Jest początek lat 70. XX wieku, Johann studiuje filozofię i nauki polityczne w Marburgu, gdzie poznaje podczas jednego ze studenckich wyjazdów Christiane i Tommiego. To bardzo dziwna para, nie integruje się z grupą i przebywa tylko ze sobą. Gdy Johann pewnego dnia zabiera Christiane na spacer, ona rozumie to jako zaproszenie do związku i rzuca Tommiego, z którym była w związku przez wiele lat. Jej zachowanie jest dla Johanna zupełnie niezrozumiałe, podobnie jak styl bycia oraz monotonny sposób mówienia. Mimo to wchodzi w ten związek, nawet się nie spodziewając, że razem stworzą dziwną potrójną konstelację. Wszystkie próby wyjaśnienia, rozmowy, dyskusji spalają jednak na panewce. Zarówno Christiane jak i Tommi nie są zdolni do jakiejkolwiek konwersacji na tematy międzyludzkie. Johann tkwi w tym dziwnym układzie, ale do czasu.
Na końcu autor serwuje dość zaskakujący zwrot akcji, wcześniej okraszając tę historię przemyśleniami głównego bohatera, który stawia się w roli wiecznej ofiary i człowieka płynącego z prądem. Nie widać tu energii, chęci działania, a bierność, uległość i poddawanie się losowi. Dokąd taka postawa prowadzi.... właśnie do owego zaskakującego końca.
Köhlmeier stworzył powieść o osobach bezbarwnych, bez ambicji, bez celu w życiu. Takich, które płyną z dnia na dzień, a ich decyzje są przypadkowe. Równocześnie pokazuje, że taka postawa może być groźna i może doprowadzić do nieobliczalnych działań. Ta krótka powieść jest taka jak jej bohaterowie – monotonna, bezbarwna, katatoniczna wręcz. Rozumiem oczywiście ten zabieg autora, ale z powodu niego, sama akcja mnie nie porwała. Czytanie o bezbarwnych ludziach, których głos nawet nie podlega modulacji jest swoistym wyzwaniem. To więc powieść z kategorii – doceniam, ale jednak nie dla mnie.
Moja ocena: 3/6
Michael Köhlmeier, Die Verdorbenen, 160 str., Hanser 2025.
