadanie, to można wyłuskać wiele dobrego o wspólnej historii obu krajów, o czeskości Niemców i niemieckości Czechów, o chichocie historii, o umieraniu, o trupach, o miłości i jedzeniu. Rudiš potrafi uwieść językiem, pracując powtórzeniem i krótkim zdaniem w kontraście do powtórzeń i zawiłych zdań Bedekera. 

Moim problemem był ten kosmiczny ładunek z Bedekera, powtarzany i powtarzany, restauracja tu, hotel tam, widok znowuż tu, a muzeum takie i takie. O ile kocham przewodniki, to tylko, gdy sama zwiedzam dane miejsce i tylko, gdy są aktualne. Lubię podróże koleją, ale ta książka nie pozwoliła mi poczuć tej atmosfery, mimo że to właśnie jazda pociągiem jest clou całej podróży. I zrozumcie, ja nie mówię o trzystu stronach, a o niemal sześciuset, które tłuką ten sam temat i zmuszają mnie do wyszukiwania tego, co mnie rzeczywiście interesuje, czyli ludzi i ich losów. 

Moja ocena: 3,5/6

Jaroslav Rudiš, Ostatnia podróż Winterberga, tł. Małgorzata Gralińska, 584 str, Książkowe Klimaty 2021.

czwartek, 15 sierpnia 2024

"Człowiek, który kochał Syberię" Roy Jacobsen, Anneliese Pitz

 


Fritz Dörries był niemieckim podróżnikiem, fascynatem entomologii, który spędził około dwudziestu lat na Syberii, zbierając okazy dla europejskich muzeów. Początkowe zainteresowanie motylami przerodziło się w pasję do wszystkich zwierząt i rdzennych ludów Syberii. Dörries sam, a potem wraz z braćmi przemierzył wielokrotnie pieszo, konno, wozem, pociągiem i statkiem pół świata, by dotrzeć do najdalszych zakątków wschodniej Syberii, nie szczędził trudów, by odnaleźć najrzadsze, a także zupełnie nieznane gatunki ze świata fauny. 

Dzięki temu samozaparciu udało mu się odkryć wiele nowych, nieznanych dotąd owadów oraz spreparować tysiące zwierząt dla muzeów, zebrać setki przedmiotów codziennego użytku syberyjskich ludów i przesłać je do Europy. Dörries nauczył się rosyjskiego, zwarł wiele przyjaźni, poznał wielu zbiegów z łagrów, którzy żyli samotnie na bezdrożach, zdobył zaufanie wielu rdzennych ludów. 

Mówimy tu o postaci, która faktycznie istniała i która w połowie XIX wieku przeprowadziła te wszystkie wyprawy. Dörries pzostawił liczne pamiętniki i zapiski, które Jacobsenowi i Pitz udostępniła jego prawnuczka, a para autorów stworzyła na ich podstawie powieść przygodową, pełną opisów przyrody, zwierząt, ówczesnego stylu życia na Syberii i w Japonii. Przyznam, że zauroczyły mnie te krajobrazy, pustkowia, surowy klimat i poczułam nostalgię za tym światem. Jest jednak jedno ale. Ta powieść opowiada o sposobie zbierania i kolekcjonowania okazów z XIX wieku, który polegał na zabijaniu zwierząt (nie jestem pewna, czy nie jest tak nadal?). Przy całej miłości Dörriesa do zwierząt, zabija je i preparuje. Owszem wyraża swój podziw dla tych pięknych stworzeń, ale trzeba umieć znieść te opisy zabijania i następnych kroków. A to wszystko po to, żeby ktoś w Europie mógł zobaczyć takie wypchane zwierzę w muzeum. Z perspektywy czasu jest to trudne do przełknięcia, choć w jakiś tam sposób zrozumiałe. Mnie jednak utrudniało to lekturę. 

Niemniej cieszę się, że poznałam tę fascynującą postać i miałam okazję odwiedzić dziewiętnastowieczną Syberię.

Moja ocena: 4/6

Roy Jacobsen, Anneliese Pitz, Człowiek, który kochał Syberię, tł. Iwona Zimnicka, 314 str., Wydawnictwo Poznańskie 2022.

Statystyka lipiec 2024


Przeczytane książki: 13

Liczba stron: 4498

sobota, 3 sierpnia 2024

"Kieślowski. Zbliżenie" Katarzyna Surmiak-Domańska

 


Okres liceum to była fascynacją Kieślowskim. Od lat chcę powtórzyć sobie jego filmy, nawet już je zgromadziłam, ale jakoś odwlekam i odwlekam. Po tej biografii już nic nie będę odwlekać. Surmiak-Domańska wykonała tytaniczną pracę, żeby przybliżyć postać słynnego reżysera. To chronologiczna opowieść o życiu Kieślowskiego, o którym, przyznam, nie wiedziałam nic. Autorka relacjonuje więc jego niełatwe dzieciństwo, dość przypadkową drogę edukacji, która w końcu zaprowadziła go, nie bez przeszkód, na łódzką filmówkę. Później oczywiście są pierwsze filmy dokumentalne, i więcej filmów dokumentalnych i wreszcie fabuła, w Polsce i wreszcie we Francji. Oczywiście mamy tu szerokie tło społeczne i polityczne, bo gdy Kieślowski zaczynał karierę polityka odgrywała ogromną rolę – cenzura i lawirowanie dookoła niej, potrzeba zajęcia konkretnej pozycji, trudności w życiu prywatnym, stan wojenny. Łatwo jednak nie jest także, gdy Kieślowski zamieszkał we Francji, gdzie nigdy nie czuł się jak u siebie. 

Surmiak-Domańska portretuje reżysera dzięki licznym dokumentom, listom, nagraniom, ale przede wszystkim dzięki rozmówcom i tu sięga po przeróżne osoby, nawet takie, które w życiu Kieślowskiego odgrywały rolę epizodyczną. Z tych wszystkich źródeł wyłania się postać zupełnie inna niż sobie wyobrażałam – postać spójna mimo różnic w relacjach, postać tytana pracy, człowieka małomównego, refleksyjnego, który mimo statusu guru był zupełnie zwyczajny i nie ukrywał swoich wad.

Oprócz życia reżysera dostajemy też opis filmów – pracy nad nimi, od tworzenia scenariusza po montaż. To była absolutnie fascynująca lektura, która nie tyle dostarczyła wiele informacji o samych filmach, co właśnie o Kieślowskim człowieku. 

Wysłuchałam tej autobiografii z zapartym tchem, bardzo doceniam ogrom pracy autorki, dbałość o szczegóły i jej neutralną pozycję, która pozwoliła mi wyrobić sobie moje zdanie na temat Kieślowskiego człowieka. Polecam bardzo.

Moja ocena: 5/6

Katarzyna Surmiak-Domańska, Kieślowski. Zbliżenie, 616 str., Wydawnictwo Agora 2018.