piątek, 19 sierpnia 2022

"Gambit królowej" Walter Tevis

 


Przyznam, że nigdy bym o tej książce nie usłyszała, gdyby nie serial. Obejrzawszy jednak najpierw serial, pewnie bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie syn szachista. I byłaby to wielka szkoda, bo ta książka tak mnie wciągnęła, że wysłuchałam jej w jeden dzień!

Trudno oczywiście opisać po krótce treść książki, którą wszyscy znają, a serial faktycznie dość wiernie oddał wydarzenia z powieści. Mimo to, czytałam ją z zapartym tłem. Tevis fantastycznie opisał historię Beth - ale przede wszystkim jej przejmującą samotność. Począwszy od śmierci matki, dziewczynka była przecież przeraźliwie samotna, co najbardziej widoczne staje się po tym, gdy odniosła sukces. Szachy są dla niej więc nie tylko logiczną rozrywką, ale wytchnieniem, poczuciem przynależności do pewnego świata, miejscem, gdzie może być sobą i gdzie odnajduje ukojenie. 

Szachy odgrywają w powieści ogromną rolę, autor opisuje konkretne ruchy, otwarcia, obrony, zamknięcia - więcej tu konkretów niż w serialu, ale nawet ja, laiczka, z uwagą śledziłam te rozgrywki. Oczywiście dzięki synowi mam jakieś pojęcie, ale sama w szachy nie grywam. Dzięki kreacji Beth i jej przemyśleniom, mogłam jednak świetnie wczuć się w magię tej gry.

Podobały mi się także inne charaktery - przybrana matka jak i mistrz szachowy, który trenuje z Beth. Tutaj wszystkie postaci są samotne, zagubione, zaplątane w świecie. Pociechy szukają w szachach, alkoholu, lekach. Zresztą wątek uzależnień też jest bardzo ciekawy - stopniowe budowanie zależności od leków wśród dzieci w sierocińcu jest zatrważające. Oderwanie, samotność i poczucie zagubienia u Beth są tu czynnikiem sprzyjającym w rozwijaniu uzależnienia, które nie opuści ją przez całe życie. Tym bardziej warto docenić jej siłę i samodyscyplinę, na którą się zdobywa.

Tevis wplata w tę powieść także aktualny ówcześnie wątek konkurencji między USA i Rosją. To okres zimnej wody, napiętej sytuacji, więc wyjazd Beth do Rosji jest problematyczny i nie otrzymuje ona żadnego wsparcia, mimo że reprezentuje swój kraj. To także powieść feministyczna - od najmłodszych lat Beth natyka się na opór. Szachy to nie jest gra dla dziewczynek ani kobiet. Zawsze traktowana jest z pobłażaniem, a gdy staje się mistrzynią, porażka z kobietą jest umniejszająca dla mężczyzny. Beth kocha jednak zwyciężać, kocha walczyć, a walczy nie tylko z przeciwnikami na szachownicy, ale z własnymi demonami i poczuciem bycia niewystarczającą. 

Świetna, wielowymiarowa książka, a do tego wspaniale przełożona!

Moja ocena: 6/6

Walter Tevis, Gambit królowej, tł. Hanna Pustuła-Lewicka, czyt. Aleksandra Popławska, 360 str., Wydawnictwo Czarne 2020.

środa, 17 sierpnia 2022

"Słoń z Étretat" Joanna Stoga


Debiutancka powieść Joanny Stogi to historia młodej kobiety uwikłanej w problemy rodzinne, to opowieść o zdrowiu psychicznym, o tym, jak nierozwiązane konflikty z przeszłości potrafią rzutować na całe życie, o sile przyjaźni i trudzie codziennego życia.

Kassi naprawdę ma na imię Aleksandra, ale jej zafascynowany Grecją ojciec wraz z uwielbianym synem nadali rodzinie pseudonimy. Matka została więc Demi, ojciec M. od Morfeusza, Kassi to zdrobnienie Kasandry a jej starszy brat przyjął imię Teo od theosa. Kassi jest poniekąd czarną owcą tej rodziny, w której każdy wpatrzony jest w błyskotliwego i pełnego uroku Tea. Powieść rozpoczyna się w momencie śmierci Demi. Kilka lat wcześniej tragicznie zginął Teo i ta śmierć miała tak ogromny wpływ na M, że od tego momentu nie ma z nim kontaktu. Teraz na Kassi spada opieka nad ojcem. Dziewczyna zamyka się w kieracie między obowiązkami domowymi a pracą, która też nie jest łatwa. Kassi pracuje zdalnie dla pewnego wydawnictwa, ale tamtejsze przetasowania personalne zagrażają jej etatowi. Niestety opieka nad M uniemożliwia jej bycia tak elastyczną jak dotychczas. 

Kassi musi liczyć na przyjaciół, których zbyt wielu nie ma. Jest Baśka, która sama wplątuje się w kłopoty, i nowo poznany Emil. Ta znajomość jest jednak zbyt świeża, by mogła stanowić oparcie. Kobieta postanawia zapisać się więc do programu, dzięki któremu można uzyskać wsparcie asystenta lub asystentki osób z niepełnosprawnością. Tym sposobem Kassi poznaje Brygidę, z którą nie nawiązuje najlepszego kontaktu. Kobieta wprawdzie stanowi nieocenioną pomoc, ale jej nachalna religijność przeszkadza Kassi. Stoga koncentruje się na przedstawianiu codzienności kobiety, ale jasnym jest, że na jej barkach ciąży zagadka z przeszłości, której geneza leży w pewnej podróży do Francji z Teem i jego paczką. Kassi będzie jednak dopiero gotowa na jej rozwiązanie, gdy otrzyma wsparcie szerszego grona przyjaciół. 

Stoga w swojej powieści tematyzuje samotność w opiece nad osobą z niepełnosprawnością, zwłaszcza jeśli ten obowiązek przypada młodej na to nieprzygotowanej kobiecie. Tutaj autorka podkreśla wagę budowania sieci pomocowej - sąsiadka, asystentka, przyjaciele, ale także konieczność zadbania o siebie. Kassi w natłoku obowiązków traci przecież siebie i swoje potrzeby, a jej opieka nad ojcem staje się zmechanizowana, co nie jest dobre ani dla niej ani dla ojca. Autorka mądrze podkreśla też wagę problemów z przeszłości, które, nierozwiązane, ciążą na duszy i nie pozwalają na radość życia. Duży plus za tę tematykę, książka zresztą dobrze się czyta mimo niedociągnięć korekty. Niestety zupełnie nie przypadła mi do gustu zbyt melodramatyczna końcówka, która bardzo uwypukla wątek miłosny i drażni happy endem oraz pośpiechem. Jak na moje odczucie, zbyt dużo w powieści jest problemów a nawet dramatów życiowych, które przytrafiły się niemal każdemu bohaterowi czy bohaterce (Brygida, Baśka, Emil, Mateusz)

Słoń z Étretat to dość lekka lektura, choć porusza trudne tematy. Autorce udało się stworzyć powieść łatwą w odbiorze, która dobrze łączy potoczysty styl z ważką tematyką.
Moja ocena: 4/6

Joanna Stoga, Słoń z Étretat, 356 str., Wydawnictwo Seqoja 2022.

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

"Stramer" Mikołaj Łoziński

 


Stramer to nazwisko żydowskiej rodziny, która mieszka na początku XX wieku w Tarnowie. Rodziny niespecjalnie bogatej, a właściwie biednej, wielodzietnej i takiej, jakich wiele. Ojciec Nathan wrócił do Tarnowa z Ameryki, by ożenić się z piękną Rywką. Rywka natomiast cierpliwie znosi wybuchy i depresyjne okresy męża, który z amerykańską swadą za przysyłane przez brata pieniądze rozpoczyna coraz to nowe biznesy, by wreszcie zapewnić rodzinie dobrobyt. Nathan wymyśla, kombinuje, unosi się na fali swoich wizji, a potem upada i nie rozumie, dlaczego kolejny pomysł nie wypalił. Najpierw piekli się po angielsku, a potem kładzie się do łóżka z katarem żołądka. To więc cierpliwa Rywka mrówczą pracą utrzymuje szóstkę dzieci. To ona dba o to, by chodziły do szkoły, bo przecież według Nathana od książek to się tylko oczy psują. A dzieci jak to dzieci są różne. Mają swoje zamiłowania, upodobania i zdolności - większość z nich chętnie się uczy i jest zdolna, co dziwi ojca.

Łoziński sprawnie opisuje przedwojenne realia w Tarnowie oraz zasymilowaną żydowską rodzinę, w której mówi się płynnie po polsku i praktycznie nie zagląda do synagogi. Dzieci są zdolne, oczytane, pracowite, zarabiają na szkołę udzielaniem korepetycji, dorabiają się względnej stabilności. Ot, zwykłe życie. Gdzieś tam w tle jednak istnieje kryzys i polityka, która stopniowo ma coraz większy wpływ na Stramerów. Niektóre z dzieci angażują się w ruchy komunistyczne, a autor dobrze ujmuje mechanizm przyciągania nowo tworzących się partii. Nie ma tu wątpliwości, że ruchy komunistyczne mają gorliwych wyznawców wśród młodych ludzi takich jak dzieci Nathana Stramera - błyskotliwych, żądnych wiedzy, dorastających w biedzie i mających świadomość ogromnych różnic klasowych.

Gdzieś tam pojawia się także widmo wojny i czytając tę książkę, wiemy przecież, jak ona się skończy, ale Łoziński nie stworzył kolejnej powieści o zagładzie. Napisał opowieść o rodzinie i jej losach. Po prostu. Nie ma tu brutalnych scen, nie ma sugestii na temat przyszłych wydarzeń, nie ma wszechwiedzącego narratora. Stramerowie żyją, a historia się wydarza, ma wpływ na ich życie, ale widzimy ją właśnie z ich perspektywy, a nie naszej, współczesnej. Bardzo podoba mi się to podejście, ale także zarysowane przez Łozińskiego charaktery - każde z szóstki dzieci to inny świat i to wyraźnie widać. Podobają mi się także przeskoki w czasie, które zapobiegają niepotrzebnemu wydłużaniu historii i krótkie retrospektywy. Autor dopuszcza do głosu swoich bohaterów naprzemiennie, dzięki czemu bliżej kreśli ich charaktery i punkty widzenia. 

Można by powiedzieć, że to kolejna powieść o zagładzie i wojnie, ale ja jej tak nie odebrałam. To powieść o zwykłej rodzinie, którą dopadła historia.


Moja ocena: 6/6

Mikołaj Łoziński, Stramer, czyt. Piotr Grabowski, 440 str., Wydawnictwo Literackie 2019.

piątek, 12 sierpnia 2022

"Kroniki portowe" Annie Proulx


 

Mając w pamięci, że migały mi bardzo dobre recenzje te książki, spontanicznie zdecydowałam się na jej wysłuchanie. I dobrze, bo gdybym tę książkę czytała, w życiu bym jej nie skończyła. Nawet słuchanie szło mi dość ciężko. 

Proulx opisuje historię Quoyle'a - niezgrabnego, postawnego mężczyzny, któremu w życiu niewiele wychodzi. W rodzinie był popychadłem, w szkole ofiarą, w pracy sukcesów nie odnosi, nie mówiąc już o miłości. Z beznadziejnego związku z Petal, która bardziej była zainteresowana innymi mężczyznami niż mężem, pozostają mu dwie córki, które żona tuż przed tragiczną śmiercią próbowała sprzedać. Wtedy w życie Quolye'a wkracza cioteczka, która ma pomysł. Pakuje całą pokiereszowaną psychicznie rodzinkę do auta i wywodzi na Nową Fundlandię. Wybór pada na tę dość nieprzyjazną do życia wyspę, ponieważ stamtąd pochodzą. Quoyle wychował się w USA i niewiele ma pojęcia o miejscu, gdzie rozpocznie nowe życie. Na wyspie okazuje się, że rodzinny dom jest położony na absolutnym zadupiu, do którego trudno się dostać drogą lądową, a poza tym jest totalną ruderą. Pracę załatwił Quoylowi kolega z poprzedniej gazety, w której pracował, bo pewnie i tego nie dałby rad sam sobie załatwić. Rodzina rozpoczyna więc nowe życie i to tyle. Nic wielkiego się nie wydarzy oprócz łowienia fok, homarów i ryb, jedzenia niezdrowych i tłustych potraw, remontowania domu, zajmowania dziećmi i gadania o wszystkim, co związane z morzem i wyspą. Jak dla mnie były to całkowite nudy. Nie zainteresowała mnie treść, nie zaciekawiły postaci, nie zachwycił język. Podoba mi się tylko okładka. 

Moja ocena: 2/6


Annie Proulx, Kroniki portowe, tł. Jędrzej Polak, czyt. Maciej Więckowski, 424 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

czwartek, 11 sierpnia 2022

"Niedźwiedzi bóg" Hiromi Kawakami

 


Niedźwiedzi bóg to nowela, którą Hiromi Kawakami napisała w 1994 roku. To krótka opowieść o spacerze z niedźwiedziem, nowym sąsiadem narratora lub narratorki (ja wyobrażałam tu sobie kobietę, ale faktycznie nie jest to wyjaśnione w tekście). Ta nietypowa para wybiera się razem nad rzekę, gdzie urządza sobie piknik. Podczas drzemki narratora/-rki niedźwiedź łapie ryby, które potem suszy. W całej opowieści jest tylko jedna interakcja z ludźmi - choć nad rzeką jest ich sporo. To bawiące się dzieci wyśmiewają się z niedźwiedzia. Ta nowela zasadza się jednak na interakcji między tą parą - to relacja pełna respektu, zdumienia, uprzejmości, ale i czułości. Niedźwiedź przybył z odległej prowincji i pragnie nawiązać kontakt, cieszy go nawet najmniejsze powiązanie z narratorem/-rką. Na pozór nie ma tu zbyt wiele pola do interpretacji, mnie jednak uderzył smutek tej historii i samotność jej bohaterów.  

Po tragedii, jaka dotknęła Japonię 11 marca 2011 roku, Kawakami napisała tę nowelę jeszcze raz. I znowu niedźwiedź wraz z sąsiadem/sąsiadką wędruje nad rzekę przez pola ryżowe. To już jednak nie jest ten sam świat. To świat po katastrofie, niebezpieczny, promieniujący, groźny. I znowu natykają się na ludzi, którzy nie traktują ich życzliwie. I znowu wracają po wspólnym, mile spędzonym dniu. Kawakami pokazuje w tej wersji, jak bohaterowie próbują odszukać normalność w świecie po. Jak racjonalizują nową rzeczywistość i się do niej adaptują.

Lekturę dopełniają wprowadzenie Karoliny Bednarz, posłowie autorki i słowo od tłumaczki. Te dwa pierwsze koncentrują się na trzęsieniu ziemi i tsunami oraz osadzają te opowiadania w tym kontekście. Dla nieobeznanej tak dobrze z Japonią czytelniczki te uwagi są bardzo cenne. A z ostatniego tekstu tłumaczki dowiedziałam się, że przekład Niedźwiedziego boga to praca zbiorowa - faktycznie bardzo udana. Tak samo jak wydanie tej książki, zresztą nie spodziewałam się czego innego po Tajfunach. Obcowanie z tą książką to po prostu przyjemność dla wszystkich zmysłów - bo ta książka po prostu pięknie pachnie!

Moja ocena: 5/6

Hiromi Kawakmi, Niedźwiedzi bóg, tł. Beata Kubiak Ho-Chi i studenci, 66 str., Wydawnictwo Tajfuny 2019.

środa, 10 sierpnia 2022

"Dom żółwia. Zanzibar" Małgorzata Szejnert


Ta książka bardzo długo czekała na swoją kolej i również długo ją czytałam. Powodem tego jest jej drobiazgowość, mnogość faktów, nazwisk, powiązań, nazw. Nie narzekam na to, o nie! Od reportażu takiej bogatej bazy i dogłębnych badań przecież oczekuję, ale problemem był tu raczej fakt, że historia Zanzibaru jednak mnie na tyle nie zainteresowała. Po przeczytaniu tej książki nie nabrałam także chęci odwiedzenia tej wyspy. 

Szejnert nie stworzyła idealnego obrazu rajskiej wyspy, postawiła na fakty, a ich nijak do tej wizji nie da się nagiąć. To piękne miejsce było bowiem scenerią wielu potyczek, brutalności, zawirowań politycznych, niewolnictwa, a teraz podlega rabunkowej eksploatacji przez międzynarodowe koncerny z branży turystycznej. To wszystko nie brzmi dość pozytywnie, ale stanowi materiał na reportaż sporej objętości. Szejnert opisuje więc dokładnie poszczególnych sułtanów wyspy, rewolucję, uzyskanie niepodległości, ale i życie pierwszych białych, angielskich gubernatorów i misjonarzy. Nie zabraknie tu historii słynnego Davida Livingstone'a i Henry'ego Stanleya, Zanzibar stanowił bowiem bazę wyjściową dla eksploratorów afrykańskiego lądu. 

Autorka bazuje na licznych tekstach źródłowych, listach, zdjęciach, ale oczywiście te źródła są bogatsze, jeśli relacjonuje wydarzenia dotyczące białych. Strona arabska to już nieco mniej informacji, ale jeśli przejdziemy do historii czarnych mieszkańców wyspy można bazować tylko na opowieściach. Zresztą historie tych trzech grup przeplatają się, a dołączają do nich liczni Hindusi, którzy przybywali z półwyspu, a przede wszystkim z regionu Goa oraz Komoryjczycy. 

Najbardziej przystępna jest historia współczesna, bo i nazwisk mniej, a i opowieści najpełniejsze. Reporterka może ich wysłuchać, a nie mozolnie sklecać na podstawie artefaktów przeszłości. 

Szejnert zadbała o zdjęcia i liczne przypisy, które świetnie dopełniają lekturę. Nie zapomniała też o świecie roślin i zwierząt, który stale przeplata się z tym ludzkim. To właśnie z jego powodu Dom żółwia jest smutnym, nie dającym wielkiej nadziei reportażem, choć nie tylko. Obraz Zanzibaru współczesnego i tego minionego nie jest pozytywny, budynki świadczące o dawnych czasach to zaniedbane ruiny, a architektura stolicy nie podlega żadnej regulacji, podobnie jak zabudowa nabrzeża w innych częściach wyspy. Nie żałuję tej lektury, choć zajęła mi naprawdę sporo czasu i wymagała dużego skupienia - mam poczucie, że dowiedziałam się wiele nowego i bliżej poznałam historię i rozwój wyspy.

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Szejnert, Dom żółwia. Zanzibar, 400 str., Wydawnictwo Znak 2011.

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

"Lalka z Lizbony" Iwona Słabuszewska-Krauze

 


Po tę książkę sięgnęłam tylko i wyłącznie ze względu na portugalski kontekst. Lalka z Lizbony faktycznie bardzo mocno osadzona jest w portugalskich realiach, zwłaszcza tych historycznych. To opowieść o Inês, z tego, co wywnioskowałam Polce, która spędza urlop w Lizbonie wraz z portugalskim? partnerem Wiktorem i przyjaciółką Zo. Niestety nigdy nie zostało to wyjaśnione, a Wiktor uparcie pisany jest w polskiej wersji tego imienia, natomiast Inês w portugalskiej, czego do końca książki nie zrozumiałam. Ten urlop kończy się niefortunnie, bo partner i przyjaciółka znikają, a Inês zostaje sama. Podczas wizyty na targu staroci, kupując starą lalkę, poznaje Humberto - Portugalczyka, z którym połączy ją nić porozumienia. Oboje zajmą się śledzeniem jego przeszłości, wbrew pozorom historia związku kobiety szybko przestanie mieć znaczenie. Inês dość szybko zapomina o swojej tragedii, bo wciąga ją przeszłość Humberto, która bardzo ściśle wiąże się z historią Portugalii. Jego ojciec prześladowany był przez reżim Salazara, a rodzina nigdy nie dowiedziała się, kto poinformował tajną policję PIDE o jego opozycyjnej działalności. Inês pobudza Humberto do działania i oboje udają się w podróż w przeszłość. Rozmawiają z mieszkańcami w dzielnicy, odwiedzają cmentarz, przeglądają stare listy, ale także udają się do Algarve, sprawdzić, czy Wiktor dotarł tam z Zo. 

Dzięki Lalce z Lizbony czytelniczka czy czytelnik może poznać bliżej Portugalię, jeśli jednak czytelniczka realia portugalskie już zna, nie dowie się niczego nowego, co więcej będzie wyłapywać nieścisłości. 
W pierwszej linii ta książka to jednak tzw. comfort read - przyjemna historia z miłością i zagadką z przeszłości w tle. Portugalski anturaż dodaje jej tylko smaku i nieco egzotyki. Dla mnie tych dwóch elementów zabrakło, a przyjemne historie mnie nie wzruszają, więc była to tylko poprawna lektura. Niestety straszliwie zepsuta przez lektorkę audiobooka. Książka jest siłą rzeczy naszpikowana portugalskimi nazwami i imionami, a to co lektorka z nimi zrobiła, zakrawa na farsę. Nie oczekuję bynajmniej perfekcyjnej wymowy, ale wymagam choć minimum przygotowania. Tutaj zabrakło tego całkowicie, a lektorka czytała, jak jej przypłynęło, parafrazując słynne słowa Tamary Gonzalez Perey. Wynotowałam sobie nawet co okropniejsze przykłady. Już nie mówię, że niemal ani jedno portugalskie imię nie zostało przeczytane poprawnie, a nie chodzi tu o językowe łamańce, a imiona proste w wymowie dla Polki takie jak Carlos (czyt. karlusz) czy Matias (czyt. matijasz). To co Joanna Domańska zrobiła jednak z nazwą najsłynniejszej portugalskiej rzeki, czyli Tagu, zakrawa na farsę. Otóż jest on zawsze nazywany "tegiem", podobnie jest w przypadku truskawek, czyli morangos (czyt morangusz), w wersji Domańskiej to "morengos". Humebrto pochodzi z algarwijskiej (jak zrozumiałam) miejscowości Azinhal (czyt. azinjal), według lektorki to "anizhal", serio! Lizbońska słynna dzielnica Baixa to bai-x-a,  autentycznie z dobitnym "x". Natomiast imię Vicente jest czytane, chyba z włoska, jako visencze. Alentejo, prowincja położona na północ od Algarve, w swojej przymiotnikowej wersji aletejański czytana jest przez "j". Ulica 24 lipca to ulica dzwadzieścia cztery de julho. Ale te niedociągnięcia nie dotyczą tylko języka portugalskiego. Airbnb zostało bowiem odczytane jako a-i-r bnb. Serio. Podczas słuchania miałam drgawki na przemian z palpitacjami serca i z czasem zamiast się koncentrować na treści, skupiałam się na kolejnych potknięciach. Wierzcie mi, że było ich dziesiątki. W obliczu tej masakry na języku, blakły potknięcia autorki, a znalazłam ich kilka. Najbardziej rzuca się w oczy "bufos", czyli szpicle, nagminnie używane w liczbie pojedynczej, ale i drażni zamek w Lagos, w który zmieniły się mury otaczające stare miasto oraz jego rzekoma lokalizacja kilkaset metrów od linii brzegowej oceanu (w rzeczywistości mury od wody oddziela maksymalnie sto metrów) czy podobno niewielka plaża w Salemie (w rzeczywistości to długa i spora plaża). 

W obliczu tych niedociągnięć nie jestem w stanie nikomu polecić tego audiobooka - zepsuje on cały portugalski koloryt i wydźwięk książki. A sama książka - cóż, poprawna lektura na wakacyjne dni, jednak bez zachwytu.

Moja ocena: 3/6

Iwona Słabuszewska-Krauze, Lalka z Lizbony, czyt. Joanna Domańska, 370 str., Wydawnictwo Lira 2021.

Statystyka lipiec 2022


Przeczytane książki: 11

Ilość stron: 2948

piątek, 5 sierpnia 2022

"Wiatr" Jozef Karika

 


Nie ukrywam, że proza Kariki bardzo mi pasuje. Lubię jej klaustrofobię i lęk, lubię klimat i lubię słowackie tło. Zawsze spoglądam na mapę, by powędrować wraz z bohaterami po słowackich bezdrożach. Tak było i w przypadku Wiatru

Karika zasadza swoją opowieść na sprawdzonym wzorcu. Jest więc mężczyzna, zapewne dość młody, który właśnie rozstał się ze swoją partnerką. Ów mężczyzna ma przyjaciół, których wciąga w historię. Ta konstelacja sprawdziła się w poprzednich książkach i sprawdzi się i tu, ponieważ Karika świetnie opisuje napięcia, które tworzą się w tej trzyosobowej grupie. Nasz bohater znajduje kamerę na parkingu tuż obok sztucznego zbiornika wodnego u podnóża Tatr. To słowny, prostolinijny człowiek, księgowy, który nigdy niczego nie ukradł. Kamera samochodowa to jednak droga rzecz i w końcu po krótkiej wewnętrznej walce decyduje się ją wziąć. Naturalną konsekwencją tej decyzji jest przejrzenie zawartości urządzenia, która okazuje się być bardzo zagadkowa. Nagrany film pokazuje szaleńczą jazdę dwóch wędkarzy po okloicznych drogach. Ich manewry pozbawione są jakiejkolwiek logiki i, jak się później okazuje, kończą się wypadkiem. Mężczyzna kontaktuje się z koleżanką, która jest ratowniczką medyczną, a jej partner policjantem. To właśnie on informuje o śmierci wędkarzy, a także o anomalnej liczbie wypadków w tym rejonie. Na kamerze widoczna jest także postać starej kobiety w czerni, która w tym rejonie może nie byłaby niczym nietypowym, gdyby tej samej postaci nie ujrzał główny bohater.
Trójka przyjaciół decyduje się na własne śledztwo.

Karika zasadza fabułę na słowackiej legendzie ludowej i na wiejącym z Polski halnym. To wiatr odgrywa w tej powieści największą rolę, jeśli chodzi o kreowanie atmosfery. Słowakowi ponownie udaje się stworzyć powieść, która niepokoi, straszy i trzyma w napięciu. Tym razem jednak jego filozoficzne wyjaśnienia, która mają pomóc w zwalczeniu zjawy i w wyjaśnieniu oddziaływania na ludzi fenomenu, do mnie nie trafiły i miałam trudności w podążaniu za tokiem myślenia narraotra. To zdecydowanie nie była moja bajka, mimo to z przyjemnością wysłuchałam tej powieści. 

Moja ocena: 4/6

Jozef Karika, Wiatr, tł. Mirosław Śmigielski, 248 str., czyt. Jacek Dragun, Stara Szkoła 2021.

czwartek, 4 sierpnia 2022

"Pustostany" Dorota Kotas


Po świetnych Cukrach sięgnęłam po tę książkę, ale to zupełnie inna para kaloszy. To zupełnie inna Kotas. To świat bardzo realistyczny i całkowicie absurdalny zarazem. I o ile nie mam nic przeciwko takiemu podejściu do narracji, to w Pustostanach się z nią niestety wyminęłam. Gdybym tak nie lubiła głosu Doroty Kotas, pewnie bym tej książki nie wysłuchała do końca. Gdybym ją czytała, zapewne bym ją porzuciła. 

Pustostany to taka rzeczywistość, która ciągle zwodzi. Narracja jest niby realna, genialnie celna w swoich obserwacjach, cięta w języku, uwodząca i popychająca do stwierdzenia: tak, dokładnie tak to widzę, ale nigdy bym nie potrafiła tak ująć. A potem zakrzywia się do tego stopnia, że wytraca grunt spod nóg. I to jest ten moment, gdy się gubię i  nie potrafię podążać za fabułą.

A jeśli jestem przy tej ostatniej - chciałabym ją krótko opisać, jakoś sklasyfikować, ale nawet tu moje zdolności pisarskie nie wystarczają. W tym świecie zaludnionym przez umarłych, pełnym ubrań, rzeczy i jedzenia po umarłych, w którym się śpi w wannie, zachodzi do baru, wykonuje dziwne prace dorywcze i balansuje na granicy jawy i imaginacji, gubię się całkowicie. To nie jest długa powieść, więc warto spróbować i sprawdzić, czy trafia w naszą percepcję świata albo żeby choć posmakować w języku.

Moja ocena: 3/6

Dorota Kotas, Pustostany, 182 str., czyt. Dorota Kotas, Niebieska Studnia 2020.

środa, 3 sierpnia 2022

"Szachinszach" Ryszard Kapuściński


Przyznaję, że Kapuścińskiego dotychczas czytałam mało. Nie złożyło się. Nie trafił w mojej ręce "wtedy", a teraz czeka na swoją kolej. Przeczytałam więc Szachinszacha, który przeniósł mnie do Iranu z ubiegłego wieku. Iranu rządzonego przez oszalałego od nieograniczonej władzy szacha, Iranu, gdzie każda chwila mogła zaprowadzić obywatela do więzienia, które oznaczało tortury, Iranu pełnego bogactw, w którym można było nie mieć nic. 

Kapuściński kreśli obraz państwa nieudolnie rządzonego przez szacha, w którym wszystkie akty protestu sterowane są ze strony religijnej. Obywatele są zamknięci w potrzasku między tymi dwoma opcjami, a także żyją w ciągłym lęku przed represjami. Reporter opiera się w swojej książce na relacjach osób, z którymi się spotkał, na własnych obserwacjach, na rozmowach, a także na fotografiach. To nie jest chronologiczna i linearna historia, ale uchwycenie wrażeń, fragmentów, atmosfery miejsca, ale i nastrojów społecznych. Kapuściński nie stroni od diagnoz, ocen, analiz zastanej sytuacji. I te jego analizy są niezwykle trafne, pisane czterdzieści lat temu są absolutnie aktualne. Można je odnieść do sytuacji zależnie od miejsca i czasu, w którym się książkę czyta. To może być Rosja, Polska, Chiny itd. Kapuściński świetnie uchwycił istotę reżimu, proces powstawania i uzależniania społeczeństwa, a także moment, gdy to społeczeństwo postanawia się wzburzyć. Zatrzymałam się na dłuższą chwilę przy tym rozdziale, zdumiona trafnością diagnozy reportera.

Lektura Szachinszacha nie była dla mnie równa, były fragmenty, które mnie ujęły mniej, ale końcowa część to bomba. Cieszę się, że wreszcie stopniowo poznaję twórczość Kapuścińskiego, dzięki tej książce zrozumiałam mechanizmy, jakie zaszły w Iranie i które doprowadziły do aktualnej sytuacji politycznej. 

Moja ocena: 5/6

Ryszard Kapuściński, Szachinszach, 176 str., Wydawnictwo Czytelnik 1982.

wtorek, 2 sierpnia 2022

"Posełki" Olga Wiechnik

 



Do lektury tej książki zachęciły mnie liczne pozytywne recenzje. Przyznam, że nie obiecywały zbyt wiele. Posełki to naprawdę bardzo ciekawy reportaż o kobietach, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Co więcej, nie miałam pojęcia, że w sejmie pierwsze posłanki walczyły już w latach 20. Nie jest to jednak pokrzepiająca lektura, choć podziwiam te odważne, oddane walce kobiety, bo to, o czym one mówiły, jest dotychczas aktualne. Reakcje, na które były narażone, powtarzają się do dziś. Ich nieustanna praca nadal jest konieczna. To niezwykle smutny wniosek. Sto lat zmieniło tak wiele i tak mało zarazem!

Wiechnik opowiada życie ośmiu posełek, koncentrując się szczególnie na Zofii Moraczewskiej, której życie jest osią całej książki. Zakładam, że dzięki jej sławnemu mężowi zachowało się więcej materiałów, listów, wspomnień, dzienników. Pozostałe życiorysy na pewno nie były tak łatwe do zrekonstruowania, bo jak się okazało o przeszłości politycznej niektórych z kobiet zupełnie nikt nie wiedział. Cechą wspólną wszystkich posłanek była całkowita bezinteresowność działań. Te kobiety autentycznie miały poczucie misji i z całych sił walczyły o edukację i równość kobiet, zwłaszcza tych biednych, nieuprzywilejowanych.

Tak jak napisałam wyżej - ta książka jest po prostu ciekawa, do tego napisana rzutko, potoczyście, że trudno się od niej oderwać. Wiechnik nie poświęca się politycznym rozważaniom, choć oczywiście nie sposób uciec od tych tematów, lecz stara się nakreślić zwykłe życie kobiet - rodzinę, dzieci, osobiste nieszczęścia, nieustającą pracę w domu i w stowarzyszeniach kobiecych, w szkołach, w sejmie itd.  To były działaczki całym sercem, były waleczne, pracowite, inteligentne, świetnie zorganizowane i odważne. 

Wiechnik udało się stworzyć reportaż trzymający w napięciu, tak, wiem, jak to brzmi, ale naprawdę tak jest. Równocześnie autorka przekazała ogrom informacji, szczegółów, nie czyniąc z opisanych postaci papierowych figur. Czytając tę książkę, współodczuwałam z nimi, rozumiałam ich problemy i troski, które wcale nie były odległe od tych współczesnych. 
Bardzo polecam!

Moja ocena: 5/6

Olga Wiechnik, Posełki, czyt. Kamila Kuboth-Schuchardt, 482 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Stosikowe losowanie sierpień 2022


Hopeforbooks wybiera numer książki dla Momarty (w stosie 20 książek) - 16
Momarta wybiera numer książki dla Anny (w stosie 300 książek) - 144
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 521
ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 70 książek) - 49
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 17 książek) - 8
Maniaczytania wybiera numer książki dla Hopeforbook (w stosie 194 książki) - 23

piątek, 29 lipca 2022

"Podziemie pamięci" Yoko Ogawa

 


Moje drugie spotkanie z prozą Ogawy było udane, choć Podziemie pamięci nie zachwyciło mnie tak bardzo jak Ukochane równanie profesora. Ponownie jednak ujął mnie styl Japonki - spokojny, melancholijny, poetycki, ale daleki od emfazy i kiczu. Zdania Ogawy ujęły mnie metaforami i po prostu pięknem. Mimo że w tej powieści brak zwrotów akcji, to jest w niej tyle napięcia, wewnętrznej dynamiki, że czyta się ją jak kryminał.

Ogawa stworzyła świat na pewnej wyspie, gdzie stopniowo giną przedmioty. Najpierw są to sprawy mało istotne, bo gdy znikają szmaragdy, wstążki czy nawet perfumy, dość łatwo jest zaaranżować się z tą stratą. Ludzie praktycznie bezproblemowo akceptują ten stan rzeczy, co więcej tak się do tych zniknięć przyzwyczajają, że każde kolejne ich już tak nie zadziwia. Czują wewnętrzny przymus niszczenia tych przedmiotów, więc na przykład gdy znikają książki, zwożą wszystkie na ogromne stosy i je palą. Co więcej bardzo szybko zapominają o ich istnieniu i z upływem czasu nie są w stanie sobie przypomnieć ich funkcjonowania i wyglądu. Na wyspie żyje bezimienna narratorka, pisarka, która straciła rodziców. Jej matka należała do tej grupy osób, które pamiętają. Stanowiła więc zagrożenie i została zabrana przez policję i nigdy nie wróciła. Takie restrykcje grożą każdej osobie, która nie jest w stanie zapomnieć, więc próbują one znaleźć dla siebie kryjówki. Główna bohaterka urządza taką melinę dla swojego redaktora, który opuszcza żonę w ciąży i zamieszkuje w tajnym pomieszczeniu. W stworzeniu tego miejsca pomaga jej staruszek - przyjaciel rodziny, dobra dusza i wsparcie kobiety.

Ogawa kreśląc ten świat, przytacza fragmenty powieści pisanej przez kobietę. Opowiada ona o kobiecie - maszynistce, która traci głos. Jej opiekunem jest nauczyciel maszynopisania, w którym się zakochuje. Ta historia w ciekawy sposób współgra z głównym wątkiem książki, ciekawie spinając się z nim na końcu. 

Japonka bardzo sugestywnie przedstawia, jak powolne społeczeństwo krok po kroku przyzwyczaja się do ustępstw, jak traci swoją sprawczość, jak szybko akceptuje zmiany i staje się jeszcze bardziej podległe. Dużo tu parallel do II wojny światowej, ale też nie trudno dostrzec podobieństwa w zależności od własnych doświadczeń i pochodzenia (z mojej perspektywy narzucały się te do Polski). Ogawa zręcznie gra z wątkiem czasu, zapominania i pamięci, który już tematyzowała w Ukochanym równaniu profesora. Narzucają się tu pytania: jaką rolę odgrywa pamięć i przeszłość, czy należy pamiętać to, co zniknęło, a może lepiej żyć dalej bez prób przywrócenia pamięci? Bardzo ciekawe kwestie, które znowu będą podlegały indywidualnym doświadczeniom. 

Dla matki głównej bohaterki oraz dla redaktora bardzo ważne było zachowanie pamięci o znikniętych przedmiotach - oboje walczyli o to, by ich egzystencja nie poszła w zapomnienie i próbowali wyjaśnić ich sens pozostałym. Ja rozumiem te działania jako metaforę ruchu oporu, jako próbę walki przeciwko reżimowi, niezależnie czy jest ona skazana na klęskę. Wątpliwości może jednak budzić w ogóle sens tej walki oraz zachowanie uwięzionego redaktora, który próbuje przywrócić pisarce choć odrobinę wspomnień.

Podziemie pamięci to zdecydowanie ciekawa lektura, taka która na długo zapadnie w pamięć, dająca możliwości różnorodnych interpretacji oraz zachwycająca stylem i starannym tłumaczeniem Anny Karpiuk.


Moja ocena: 5/6


Yoko Ogawa, Podziemie pamięci, tł. Anna Karpiuk, 288 str., Wydawnictwo Tajfuny 2022.

środa, 27 lipca 2022

"Droga do piekła" Majgull Axelsson


Szwedzka dyplomatka, która zajmuje się umierająca matką walczy z demonami przeszłości - tak można by streścić tę powieść. Oczywiście jest to bardzo krzywdzące i niepełne stwierdzenie, ale równocześnie uświadamia mi, jak trudno oddać wielowymiarową treść tej książki. 

Cecylia jest rozwódką, jej córka jest już samodzielna, więc ma czas, by podjąć się towarzyszenia matce w umieraniu. Jej brat jest zapracowanym politykiem, ma małe dzieci i niespecjalnie ma czas na to, by opiekować się matką, mimo że jest jej ulubionym dzieckiem. Cecylia więc zamieszkała w Szwecji, w rodzinnym domu i właśnie tam, podczas opieki nad matką dopadają ją wspomnienia. Są to przebłyski z dzieciństwa - dziewczynka miała niełatwe dzieciństwo otoczona dość surowymi zasadami i wychowana w środowisku proletariackim. Największy wpływ miała na nią sąsiadka, rzekoma przyjaciółka, która skutecznie manipulowała uczuciami Cecylii. 
Kolejne wspomnienia zaprowadzą Cecylię do początków jej małżeństwa i rozwodu oraz pracy jako żona dyplomaty i dyplomatka, która konfrontowała ją z różnymi sytuacjami. Najtrudniejszą z nich był wybuch wulkanu Pinatubo na Filipinach. Cecylia z ramienia ambasady odwiedzała w okolicy wulkanu szwedzkiego więźnia, który pochodził z jej rodzinnego miasta. Tam zaangażowała się w jego transport do szpitala w stolicy. Podczas podróży wybuchł wulkan, a ona utknęła w nieznanym miejscu wraz z kierowcą, więźniem i przypadkowo napotkanymi dwoma osobami. 
Ta opowieść jest bardzo sugestywna - osadzona w filipińskich wierzeniach i powiązana z przeszłością Cecylii. Axelsson opisała przeżycia tej grupy bardzo przejmująco, świetnie naszkicowała napięte stosunki, niepewność, lęk każdej z osób. Równocześnie zwodzi czytelnika/-czkę przeplatając wspomnienia z aktualnymi wydarzeniami.

Droga do piekła to powieść nieoczywista, niełatwa w odbiorze, wielowarstwowa, której lektura jest jednak niezwykle wciągająca i satysfakcjonująca. Dla mnie Szwedka jest gwarantką literatury na wysokim poziomie, która haczy i porusza.

Moja ocena: 5/6

Majgull Axelsson, Droga do piekła, tł. Halina Thylwe, 388 str., W.A.B. 2013.

poniedziałek, 25 lipca 2022

"Der Markisenmann" Jan Weiler

 


Prozę i humor Jana Weilera znałam już z jego książek o dojrzewaniu nastolatki, które notabene były w Niemczech bestsellerami. Tę powieść natomiast polecił mi mąż, którego zachwyciła pomysłem i wykonaniem. I faktycznie, to bardzo przyjemna lektura. 
Kim ma piętnaście lat i jest niezbyt szczęśliwa w swojej rodzinie. Jej ojczym to typowy nowobogacki dorobkiewicz, który jest kopalnią pomysłów na nowe biznesy. Co więcej potrafi te pomysły przekuwać na faktyczny sukces. To czasem ma dobre strony, ale potrafi być też bardzo męczące, zwłaszcza gdy ojczym naśmiewa się z ojca Kim. Tego ojca dziewczyna praktycznie nie zna, bo odkąd rozstał się z matką, nie utrzymują kontaktu. Jest jeszcze młodszy, uwielbiany przez wszystkich brat i mama. Kim czuje się jak piąte koło u wozu, niechciana i wyśmiewana. Pewnego wieczoru przebiera się miarka i dziewczyna niechcący podpala brata. To oczywiście pogarsza jej sytuację w rodzinie, która decyduje, że Kim nie pojedzie na wspólne wakacje na Florydę, lecz spędzi je z nigdy niewidzianym ojcem. 

Kim jedzie więc pociągiem na drugi koniec Zagłębia Ruhry, by poznać jej wytwornego, jak go określa ojczym, ojca. Rzeczywistość okazuje się być zupełnie inna, tak inna, że Kim nawet w najśmielszych wyobrażeniach by na nią nie wpadła. Jej ojciec to spokojny, dobroduszny człowiek, który żyje w hali fabrycznej, a zarabia na życie jako domokrążca sprzedający markizy przeciwsłoneczne. Dziewczyna musi się więc przyzwyczaić do zupełnie innego standardu życia, zadomowić na terenie postindustrialnym i zaprzyjaźnić z kolegami ojca. Początkowa niechęć Kim przeradza się w zainteresowanie i zrozumienie. Poznaje ona stopniowo przeszłość ojca i skomplikowane stosunki między nim, jej matką a ojczymem. 

Powieść Weilera ujęła mnie spokojną narracją, która toczy się niespiesznie, tak jak życie ojca Kim. Jego język skrzy się od humoru, ale mnie ujął przede wszystkim doborem słownictwa. Weiler bowiem charakteryzuje swoich bohaterów przez język - sposób mówienia, powiedzonka, wybór słów. Bardzo lubię taki zabieg, a niektóre powiedzonka przejęliśmy nawet do naszego języka domowego. 

Weiler osadził tę powieść we współczesnych realiach niemieckich, nie tylko świetnie szkicując robotniczą klasę Zagłębia Ruhry, ale także wpływ sytuacji politycznej w NRD, oraz upadku muru berlińskiego na życie konkretnej rodziny. Najlepiej wyszły mu jednak postaci - nie tylko Kim, ale i ojczym, ojciec, jego kumple i nowy kolega Kim - chłopak pochodzenia rosyjsko-tunezyjskiego. Bardzo przyjemna, pełna melancholii lektura, która równocześnie skłania do refleksji.

Moja ocena: 4,5/6

Jan Weiler, Der Markisenmann, czyt. Lisa Hrdina, 333 str., Der Hörverlag 2022. 

piątek, 22 lipca 2022

"Blizna" Auður Ava Ólafsdóttir


Powieść Auður Evy Ólafsdóttir była dla mnie sporym zaskoczeniem. Islandii bowiem w niej mało, a właśnie takich realiów się spodziewałam. Nie oznacza to jednak, że Blizna mi się nie podobała. Wręcz przeciwnie, jej spokojna, solidna narracja mnie ujęła. 

Jónas dobiega pięćdziesiątki, prowadzi dość spełnione, dostatnie życie. Jest wprawdzie samotny, a po rozwodzie dowiedział się, że wychowywał nieswoje dziecko, ale ma dobre stosunki z córką. Jego dni mijają na odwiedzinach u cierpiącej na Alzheimera matki, na majsterkowaniu i korzystaniu z życia - Jónas jednak nie jest w stanie tego docenić. Poczucie samotności i braku jest tak wielkie, że nie widzi sensu w swoim życiu. Nie chce jednak narazić córki na szok odnalezienia ojca, który popełnił samobójstwo i decyduje się na wyjazd. Jego wybór pada na kraj, do którego nikt nie jeździ. Właśnie skończyła się tam wojna, nikt przy zdrowych zmysłach nawet nie myśli o urlopie w takim miejscu. Jónas jednak pakuje narzędzia, małą walizkę i wyjeżdża do tego miejsca, by zakończyć tam swoje życie. W powojennych zgliszczach spotyka poranionych ludzi, straumatyzowane dzieci, porusza się wśród ruin i min, a hotel Silence daleki jest od idyllicznego miejsca na urlop. Plan Jónasa siłą rzeczy musi czekać na realizację, mężczyzna mimowolnie zostaje zaangażowany w prowadzenie i reparowanie nadszarpniętego zębem czasu i działaniami wojennymi hotelu. 

Mimo że ta fabuła być może brzmi dość sensacyjnie i przewidywalnie, wcale taka nie jest. Akcja powieści toczy się niespiesznie, Ólafsdóttir stawia na proste, treściwe zdania, które potrafią być bardzo poetyckie.
Blizna to powieść o samotności wśród ludzi i o pragnieniu śmierci, ale także o tym, jak te odczucia się relatywizują w momencie, gdy człowiek zaczyna się czuć potrzebny. Ta elementarna ludzka potrzeba staje się ratunkiem dla Jónasa. Brak poczucia bycia ważnym zmusił go przecież do stawiania sobie pytań na temat sensu jego egzystencji. Świadomość, że nikogo nie poruszy jego śmierć, że jego zniknięcie nie zmieni świata była dla mężczyzny obezwładniająca. 

To powieść o zwykłym życiu zwykłego człowieka, które ma szansę mieć znaczenie i zmieniać rzeczywistość - ciekawa koncepcja, niezłe wykonanie.

Moja ocena: 4/6

Auður Ava Ólafsdóttir, Blizna, tł. Jacek Godek, 216 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

czwartek, 21 lipca 2022

"O tym się nie mówi" Emilie Pine


Autoterapia w wydaniu irlandzkim, która odkrywcza może nie jest, ale potwierdza, że tematy, które wydają się być oklepane i obgadane od lat, wciąż są aktualne. Pine w swoich esejach porusza bowiem problemy stricte kobiece, znane i typowe - są to więc ojciec alkoholik, problematyczne dojrzewanie, walka o dziecko, niepłodność i poronienie, samookaleczanie, gwałt, rola kobiety w nauce. 

Eseje Irlandki są niezwykle szczere, dosadne, drobiazgowe, ale nie krzykliwe i sensacyjne. Cechuje je przede wszystkim autorefleksja, chęć do autoanalizy, zrozumienia własnego postępowania, osadzenia go w kontekście. Pine nie stroni od samokrytyki, dostrzega zachowania uwarunkowane społecznie i stara się świadomie działać w tym kontekście. Te eseje czytane po kolei dzięki układowi chronologicznemu stworzą obraz życia autorki, ale nie sadzę, by taki był ich cel. Myślę, że są one formą autoterapii, ale i świadectwem dla innych kobiet, które mogły doświadczyć któregoś z opisanych problemów. Pine jest bardzo autentyczna w swoim pisarstwie i dlatego ma szansę dodać innym kobietom odwagi, pokazać drogę, wyjście, dać szansę. 

Każda czytelniczka, bo myślę, że po tę książkę sięgną głównie kobiety, zapewne odnajdzie tutaj inny punkt, który ją poruszy. Własne doświadczenie będzie odgrywało ogromną rolę w odbiorze tej książki. A nawet jeśli ktoś nie doświadczył żadnego z problemów, to z pewnością lepiej zrozumie te kobiety, które ich doznały.

Polecam, dobra, mocna rzecz.

Moja ocena: 5/6

Emilie Pine, O tym się nie mówi, tł. Joanna Figiel, 192 str., Wydawnictwo Cyranka 2020.

piątek, 15 lipca 2022

"Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli" Janine Di Giovanni


Przenieśmy się do roku 2012, do Syrii, to tak niedawno, prawda? Kto nie pamięta ciągnących się na setki kilometrów kolumn uchodźczyń i uchodźców. Tam, w Syrii była wtedy Janine Di Giovanni, która odwiedzała Damaszek, Latakię, Homs, Aleppo i inne miejscowości. Amerykanka stawia na rozmowy z ludźmi, głównie z kobietami. Mieszka z nimi, towarzyszy im, obserwuje i słucha. Te opowieści są potworne, trudne, ciężkie do wytrzymania. Tu nie ma ani jednej pozytywnej wiadomości, ani jednego szczęśliwego zakończenia. To relacji o zagładzie, o torturach, o poniżeniu - o najgorszym obliczu wojny.

Autorka nie ma pretensji do stworzenia pełnego obrazu wojny czy kompendium wiedzy o tym konflikcie. Jej relacje są wyrywkowe, ograniczają się do konkretnych chwil, dni, wydarzeń. Autorka wprawdzie osadza je w kontekście, ale tu powołuje się głównie na własne przeżycia, podróż, rozmowy. Opisuje trudności z dostaniem się do konkretnych miejsc, z zaaranżowaniem spotkań czy rozmów. W orientacji czasowej pomaga natomiast zamieszczone na końcu książki szczegółowe kalendarium syryjskiej wojny. 

To nie jest lektura, która przyniesie jakiekolwiek katharsis. Wręcz odwrotnie, uświadamia, że wojny dzieją się od nowa i od nowa i że każda z nich jest niemniej brutalna od poprzedniej. Mimo to warto i należy czytać takie książki - mi reportaże Di Giovanni poukładały w głowie tło tej konkretnej wojny, pozwoliły zrozumieć, jak do niej doszło, jakie cele mają strony konfliktu oraz w jaki sposób zamieszane są w nią kraje postronne. Autorka z całym przekonaniem potwierdza doniesienia o brutalności reżimu, znamienne są także relacje osób z wyższych sfer czy stolicy, które na początku tej wojny nie brały całkiem na serio. Wszystkie opisane przez Amerykankę postawy powtarzają się o każdej porze i pod każdą szerokością geograficzną i to jest w tej książce najsmutniejsze.

Moja ocena: 4/6

Janine Di Giovanni, Der Morgen als sie uns holten. Berichte aus Syrien, tł. Susanne Röckel, 251 str., S. Fischer Verlag 2016.

środa, 13 lipca 2022

"Migot" Ilona Wiśniewska


 

Z przyjemnością wróciłam do północnych klimatów i spokojnego, wyważonego stylu Ilony Wiśniewskiej. Ta niespieszność, uważność i spokój uwiodły mnie w jej poprzednich reportażach i Migot także nie zawiódł mnie w tej kwestii. Wiśniewska spędziła kilka miesięcy na Grenlandii, na północy, w miejscu, gdzie nie zbyt chętnie się mieszka, skąd wszędzie jest daleko i gdzie nie ma żadnych perspektyw. To przysłowiowy koniec świata zamieszkany przez Inuitów. 

Autorka przysłuchuje się rozmowom, czasem pyta, czasem odpowiada, ale przede wszystkim jest, obserwuje i bierze udział w codziennych zajęciach Inuitów. Ta książka jest więc opisem ich życia - opisem braku. Braku leków, braku lekarza, braku jedzenia, braku pieniędzy, braku słońca, braku ciepła, braku bliskości, braku perspektyw. Równocześnie to rzecz o konsekwencjach kolonializmu, zabierania, niszczenia, zawłaszczania. To opowieść o ludziach zapomnianych, zagubionych, zatrzymanych w tu i teraz. To także opowieść o zwierzętach. I te fragmenty są trudne do przełknięcia dla zwierzęcych wrażliwców. Zwierzęta to bowiem podstawa egzystencji, gwarancja życia. Zwierzęta się przysposabia do pracy, kłusuje, zabija, oprawia, obdziera ze skóry, pozostawia samym sobie, karmi albo nie. I choć oczywiście przynależą one i te działania do odwiecznego trybu życia w dziczy, to dla mnie były te opisy trudne do zniesienia. 

Dzięki Migotowi dowiedziałam się czegoś nowego o kolejnym kawałku świata, miałam nawet okazję usłyszeć kilka słów w języku grenlandzkim, bo zdecydowałam się na audiobook pięknie przeczytany przez Monikę Chrzanowską.


Moja ocena: 5/6

Ilona Wiśniewska, Migot, czyt. Monika Chrzanowska, 256 str., Wydawnictwo Czarne 2022.

poniedziałek, 11 lipca 2022

"TOPR. Nie każdy wróci" Beata Sabała-Zielińska


 

Drugi tom opowieści o TOPR Beaty Sabały-Zielińskiej podobał mi się dużo bardziej od pierwszego, ale też mogłam go lepiej docenić, ów pierwszy tom już znając. Dzięki wiedzy o działaniu i strukturze tej organizacji lepiej mogłam zrozumieć konkretne kroki podejmowane w przypadku opisanych przez autorkę akcji. 

Sabała-Zielińska skupiła się w tym tomie na feralnym okresie w sierpniu 2019 roku, gdy w Tatrach wydarzyły się równocześnie dwa wypadki. Pierwszym z nich było zaginięcie grotołazów w Jaskini Wielkiej Śnieżnej. Zbadanie stanu mężczyzn a potem wyjęcie ciał było karkołomne i precedensowe na świecie. Ta akcja wymagała ogromnego wysiłku logistycznego i fizycznego ze strony ratowników, ale wzbudziła także mnóstwo kontrowersji. Po pierwsze w świecie grotołazów, którzy poczuli się odsunięci od akcji ratunkowej, ale także w kwestii sensu wyciągania ciał z narażeniem życia ratowników. Sabała-Zielińska nakreśla tę akcję oraz te wątpliwości z wielu perspektyw, dopuszczając do głosu osoby zaangażowane z różnych stron. 

Równocześnie na Giewoncie miała miejsce gwałtowna burza, która przyniosła ze sobą straszliwe spustoszenie. Autorka opisuje minutę po minucie sytuację na górze, początek burzy, konkretne wydarzenia, a następnie akcję ratunkową, w którą zaangażowani byli wszyscy. W tym opisach opiera się na relacjach świadków i czyni to świetnie. Przyznam, że opis burzy na Giewoncie czytałam jak rasowy horror. Znałam tę historię, ale nie aż tak szczegółowo, więc ten rozdział był dla mnie bardzo ciekawy. Podobało mi się, jak autorka sięga po perspektywę ofiar, przypadkowych pomocników oraz ratowników i lekarzy, jak opisuje atmosferę, jaka panowała wśród poszkodowanych. Świetnie nakreśla ich odczucia, nastrój, ale i nie boi się oceniać zachowań ofiar. 

To reportaż pełen emocji, ale nie są one tu wyrazem sensacji czy szukania poklasku, to autentyczna, soczysta opowieść dokumentalna, którą czyta się jednym tchem. Dla osób zainteresowanych górach - lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 5/6

Beata Sabała-Zielińska, TOPR. Nie każdy wróci, czyt. Andrzej Hausner, 336 str., Prószyński i S-ka 2021.

piątek, 8 lipca 2022

"Raquels Töchter" Helena Marques


 

Portugalska saga, której akcja osadzona jest u końca XIX wieku na Maderze zaciekawiła mnie od razu. Trochę niepokoiła mnie jednak dość szczupła objętość książki jak na sagę i słusznie. Ale po kolei. 

Tytułowa Raquel to ikona rodu, którego historię snuje Marques. Matka i żona cierpliwie czekająca na męża lekarza, który regularnie wybywa z domu, przyjmując posady na statkach, które na przykład sondują wybrzeże południowoafrykańskie, by zapobiec handlowi niewolnikami. Mimo to parę łączy namiętne uczucie. Gdy więc mąż wraca z kolejnej wyprawy Raquel zachodzi w trzecią ciążę, co nie jest mądrym wyborem, ponieważ poprzednie porody były bardzo trudne. Takie wprowadzenie sugeruje już nieuniknione, ujmując narracji jakiegokolwiek napięcia. Ten stosunek był dla Raquel także przełomowy w inny sposób - po raz pierwszy doznała orgazmu, co niezwykle cieszy małżonków i wprawiło w konsternację czytelniczkę, czyli mnie. Marques zresztą rości sobie pretensje do pisania głównie o kobietach i stworzenia powieści z feministycznym zacięciem. Przedstawia więc na jej kartach losy kilku kobiet z rodziny - tych traktowanych jak przedmioty, wyswatanych bardzo młodo, nieszczęśliwych w małżeństwie, oszukanych i opuszczonych w aurze skandalu. Są kobiety, które rodzą po kilkanaście dzieci, wyczerpane i zmaltretowane i jest jedna dziewczyna, przyjaciółka córki Raquel, która studiuje medycynę i staje się pierwszą lekarką na wyspie. Wszystkie te wątki są zaledwie zarysowane i opisane bardzo schematycznie oraz naiwnie. Nie bardzo wiedziałam, czemu one mają służyć, poza odciąganiem uwagi od losów rodziny głównej bohaterki. 

Raquel zresztą, jak się można domyślić, przy porodzie umiera i potem żyje jako niemalże bóstwo w pamięci innych. Wspominana jest jako kobieta anioł, silna, wyjątkowa, bohaterska, mądra - tymczasem ja ją poznałam jako uległą Penelopę, która siedzi w domu, czeka na męża, zajmuje się dziećmi i marzy o podróżach, zwłaszcza na Maltę, skąd pochodził jej protoplasta. Ta postać zupełnie wymknęła się autorce spod kontroli, a jej kreacja wyszła groteskowo. Podobnie ma się też sytuacja z mężem lekarzem, który popada w niekończącą się żałobę. W pewien sposób wyrywie go z niej sprytna kobieta, z którą się zwiąże w późnym wieku. Nie bardzo zrozumiałam istotę tego związku - kobieta przedstawia go jako pełen korzyści dla niej, ale poza prestiżem bycia partnerką (bo nie było ślubu) lekarza żadnych innych nie odnalazłam.

Tytułowe córki natomiast (portugalski tytuł ich jednak nie podkreśla) zupełnie zanikają w mnogości wątków. Starsza staje się kopią matki, ale tylko wizualną, bo jej życie dąży do jak najszybszego małżeństwa i posiadania dzieci, nie widać w nim żadnych feministycznych przesłanek przypisywanych matce. Młodsza znów nie odgrywa praktycznie żadnej roli i przewija się tylko jak łączniczka ojca z kandydatkami na drugą partnerkę. 

Dziwna to powieść, niedopracowana, powierzchowna, ale uwiodła mnie klimatem Madery - z chęcią poznałam nieco historii wyspy, warunków życia, krajobrazów, z przyjemnością odszukałam znane mi miejsca i okolice. 

Moja ocena: 3/6


Helena Marques, Raquels Töchter, tł. Karin von Schweder-Schreiner, 218 str., btb 1999.

środa, 6 lipca 2022

"Szramy. Jako psychosystem niszczy nasze dzieci" Witold Bereś, Janusz Schwertner

 


Gdy skończyłam słuchać tej książki, od razu oznaczyłam pięć gwiazdek na Goodreads. Teraz, jakiś czas, po lekturze nie jestem tej oceny już taka pewna. Te pięć gwiazdek są wynikiem emocji, bo to reportaż zbudowany właśnie na nich, a nie na faktach. Bereś oparł swoją książkę na reportaży Janusza Schwertnera, który opisał samobójstwo Wiktora - chłopca, który urodził się w ciele dziewczynki. Ten tekst oraz fala reakcji, jaką wywołał skłoniły autora do pogłębienia tematu. 

Bereś poszedł dalej i opisał system opieki psychiatrycznej i psychologicznej w Polsce - który, jak wiemy, jest w opłakanym stanie. Jego relacja nie jest jednak rzeczowa, oparta na dogłębnych badaniach, lecz na emocjach. Pełno w niej krwi, ran, wycia, faszerowania lekami, nieczułości, wrzasku. Brak za to empatii, zrozumienia i konkretnego leczenia. Rozumiem, że autor wybrał przykłady najbardziej tragiczne, piętnujące wszystkie niedomagania systemu, ale wyszła z tego powieść sensacyjna nie reportaż. Bereś powtarza bowiem jak mantrę te same opisy - spryskane krwią materace, pasy, śmierdzące wnętrza, odrapane ściany. 

Mnie bardziej od opisu szpitali psychiatrycznych i warunków w nich panujących zainteresowały relacje dzieci i ich matek, tych ostatnich zwłaszcza. Piekło przez jakie przechodzą dzieci jest także piekłem ich rodziców. Niestrudzona i często beznadziejna walka matek bardzo mnie poruszyła i to dlatego tak wysoko oceniłam tę książkę. 

Oprócz dość sensacyjnego stylu (być może bardziej właściwego dla artykułu niż książkowego reportażu), dziwiła mnie formuła książki - Bereś komentuje bowiem reportaż Schwertnera. Dużo czasu zajęło mi zorientowanie się w zawiłościach tej konstrukcji i nie bardzo rozumiem cel tego zabiegu. 

Mimo tych mankamentów to potrzebna książka, choć niestety nie mam złudzeń, że coś zmieni w kwestii leczenia i podejścia niektórych osób.


Moja ocena: 4/6


Witold Bereś, Janusz Schwertner, Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci, czyt. Józef Pawłowski, 288 str., Wielka Litera 2020.

poniedziałek, 4 lipca 2022

"Pudło. Opowieści z polskich więzień" Nina Olszewska

 


Reportaż Niny Olszewskiej to, jak sam tytuł wskazuje, opowieść o ludziach. Nie ma tu natłoku faktów, analiz, informacji statystycznych, za to jest człowiek. Autorka zasadziła tę książkę na rozmowach, ale także na własnych doświadczeniu, co bardzo fajnie powiązała w zakończeniu z treścią książki.

Olszewska przeprowadziła setki rozmów z więźniami i więźniarkami oraz pracowniczkami i pracownikami systemu penitencjarnego, poruszając szeroką gamę tematów. Nie wypytywała o powody pobytu w więzieniu, nie dociekała, co dana osoba zrobiła, a raczej skupiała się na słuchaniu. Olszewską interesuje bardziej życie za kratkami - sposoby spędzania czasu, hierarchia więzienna, posiłki, ochrona zdrowia, biblioteka, zajęcia, praca, higiena. Nie ma chyba aspektu pobytu w więzieniu, o którym autorka by nie pomyślała. Następnym obszarem tematycznym, z którym w rozmowach rozprawia się Olszewska jest pobyt poza więzieniem - przygotowanie na opuszczenie zakładu, wyjścia, organizacje, które pomagają osadzonym, którzy zakończyli odsiadywanie kary. Omawia także kontakty z pozawięziennym światem - odwiedziny, listy, telefony, wpływ na wychowanie dzieci, partnerki. 

Autorka uwiodła mnie spokojnym, dalekim od sensacji stylem, czasami nawet poetyckim. Z ciekawością wysłuchałam tych opowieści i zrozumiałam nieco lepiej sytuacje więźniów, choć nie powiem, żeby to była pokrzepiająca opowieść. Olszewska raczej pozbawia tę wizję jakiejkolwiek iluzji i pozłotka, o ile ktokolwiek w pozytywny aspekt więziennictwa w ogóle wierzy.

Moja ocena: 5/6

Nina Olszewska, Pudło. Opowieści z polskich więzień, czyt. Monika Kwiatkowska, 248 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

piątek, 1 lipca 2022

Stosikowe losowanie lipiec 2022

 


Maniaczytania wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 6 książek) - 5
Agnes wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 115
McDulka wybiera numer książki dla Guci (w stosie 64 książki) - 59
Gucia wybiera numer książki dla Anny (w stosie 306 książek) - 102
Anna wybiera numer książki dla Hopeforbooks (w stosie 215 książek) - 197
Hopeforbooks wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 687
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 3 książki) - 3