sobota, 31 stycznia 2026

"Dziewczyna z konbini" Sayaka Murata


Keiko ma trzydzieści sześć lat i wciąż pracuje w sklepie jako pomocnica. Konbini to sklep otwarty 24 godziny na dobę, w którym można kupić podstawowe artykuły i szybkie przekąski. To środowisko, w którym Keiko odnalazła się idealnie, mimo że skończyła studia i mogłaby starać się o lepszą pracę na etat. Problem w tym, że Keiko zawsze była dziwna, nieempatyczna, niedostosowana do społeczeństwa. Konbini daje jej ramy potrzebne do funkcjonowania – praca jest przewidywalna, monotonna, a kobieta bez problemu imituje swoje współpracowniczki, tworząc iluzję przynależenia do grupy. Co więcej, by znać odpowiedzi na ciągle zadawane pytania o pracę, męża i dziecko, radzi się młodszej siostry. Keiko urządziła się w takim prostym życiu, które daje jej zadowolenie i pewnie by tak zostało, gdyby nie nowy współpracownik. Mężczyzna nie potrafi dostosować się do reguł w konbini, ale też nie obawia się wytknąć absurdów tej pracy.

Nie trudno się domyślić, że Murata opisuje tu osobę autystyczną, a także aseksualną oraz jej sposoby na dostosowanie się do społeczeństwa i przyjmowanie konkretnych póz, nakładanie masek. Równocześnie wprowadzając postać mężczyzny, pokazuje, że takie nieprzystosowanie może mieć różne oblicza. To właśnie on zresztą demontuje ten rzekomo normalny świat, pokazując Keiko, że każdy gra, każdy przyjmuje pozy i stara się spełniać społeczne oczekiwania. Od Keiko oczekuje się męża i dziecka, od niego dobrej pracy, założenia rodziny i zapewnienia jej bytu. I tak jak Keiko gra rolę dobrej i empatycznej koleżanki i siostry tak znane jej kobiety odgrywają rolę na przykład szczęśliwych matek. Muarata zawarła w tej niewielkiej książce wiele impulsów do przemyśleń na temat społeczeństwa, indywidualizmu i integracji osób z autyzmem przede wszystkim.

Z zaskoczeniem przeczytałam, że ta książka bywa odbierana  jako dowcipna. W moim odczuciu jest przeraźliwie smutna, bezlitośnie ukazując, jak brutalne są społeczne oczekiwania.

Moja ocena: 5/6

Sayaka Murata, Die Ladenhüterin, tł. Ursula Gräfe, 145 str., Aufbau Verlag 2018.

piątek, 30 stycznia 2026

"Wdowi las" Margaret Atwood


 

Zbiór opowiadań Atwood podzielony jest na trzy części. Pierwsza z nich wprowadza nas w małżeństwo Nell i Tiga, ukazując bliską więź między nimi. To para, która rozumie się bez słów, co szczególnie widać w pierwszej historii o pierwszej pomocy. W tych trzech tekstach to Tig gra pierwsze skrzypce, a temat starości i odchodzenia przewija się gdzieś w tle. 

Druga część to opowiadania dłuższe, zupełnie niezwiązane z poprzednimi. To wywiad z Orwellem prowadzony przez medium, szkic dystopijny, filozoficzne rozważania o reinkarnacji ślimaka w człowieka, a także świetny tekst, znany mi już z innego zbioru, "Moja mama czarownica". 

W trzeciej części Atwood wraca do pary, tym razem w tytule jednak Nell stoi na pierwszym miejscu. Tig nie żyje, a kobieta układa sobie życie jako wdowa. Spotyka się z koleżankami, innymi wdowami, przegląda spuściznę po mężu, wspomina. To bardzo nostalgiczne teksty, choć nie brak w nich dystansu do siebie i humoru.

Początkowo sądziłam, że środkowa część jest najlepsza, po lekturze całego zbioru doceniam opowiadania z Nell i Tigiem w roli głównej. W przypadku tych ze środkowej części nie mogłam się pozbyć poczucia przypadkowości doboru i takie przeskoki tematyczne wybijały mnie z rytmu. 

Nawet jeśli uważam część pierwszą i trzecią za spójną, to całość mnie nie przekonała. Nie ujął mnie ani język, ani treść. Oczywiście doceniam ją, a szczególnie pomysły na opowiadania z części środkowej, ale niestety ogólnie ten zbiór mnie nie przekonał. Wiele z tekstów mnie nie porwało, a wręcz nudziło, co mnie zaskoczyło, bo powieści Atwood uważam za świetne.

Moja ocena: 3/6


Margaret Atwood, Wdowi las, tł. Olga Dziedzic, 288 str., Wielka Litera 2024.

czwartek, 29 stycznia 2026

"Ostatnie życzenie", "Miecz przeznaczenia" Andrzej Sapkowski


 

W świat Sapkowskiego wsiąknęłam na początku studiów, gdy w składnicy księgarskiej (kto pamięta?) trafiłam na pierwszy tom opowiadań. Dokładnie pamiętam tamto wydanie – niewielką książkę w niemal kieszonkowym formacie. Nie pamiętam natomiast, czemu po nią sięgnęłam? Na szczęście kupiłam i totalnie przepadłam. Potem czytałam wszystko i na lekturze pozostałam, nie znam filmów i gier. Do Wiedźmina nigdy nie wróciłam, z wielu przyczyn. Jedną z nich była obawa, jak te książki odbiorę po latach. Wtedy, a mówię tu o połowie lat 90., mój światopogląd był inny, miałam inną wrażliwość i ma pewno dużo mniejszą świadomość społeczno-polityczną. 

Teraz sięgnęłam wreszcie po oba tomy opowiadań, głównie dzięki wyborowi mojego klubu czytelniczego, ale nie bez wielkiej chęci. Tym razem jednak postawiłam na wychwalane słuchowisko, które faktycznie jest bardzo dobrze i starannie nagrane, ale jednak nie trafiło do mnie na 100%. By opisać mój problem, będę musiała użyć ostatnio nagminnie używanego słowa, ale faktycznie czułam się przebodźcowana. Niektóre głosy były dla mnie zbyt natarczywe, aktorskie, niektóre frazy, zwłaszcza opisy walk, czytane zbyt szybko, na jednym tchu. Niemniej jest to bardzo dobrze zrobiony audiobook i myślę, że do wielu osób trafi. 

Co jednak z treścią? Otóż, jest taki sam szał jak te trzydzieści lat temu! Podobało mi się wszystko! Najpierw język – wartki, potoczysty, ale i ironiczny, dowcipny, celny. Postaci – świetne, spójne, interesujące. Na wielki plus cała gama postaci kobiecych – różnorodnych, silnych, decyzyjnych. Do bohaterów ludzkich dochodzi nieprzebrana ilość postaci magicznych – wszystkie świetnie, plastycznie opisane. Co jednak mnie najbardziej ujęło i nadal zachwyca to komentarz społeczny i polityczny oraz fantastyczne wplecenie baśni i powiedzonek. Sapkowski wiele z nich zdemontował, nadał nowego znaczenia, dowcipnie spointował – nadal mnie to bawi. Po ponownej lekturze pozostaję fanką Sapkowskiego, chyba nie było wątpliwości (nie zapraszam do dyskusji), teraz nastawiam się na powtórzenie całego cyklu. 

Moja ocena: 6/6

Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie, 288 str., SuperNova 2010.

Andrzej Sapkowski, Miecz przeznaczenia, 344, SuperNova 2011. 

środa, 28 stycznia 2026

"Historia czytania" Alberto Manguel


Tytuł tej książki wabił mnie od dawna, bo o czym jest przyjemniej czytać, jak nie o czytaniu innych? Uwielbiam wszystkie tematy okołoksiążkowe i szeroko powiązane z czytaniem, więc bardzo chciałam tę książkę poznać. Manguel stworzył wielkie kompendium wiedzy o książkach i historii czytania z wielu perspektyw. Linią przewodnią są tu własne doświadczenia, które na początku są na pierwszym planie – dowiadujemy się wiele o edukacji i pierwszych krokach autora w sztuce czytania – a później przewijają się gdzieś w tle, podczas gdy Manguel koncentruje się na innych kwestiach.

Trudno mi sobie wyobrazić, czy jest jakiś aspekt, którego Manguel nie poruszył! Opowiada o początkach czytania na głos, o druku, pisaniu, o słuchaniu, wyglądzie i formach książek, bibliotekach, tłumaczach, zakupach, kolekcjach, funkcjach lektury i o wielu, wielu innych aspektach. Erudycja pisarza jest niesamowita, widać także ogromną pracę, jaką wykonał, przygotowując poszczególne eseje. Manguel powołuje się na konkretne postaci, wydarzenia, powieści oraz ilustruje swoje eseje dziełami sztuki przedstawiającymi osoby czytające. 

Mimo że ta książka to ogromna skarbnica wiedzy, była dla mnie w pewnym momencie przeładowana, a styl pisarza okazał się być monotonny. Mój początkowy entuzjazm szybko opadł i od połowy książki brnęłam przez kolejne eseje. Od czasu do czasu trafiałam na fragmenty, które mnie bardziej zainteresowały, ale ogólne wrażenie było bliskie znużeniu. Myślę, że te eseje bronią się czytane pojedynczo, w czasopiśmie lub w formie książkowej, ale rozłożone na dłuższy okres czasu. To taka książka, do której zagląda się od czasu do czasu, by przypomnieć sobie jakiś fakt, dowiedzieć czegoś nowego lub poprzebywać w ulubionej tematyce. Pochłaniana na raz męczy.

Moja ocena: 4/6

Alberto Manguel, Historia czytania, tł. Hanna Jankowska, 450 str., PIW 2023.

wtorek, 27 stycznia 2026

Stosikowe losowanie – luty 2026

 


Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 34 książki) – 26
Guciamal wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 3 książki) – 2
Agnes wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 350 książek) – 155
McDulka wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 19 książek) – 6
Katarzyna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 1205
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 14 książek) – 9
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 253 książki) – 243

poniedziałek, 26 stycznia 2026

"Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkien


Pamiętam, jak pierwszy raz sięgnęłam po "Władcę Pierścieni". Byłam na studiach i odkrywałam dla siebie świat literatury fantasy. Czytałam czarne niewielkie tomiki (które mam do dziś), wydane przez Czytelnik, w autobusie, na przystanku, w przerwach od zajęć. Z treści pozostało w mojej głowie poza głównym zarysem fabuły niewiele, zapamiętałam natomiast całkowite zagłębienie się w lekturze, zatopienie w innym świecie i oderwanie od rzeczywistości. Potem na wiele lat zapomniałam o Tolkienie, ale ukazały się filmy, których nie zobaczyłam. Bo chciałam najpierw powtórzyć lekturę, przypomnieć sobie odczucia, które towarzyszyły mi podczas lektury. Jakiś czas później kupiłam więc e-booka i zahibernowałam go na wiele lat na czytniku. A potem w 2025 roku właśnie ta trylogia została wybrana z mojego stosu w projekcie 25 na 2025. Nie wyrobiłam się z tak opasłą książką na czas. Dopiero niemal cały styczeń spędziłam w innym uniwersum. 

Po tym przydługim wstępie nie napiszę recenzji, bo myślę, że o "Władcy Pierścieni" napisano już wszystko, a ja nic lepszego już nie dodam. Przyznam za to, że z przyjemnością słuchałam tej książki, bo zdecydowałam się jednak na audiobook, ale ówczesny stan całkowitego przeniesienia w inny świat już u mnie nie nastąpił. Miałam za to inne refleksje – z zaskoczeniem odkrywałam, jak wiele tolkienowskich elementów i motywów jest w innych książkach. Całkowicie o nich zapomniałam i nie zwracałam uwagi na ich obecność, czytając przeróżne powieści fantasty czy choćby Harry'ego Pottera. Tymczasem aż narzuca się refleksja, że gdyby nie Tolkien, to nie wiem, z czego korzystaliby współcześni twórcy i twórczynie tego gatunku literackiego. 
Pod koniec słuchania byłam już nieco zmęczona lekturą – ostatnie wydarzenia w Shire po całej kulminacji z pierścieniem, już mnie tak nie zainteresowały. Ale nie żałuję ani minuty i wreszcie zaczęłam oglądać filmy! Lepiej późno niż wcale, prawda?

I taki pozostanie ten wpis, bez analizy i streszczenia, bez recenzji czy recki, garść refleksji i satysfkacja z lektury.

Moja ocena: 5/6

J.R.R. Tolkien, Władca Pierścieni, tł. Maria Skibniewska, 1280 str., Wydawnictwo Muza 2013.

niedziela, 25 stycznia 2026

"Bal szalonych kobiet" Victoria Mas


Eugénie mieszka w bogatym, ale zimnym emocjonalnie domu. Dla surowego ojca jest tylko produktem, który trzeba dobrze wydać za mąż, w końcu w drugiej połowie XIX wieku jako młoda kobieta innych możliwości nie ma. Uchodzi jednak za niepokorną, bo wyraża swoje zdanie i chce towarzyszyć bratu w jego spotkaniach, brak jej oczekiwanej od kobiety potulności i posłuszeństwa. Eugénie ma jeszcze jeden problem – widzi zmarłych. Dziewczyna zdradza się z tą zdolnością przed ukochaną babcią, a ten nieprzemyślany akt kosztuje ją wolność.

Kobiety niepokorne, niesforne, prostytutki, dziewczyny niepotrzebne umieszczane są w szpitalu Salpêtrière – zakładzie psychiatrycznym. Ta gałąź medycyny przechodzi bowiem boom, a psychiatrzy z wielką chęcią przeprowadzają eksperymenty na pacjentkach. Pacjentki mieszkają razem, w wielkiej sali, a pochodzą z różnych grup społecznych i są w różnym wieku. Sierota Louise wylądowała w tym miejscu po tym, jak została zgwałcona przez wujka, a teraz jest szpitalną gwiazdą, ulubioną pacjentką ordynatora, który chętnie przeprowadza na niej publiczne hipnozy. Thérèse jest już w dość podeszłym wieku, po wielu latach pracy na ulicy wreszcie ma szansę odpocząć w szpitalnych murach. Dla wielu tych kobiet ten szpital nie jest tylko więzieniem, jest też miejscem odpoczynku, pewności bytu i ochroną przez groźbami świata zewnętrznego. Jest też Geneviève – córka prowincjonalnego lekarza, która mogła zostać tylko pielęgniarką. To ona trzyma w ryzach pacjentki, jest opoką i filarem oddziału. I to ona przejdzie w tej książce największą przemianę.

Mas skupia się na tych czterech postaciach, których losy są tak różne, choć w jednym punkcie spójne: wszystkie jako kobiety nie mają swobody wyboru. Szpital ma jednak dla nich różne znaczenie – dla niektórych jest więzieniem i końcem, dla innych miejscem, w którym mogą być wolne. Punktem kulminacyjnym powieści jest bal kostiumowy organizowany przez pacjentki na paryskiej socjety – bogaci i możni przychodzą popatrzyć na chore kobiety, mają nadzieję na słynny atak histerii, na dziwne zachowania, gnani są chorobliwą ciekawością. 

Mas w swojej debiutanckiej powieści oparła się na faktach, tworząc powieść o zniewoleniu kobiet – sama ta myśl i przesłanie nie są nowe i Francuzce nie udało się tu niczego odkrywczego dodać. Niemniej historia szpitala psychiatrycznego i jej pacjentek jest ciekawa, napisana ze swadą i czyta się błyskawicznie. We współczesnej czytelniczce ta opowieść wzbudzi zapewne złość, wewnętrzny protest i smutek – opisywane wydarzenia rozegrały się przecież zaledwie niecałe sto pięćdziesiąt lat temu! Złość może też wzbudzić fakt, że wiele wątków nie zostało tu pociągniętych do końca, że duchy pozostały tylko rekwizytem i że sama historia Eugénie okazała się być banalna.

W Polsce powieść ukazała się w Wydawnictwie Mova, w przekładzie Bożeny Sęk.

Moja ocena: 4/6

Victoria Mas, Die Tanzenden, tł. Julia Schock, 240 str., Piper 2020.


sobota, 24 stycznia 2026

"Lapvona" Ottessa Moshfegh


W średniowiecznej Lapvonie nie ma lekkiego życia. Przynajmniej jeśli mieszka się w wiosce. Życie to harówka, niedojadanie, przemoc i ból. U pana na zamku natomiast jest wręcz odwrotnie – przesyt, przepych i nuda. Pan Wilhelm nie wie, co robić z czasem, jedzeniem i życiem. Marek natomiast aż nadto wie – musi pomagać ojcu owczarzowi, poddawać sie jego humorom i biciu, harować i wierzyć, że po śmierci czeka na niego zbawienie. Marek musi na to liczyć, bo na ziemi nie ma dobrego startu. Urodzony jako pokraka nie wzbudza pozytywnych myśli, nie ma matki, która podobno umarła, za to ma niezbyt przystępnego ojca, którego jedynym przejawem zainteresowanie jest robienie z Marka worka treningowego. I tak to życie w Lapvonie leci, aż ginie syn pana. A Marek staje się nowym synem, a zarazem zabawką i igraszką. Los się dla niego odwraca, ale nie dla wioski. Nastaje głód, ludzie mrą jak muchy, czym nikt się nie interesuje. Ksiądz hula na dworze i pojęcia o religii nie ma, pan Wilhelm zupełnie na wieś nie zwraca uwagi, a Marek jest w szoku, jak odmieniło się jego życie.

Moshfegh wprawdzie umieszcza akcję tej powieści w jakiejś bliżej nieokreślonej wiosce w bliżej nieokreślonej epoce, która poniekąd przypomina średniowiecze, choć nie wszystko się zgadza. Autorka opisuje stosunki międzyludzkie od najgorszej strony – sięgając po tę lekturę warto nastawić się na brud, przemoc, krew i brutalność. Nie to jednak przeraża najbardziej, a raczej alegoria współczesnego świata. Pan Lapvony to głupiec, który nie interesuje się finansami, zarządzaniem, ani ludźmi. Najchętniej otacza się ludźmi, którzy mu przyklaskują, wymyśla najdurniejsze rozrywki i korzysta z władzy, jak chce. Marek wpada w te sidła i staje się zabawką pana, nie daje mu to jednak szczęścia, ani poczucia bliskości. Wciąż będzie tęsknił za miłością i dotykiem bliskiej osoby. 

Lapvona to fantastycznie napisana satyra współczesnego świata, gorzka, uniwersalna i bolesna. Do mnie trafiła.

Moja ocena: 5/6

Ottessa Moshfegh, Lapvona, tł. Teresa Tyszowiecka, 304 str., Wydawnictwo Pauza 2023.

piątek, 23 stycznia 2026

"Was nicht gesagt werden kann" David Szalay


István to główny bohater tej książki, któremu towarzyszymy od okresu nastoletniego po dorosłość, prawdopodobnie do wieku około pięćdziesięciu lat. Gdy wkracza na karty tej powieści właśnie wraz z matką przeprowadził się do nowego mieszkania w bloku na południu Węgier. Chłopak jest przeciętny, uczy się dobrze, nie sprawia kłopotów, pomaga sąsiadce. Ta wymuszona przez matkę pomoc zaważy jednak na jego życiu. Szalay opowiada dalsze losy Istvána – na Węgrzech, a potem w Anglii. Czyni to chronologicznie, ale z różnymi interwałami czasowymi, czasem pomijając najważniejsze dla życia bohatera wydarzenia. To opis oszałamiającej kariery, wzlotów i upadków, a przede wszystkim przypadków.

István to człowiek, który nigdy nie bierze losu w swoje ręce. Raczej poddaje się temu, co mu się wydarza, unika podejmowania decyzji, przystaje na działania innych, pozostaje pasywny. Jego wypowiedzi składają się z jednego lub maksymalnie kilku słów, nie wyrażają emocji, nie pozwalają na sięgnięcie wgłąb człowieka, zrozumienie jego emocji, pobudek, zmartwień czy radości. Momentów, gdy emocje Istvána są widoczne jest w książce niewiele, żeby nie powiedzieć maksymalnie dwa. István to twardy facet, który nie ma dostępu do swoich własnych emocji, nie zastanawia się nad nimi, nie analizuje, godzi się bezrefleksyjnie na wszystko, co mu zostanie zaproponowane. Swoje traumatyczne przeżycia ukrywa, odcina się od nich, ból wytrzymuje, o ile w ogóle go przeżywa. Jedyną ulgę przynosi mu seks, a zadowolenie bycie atrakcyjnym obiektem w powyższych celach. 

Szalay w ten sposób podjął się dekonstrukcji współczesnego obrazu męskości, figur, które za każdą cenę trzymają fason i nie mają odwagi zajrzeć we własne wnętrze i faktycznie zrozumieć, czego pragną. Dlatego István jest tak irytujący i pasywny. Mimo że to rozumiem, to niestety ta książka nie przemówiła do mnie. Czytanie dialogów składających się z "ok" i "nie wiem" to męka. Akceptowanie takich rozmów przez partnerki Istvána to kolejna męka. Obserwowanie pasywności to tortura. Jedynym ciekawszym wątkiem jest tu motyw emigracji i odnajdywania swojej ścieżki w obcym kraju – nie jest on jednak na tyle rozpracowany, by tę książkę uratować.

Owszem czyta się tę powieść szybko i lekko, ale równie bezcelowo. Jest ona tak bezbarwna jak jej bohater i pozostawi w mojej pamięci taki sam ślad, jaki István pozostawi po sobie. 

Moja ocena: 3/6

David Szalay, Was nicht gesagt werden kann, tł. Henning Ahrens, Ullstein Verlag 2025.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

"The Secret Lives of Baba Segi's Wives" Lola Shoneyin



Baba Segi to szanowany obywatel, dorobił się, ma dostatni dom, samochód i kierowcę. I ma trzy żony. Oraz siódemkę dzieci. Przyszedł więc czas na żonę numer cztery – młodą Bolanle, która skończyła studia! Nie jest to w smak poprzednim żonom, które nawet nie potrafią czytać. Okaże się jednak, że powodów do niechęci będzie więcej, a apogeum nastąpi, gdy okaże się, że najnowsza żona nie może zajść w ciążę.

Shoneyin czyni z Bolanle główną bohaterkę tej powieści, ale z czasem oddaje głos każdej z żon, mężowi, a nawet kierowcy. Nie będę się rozpisywać na temat zalet takiego zabiegu, bo są oczywiste, przyznam jednak, że Shoneyin robi to wybornie. Mimo że poznajemy historię życia każdej z kobiet, powieść nie jest przeładowana. Nigeryjka czyni to bowiem ze swadą i humorem, choć sama historia wesoła nie jest. Shoneyin porusza tu wiele problemów – wielożeństwo jest pierwszym z nich. To oczywiście sytuacja trudna dla kobiet, ale w o wiele głębszym wymiarze niż mi się początkowo wydawało. Konkurencja między nimi wcale nie musi być oczywista, co więcej mogą tworzyć wspólny front, wspierać się w wychowywaniu dzieci, prowadzeniu gospodarstwa i układaniu sobie życia dookoła męża. A okazuje się, że ten mąż wcale łatwy w obsłudze nie jest i żeby utrzymać jako taką równowagę, trzeba włożyć wiele wysiłku w utrzymywanie kłamstwa. 

W tej powieści nie ma tu zdecydowanie pozytywnych lub negatywnych charakterów. Autorce udało się ukazać wieloaspektowość i kulturalne osadzenie decyzji podejmowanych przez wszystkie postaci, tak że czytelniczka może je zrozumieć, nawet jeśli są to decyzje karkołomne lub niebezpieczne. 

Ta powieść przenosi do Nigerii i świetnie pokazuje tamtejszą mentalność, a sama historia jest ciekawa, dobrze napisana, w wielu miejscach dowcipna. Polecam!

Moja ocena: 5/6

Lola Shoneyin, The Secret Lives of Baba Segi's Wives, 280 str., Serpent's Tail 2020.

niedziela, 18 stycznia 2026

"Życie z klocków" Daniel Aguilar, Ferran Aguilar

 


Szukając książki z Andory, trafiłam na tę publikację i z radością po nią sięgnęłam, bo jedyny inny autor tłumaczony na angielski pisze o starożytnym Egipcie. Jakoś nie uśmiechało mi się czytanie powieści historycznej traktującej o regionie bardzo odległym w wykonaniu Andorczyka. 
David urodził się bez ręki, po dłuższym czasie rodzicie dowiedzieli się, że chłopak cierpi na zespół Polanda, który cechuje się także aplazją klatki piersiowej. David opisuje swoje życie od narodzin, powołując się na opowieści rodziców, krewnych, dziadków. To nie jest zawsze łatwa opowieść, bo chłopiec konfrontowany był z wieloma trudnymi sytuacjami, szczególnie z dręczeniem w szkole, ale i z niezrozumieniem, gapiostwem i bólem. David przede wszystkim opowiada o tym, jak powstała jego fascynacja klockami Lego i o tym, jak skonstruował swoją pierwszą rękę. 

Ta książka to gawęda Davida o jego życiu, rodzinna opowieść o szoku, jakim były jego narodziny, o zmaganiach rodziców, o wielkiej miłości i walce o usprawnienie jego życia. Autor nie upiększa swojej ścieżki, pisze o błędach, porażkach, o rozczarowaniach, nie zapominając o swoich uczuciach z okresu dzieciństwa czy dojrzewania.

David opowiadając, czasem wybiega w przyszłość, czasem wprowadza dygresje, wraca do przeszłości – co wprawdzie nie jest z korzyścią dla chronologii, ale daje tej książce rys bardzo osobisty. Po lekturze miałam wrażenie, jakbym siedziała w domu Davida i słuchała opowieści całej rodziny. To wyjątkowe dokonanie chłopca jest tu czymś zwykłym, co wydarzyło się jakby przypadkiem, a David normalnym, prostym chłopakiem, który mimochodem ułożył z klocków protezę. 

To pokrzepiająca historia, dla mnie też zupełnie nowa, bo nigdy o Davidzie Aguilarze nie słyszałam. Literacko nie jest to może wybitny tekst, szczególnie w kwestii chronologii, ale nie było to dla mnie wielką przeszkodą i cieszę się, że dzięki tej książce poznałam historię osadzoną w Andorze.

Moja ocena: 4/6

David Aguilar, Ferran Aguilar, Życie z klocków, tł. Monika Skowron, 256 str., Wydawnictwo Agora 2023.


sobota, 17 stycznia 2026

"Cóż to za motorowerek z chromowaną kierownicą tam w głębi podwórza?" Georges Perec


Grupa młodych ludzi spotyka się regularnie w Paryżu, by dyskutować o życiu i świecie. Jeden z nich jest żołnierzem i codziennie zajeżdża swoim motorowerkiem do koszar. Pewnego dnia wraca z problemem –jego podwładny ma zostać zaciągnięty na wojnę do Algierii, na którą wcale, ale to wcale nie chce iść. Należy więc wymyślić sposób, by go przed tym ustrzec. Pomysłów jest wiele, od przejechania tytułowym motorowerkiem począwszy.

Ta skąpa treść nie jest jednak clou tej, niewielkiej zresztą, powieści. Owszem doszukiwałam się tu interpretacji oscylujących wokół bezsensu wojny, pacyfizmu, a także uniwersalności losu owego zaciągniętego żołnierza, ale miałam świadomość, że ta książka jest jeszcze czymś innym. Manifestem sztuki być może? O sztuce dla sztuki, która niczego nie potrafi zmienić? Skąd taki pomysł? Perec stworzył bowiem coś wyjątkowego na płaszczyźnie językowej – to rzecz pełna smaczków, figur stylistycznych, powtórzeń, coś, co czyta się jednym tchem, podziwiając inwencję autora. Powołany do armii żołnierz ma kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt nazwisk, rozpoczynających się od Kara-, każda wersja niesie inne znaczenie lub skojarzenie. Tych ostatnich jest w tej książce zresztą multum, większość zapewne jest dla mnie nie do rozszyfrowania, ale wcale mi to nie przeszkadzało podczas lektury. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że ta książka to gratka dla osób znających dobrze literaturę francuską, czy środowisko autora. 

Jestem podatna na takie eksperymenty literackie, więc z podziwiem śledziłam ekwilibrystykę autora, a podczas lektury dobrze się bawiłam.

W Polsce ta książka ukazała się nakładem wydawnictwa Lokator, przekład René Koelblen i Stanisław Waszak.

Moja ocena: 5/6

Georges Perec, Was für ein kleines Moped mit verchromter Lenkstange steht dort im Hof?, tł. Eugen Helmlé, 80 str., Diaphanes Verlag 2014.

piątek, 16 stycznia 2026

"Ludzie szukają szczęścia i umierają ze śmiechu" Sibylle Berg



Sibylle Berg była moim odkryciem trzydzieści lat temu, a ta książka jedną z pierwszych niemieckich powieści, po które sięgnęłam z własnej woli (czyli nie na studia). Autorka uwiodła mnie swoim stylem – Berg to mistrzyni sarkazmu, cyniczna obserwatorka świata, która wkłada palec w ranę, a potem go przyciska tak długo, aż w oczach pojawią się łzy. Jej zdania są krótkie, ale dosadne, często pisane językiem potocznym, mimo to skłaniają do oddechu, przerwy, refleksji.

Ta powieść to jej debiut, a tytuł dokładnie oddaje treść. Króciutkie rozdziały są migawkami z życia kilku osób – w każdym wieku i różnej płci, które miotają się w życiu. Wyruszają w podróże bez celu, po których obiecują sobie odnalezienie tego czegoś. Spotykają się z przypadkowo poznanymi osobami, mając nadzieję na odkrycie uczucia, zrozumienie, nadanie sensu egzystencji. Robią rzeczy, które nie zawsze są zgodne z ich przekonaniami. Vera, Bettina, Nora, Pit, Tom, Karl, Ruth to nasze alter ego, zagubieni w świecie, siedzą sami i czują, że coś im gdzieś umknęło. 

To książka smutna, cyniczna, sarkastyczna – na pewno nie dla każdego – ale życie takie bywa, takie jest, a Berg nie ma obiekcji, by je takim opisywać. Jest szczera do bólu, sięga do najciemniejszych myśli, lęków i obaw. Lubię taką bezpardonową prozę i cieszę się, że wróciłam do tej książki. Dziś widzę ją już trochę inaczej, ale wciąż jest dla mnie oczywista moja ówczesna fascynacja. Lata temu ukazał się polski przekład – nie wiem, czy wciąż osiągalny, niemniej polecam. 

Moja ocena: 5/6

Sibylle Berg, Ein paar Leute suchen das Glück und lachen sich tot, 180 str., Reclam 1998. 


wtorek, 6 stycznia 2026

"Rana pełna ryb" Lorena Salazar Masso


Bezimienna narratorka wybiera się w podróż łódką w dół rzeki Atrato w zachodniej Kolumbii. To prowincja porośnięta selwą, dzika, zamieszkała przez rdzenną ludność lub osoby o czarnej skórze. Jedyną możliwością transportu jest rzeka – łódź to miejsce wielodniowej podróży, rozmów, spotkań, noclegów w odległych wioskach, którymi owa wyprawa jest przerywana. Kobieta podróżuje z przybranym synem, który ma inny kolor skóry niż ona. Ta podróż jest dla niej kluczowa – jedzie na spotkanie z biologiczną matką, która zapewne będzie chciała odzyskać dziecko. Narratorka stara się być jak najlepszą matką dla chłopczyka, jest cierpliwa, uważna, troskliwa. W retrospekcjach opisuje swoje dzieciństwo, które zdecydowanie nie było tak szczęśliwe. Autorka bardzo plastycznie opisuje otoczenie, przyrodę, spotykane osoby, jedzenie, rytuały, ale też niepostrzeżenie wprowadza atmosferę grozy, zagrożenia. Jesteśmy wszak w 2002 roku w Kolumbii.

W swojej debiutanckiej powieści Salazar Masso poruszyła sporo tematów i zrobiła to w bardzo inteligentny sposób. Jej opis macierzyństwa jest nietuzinkowy, skupiony na relacji z adoptowanym dzieckiem, bardzo trafny w ukazaniu zachowań chłopca i obaw matki. Zarazem dzięki różnicy w kolorze skóry między tymi dwoma postaciami autorka porusza temat rasizmu, ale widzimy tu osobę białą jako tę w mniejszości i tę która uważa się za nieprzystającą do reszty, a wręcz brzydszą. Kolumbijce udało się ukazać ten temat w bardzo subtelny sposób, bez wskazywania winnych, przede wszystkim dlatego, że ucieka się do perspektywy dziecka. I wreszcie temat najtrudniejszy – działań bojówek, które nie oszczędzają nikogo, ale najbardziej dotykają kobiety i dzieci. 

Bardzo podobała mi się powieść Kolumbijki – ten plastyczny język przeniósł mnie na rzekę i przywołał wspomnienia z mojej podróży po Amazonce, a zakończenie bardzo poruszyło. Polecam.

Moja ocena: 5/6

Lorena Salazar Masso, Rana pełna ryb, tł. Katarzyna Sosnowska, 192 str., Wydawnictwo MOVA 2022.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

"A Burst of Light and Other Essays" Audre Lorde


"Dzienniki raka" były ważną lekturą, moim pierwszym spotkaniem z Audre Lorde – jej spojrzenie na takie tematy jak rasizm, feminizm, traktowanie kobiet, szczególnie chorych było w wielu aspektach inspirujące, choć niekoniecznie odkrywcze. Ten eseistyczny zbiór jest kontynuacją tych tematów, wzbogacony o seksualność, szczególnie homoseksualizm, a także poszerza perspektywę na problemy kobiet całego świata. 

Równocześnie jest to zbiór nierówny. Na początku umieszczono krótsze teksty – przemowy czy wykłady Lorde, a tytułowy esej to już zupełnie inna kategoria. To pamiętnik z okresu nawrotu choroby autorki. Są więc tu jej przemyślenia – szczególnie na temat własnej postawy wobec propozycji leczenia, podejmowanie wybory, rezygnacja z medycyny konwencjonalnej, rozważania na temat postawy lekarzy wobec niej oraz opis samopoczucia. Te opisy przeplatane są nieustającą działalnością Lorde – spotkaniami, wyjazdami, pracą publicystyczną itd. Autorka też oddaje się wspomnieniom, podsumowaniu życia, autorefleksji, wspomina partnerkę, dzieci. 

O ile doceniam niestrudzoną pracę Lorde na rzecz równouprawnienia i wyczulania na problemy mniejszości oraz szanuję jej wybory, to jednak nie wszystkie jej myśli były dla mnie do przełknięcia, a szczególnie trudna była argumentacja na temat odwrócenia się od medycyny konwencjonalnej. Niemniej Audre Lorde warto znać, doceniać jej pracę i publikacje.

Moja ocena: 4/6

Audre Lorde, A Burst of Light and Other Essays, 144 str., Ixia Press 2017.

piątek, 2 stycznia 2026

Podsumowanie roku 2025


Ten rok zakończyłam z równo 160 książkami na liczniku. Czuję, że powinnam czytać mniej, ale nie będę walczyć z moją kompulsywną chęcią lektury, poza tym muszę wreszcie oczyścić półki z nadmiaru książek! Nadal mało kupuję, choć w tym roku dokonałam kilku zakupów, głównie w wydawnictwach, które cenię i chętnie wspieram. 

Okazuje się także, że moje uczestnictwo w licznych klubach czytelniczych jest błogosławieństwem i przekleństwem, bo duża część moich lektur jest właśnie wyborem owych klubów. Ale dla przyjemności rozmawiania o książkach zrobię wiele!

Ogólnie jestem zadowolona z tego roku – z tego, że sięgałam po książki z półki, że nadal realizuję moje cele czytelnicze, że dzięki książkom poznałam wiele osób, które nadają na tych samych falach, że mam zaszczyt prowadzenia swojego klubu książkowego i że w przyszłym roku i ja dołączę do zacnego grona autorek i autorów. 

Przejdźmy jednak do statystyk, bo nie o długie wstępy tu chodzi!


Odwiedziłam 47 krajów, więcej niż w 2024 roku, co mnie cieszy. Sięgnęłam też po zbiór opowiadań, w którym znalazły się teksty z jeszcze kilku krajów, ale nie zaliczam ich do statystyki, bo te nowelki były zaledwie liźnięciem tych literatur. Wreszcie czytałam mniej polskiej literatury, za to bardzo dużo niemieckiej, a to głównie dzięki audiobookom. Po zakończeniu abonamentu na Legimi, przerzuciłam się na słuchanie po niemiecku, a szczególnie skupiłam się na długich listach do Deutscher Buchpreis. USA i Wielka Brytania nadal są w czołówce, ale to często wybory moich klubów książkowych. Odwiedziłam 6 nowych krajów – Oman, Samoa, Komory, Tonga, Antiguę i Barbudę oraz Azerbejdżan. 

Konkretnie wygląda to tak: 

Niemcy – 34

Polska – 22

USA – 15

Wlk. Brytania – 9

Francja, Argentyna, Austria – 6

Norwegia – 5

Finlandia – 4

Peru, Dania, Czechy, Korea Płd. – 3

Szwecja, Kanada, Hiszpania, Brazylia, Japonia, Grecja – 2

Po jednej: Estonia, Słowacja, Oman, Ukraina, Portugalia, Albania, Meksyk, Chile, Włochy, Niderlandy, Nigeria, Singapur, Gruzja, Antigua, Azerbejdżan, Tonga, Komory, Kolumbia, Rumunia, Sudan, Urugwaj, Szwajcaria, Irlandia, Macedonia, Chile, Turcja i Kuba


Czytałam głównie po polsku i po niemiecku:

Język polski – 94

Język niemiecki – 65

Język angielski – 1



Jak zawsze w moich wyborach książkowych dominują kobiety.

Autorki: 95

Autorzy: 62

Duet autorski: 3

Autor zbiorowy: 2


Czytałam dużo z półki tej fizycznej, jak i na czytniku (39 książek), ale książki papierowe wciąż są w mniejszości i pewnie tak już pozostanie.

Audiobook: 75

E-book: 60

Papier: 25


Czytałam książki opublikowane przez 35 rożnych polskich wydawnictw. Najczęściej sięgałam po:

Wydawnictwo Pauza – 15

Wydawnictwo Znak – 9

Wydawnictwo ArtRage – 8

Literackie i Poznańskie – 7

Książkowe Klimaty, WAB – 4

Marginesy, Czarne, Tajfuny – 3

Karakter, Wielka Litera, PIW, Filtry, Relacja – 2



Przede wszystkim sięgałam po literaturę piękną, także po opowiadania, sporo reportaży lub szeroko pojętej literatury faktu, wpadło kilka kryminałów, udało się też przeczytać coś z poezji i dramatu. 



Wbrew mojemu zwyczajowi nie ukończyłam wyzwania 25 na 2025, ale pracuję nad tym i na pewno je dokończę w tym roku. Podobnie jest z cyklem Rougon-Macquart, przeczytałam 3 kolejne tomy i w tym roku będę kontynuować ten cykl. Sięgałam wprawdzie 7 razy po Noblistów, ale niestety nie było wśród tych lektur żadnych nowych, natomiast przeczytałam aż pięcioro laureatów/laureatek Deutscher Buchpreis. Ukończyłam wyzwanie z Facebookowej grupy Przeczytam x książek w 2025 roku, które dzięki wyszukanym kategoriom sprawiło mi wiele radości. Przestałam brać książki do recenzji już dawno, w 2025 roku zrobiłam tylko jeden wyjątek. 61 książek przeczytałam na kluby książkowe, z mojego stosikowego losowania tylko 3 pozycje i będę je intensywnie nadrabiać w tym roku.  
Mam nadzieję w 2026 dalej ciągnąć te moje prywatne wyzwania: czytać świat, noblistów, Zolę i książki z półki. 

Poniżej wreszcie publikuję tytuły, które wywarły na mnie największe wrażenie. 

"Korona śniegu i krwi" Elżbieta Cherezińska
"Wszystko na darmo" Walter Kempowski
"W dorbych rękach" Yael van der Wouden
"Schwebende Lasten" Annett Gröscher
"Uciekaj, Króliku" John Updike
"Lügen über meine Mutter" Daniela Dröscher
"Kos kos jeżyna" Tamta Melaszwili
"Annie John" Jamaica Kincaid
"Lichtspiel" Daniel Kehlmann
"Mit dir, da möchte ich im Himmel Kaffee trinken" Sarah Lorenz
"Goście" Agnes Ravatn
"Stoner" John William

Non-fiction

"Alexander von Humboldt" Andrea Wulff
"Wiem, dlaczego w klatce śpiewa ptak" Maya Angelou
"Strup" Katarzyna Kobylarczyk
"Dezorientacje" Magdalena Grzebałkowska
"Szepty kamieni" Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak
"Rumunia" Agnieszka Krawczyk

Wyróżnienia

"Kołysanka" Leila Salmani
"Opowiadania bizarne" Olga Tokarczuk
"Mówcie mi Kasandra" Marcial Gala
"Do czysta" Alia
"Dzikie bezkresy" Lauren Groff
"Mój pan mąż" Rumena Bužarovska

Podsumowanie grudnia 2025


 

Przeczytane książki: 12

Liczba stron: 3168

Przeczytane tytuły

– "Wiem, dlaczego w klatce śpiewa ptak" Maya Angelou
– "Die Frauen der Familie Flores" Angélica Lopes
– "Mówcie mi Kasandra" Marcial Gala
– "In ihrem Haus" Yael van der Wouden
– "Mein drittes Leben" Daniela Krien
– "...trotzdem Ja zum Leben sagen" Viktor E. Frankl
– "Piersi i jajeczka" Mieko Kawakami
– "Siedem pustych domów" Samanta Schweblin
– "Alofa" Sia Figiel
– "Umlaufbahnen" Samantha Harvey
– "Strup" Katarzyna Kobylarczyk
– "Die Verdorbenen" Michael Köhlmeier

Najlepsza książka: "Wiem, dlaczego w klatce śpiewa ptak", "Mówcie mi Kasandra"

czwartek, 1 stycznia 2026

Podsumowanie stosikowego losowania 2025

 Styczeń


ZwL: "Ciemna strona słońca" Terry Pratchett
Agnes:
Maniaczytania: "Trzynasta opowieść" Diane Setterfield
McDulka: "Jak wymówić knife" Souvankham Thammavongsa

Luty

ZwL: "Zawodowe dziewczyny" Dobrowolska
Maniaczytania: "Bracia z Bronksu" Adrian Luc
McDulka: "Kroniki dzikich bestii" Yan Ge
Anna: "Das Memorial" José Saramago
Agnes: "Silos"

Marzec

ZwL: "Lot nad kukułczym gniazdem" Ken Kesey
Agnes: "Sprzedawca marzeń"
McDulka:
Maniaczytania:
Anna: "Polski gwałt"

Kwiecień

ZwL: "Doktor Żywago" Boris Pasternak
McDulka: "Powrót wojowniczki" Angeline Boulley
Anna: "Kobieta trzydziestoletnia" Honoriusz Balzac
Maniaczytania: "Alicja w krainie czasów" Ałbena Grabowska

Maj

Agnes: "Usłyszeć ciepło słońca"
McDulka: "Kwiat paproci i inne legendy słowiańskie" 
Anna: "Austernfischer" Susan Fletcher
Maniaczytania: "Z mroku przeszłości" Nora Roberts

Czerwiec

Agnes: "Praga magiczna" 
ZwL: "Wczorajsza młodość" Elżbieta Jackiewiczowa
McDulka: "Na domowym froncie" Kristin Hannah
Anna: "Ostatni stoik" John Galsworthy
Maniaczytania: "Noc jest moją porą" Mary Higgins Clark

Lipiec

Agnes: "Stan splątania"
ZwL: "Sen Azrila" Julian Stryjkowski
McDulka: "Malarz dusz" Ildefonso Falcones
Anna: "Ostatnia wizyta" Jacek Ostrowski
Maniaczytania: "Przygody Hucka Finna" Mark Twain

Sierpień

Agnes: 
ZwL: "Moja kochana dumna prowincja" Filipowicz
McDulka: "Robale rządzą światem" David McNeal
Maniaczytania: "Sto lat samotności" Gabriel Garcia Marquez

Wrzesień

Agnes: "Obłęd na krańcu świata"
ZwL: "Szklany klosz" Sylvia Plath
McDulka:
Anna: "Babetta" Nina Wähä
Maniaczytania: "Susza" Jane Harper
Guciamal: "Porwanie Europy" Sandor Marai

Październik

Agnes: "Słowiańskie mity i opowieści w komiksie"
ZwL: "Trzy córki króla" Natalia Rolleczek
McDulka:
Anna: "Chaka Zulu" Thomas Mofolo
Maniaczytania: "Barwa ciszy" Rosamund Lipton

Listopad

Agnes: "Smoczy ogień"
ZwL: "Nie ma sprawy" Janina Wieczerska
McDulka: 
Anna: "Atemübungen" Anne Tyler
Maniaczytania: "Arka czasu" Marcin Szczygielski
Guciamal: "Dzieje Tewje Mleczarza" Szolem Alejchem (przerwana)

Grudzień

Agnes: 
ZwL: "Szkoła klasztorna" Frischmuth
McDulka:
Anna: "Nigdy nie byłaś Żydówką" Anna Bikont
Maniaczytania: "Cień eunucha" Jaume Cabre

"Die Verdorbenen" Michael Köhlmeier


Jest początek lat 70. XX wieku, Johann studiuje filozofię i nauki polityczne w Marburgu, gdzie poznaje podczas jednego ze studenckich wyjazdów Christiane i Tommiego. To bardzo dziwna para, nie integruje się z grupą i przebywa tylko ze sobą. Gdy Johann pewnego dnia zabiera Christiane na spacer, ona rozumie to jako zaproszenie do związku i rzuca Tommiego, z którym była w związku przez wiele lat. Jej zachowanie jest dla Johanna zupełnie niezrozumiałe, podobnie jak styl bycia oraz monotonny sposób mówienia. Mimo to wchodzi w ten związek, nawet się nie spodziewając, że razem stworzą dziwną potrójną konstelację. Wszystkie próby wyjaśnienia, rozmowy, dyskusji spalają jednak na panewce. Zarówno Christiane jak i Tommi nie są zdolni do jakiejkolwiek konwersacji na tematy międzyludzkie. Johann tkwi w tym dziwnym układzie, ale do czasu.

Na końcu autor serwuje dość zaskakujący zwrot akcji, wcześniej okraszając tę historię przemyśleniami głównego bohatera, który stawia się w roli wiecznej ofiary i człowieka płynącego z prądem. Nie widać tu energii, chęci działania, a bierność, uległość i poddawanie się losowi. Dokąd taka postawa prowadzi.... właśnie do owego zaskakującego końca.

Köhlmeier stworzył powieść o osobach bezbarwnych, bez ambicji, bez celu w życiu. Takich, które płyną z dnia na dzień, a ich decyzje są przypadkowe. Równocześnie pokazuje, że taka postawa może być groźna i może doprowadzić do nieobliczalnych działań. Ta krótka powieść jest taka jak jej bohaterowie – monotonna, bezbarwna, katatoniczna wręcz. Rozumiem oczywiście ten zabieg autora, ale z powodu niego, sama akcja mnie nie porwała. Czytanie o bezbarwnych ludziach, których głos nawet nie podlega modulacji jest swoistym wyzwaniem. To więc powieść z kategorii – doceniam, ale jednak nie dla mnie.

Moja ocena: 3/6

Michael Köhlmeier, Die Verdorbenen, 160 str., Hanser 2025.