piątek, 18 października 2019

"Zniknięcie Josefa Mengele" Olivier Guez


Olivier Guez w swojej powieści rekonstruuje życie Josefa Mengele od końca wojny do jego śmierci. W tym celu przeprowadził szeroko zakrojone badania, by jak najdokładniej opisać dzieje lekarza i nazisty. Można by sądzić, że książka Gueza jest więc reportażem, jednak autor poszerzył swoją perspektywę, oddając myśli, odczucia i rozterki głównego bohatera. 

Mengele po wojnie udał się do Argentyny, gdzie rozpoczął swoją emigrację, kończąc ją po pobycie w Paragwaju, w Brazylii. Jego egzystencja w Ameryce Południowej była sztuką ukrywania się, zmylania, zmieniania miejsca pobytu, nazwiska, otoczenia. Mengele nie prowadził spokojnego życia - stale uzależniony był od innych, nie zawsze mu życzliwych ludzi. Szczególnie trudny był okres, gdy mieszkał na farmie z węgierską rodziną Stammerów. Ciągłe kłótnie, bijatyki, przepychanki obciążały psychicznie nazistę. Wbrew powszechnej opinii, Mengele nie prowadził luksusowego życia, lecz egzystencję uciekiniera. Uciekiniera, który przede wszystkim zajęty był wspominaniem przeszłości i swojej pracy badawczej. Nigdy już nie pracował jako lekarz, bardzo często musiał podejmować prace fizyczne. W swojej głowie ciągle jednak był wybitnym naukowcem, wierzącym w eugenikę i nazizm. Bardzo długo przechowywał walizkę z wynikami swoich badań z Auschwitz. Z wiekiem Mengele coraz bardziej rozczulał się nad sobą, wierzył w światową niesprawiedliwość, obawiał się upadku narodu niemieckiego. Do końca był przekonany o słuszności swoich racji, o tym, że tylko wykonywał rozkazy. Z przerażeniem śledził los Eichmanna i żył w lęku przed złapaniem. 

Guez świetnie oddał rozterki Mengele, jego surowa, reporterska relacja uwydatnia zwyrodniałe myślenie lekarza. Autor nie ucieka się do oceniania czy tanich chwytów - relacjonuje, czasem w telegraficznym niemal stylu przytacza kolejne fakty, wspomina o zbrodniach w Auschwitz, na tym tle pokazując życie Mengele. Życie nic nie warte, w ukryciu, w samotności. Z drugiej strony Guez przytacza próby złapania zbrodniarza - Mossadu, ale także Niemiec. Widać, jak wolno działała sądowa maszyneria, jak długo trwało, aż poczynania Mengele wyszły na jaw. Podnoszący się po wojnie kraj zajęty był odbudowywaniem społeczeństwa, wprowadzaniem demokracji, sprawa Mengele schodziła na drugi plan. Dopiero gdy zaczęły mówić jego ofiary, z większą werwą rozpoczęto poszukiwania nazisty - wciąż jednak spowolnione maszynerią biurokratycznych kontaktów dyplomatycznych i zawirowaniami w krajach Ameryki Południowej. Mengele nigdy nie został poddany osądzeniu, nigdy osobiście nie stanął przed żadnym trybunałem, mógł żyć aż do 1979 roku, choć jego życie nie przyniosło mu szczęścia.

Co ciekawe przez te wszystkie lata egzystencję Mengelego umożliwiała rodzina i przyjaciele, którzy sowicie wspierali go finansowo. Po wojnie nadal istniała spora grupa zwolenników nazizmu, początkowo wspierana przez argentyński rząd. To głównie dzięki tym ludziom, wielu zbrodniarzy nigdy nie zostało osądzonych.

Guez niewątpliwie wykonał ogromną pracę badawczą, ciekawie przedstawił światopogląd Mengelego, nie zachwycił mnie jednak stylem. Powieść jest monotonna, czasem nużąca. Jak wspomniałam reporterski styl uwydatnia grozę czynów Mengelego, a przede wszystkim fakt, że do śmierci nie zmienił poglądów, z drugiej strony może jednak zniechęcić do dalszej lektury. Ja książki wysłuchałam, więc interpretacja lektora ułatwiła mi odbiór tej książki.

Moja ocena: 4/6

Olivier Guez, Das Verschwinden des Josef Mengele, tł. Nicola Denis, czyt. Burghart Klaussner, 207 str., Audio Verlag 2018.

czwartek, 17 października 2019

"Zwariowany dzień. Trzydzieści zagwozdek" Walter Benjamin, Marta Monteiro



Coż to za urocza książka! Jej autor, Walter Benjamin znany jako filozof, krytyk, tłumacz był także pasjonatem książek dla dzieci. Jego kolekcja była bardzo pokaźna, ponadto przez wiele lat prowadził w radio audycje dla dzieci, w którym poruszał wiele ciekawych tematów. Tematem jednej z audycji była właśnie treść owej książki. Portugalskie wydawnictwo Bruaá na podstawie nagrania wydało tę książkę ze świetnymi ilustracjami Marty Monteiro. Polski czytelnik może ją czytać dzięki przekładowi Adama Lipszyca, badacza twórczości niemieckiego filozofa.



To krótkie opowiadanie ma na celu zachęcić dzieci do logicznego myślenia. Pozornie banalna historia ma drugie dno. Autor zawarł w niej aż 15 błędów i 15 zagadek. Niektóre z nich są proste, niektóre bardziej skomplikowane. Podczas lektury dziecko rysuje na kartce kreskę, gdy odnajdzie błąd i dwie kreski, gdy rozwiąże zagadkę.


Przyznam, że zarówno syn jak i ja nieźle się nagłowiliśmy, by wyłapać wszystkie nieścisłości. Są tu zagadki logiczne, matematyczne, językowe, jednym słowem zagwozdki nietuzinkowe i różnorodne. 

Sama historia rozpoczyna się absurdalnie: "Było ciemno, księżyc świecił, a tu jakieś auto leci..." i w takim surrealistycznym tonie utrzymana jest cała opowieść. Heinz wyrusza bowiem do swojego kolegi Antona, by pomógł mu rozwiązać pierwszą zagadkę. Anton jest nauczycielem, więc Heinz szuka go w szkole, gdzie podczas lekcji słyszy wiele innych zagadek. Po drodze spotyka głuchą gosposię, trafia do fryzjera na golenie, czeka na Antona w jego bibliotece, podczas gdy do domu przychodzi chłopak od krawca - wiele tu takich nostalgicznych scen, które przypominają, że ta opowieść ma blisko sto lat. 


Może się wydawać, że to książka na jedno czytanie - rozwiązania wszystkich zagadek znajdują się na końcu. My jednak wracaliśmy do treści, a myślę, że po pewnym czasie, gdy niektóre z rozwiązań umkną, można do lektury wrócić jeszcze raz.

Polecam dla rodziców i dla dzieci.

Walter Benjamin, Zwariowany dzień. Trzydzieści zagwozdek, tł. Adam Lipszyc, 40 str., Art Egmont 2018.

środa, 16 października 2019

"Topiel" Junot Díaz


Topiel to proza trudna, gęsta od tematów, emocji i niedopowiedzeń. Ta szczupła objętościowo książka niesie w sobie ogromny ładunek emocjonalny, mnogość tematów i wiele smutku.

Díaz w kilku opowiadaniach przedstawia życie Juniora. Nie jest to opis chronologiczny ani konsekwentny. Czasem autor naświetla poszczególne epizody, czasem ujawnia większy fragment jego życia. Chłopiec dorasta w Santo Domingo, wraz z bratem i matką. Surowy i nieprzystępny ojciec wyjeżdża do USA, by rozpocząć lepsze życie. Tam jednak z czasem zakłada nową rodzinę, borykając się z licznymi problemami. Emigracja Dominikańczyka do Stanów to karkołomna sprawa - lawirowanie między legalnością a kombinowaniem, szukanie pracy, wegetowanie w podejrzanych dzielnicach, padanie ofiarą oszustw, narkotyki, bijatyki, szemrane interesy. Doświadcza tego także Junior, gdy wreszcie ojciec sprowadza swoją rodzinę do Nowego Jorku.

Życie bez perspektyw nie znika wraz ze zmianą miejsca zamieszkania. Dominikańczycy opuszczając wyspę, nieszczególnie zmieniają życie - bieda, brak perspektyw i przemoc wędrują z nimi. Zmienia się za to kultura, język, społeczeństwo. Nie wszyscy potrafią się dostosować do nowych warunków. Autor symbolizuje to na płaszczyźnie językowej - tekst naszpikowany jest zwrotami hiszpańskimi, które zdają się lepiej wyrażać myśli. Język angielski nie ma szans na wyrażenie tego, co domowe, znane, oswojone.

Kraj marzeń okazuje się być takim samym więzieniem jak rodzinna wyspa. Marzenia Dominikańczyków są taką samą ułudą, jak głębokie przekonanie chłopca z twarzą okaleczoną przez świnię, że kiedyś wyjedzie do Ameryki na operację plastyczną. Cudowna operacja nigdy nie będzie miała miejsca, ani ta faktyczna, ani ta w sercach emigrantów.

Proza Diaza to kipiel brutalności, beznadziei, brudu, smutku. Narracja urywa się, kluczy, zwodzi, tak jak czyni to życie bohaterów. Díaz wymaga uwagi czytelnika, jego całkowitego poświęcenia się lekturze, zatopienia się w świat. Ciekawa, wymagająca książka.

Moja ocena: 4/6

Junot Díaz, Topiel, tł. Krzysztof Schreyer, 160 str., Wydawnictwo Znak 2009.

sobota, 12 października 2019

"Europejka" Manuela Gretkowska



Proza Gretkowskiej uwodziła mnie od zawsze i chociaż miałam sporo przerwę w czytaniu jej książek nadal podzielam jej światopogląd i percepcję. Europejka to pamiętnik, spisany w ciągu roku przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Pamiętnik niekoniecznie polityczny, raczej codziennik.

Gretkowska pisze o byciu matką, o pracy, o wydarzeniach w Polsce, o małych radościach i wielu smutkach. Dzieli się swoją codziennością szczerze, bez zadęcia, nie upiększa, nie wygładza. Bardzo lubię jej odwagę - autorka krytykuje to, co jej nie pasuje, nie stroni od nazwisk, konkretnych wydarzeń, z drugiej strony potrafi jednak znaleźć miejsce na pochwałę. Komentuje, ale komentuje szczerze, nie mając na celu przypodobania się czytelnikowi.

Dzięki dystansowi do siebie i swojego życia, jej opowieść jest bezpretensjonalna, szczera, dosadna. Gretkowska porusza się na bardzo szerokiej gamie tematów - od zachwytu dorastaniem córki, poprzez kupno domu czy samochodu po komentowanie aktualnych wydarzeń. Mimo że książka powstała piętnaście lat temu, to zadziwia mnie jak aktualne są niektóre z poruszanych kwestii. Oczywiście znajdzie się kilka afer, o których już nikt nie pamięta, ale wiele ze spostrzeżeń Gretkowskiej nie straciło na świeżości, zwłaszcza tych na temat mizoginizmu, tolerancji i roli kobiet.

Na płaszczyźnie językowej Gretkowska zaskakuje szeroką skalą stylów - są u niej zdania kunsztowne, metaforyczne, a także krótkie i dosadne. Jak na podobno skandalistkę (dziwi mnie ten tytuł niezmiennie) przystało, nie brak wulgaryzmów i bezpośredniości w kwestiach seksualnych. Zaskoczyły mnie za to liczne wzmianki o Bogu, kościele, modleniu się i cała ta religijna otoczka. Nie znałam autorki od tej strony i nie spodziewałam się aż takiej religijności. 

Cieszę się, że Gretkowska uchyliła drzwi swojego domu oraz umysłu i pokazała swoją codzienność - ta pozornie lekka lektura i chaotyczna skrywa bowiem wiele ciekawych spostrzeżeń.

Moja ocena: 4,5/6

Manuela Gretkowska, Europejka, 366 str., W.A.B. 2004.

środa, 9 października 2019

"Trzy bieguny" Julia Hamera, Leszek Cichy, Marek Kamiński


Od czasu do czasu lubię przeczytać reportaż o sportowcach ekstremalnych - tą książką obdarzyło mnie niespodziewanie wydawnictwo i przyznam, że ucieszył mnie ten prezent. Nie śledzę intensywnie poczynań alpinistów czy polarników, nazwisko Marka Kamińskiego było mi z różnych powodów bardziej znane niż Leszka Cichego, co jednak nie miało wpływu na lekturę. Okazało się bowiem, że moja wiedza była na tyle skromna, że z ciekawością przeczytałam tę książkę.
Hamera zasadza swój reportaż na spotkaniu słynnego polarnika ze słynnym himalaistą. Obu połączyła pasja - Cichy, kompletując koronę ziemi, zapragnął wejść na znajdujący się na Antarktydzie Mt. Vinson, Kamiński natomiast z chęcią dołączył do tej wyprawy, bo chociaż trawersował już ten kontynent, to na szczycie nigdy nie był. Współpraca z Kamińskim pozwoliła Cichemu zminimalizować koszty, które należałoby poświęcić na wynajęcie obowiązkowego przewodnika. Obaj mężczyźni zapewne nie spodziewali się, że połączy ich przyjaźń.

Zanim jednak doszło do tego spotkania, obaj przeszli długą drogę eksploracji świata. Cichy skoncentrował się na górach, Kamiński na najzimniejszych obszarach ziemi. Obaj niezwykle ciekawie opowiadają o swoim życiu, począwszy od odkrycia pasji, co nie zawsze było łatwe. Cichy przeszedł dość klasyczną ścieżkę - od zarażenia się taternictwem na studiach, poprzez kursy do pierwszych sukcesów w najwyższych górach. Bardzo odpowiada mi jego styl opowiadania - dominują w nim rozsądek, logika, argumentacja. Cichy daleki jest od uniesień, górnolotności, stawia na konkrety.
Kamiński wydaje się być zupełnie innym charakterem - długo poszukiwał swojej drogi, początkowo stawiając na żeglarstwo. Na pewno od najmłodszych lat miał silny pociąg do podróżowania, poznawania nowych zakątków. Obaj mężczyźni z pasją opisują swoje wyprawy, trudności, osiągnięcia i porażki. Same relacje z wypraw są fantastyczne.

Trzy bieguny nie jest jednak tylko relacją z podróży - najciekawszy wątek to spotkanie dwóch tytanów wypraw ekstremalnych i ich relacja ze zdobywania szczytu. Dwie twarde, silne osobowości niekoniecznie miały szansę na porozumienie i wyjście poza profesjonalną współpracę, a jednak udało się to im na tyle, że nawet połączyli własne ścieżki zawodowe. Sama wyprawa na Mt. Vinson nie stanowi więc centralnego punktu książki, mimo że jest motywem jej powstania, a sama relacja z niej oczywiście ciekawa.

Ostatnia część książki to spojrzenie obu podróżników w przyszłość. Bardziej racjonalne ze strony Cichego i refleksyjno-podniosłe Kamińskiego. Przyznam, że akurat te wynurzenia, zwłaszcza polarnika, najmniej mnie zaciekawiły. Z założenia stanowią podsumowanie książki, moim zdaniem nie musiały być aż tak długie.

Moja ocena: 4,5/6

Julia Hamera, Leszek Cichy, Marek Kamiński, Trzy bieguny, 380 str., Społeczny Instytus Wydawniczy Znak 2019.

sobota, 5 października 2019

"Weiße Fracht" Gil Ribeiro


Trzeci tom portugalskiej serii Gila Ribeiro okazał się być równie ciekawy jak poprzednie. Leander Lost odnalazł w Fusecie swoje miejsce na ziemi. Po raz pierwszy czuje się doceniony i akceptowany. Jego portugalscy koledzy Graciana i Carlos biorą poprawkę na jego spowodowane zespołem Aspergera zachowania, akceptują go takim, jaki jest i całkowicie zintegrowali Niemca w ich życie zawodowe i rodzinne. Po ciężkich latach na komendzie w Hamburgu, dla Losta to cudowna odmiana. Dlatego Niemiec postanawia złożyć podanie o możliwość przedłużenia pobytu w Portugalii. Odpowiedź pozytywna jest jednak bardzo wątpliwa, więc zaczyna myśleć o powrocie do ojczyzny. Tak jak Soraia, siostra Graciany, z którą łączy go na razie głęboka nić porozumienia. 

Lost nie ma jednak zbyt wiele czasu na rozmyślania, ponieważ zamordowany zostaje niemiecki stolarz, który wiele lat wcześniej porzucił ojczyznę, by wybrać proste życie blisko natury w Portugalii. Co gorsza okazuje się, że jest on bratem zastępcy szefa hamburskiej policji i wszystko wskazuje, że to morderstwo może być dalszym ciągiem serii rytualnych mordów z Sewilli.

W związku z tym, do Hiszpanii z największą chęcią udaje się Miguel Duarte - podkomisarz hiszpańskiego pochodzenia, którym lubi się chełpić, a do Faro przylatuje dwóch dość odpychających kolegów Losta z Hamburga. W tym śledztwie jednak nic nie będzie takie, jak się na początku wydawało. Jedno jest pewne, będzie chodziło o grube pieniądze i ogromne ilości kokainy.

Kryminałom Ribeiro można zarzucić wiele - że koloryzują portugalską rzeczywistość, że autor patrzy na Fusetę przez różowe okulary, a Niemców (i Miguela Duarte) przedstawia bardzo stereotypowo, że jego rozwiązania dotyczące Portugalczyków są przewidywalne, ale te książki są po prostu urocze. Urocze i ciepłe. Oraz pełne Algarve. Ribeiro szpikuje kryminały mnóstwem szczegółów i szczególików na temat portugalskiego dolce vita (wybaczcie, ale ten włoski zwrot najlepiej tu pasuje), często z przymrużeniem oka, a jeszcze częściej z wyraźnym uwielbieniem. Dla mnie żadna z informacji krajoznawczych czy społecznych nie była nowa, mimo to z przyjemnością śledziłam i konfrontowałam spostrzeżenia autora. 

Kolejną mocną stroną tej serii są charaktery - zarówno Carlos, Graciana jak i Lost są świetnie zarysowani. To nie są papierowe postaci, ani depresyjni policjanci, którzy mogą spoglądać na przegrane życie osobiste, lecz ludzie z krwi i kości. Oni też przeżywają załamania, mają problemy, ale darzą się przyjaźnią i cieszą życiem. Najciekawszy oczywiście jest Lost - prawdziwe wyzwanie. Jego fotograficzna pamięć, niezdolność rozumienia ironii i dziwne przyzwyczajenia oraz wyrafinowany sposob wypowiadania się zapadają w pamięć. Ribeiro dba o to, by dokładnie przedstawić sposób myślenia Niemca, jego problemy z rozszyfrowywaniem emocji, rozpoznawaniem sarkazmu, kontrolowaniem własnych zachowań.
Sama zagadka kryminalna łączy w sobie kilka spraw i może nie zaskakuje całkowicie rozwiązaniem, ale autorowi udało się utrzymać napięcie niemal do końca oraz ciekawie połączyć hiszpańskie i portugalskie wątki.

Bardzo jestem ciekawa, czy Ribeiro zaplanował kolejny tom. Zakończenie tego mogłoby być dobrym podsumowaniem całej serii, ale myślę, że wielu wielbicieli ucieszyłoby się z kontynuacji.

Moja ocena: 5/6

Gil Ribeiro, Weisse Fracht, 400 str., czyt. Andreas Pietschmann, Argon Verlag 2019.

czwartek, 3 października 2019

"Ja, Tituba, czarownica z Salem" Maryse Condé


Większości z nas Salem zapewnie kojarzy się z siedemnastowiecznymi procesami czarownic. Mnie oczywiście też, choć tematu nigdy nie zagłębiałam. Condé usnuła swoją opowieść na podstawie zeznania czarnoskórej służącej, która przyznała się do winy. Historia Tituby rozpoczyna się na statku, który transportuje niewolników z Afryki na Karaiby. Tam właśnie jeden z marynarzy gwałci Abenę, jej matkę. Kobieta kilka lat później zostaje powieszona, ponieważ broniła się przed kolejnym gwałtem. Tituba wychowana zostaje przez kobietę-znachorkę, która przekazuje jej swoją wiedzę o roślinach, leczeniu i kontaktowaniu się ze światem zmarłych.

Tituba ulega miłości i namiętności, które zawsze komplikują jej życie. To właśnie te uczucia zaprowadzą ją do Bostonu a potem do małej wioski w okolicy miasteczka Salem. Jako służąca niezwykle purytańskiego pastora dowiaduje się o obsesji białego człowieka. Tą obsesją jest szatan, którego działanie objawia się wszędzie. Surowe wychowanie, ograniczenia, życie w gorsecie dziwnych zasad doprowadzają grupę dziewczyn do ataków opętania. Kozłem ofiarnym staje się Tituba oraz dwie wioskowe dziwaczki. 

Autorka przytacza zachowane w aktach wypowiedzi rzekomej czarownicy, na której oparta jest postać Tituby i to jedyne potwierdzone historycznie wiadomości. Emocje, poglądy, myśli Tituby to fantazja autorki, która jednak brzmi bardzo autentycznie. Najciekawszym fragmentem książki jest pobyt Tituby w więzeniu, gdzie spotyka Hester. Tak tę Hester, ze Szkarłatnej litery. Co ciekawe autorka zmieniła jej losy i uczyniła z niej feministkę. Bardzo ciekawy zabieg, nadający powieści kolejny wymiar. Książkę Condé można bowiem odczytywać jako powieść o niewolnictwie, o kobietach-znachorkach, powszechnie zwanych czarownicami i ich roli w społeczeństwie, jako powieść o masowej histerii, źle pojętym chrześcijaństwie i zapewne można by odnaleźć tu jeszcze kilka innych aspektów.

Ta niepozorna książka, której pierwsze strony nie porywają ani nie przepowiadają zaskakującej treści, okazuje się być wielowymiarową powieścią, przemyślaną i dojrzałą. Narracja Condé gęstnieje, rośnie z każdą stroną, zaskakując sarkazmem i humorem. Dobra rzecz.

Moja ocena: 5/6

Maryse Condé, Ja, Tituba, czarownica z Salem, tł. Krystyna Arustowicz, 281 str., W.A.B. 2007.

środa, 2 października 2019

"Mity greckie dla dzieci w obrazkach" Nikola Kucharska


Syn przerabia właśnie w szkole starożytną Grecję, więc ta książka wróciła u nas na tapetę. Nikola Kucharska przedstawia w niej sześć najbardziej znanych mitów oraz opowieść o stworzeniu świata oraz o najważniejszych bogach, zamieszkujących Olimp. Wśród mitów znalazły się Dedal i Ikar, Demeter i Kora, Syzyf, Herakles, Prometeusz oraz Pandora i jej puszka.


Tych osiem krótkich tekstów to zaledwie preludium do książki. Można je czytać najpierw, można ich wcale nie czytać, a można zajrzeć na te strony na końcu lektury. Prawdziwe przedstawienia mitów znajdują się bowiem dopiero na kolejnych stronicach. Każde dwie strony to poniekąd komiksowe przedstawienie jednego z mitów. Piszę poniekąd - bo nie ma tu ramek, historia rozłożona jest na całe strony. W orientacji pomagają kolejne cyfry, ale dla wnikliwego i ciekawego czytelnika autorka dorzuciła dużo informacji pobocznych - czasem dowcipnych, czasem uzupełniających. Takie przedstawienie mitów zachęca nie tylko do czytania, ale też do odkrywania szczegółów i ciekawostek.



Mój syn po lekturze potrafił przytoczyć naprawdę dużo informacji, streścić mity, orientuje się kto jest kim i z czym się wiążą popularne powiedzenia takie jak syzyfowa praca czy puszka Pandory.

Mity greckie Kucharskiej można już przeglądać z dość małymi dziećmi - strony są grube, kartonowe, obrazki wyraziste. Tekstu w dymkach jest na tyle mało, że poradzi sobie z nim początkujący czytelnik. 

Nikola Kucharska, Mity greckie dla dzieci w obrazkach, 16 str., Nasza Księgarnia 2017.

wtorek, 1 października 2019

Stosikowe losowanie 10/19 - pary

McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 26 książek) - 17
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 551
ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 87 książek) - 66
Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 250 książek) - 222
Anna wybiera numer książki Agnes (w stosie 10 książek) - 3
Agnes wybiera numer książki McDulki (w stosie 120 książek) - 87

piątek, 27 września 2019

"Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata" Gaston Dorren


Od dawna szukałam takiej książki. Uwielbiam czytać o językach, analizować różnice, porównywać je  i wreszcie się ich uczyć. Autor opisał dwadzieścia największych języków świata, z których płynnie znam trzy, uczyłam się kolejnych dwóch, a delikatnie liznęłam jeszcze jeden. Co więcej wśród tej dwudziestki jest język, którego zamierzam się uczyć. Przy takich założeniach musiała to być świetna lektura. 

Dorren swoją książką trochę oszukuje. Każdy rozdział rozpoczyna się tak samo - metryczką języka, zawierającą informacje o użytkownikach, nazwie, gramatyce, fonetyce, ciekawostkach. Pierwszym opisywanym językiem jest wietnamski, którego autor się uczy(ł). Mnóstwo tu więc informacji o fonetyce, gramatyce, trudnościach, na jakie trafia uczeń, zwłaszcza ten wychodzący z zupełnie innego kontekstu językowego. Uwielbiam takie teksty, więc cieszyłam się na podobne podejście w kolejnych rozdziałach, a tu klapa! Dorren napisał bowiem o każdym języku z innego punktu widzenia. 

Jeśli jest to tamilski, to na tapetę wziął konflikt na Sri Lance w dużej części bazujący na kwestii językowej. Niemiecki ma opinię bycia niezwykle trudnym - autor rozprawia się więc z tą kwestią. Przeważająca większość użytkowników języka portugalskiego mieszka poza Portugalią, więc autor skoncentrował się na kolonializmie i porównaniu portugalskiego i niderlandzkiego. Oba z nich jako języki kolonizatorów miały szansę na tak ogromne rozprzestrzenienie się w świecie, ale udało się to tylko portugalskiemu. Na przykładzie jawajskiego dowiadujemy się jak wielką rolę w języku mogą odgrywać formy grzecznościowe. Języki takie jak japoński, hindi czy urdu to przyczynek to skoncentrowania się na różnych rodzajach pisma. Każdy rozdział to inna dawka informacji, nie tylko stricte językowych, ale także historycznych, socjologicznych czy politycznych. Takie podejście czyni książkę niezwykle różnorodną.

W tej książce nie ma chyba ani jednego lingwistycznego aspektu, który nie zostałby przez autora poruszony: od gramatyki, przez fonetykę na słowotwórstwie kończąc. Co ciekawe, żaden z rozdziałów nie jest ani nudny, ani naszpikowany lingwistyczną terminologią. Zapewne osoby z filologicznym tłem trochę inaczej odbiorą niektóre z opisywanych aspektów, ale także laik swobodnie przeczyta tę książkę. Dorren jest bowiem dowcipny, ma spory dystans do siebie i swojego języka ojczystego, którym jest niderlandzki. Co więcej, dla osób znających tych język, wiele z jego rozważań będzie jeszcze ciekawszych, ponieważ autor często bazuje lub odnosi się właśnie do niego.

Szczególnie chciałam jednak wspomnieć Annę Sak, która mistrzowsko przetłumaczyła tę książkę - nie myślę tu o zwrotach fachowych, ale o lekkości, kolokwializmach, wyczuciu stylu. Wielkie brawa dla niej. Podobnie jak dla Wydawnictwa Karakter za staranne wydanie i za polskiego kota (kreskowego) z tyłu okładki.

Babel to książka do wielokrotnego czytania, wracania do niektórych rozdziałów i zachęcająca do dalszych poszukiwań - między innymi dzięki bibliografii. Dociekliwi znajdą na stronie internetowej autora pliki z nagraniami, ilustrującymi na przykład różne tony w języku wietnamskim. Przyznam, że wysłuchałam, wielu różnic jednak nie słyszę.

Mam nadzieję, że Gaston Dorren zdecyduje się na opisanie kolejnych dwudziestu języków - jestem pewna, że nie tylko ja z chęcią bym taką książkę przeczytała.

Moja ocena: 6/6

Gaston Dorren, Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata, tł. Anna Sak, 429 str., Wydawnictwo Karakter 2019.

czwartek, 26 września 2019

"Moja najdroższa" Gabriel Tallent



Debiut Gabriela Tallenta całkowicie mnie zaskoczył, nie spodziewałam się bowiem wiele po kolejnym amerykańskim bestsellerze. Co więcej po nieudanym spotkaniu z tak chwalonym Małym życiem, byłam jeszcze bardziej sceptyczna. Tymczasem powieść Tallenta to bardzo mocna rzecz i kawałek dobrej literatury.

Przewrotnie zacznę od stylu powieści - suchego, zdystansowanego, brzmiącego jak relacja niezaangażowanego reportera. Czytająca tę książkę Anna Thalbach, świetnie oddała te cechy stylu. Liczne powtórzenia w dialogach, sposób mówienia ojca - to wszystko pozornie beznamiętne, głęboko porusza czytelnika.

Wyżej wspomniany ojciec to Martin Alveston, który samotnie wychowuje czternastoletnią Julie, zwaną Turtle lub Kruszynka. Mieszkają oni na uboczu, w lesie, oddaleni od innych ludzi i można by sądzić od cywilizacji. Pozory jednak mylą, ich dom mieści się w Kalifornii, niedaleko głównej szosy, oceanu, kilkanaście kilometrów od miasteczka. Zarówno ojciec jak i córka mają liczne kontakty ze światem zewnętrznym - Julie poprzez szkołę, ojciec przez zakupy, kumpli od pokera i bliżej niewyjaśnione wyprawy. Mimo to Martinowi udaje się stworzyć swój własny mikrokosmos, do którego nikt nie ma dostępu, a może do którego nikt nie chce mieć dostępu. Krzycząca niemo o pomoc córka nie znajdzie pomocy ani u nauczycieli, ani u przypadkowo poznanych ludzi. 
Martin wychowuje córkę opresyjnie, władczo, zaborczo. Turtle jest jego najdroższą kruszynką, jego całym światem - powtarza jej to nagminnie, skutecznie piorąc mózg dziewczyny. Julie staje się dziwolągiem - w nieforemnych ubraniach, brzydkiej fryzurze, w brudnym, zaniedbanym domu. Na śniadanie je surowe jajka, w szkole sobie nie radzi, śpi na rozłożonej na podłodze macie, większość wolnego czasu spędza, czyszcząc broń lub biorąc udział w zaaranżowanych przez ojca ćwiczeniach z obronności. Martin poddaje ją próbom - na zręczność, na wierność, zwinność, posłuszeństwo. Nie znosi sprzeciwu, nie znosi kontaktów z innymi, nie wierzy w społeczeństwo. Swoją miłość do córki wyraża na wiele chorych sposobów, także tych fizycznych. 

Turtle zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, brzydzi się sobą po nocach, w których zostaje wykorzystana, nie ma jednak siły na przerwanie błędnego koła. Skąd zresztą ma ją mieć. Uwikłana w stworzony przez ojca świay, nie zna innego życia. Gdy przez przypadkowo poznanego Jacoba zaczyna dostrzegać coś innego niż zrujnowany dom w głuszy, jeszcze bardziej bije się z myślami i jeszcze bardziej nienawidzi siebie za to, że nie potrafi wyrwać się od ojca. Dopiero Cayenne - dziewczynka, którą do domu przyprowadza ojciec, prowokuje Julie to działania. Pobudką nie będzie jednak chęć samoobrony, lecz ochrona dziewczynki, w której dostrzega małą siebie. 

Tallent nie epatuje brutalnością, traumatyczne sceny wplata mimochodem, przypadkowo niemal, zwiększając jeszcze ich siłę rażenia. Nie czułam się manipulowana przez autora, jak to się często zdarza w przypadku bestsellerów, raczej dotknięta, poruszona, zasmucona.

Powieść Tallenta to nie tylko opowieść o psychopatycznym ojcu, o źle zrozumianej miłości, lecz także krytyka społeczeństwa amerykańskiego, w pewien sposób przypominająca tę z Uwolnionej Tary Westover. Julie pozostawiona jest sama sobie, nikt nie widzi lub nie chce widzieć, a gdy sama uwalnia się z opresji, dostaje w prezencie traumę na całe życie.

Moja ocena: 5/6

Gabriel Tallent, Mein Ein und Alles, tł. Stephan Kleiner, czyt. Anna Thalbach, 480 str., Penguin 2018

środa, 25 września 2019

Stosikowe losowanie 10/19


Zapraszam do zgłaszania się do rundy wrześniowej! Pary rozlosuję 1 października, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

"Raki pustelniki" Anne B. Ragde



Drugi tom sagi o rodzinie Neshov Anne B. Ragde podobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszy. Byłam zresztą niezwykle ciekawa, co Norweżka zrobi ze swoimi bohaterami i jak poprowadzi akcję. No więc zrobiła sporo, a akcja nabrała tempa.

Spodziewałam się, że ten tom rozpocznie się wydarzeniami oddalonymi w czasie od tych z poprzedniego, tymczasem autorka płynnie poprowadziła narrację niemal w tym samym miejscu, gdzie ją przerwała.
Torunn wróciła do Oslo, utrzymuje jednak intensywny kontakt z ojcem, a poza tym zakochuje się i pociesza matkę, którą porzucił mąż.
Margido zaczyna stopniowo wprowadzać zmiany w swoim życiu - decyduje się na remont i zainstalowanie wymarzonej sauny. W chwili słabości przyjmuje zaproszenie na Sylwestra od zainteresowanej nim od dawna wdowy. Kobieta tak perfekcyjnie przygotowała wieczór, że wydarzenia wymykają się Margidowi spod kontroli.
Tymczasem Erlend porywa się na największe szaleństwo - planowanie wspólnego ojcostwa z Krumme. 
Tor najgorzej sobie radzi ze zmianami po śmierci matki. Mentalnie ciężko mu przeskoczyć zmiany rodzinne, to, że tyle osób miesza się do jego życia. Nie domyśla się nawet, że może być jeszcze gorzej. Po wypadku z siekierą staje się bowiem także fizycznie zależny od innych, a zwłaszcza od córki.

Bardzo odpowiada mi narracja Ragde, podobają mi się charaktery, ich różnorodność, powiązania.
Śmierć matki wpłynęła na życie każdego z synów w inny sposób. Najbardziej dramatycznie na pewno na życie Tora, który był od niej całkowicie zależny. Mężczyzna zupełnie gubi się w świecie, który nagle zaludnia się mnóstwem ludzi, w którym nic nie jest takie, jakie było.
Bardzo podoba mi się, jak autorka łączy opisy codzienności z psychologiczną analizą postaci. Mniej za to jej język. Niektóre rozwiązania tłumaczki wydały mi się być karkołomne, ale przeczytawszy opinie osób, które znają inne tłumaczenia, skłaniam się do opinii, że to jednak język autorki jest nierówny. Nie krytykuję dosadności i naturalizmu - to akurat w literaturze cenię, bardziej przeszkadzały mi przeskoki między takim sposobem wypowiedzi a zdaniami bardziej górnolotnymi.

Po krótkiej przerwie sięgnę na pewno po kolejne tomy, bo bardzo jestem ciekawa w jaki sposób Ragde poprowadziła dalsze losy braci Neshov.

Moja ocena: 5/6

Anne B. Ragde, Raki pustelniki, tł. Ewa M. Bilińska, 290 str., Smak Słowa 2011.

wtorek, 24 września 2019

"Tagebuch aus Bagdad. Alltag zwischen Angst und Hoffnung" Åsne Seierstad



Norweska dziennikarka spędziła w Bagdadzie kilka miesięcy w 2003 roku, a konkretnie przed i w trakcie inwazji USA na ten kraj. Jej opowieści są krótkie, to migawki ze świata, którego już nie ma. Seierstad świetnie uchwyciła atmosferę, napięcie, jakie panowało w Iraku tuż przed wojną.

Ten dziennik ukazuje jak trudna była praca dziennikarska pod reżimem Saddama Husseina. Zastraszona ludność obawiała się wyrazić swoje zdanie, dziennikarka nie miała wiele swobód, informacje wychwytywała między wierszami, opisywała głównie nastroje. Gdy groźba wojny staje się rzeczywistością, ludność zaczyna się przygotowywać - zbierać wodę, produkty żywnościowe, kopać studnie. Mieszkańcami Bagdadu targają sprzeczne emocje - lęk przed nieznanym, nadzieja na uwolnienie od dyktatury, niepewność jutra. Te wszystkie odczucia aż pulsują w reportażach Norweżki.

Nie są to jednak długie, rozbudowane teksty. Seierstad nie ukazuje głębokiego politycznego tła, nie okrasza swoich tekstów analizą historyczną, a raczej koncentruje się na tym, co jest tu i teraz. I to formuła nieco nuży. Mnie ucieszyłoby więcej wyżej wspomnianego tła, ponieważ w tej formie te teksty z trudnością opierają się próbie czasu. Świat Bagdadu z 2003 roku przeminął, co czyni teksty Seierstad raczej dokumentem historycznym, a nie pasjonującym reportażem.

Moja ocena: 4/6

Åsne Seierstad, Tagebuch aus Bagdad. Alltag zwischen Angst und Hoffnung, tł. Holger Wolandt, 221 str., List 2004.

piątek, 20 września 2019

"Opowiem ci o zbrodni 2. Historie prawdziwe" Igor Brejdygant, Wojciech Chmielarz, Max Czornyj, Marta Guzowska, Małgorzata i Michał Kuźmińscy, Joanna Opiat-Bojarska, Katarzyna Puzyńska


Niestety zupełnie ominęła mnie pierwsza część tego zbioru - a przecież uwielbiam opowieści usnute na bazie faktów. Ta książka powstała we współpracy z Michałem Fajbusiewiczem, autorem programu Crime+Investigation i jest w pewnym stopniu okrojoną wersją serii Na F/Aktach wydawnictwa Od Deski Do Deski. Okrojoną, bo zamieszczone tu teksty nie są tak pełnowymiarowe i rozbudowane.
Siedmiu autorów kryminałów wybrało jedną ze zbrodni, które swego czasu były znane w całej Polsce i stworzyło na jej podstawie tekst. Każdy autor inaczej potraktował swoją sprawę. Dotychczas nie czytałam kryminałów żadnego z autorów, więc lektura była dla mnie tym bardziej ciekawa i zawierała w sobie jeszcze jeden aspekt - pewnego rodzaju sondy, po czyje książki w przyszłości sięgnę. Może nie włączając tu Wojciecha Chmielarza, bo jego kryminał od jakiegoś czasu mam już na kindle i na pewno go przeczytam.

Ten zbiór czyta się dobrze z wielu powodów - oczywiście najważniejszym z nich jest treść, ale niemniej istotne jest podejście autorów. Każdy z nich ujął bowiem swój temat z zupełnie innej perspektywy, próbując wejść w mózg mordercy, zrozumieć jego motywy i sposób myślenia. Czasem autor będzie niewidzialny, a czasem komentuje swój tekst, tak jak robi to Igor Brejdygant. Jak to ze zbiorami bywa, niektóre opowieści trafiły do mnie bardziej. Najmniej odpowiada mi styl Marty Guzowskiej, która wzięła na warsztat historię dwóch nastolatek. Wiktoria pomogła Agacie popełnić samobójstwo, a może ją wyręczyła? Autorka spisała ich historię w postaci gry komputerowej. Agata i Wiktoria są graczami w fatalnej grze, w której gra się o życie i przetrwanie. Tak jak Super Mario, pokonują kolejne poziomy, niestety ich gra kończy się śmiercią. Posunięcie autorki nie jest złe - problem przenoszenia przez wciąż niedojrzałe nastolatki rzeczywistości wirtualnej do realu jest oczywisty i nie podlega dyskusji. Mnie po prostu nie odpowiada dość telegraficzny styl Guzowskiej.

Wielkim zaskoczeniem jest za to tekst Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, opisujących morderstwo podczas satanistycznego rytuału. Autorzy pogłębiają swój tekst o tło społeczne, kulturowe, szpikują go mnóstwem szczegółów z ówczesnej Polski, doszukując się fascynacji szatanem w szybkich przemianach społeczno-politycznych. To dojrzały tekst, poruszający mnóstwo aspektów.

Pozostałe sprawy są równie ciekawe, choć to pewnie złe słowo - każda z nich to przecież potworne morderstwo. Chmielarz wybrał przypadek uwodziciela-mordercy, który swoją ofiarę poznał przez Internet i w ekspresowym tempie uwiódł i zmanipulował. Czornyj skupił się na niezwykle trudnym temacie - człowieka, który mordował na tle seksualnym, psychopaty, na którego życiu zaważyły traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Opowieść Opiat-Bojarskiej skupia się na zabójstwie z zazdrości. Mężczyzna zabija koleżankę swojej dziewczyny, która planowała spędzić z nią wspólnie sylwestra, a według zabójcy miała zbyt duży wpływ na ukochaną. Bezsensowna, brutalna zbrodnia. Bardzo byłam ciekawa tekstu słynnej Puzyńskiej, z którą dotychczas nie miałam przyjemności się spotkać. Jej opowieść jest chyba najkrótsza, co nie ma wpływu na jakość. Autorka przypomina sprawę mężczyzny, który zamordował cztery osoby, wyładowując swoją frustrację. Każda z ofiar miała negatywny wpływ na jego życie. To dobry, dosadny tekst.
Na koniec słowo o pierwszym opowiadaniu Igora Brejdyganta - pisze on o młodym mężczyźnie, który zaginął na morzu. Do dziś nie wiadomo, czy jego zniknięcie jest samobójstwem czy morderstwem. Zagadkowa sprawa, ciekawe ujęcie autora - niestety stylistycznie nie trafił w mój gust.

Nie znam programu Fajbusiewicza i zapewne nigdy go nie poznam, ale takich historii mogłabym przeczytać jeszcze wiele. Mam nadzieję, że powstanie kolejny tom, ja na szczęście mam jeszcze przed sobą pierwszy.

Moja ocena: 5/6

Igor Brejdygant, Wojciech Chmielarz, Max Czornyj, Marta Guzowska, Małgorzata i Michał Kuźmińscy, Joanna Opiat-Bojarska, Katarzyna Puzyńska, Opowiem Ci o zbrodni. Historie prawdziwe, 328 str., Kompania Mediowa 2019.

poniedziałek, 9 września 2019

"Harry Potter i Książę Półkrwi" Joanne K. Rowling


Powtórna lektura tego tomu okazała się być równie satysfakcjonująca jak pierwsza - okazało się bowiem, że z treści nie pamiętałam wiele, żeby nie powiedzieć prawie nic. Co więcej - z wypiekami na twarzy przewracałam kolejne kartki, a ostatnie sto stron czytałam do nocy. Czułam się dosłownie jak dziecko, gdy często zdarzało mi się ukradkiem czytać do późna. 

Harry Potter to już niemal dorosły (w świecie czarodziejów 17 lat jest granicą dojrzałości) człowiek, który w tym tomie staje się partnerem Dumbledore'a. Voldemort jest realnym zagrożeniem, śmierciożercy dbają o kolejne ofiary śmiertelne. Dzięki przepowiedni, Harry wie, że ostateczny sukces Voldemorta zależy od niego. Dumbledore, oferując chłopcu prywatne lekcje, tłumaczy mu zawiłości przepowiedni, a zabierając na wyprawy do myśloodsiewni, zapoznaje z życiem Voldemorta. Tutaj wyznaje on zasadę, głoszącą, że poznanie wroga jest najlepszą drogą do sukcesu.

Harry zajęty jest bardzo rozmyślaniem nad tym, czego dowiaduje się u Voldemorta, ale nie traci z oczu swojego odwiecznego wroga - Malfoya, który knuje coś niedobrego, jak i Snape'a, który wydaje się podopiecznemu pomagać. Szósta klasa to także rok pierwszych poważnych zakochań - co wywołuje napięcia wśród trójki przyjaciół. Ten tom porusza treści bardzo dojrzałe, zresztą Rowling dopasowuje akcję i problematykę do wieku Harry'ego. Zarazem jest to lektura dla dzieci dojrzalszych, starszych. Przyznam, że bardzo dziwią mnie rodzice, którzy pozwalają przedszkolakom na zapoznanie się z filmami. Zdaję sobie sprawę, że filmy są dużo prostsze, a przesłanie spłycone, ale przecież psują im całą zabawę świadomego odkrywania świata Hogwartu.

Koniec mojej lektury zbiegł się z wiadomością o śmierci tłumacza Andrzeja Polkowskiego. Zamiast więc powielać analizy innych, napiszę tylko, że od pierwszego tomu przeczytanego wiele lat temu jestem wielką fanką Polkowskiego. Uwielbiam jego inwencję, pieczołowitość w tłumaczeniu nazw własnych i fantazyjnych pomysłów Rowling. Pod koniec lektury zawsze cieszę się na dodatek od tłumacza, w którym wyjaśnia swoje translatorskie decyzje. Dla mnie to mistrzostwo słowa. Bardzo żałuję, że Andrzej Polkowski już odszedł.

Wracając do samej książki - cieszę się już bardzo na kolejny tom, ale zaczekam, aż mój syn dojrzeje do przeczytania tego. Potem zobaczymy razem z nim i córką film i dopiero przejdziemy do ostatniego tomu.

Moja ocena: 6/6

J.K. Rowling, Harry Potter i Książę Półkrwi, tł. Andrzej Polkowski, 700 str., Wydawnictwo Media Rodzina 2006.

"Nanga Dream. Opowieść o Tomku Mackiewiczu" Mariusz Sepioło



Książka Sepioły wbrew pozorom nie jest książką o górach, jest głównie opowieścią o Tomku Mackiewiczu. Jego życie z górami połączyło się stosunkowo późno, więc przeważająca część książki poświęcona jest jego wcześniejszym losom. Autor opisuje szczęśliwe dzieciństwo w Działoszynie, przeprowadzkę do Częstochowy, uzależnienie od narkotyków, pobyt w Monarze, a przede wszystkim przyjaźnie. To właśnie one zaważyły na życiu i decyzjach Mackiewicza. 

Pobyt w ośrodku na Mazurach całkowicie zmienia życie Tomka, który przewartościowuje swoje życie, poznaje brata swojej żony, później zakochuje się w Joannie, wyjeżdża do Irlandii. Nie oznacza to jednak, że mężczyzna zaznaje spokoju. Tomek ciągle poszukuje, duże miasto go gnębi, natura uspokaja. Tomek potrzebuje w życiu celu, pasji, czegoś, co wypełni jego marzenia. Tym staje się Nanga. Siedem razy podchodzi do zdobycia tego szczytu zimą. Mackiewicz żyje Nangą, czuje Nangę, ma z nią wyjątkową relację. Jego ostatnia wyprawa kończy się spektakularną akcją ratunkową ekpiy himalaistów, którzy atakowali K2. Mężczyźni ratują partnerkę Tomka - Élisabeth Revol, on zostaje na Nandze na zawsze.

Biografię Mackiewicza czyta się dobrze, głównie dlatego, że Sepiole udało się dotrzeć do wielu osób z otoczenia Tomka. Wypowiedzi ojca, przyjaciół i pierwszej żony świetnie oddają postać Mackiewicza. Człowieka ciepłego, nieco szalonego, mającego świetny kontakt z dziećmi, ale też samotnika, wielbiciela natury i przestrzeni, pasjonata gór. Mackiewicz był niepokorny, szedł wpław, odstawał od mainstreamu. Zabrakło jednak rozmowy z drugą żoną Tomka - nie wiem, jaka jest tego przyczyna, być może zwyczajnie nie chciała się wypowiedzieć. Czytałam, że współpracowała przy pisaniu innej biografii Mackiewicza. Przeczytawszy Nangę Dream, chciałabym sięgnąć po to drugie wydawnictwo, choć wcześniej tej lektury nie planowałam. Wydaje mi się jednak, że dzięki Sepiole dość dobrze poznałam postać Tomka i ciekawa jestem, co do dodania ma Szczepański. 

Wbrew tytułowi Nanga Dream jest raczej książką o człowieku i jego życiu, a nie stricte o himalaiście. Zwłaszcza, że Tomek do środowiska himalaistów nie należał i nie był w nim akceptowany, jako człowiek, który do wspinaczki doszedł z boku, nie przechodząc typowy szkoleń i testów w Tatrach czy Alpach. To zresztą dość ciekawy wątek - Mackiewicz przed Nangą zaliczył tylko dwie wysokie góry (Logan i Chan Tengri), mimo to wierzył w swój sukces i możliwości. Nie mnie jednak oceniać jego decyzje i pasje - bliższa jestem raczej podziwianiu determinacji i dążenia do celu.

Moja ocena: 4/6

Mariusz Sepioło, Nanga Dream. Opowieść o Tomku Mackiewiczu, 328 str., Wydawnictwo Znak, Kraków 2018.

czwartek, 5 września 2019

"W głowie tłumaczy" Tomasz Pindel



Znacie te memy, w których zobrazowano, co poszczególne osoby myślą o danej profesji. Tłumaczenia literackie to chyba jedno z zajęć, które wywołuje całkiem rozbieżne skojarzenia: od wypowiedzi, że to łatwizna i w czasach google translate zbędny zawód po zupełną konsternację. Przyczyną tego jest zapewne to, że tłumacz to nadal człowiek w niszy, który gdzieś tam wykonuje bliżej nieokreśloną pracę. 

Tomasz Pindel, sam tłumacz literatury hiszpańskojęzycznej, bardzo pomysłowo skonstruował swój komiks. Narrator rozmawia z Pauliną, tłumaczką, której zadaniem jest opowiedzenie o swojej pracy. Paulina zaczyna więc od początku - prawdziwego początku, czyli od jaskiniowców, prowadząc nas przez wieki i ukazując kłopoty w porozumiewaniu się oraz ważność profesji tłumacza. Nie zabraknie tu Cyryla i Metodego, wieży Babel, tłumaczeń Biblii i roli porozumienia między społecznościami.

W kolejnym, powiedzmy, rozdziale komiksu krótko nakreślona została ścieżka zawodowa współczesnego tłumacza, który może się realizować na wielu polach - od tłumaczeń literackich, przez specjalistyczne po konsekutywne. Bolączką jest zawsze wynagrodzenie, szczególnie niskie w przypadku tłumaczeń literackich.

By przybliżyć czytelnikowi właściwą pracę tłumacza literackiego, autor zabiera nas do wnętrza mózgu. To najbardziej humorystyczna część komiksu, która dokładnie ukazuje jak skomplikowana, drobiazgowa, czasochłonna a przede wszystkim twórcza jest praca tłumacza. 

W ostatniej części komiks ukazuje długą drogę książki od pomysłu w głowie autora, poprzez wydanie, tłumaczenie, redakcję, korektę aż do rąk czytelnika. Tutaj na przykładzie powieści przekładanej z języka chińskiego.

Pindel współpracuje aż z pięcioma rysownikami. To świetny zabieg, który wyodrębnia wszystkie części komiksu. Rozmowę z Pauliną, która prowadzi przez cały komiks zaznacza inna kreska, niż poszczególne części. Każdy z ilustratorów ma zupełnie inny styl rysowania. Ten zabieg czyni komiks bardziej dynamicznym, ciekawszym i różnorodnym. Nie czytam zbyt wielu komiksów, więc dla mnie było to novum. W zasadzie podoba mi się w tej książce wszystko - treść, wykonanie, wydanie, szata graficzna, a przede wszystkim humor.

Polecam ten komiks wszystkim, których interesuje to, co się dzieje z książką, zanim trafi w ręce czytelnika. Zdarza mi się tłumaczyć literaturę, więc dla mnie ta publikacja jest oczywiście perełką, cudowną, lekką (ale nie pustą!) i dowcipną gratką. Komiks przeczytałam już kilka razy i na pewno będę do niego wracać. Polecam!

Moja ocena: 5/6

Tomasz Pindel, Daniel Chmielewski, Berenika Kołomycka, Rbert Sienicki, Jacek Świdziński, Fanny Vaucher, W głowie tłumacza, 48 str., Instytut Kultury Miejskiej 2019.

"Hausaufgaben" Jakob Arjouni


Zaskoczyła mnie ta bardzo szczupła objętościowo powieść, zaskoczyła na plus dodam. Nigdy nie czytałam prozy Arjouniego i to jest zdecydowanie błąd, bo ta książka jest świetna.

Joachim Linde uczy niemieckiego w liceum. Ostatnią lekcją przed przedłużonym weekendem, który ma zamiar spędzić na przesuwanej już kilka razy wędrówce po Brandenburgii, jest kurs o literaturze powojennej Niemiec. Nauczyciel prosi klasę o krótką notkę o wpływie Trzeciej Rzeszy na Niemców sześćdziesiąt lat po wojnie. Uczniowie zaczynają się buntować, jeden z nich nie chce się zajmować tym tematem, między innymi wywiązuje się dyskusja, która zahacza o konflikt między Izraelem i Palestyną. Rozmowa kończy się pyskówką, w której jeden z uczniów twierdzi, że żałuje, iż dziadkowie koleżanki nie zostali zgazowani. Taka lekcja nie jest najlepszym wstępem do weekendu, na który Linde cieszy się od dawna.

W domu postanawia się wyciszyć, pakuje walizkę, słucha muzyki i szykuje się na pociąg. Dzięki jego wspomnieniom i myślom dowiadujemy się, że żonę poznał w liceum, gdy odbywała praktyki studenckie. Początkowo szczęśliwe małżeństwo, zamienia się w piekło. Żona zapada na depresję, ma psychozy - aktualnie znowu przebywa w szpitalu. Gdy Linde właśnie opuszcza mieszkanie, natyka się na mężczyznę, przedstawiającego się jako partnera córki - Mariny. Okazuje się, że córka po próbie samobójczej uciekła z domu, oskarżając ojca o swobodę seksualną. Ułożony i pewny świat Lindego zaczyna drżeć w posadach. Sytuacja się jeszcze bardziej zaostrza, gdy syn Pablo dowiaduje się od chłopaka siostry o zarzutach.

By nie zdradzić całej fabuły, dodam tylko, że końcowa przemowa Lindego przed kolegium nauczycielskim wywraca wyobrażenia czytelnika do góry nogami i pozostawia go pełnego domysłów i wątpliwości.

Bardzo lubię takie przewrotne historie, w których nic nie jest takie, jakie wydawało się być na początku. Autor świetnie przedstawia kolejne postaci i ich ukryte życie. Jego pióro jest rzutkie, sprawne - to się po prostu dobrze czyta. Będę miała tego pisarza na uwadze, z chęcią poznam inne jego powieści.

Moja ocena: 5/6

Jakob Arjouni, Hausaufgaben, 192 str., Diogenes 2005.

wtorek, 3 września 2019

"Dummerweise hochbegabt" Agnes Imhof


Na tę książkę trafiłam dzięki przypadkowo przeczytanemu wywiadowi z autorką. Imhof została członkinią Mensy jako osoba dorosła, a na pomysł, że w ogóle mogłaby poddać się testowi wpadła dzięki swojej córce, która zupełnie nie pasowała do tradycyjnego systemu edukacji. Wraz z tą książką autorka postanowiła przestać ukrywać swoją odmienność i, potocznie mówiąc, wystawić kawę na ławę. Dopiero po teście i potwierdzeniu, że faktycznie jest wysoce uzdolniona zaczęła rozumieć swoje zmagania z rodziną, szkołą, innymi.

Kobiety dużo lepiej potrafią się przystosować do społeczeństwa, ukrywać swoje zdolności i odmienność, równać do średniej. Właśnie to całe życie robiła Imhof, fundując sobie frustracje, złe samopoczucie, ciągłe wrażenie nieprzystosowania. Autorka wspomina wiele scen z dzieciństwa, szkoły, studiów, które kończyły się dla niej karą lub w najlepszym wypadku faux-pas. Wysokie IQ nie oznacza sukcesów, dobrych ocen w szkole, to raczej zdolność do zupełnie innego sposobu myślenia, przede wszystkim niezwykle szybkiego myślenia. W wielu krajach istnieją programy, kursy, grupy dla osób z wysokim IQ, w Niemczech teraz też (niemiecka Mensa jest jedną z największych na świecie), ale w czasach dzieciństwa Agnes było inaczej. Pobieżny rzut oka na Wikipedię pozwala stwierdzić, że nawet nie ma polskiego tłumaczenia hasła intellectual giftedness - zastanawiam się, czy w ogóle istnieje utarte tłumaczenie? Nawet nie chcę więc wiedzieć, jak trudno musi być dzieciom, które myślą inaczej w tradycyjnym systemie edukacji.

O czym jest więc książka Imhof? To nie jest typowy poradnik czy popularno-naukowy zbiór mądrości na temat wysokiego IQ. To osobiste doświadczenie autorki, szczere wyznanie, opis dorastania, a potem studiów i pracy zawodowej, który jest daleki od szczęśliwego dzieciństwa. Poczucie nieprzystosowania, frustracja, ciągłe tłamszenie szerokich zainteresowań doprowadziły autorkę do rozpoczęcia poszukiwań przyczyn takiego stanu. Niemałą rolę w tym odegrało macierzyństwo - córka Imhof okazała się być zwierciadłem jej własnych doświadczeń. Czytając Imhof, można by pomyśleć, że jest przemądrzała, zadufana w sobie, że jest chwalipiętą, ale właśnie, by uniknąć takich osądów, całe życie zaprzeczała własnej osobowości. W swojej książce stara się po prostu być jak najbardziej szczera - nie wyklucza ze swojej opowieści doświadczeń, które były dla niej żenujące, przykre.

Te wspomnienia są przyczynkiem do przemycenia konkretnych informacji na temat mózgu osób wysoce uzdolnionych. Sporo miejsca autorka poświęciła także tematowi wysokiej wrażliwości (znów brak hasła w polskiej Wikipedii), strategiom dopasowania się, roli kobiety (mądrość kojarzona jest przecież raczej z mężczyznami niż z  kobietami, zwłaszcza tymi, które są ładne i zwracają uwagę na swój wygląd) oraz poszukiwaniu doznań (sensation seeking, uwaga, tu znalazło się krótkie, bo krótkie, ale jednak polskie hasło w Wikipedii!).

Książka zawiera szereg linków i sporą bibliografię, zachęcające do własnych poszukiwań i dalszej lektury oraz postulaty autorki na przyszłość, dotyczące między innymi ulepszenia testów na inteligencję.

Ciekawa lektura, która może pomóc zrozumieć fenomen osób z wysokim IQ, a przede wszystkich ich sposób myślenia.

Moja ocena: 4,5/6

Agnes Imhof, Dummerweise hochbegabt, 261 str., Beltz 2018.

niedziela, 1 września 2019

Stosikowe losowanie 9/19 - pary

Maniaczytania wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 89 książek) - 17
Guciamal wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 5 książek) - 2
Agnes wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 555
ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 242 książki) - 177
Anna wybiera numer książki Maniiczytania (w stosie 19 książek) - 11