piątek, 5 września 2025

"Die Holländerinnen" Dorothee Elmiger


 
Bezimienna pisarka wygłasza odczyt o swojej twórczości, a szczególnie o tym, dlaczego przestała pisać. Bardzo szybko ten wykład zamienia się w relacje z jej wyprawy do Ameryki Środkowej. Znajomy reżyser zadzwonił do niej, by zaprosić ją do udziału w międzynarodowym projekcie. Punktem wyjścia miało być zaginięcie dwóch Holenderek w dżungli. Pisarka wyraziła zgodę i wyruszyła prawdopodobnie do Panamy. Tam zamieszkała wraz zebraną przez reżysera grupą blisko miejsca zaginięcia. Po kilku dnia ruszyli w ślad kobiet. Ta opowieść przeplatana jest historiami opowiadanymi przez uczestników wyprawy oraz osoby przez nich spotkane. To historie o opiece nad kozami, o zepsutej lodówce, o hiszpańskiej szynce, o mustangach i innych kuriozalnych kwestiach. 

Przytoczoną tu historię niełatwo mi było wyłuskać z tej dość szczupłej powieści. Elmiger niemal cała książkę napisała w mowie zależnej, co w języku niemieckim oznacza ciągłe używanie trybu przypuszczającego. To nietypowy styl, do którego jednak się przyzwyczaiłam. Autorka jednak dodatkowo ucieka się do bardzo wyszukanego słownictwa i tworzy zdania wielokrotnie złożone, co przy wplataniu historii uczestników, wymaga tak wielkiej uwagi czytelniczki, że trudno mówić tu o przyjemności z lektury. Gdyby jeszcze tak wysoka uwaga niosła za sobą satysfakcję z przeczytanych treści, ale autorka ani mnie nie zaciekawiła, ani nie poruszyła. Kolejnym utrudnienim jest głęboka intertekstualność i setki aluzji do innych dzieł literackich czy filmowych. Zapewne mają one wszystkie znaczenie, ale cóż z tego, skoro odszukanie go oznaczałoby rozbiór każdego zdania. 

O czym jest więc ta książka? Podobno o upadku cywilizacji, zagubieniu, ale dla mnie pozostało to zagadką. Odebrałam ją jako przeintelektualizowaną na siłę i jedyną udaną kwestią jest w niej kreacja gęstej, dusznej atmosfery oraz okładka.

Moja ocena: 2/6

Dorothee Elmiger, Die Holländerinnen, 158 str., Hanser 2025.

czwartek, 4 września 2025

"Der heutige Tag. Ein Stundenbuch der Liebe" Helga Schubert


Helga Schubert – psycholożka i pisarka – opisuje swoją codzienność z siedemnaście lat starszym mężem. Mężczyzna jest praktycznie przykuty do łóżka, porusza się jedynie na wózku i wymaga opieki. Pisarka ma około osiemdziesiąt lat, ale opiekuje się z oddaniem mężem, co opisuje w swojej powieści. 
To bardzo realistyczna relacja zwykłych dni – czyszczenia cewnika, podawania leków, podnoszenia męża, który znów sam wstał z łóżka, organizowania opieki, szukania wsparcia i pomocy.
Co wyróżnia tę relację, to miłość, która jest wręcz namacalna. We wszystkich tych trudach dnia codziennego, autorka znajduje czas i siłę na uścisk ręki przy śniadaniu, ciepłe słowo, uśmiech, wyrozumiałość. 

Schubert w swój dziennik wplata wspomnienia. Dowiadujemy się, jak poznała jako studentka psychologii męża, który był jej wykładowcą. Opisuje rozwój uczucia, rozwód, wspólne życie. W tle mamy budowę muru berlińskie, realia NRD, przeprowadzkę na wieś, kontakty z dziećmi, którzy odżegnują się od opieki na ojcem. I wiele samotności.

Schubert operuje bardzo delikatnym, melancholijnym językiem. Czułość, miłość, przywiązanie widoczne są w dobrze słownictwa i opisywanych wspomnieniach. To piękna opowieść o starości i przywiązaniu, ale i o systemie, który zawodzi. Mimo że czytałam już książki o podobnej tematyce, tę wyróżnia postać autorki, która przecież sama jest już starszą osobą, jej wykształcenie nadaje temu dziennikowi głębszego wymiaru, widać tu bowiem psychologiczne zacięcie. Mój zachwyt nie jest jednak pełny, zabrakło mi tu głębszej konkluzji, ram. 

Moja ocnea: 4/6

Helga Schubert, Der heutige Tag. Ein Stundenbuch der Liebe, 271 str., dtv 2023.

środa, 3 września 2025

Podsumowanie sierpnia 2025



Przeczytane książki: 15

Liczba stron: 4666

Przeczytane tytuły

– "Mit kaltem Kalkül" Michael Tsokos
– "Trans-Atlantyk" Witold Gombrowicz
– "Porträt einer Ehe" Maggie O'Farrell
– "Plaga" Juliana Javierre
– "Und alle so still" Mareike Fallwickl
– "Liść wiatru" Antologia
– "Uśmiech Shoko" Choi Eunyoung
– "Lügen über meine Mutter" Daniela Dröscher
– "Ich tat die Augen auf und sah das Helle" Mascha Kaléko
– "Stoner" John Williams
– "Identitti" Mithu Sanyal
– "Teo od 16 do 18" Raluca Nagy
– "Tłusty róż" Fernanda Trías 
– "Nebenan" Kristine Bilkau
– "Ghost Season" Fatin Abbas

Najlepsza książka: "Lügen über meine Mutter", "Stoner"

wtorek, 2 września 2025

"Ghost Season" Fatin Abbas


Saraaya leży na granicy Sudanu i Sudanu Południowego, między pustynią a sawanną, między Nomadami i Nilotami, między chrześcijanami i muzułmanami, po środku niczego. Zapomniana i porzucona samej sobie. Nawet mieszczącej się tam placówki NGO nikt nie chce jechać. Przypadkowo wylądował tam Alex, zupełnie nieświadomy, co go czeka. Jego zadaniem jest kartowanie okolicy i aktualizacja istniejących już map. W placówce mieszka także Dena – amerykańska reżyserka sudańskiego pochodzenia oraz trójka miejscowych. William jest Nilotem, Layla nomadką, a Mohamed to dwunastoletni chłopiec, który po śmierci ojca musi dbać o być matki i młodszego rodzeństwa. William pracuje jako tłumacz i z miejsca zakochuje się w Layli. Ten związek ma jednak nikłe szanse, jako że kucharka jest nomadką. Saraaya jest miejscem, gdzie wyjątkowo dotkliwie odczuwa się konflikt między bojówkami i rządem, a także między Nilotami i zubożałymi nomadami, którzy stracili cały dobytek ze względu choćby na zmiany klimatyczne i brak wody. 

Fatin Abbas opowiada historię z perspektywy wszystkich tych postaci, wplatając między dialogi sporo opisów – domów, targu, wesela, strojów – co pozwala czytelniczce lepiej wyobrazić sobie okoliczności życia w Saraayi. Równocześnie obserwujemy punkt widzenia bardzo różnych osób, a także powoli rodzące się między nimi relacje. Najbardziej poruszające jest tło polityczne, które ze zwykłych osób, jak to w konfliktach zawsze bywa, czyni nic nie znaczące pionki. Jeśli ktoś o Sudanie niewiele wie, po tej książce będzie miał lepszy obraz tła toczących się od lat konfliktów. Akcja rozgrywa się przecież w latach 2001-2002, jeszcze przed powstaniem Sudanu Południowego, a aktualna sytuacja wciąż jest napięta. 

Abbas pisze dość prostym językiem, z lekkością i potoczystością. Nie ma tu żadnych formalnych i językowych fikołków, które odciągałyby uwagę od istoty narracji. Ciekawy głos z Sudanu, warto zwrócić uwagę.

Moja ocena: 4,5/6

Fatin Abbas, Ghost Season, 320 str., W.W. Norton & Company 2023.

poniedziałek, 1 września 2025

"Nebenan" Kristine Bilkau


 

Bilkau wybrała niewielkie miasteczko w północnych Niemczech, by snuć niespieszną opowieść o kobietach i ich rozterkach. Julia zbliża się do czterdziestki i pragnie mieć dziecko. Jej mąż, biolog, wychowany w dużej rodzinie, podchodzi do tej kwestii na luzie. Julia wychowana przez matkę dorastała samotnie marzy o dzieciach. 
Astrid jest lekarką, ale myśli już o emeryturze i chciałaby oddać swój gabinet w dobre ręce. Tymczasem zaczynają do niej przychodzić anonimy, w których podważane są jej kompetencje jako lekarki. 
Jest jeszcze Elsa – ciocia Astrid, która miała największy wpływ na jej wychowanie i edukację. Elsa zaczyna robić porządki w mieszkaniu, Astrid jednak martwi się o ciotkę, obawiając się demencji.
Punktami łączącymi te trzy kobiety jest rodzina, która mieszkała niedaleko Julii i Elsy. Pewnego dnia znika bez słowa. Matka, troje dzieci i ojciec. Jak kamień w wodę. W domu zostają naczynia, obrazki dzieci, a w skrzynce piętrzą się listy. Julia i Astrid podejrzewają najgorsze, ale też trudno im dociec prawdy. 
Drugą kwestią jest dom dziecka – sąsiedzi nie byli zadowoleni z jego obecności i dzieci muszą opuścić nieruchomość, której rzekomo grozi zawalenie. Równocześnie nieznane dziecko pojawia się w ogrodzie zaginionej rodziny. 
Wiele tu niewiadomych, które w zasadzie nimi pozostają. W tej powieści nie chodzi bowiem o to, by rozwiązywać zagadki, a o to by zastanowić się nad swoimi relacjami. Czy pragnienie dziecka jest rekompensatą własnej samotności? Czy opieka nad starszą osobą wynika z lęku czy z autentycznej troski? Wszystkie przedstawione kobiety stoją przed ważnymi decyzjami – zakończenie pracy i przejście na emeryturę, ciąża za wszelką cenę, starość i jej konsekwencje. Co się stanie, jeśli ciąża nie wypali? Gdzie zamieszka Elsa, gdy nie będzie mogła dbać o siebie? Czy w przypadku zaginionych sąsiadów chodziło o przemoc w rodzinie? Czy zmarła kobieta, do której została wezwana Astrid padła ofiarą przemocy rodzinnej? 

Bilkau prowadzi bardzo spokojną, melancholijną narrację. Skupia się na relacjach, reakcjach, zmartwieniach, akcja odgrywa tu rolę drugorzędną. Ciekawe jest umieszczenie tej powieści na prowincji, gdzie zamiera życie, centrum wymiera, a ekosystem ulega zanieczyszczeniu. I mimo że doceniam takie pióro, to jednak zabrakło mi tu jakiejś pointy, klamry, katharsis. 

Moja ocena: 4/6

Kristine Bilkau, Nebenan, 288 str., Luchterhand Verlag 2022.

niedziela, 31 sierpnia 2025

"Tłusty róż" Fernanda Trías


 
Położone nad morzem miasto stopniowo się zmienia. Najpierw wymierają wszystkie ryby w rzece, która zapełnia się gęstą masą trujących alg. W mieście zaczyna szaleć wiatr, który zatruwa powietrze i wywołuje choroby. Nie ma już słońca, nie ma deszczu, nie ma ptaków. Kto mógł, udał się w interior, gdzie życie wciąż jest w miarę bezpieczne. Główna, bezimienna bohaterka pozostaje jednak w swoim mieszkaniu – balansując miedzy trzema postaciami. Pierwszą z nich jest ex-mąż, który leży w klinice. I jego dopadła zaraza, widoków na wyzdrowienie nie ma, więc mężczyzna znalazł się na oddziale paliatywnym, gdzie odwiedziny wciąż są możliwe. Max towarzyszył kobiecie od dziecka – razem się wychowali, aż wreszcie wzięli ślub. Drugim biegunem jest matka – kobieta nieobliczalna, która dla córki nie stanowi żadnego wsparcia. Nie była nim zresztą także w okresie dziecięcym, scedując swoje obowiązki na opiekunkę. Narratorka powieści zajmuje się chłopcem. Jego rodzice mieszkają na wsi, ale problematyczne dziecko oddają pod opiekę. Mauro cierpi na chorobę, której objawem jest nieopanowany głód. Jest to o tyle problematyczne, że coraz trudniej zdobyć jedzenie. Jednym z nielicznych produktów jest różowa papka wykonywana ze zwierząt. Ta obrzydliwa masa formowana jest na kształt znanych produktów. 

Ten zarys fabuły brzmi ciekawie, zresztą chętnie sięgam po dystopie. Jednak powieść Urugwajki mnie nie przekonała, przede wszystkim ze względu na sposób prowadzenia narracji. Bardzo długo trwało, zanim się zorientowałam w historii i z tego powodu cały początek zupełnie do mnie nie trafił. Później było lepiej, historia głównej bohaterki mnie zainteresowała, ale poetyckie przerywniki na początku czegoś na kształt wyodrębnionych rozdziałów pozostały dla mnie zagadkowe. Zabrakło mi też większego tła samej katastrofy czy może pandemii, zarazy, która dotknęła opisywaną społeczność. W efekcie po skończonej lekturze mam poczucie, że jest to książka, która nie poruszyła mnie na tyle, bym zapamiętała ją na dłużej. 

Moja ocena: 3/6

Fernanda Trías, Tłusty róż, tł. Barbara Jaroszuk, 288 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

sobota, 30 sierpnia 2025

"Identitti" Mithu Sanyal

 


Nivedita jest córką Polki i Indusa, mieszka w Niemczech, a na uniwersytecie w Düsseldorfie chodzi na zajęcia z postcolonial studies u kultowej profesorki Saraswati. Te zajęcia cieszą się wielką popularnością, a słuchaczkami i słuchaczami mogą być tylko osoby o kolorze skóry innym niż biały. Do Niemiec przyjeżdża nawet kuzynka Nivedity z Anglii – której oboje rodzice pochodzą z Indii, co jest niezmiennie powodem zazdrości dla Nivedity. 
Saraswati ma charyzmę, ma wiedzę i nie owija w bawełnę. Na swoich zajęciach udowadnia, że rasa to tylko koncept, podejmuje tematy postkolonializmu, rasizmu, tożsamości kulturowej, zawłaszczenia kulturowego itd. Jej argumentacja jest dla Nivedity objawieniem i otwiera w niej ścieżkę do zrozumienia samej siebie. Dziewczyna natomiast jest słynną blogerką, pisze w sieci jako Identitti, nieustannie prowadząc w głowie dialogi z hinduską boginią Kali.
Skandal wybucha, gdy okazuje się, że profesorka naprawdę jest biała i podszywa się pod Induskę. 

Powieść Sanyal skrzy się od ironii i humoru, pełna jest niezwykle wartościowych przemyśleń na powyższe tematy, które nawet jeśli były mi w jakiś sposób znane, to otwierają oczy, szczególnie że narracja prowadzona jest z perspektywy osoby nie przynależącej całkowicie do żadnej rasy czy kultury. Sanyal świetnie balansuje między różnymi stylami: są tweety, są wykłady, dialogi, rozmowy z boginią. Czyta się to dobrze i dość lekko, ale jednak w pewnym momencie miałam wrażenie, że autorka przedobrzyła, tak jakby chciała zawrzeć w tej powieści wszystko. Tym sposobem traci uwagę czytelniczki, a narracja zagęszcza się w nieskończoność. Samo rozwiązanie kwestii skandalu na uniwersytecie było dla mnie zbyt sensacyjne, a wprowadzenie problematyki adopcji z Indii kolejnym grzybem w tym już bardzo gęstym barszczu.

Niemniej nie żałuję lektury, bo to arcyciekawy głos w niemieckiej literaturze. Po fali powieści pisanych przez emigrantów i emigrantki, mamy powieść Niemki, której bohaterka swą tożsamość pragnie definiować przez hinduizm. Ogromne brawa za szeroką tematykę rasową i kolonialną – wiele tu mądrych myśli i poszerzania perspektywy. 

Moja ocena: 4/6

Mithu Sanyal, Identitti, 432 str., Hanser 2021.

piątek, 29 sierpnia 2025

"Teo od 16 do 18" Raluca Nagy

 


Sięgałam po tę książkę, nie przeczytawszy uprzednio żadnych informacji o niej. Po skończonej lekturze, wzięłam udział w klubie dyskusyjnym i, w końcu, przeczytałam blurb. I dopiero teraz wiem, o czym Raluca Nagy pisała. Owszem, czytając, zrozumiałam jakąś część treści, ale okazuje się, że był to zaledwie ułamek. Teo od 16 do 18 z założenia jest książką o życiu kobiety – jej dzieciństwie, studiach, wyjazdach zagranicznych w trakcie studiów, emigracji i pracy antropolożki. Teo jako młoda choroba zachorowała na raka szyjki macicy spowodowanego infekcją wirusem HPV, więc od pewnego momentu ta powieść staje się relacją z trudnego leczenia i związanego z nim dolegliwościami.

Autorka całą tę treść osadziła w bardzo wyszukanej formie. Bawi się wielkością czcionki, językami, cytatami, wrzuca puste miejsca, nie tłumaczy całych fragmentów w innych językach, zagęszcza narrację licznymi odwołaniami, aluzjami, odwołuje się do różnych stylów. Z zasady nie jestem przeciwniczką formalnych eksperymentów – powiedziałabym nawet, że z zasady je lubię, ale tylko gdy forma nie przerasta treści. Tu jednak jest tego tak dużo, że czytelniczka skupiona na rozwikływaniu formy, traci zainteresowanie treścią, która sama w sobie też nie jest łatwo przyswajalna. Dużo tu przemyśleń, strumienia świadomości wręcz, a później omamów i marzeń, które zapewne mają na tej płaszczyźnie oddawać zagubienie i chorobę głównej bohaterki. W moim przypadku powodowały jednak zagubienie czytelniczki, a im dłużej czytałam, tym mniej miałam chęci, by próbować się w tej książce zorientować. Zapewne jest to ten rodzaj powieści, który wymaga ponownej lektury, ale ja zupełnie nie mam na nią ochoty. 

Z wspominanego na początku blurbu dowiedziałam się o nawiązaniach do Biblii, których w czasie lektury zupełnie nie odkryłam, a pewnie takich odwołań jest więcej i szkoda, że je utraciłam. Lektura tej powieści uświadomiła mi jednak, że uważam, że literatura, nawet formalnie skomplikowana, powinna się w jakiś sposób bronić sama. Jeśli ja jednak potrzebuję czytania opracowań czy rozmów z autorką, by zrozumieć przynajmniej coś z jej powieści, to coś jednak poszło tu nie tak. 
Żeby jednak nie skończyć tak negatywnie, wielkie brawa i podziw dla tłumaczki za fantastyczną i drobiazgową pracę!

Moja ocena: 2/6

Raluca Nagy, Teo do 16 do 18, tł. Olga Bartosiewicz-Nikolaev, 224 str., Wydawnictwo Pauza 2025.


czwartek, 28 sierpnia 2025

"Ich tat die Augen auf und sah das Helle" Mascha Kaléko

 


Mascha Kaléko urodziła się w Chrzanowie w 1907 roku, ale ta niemiecka poetka jest w Polsce zupełnie nieznana. Wprawdzie ukazał się w 2017 jej zbiór "Moje epitafium" w przekładzie Ryszarda Wojnakowskiego, ale nie odbił się większym echem. Także w Niemczech Kaléko długo pozostawała niedoceniona. Jej żydowskie pochodzenie zdeterminowało jej los zarówno prywatnie, jak i na płaszczyźnie artystycznej. Rodzina po opuszczeniu Chrzanowa, najpierw mieszkała w różnych miastach w Niemczech, a w latach 30. Mascha jako rozwódka, matka i ponowna mężatka wyjechała do Nowego Jorku. Po wojnie jej wiersze znalazły w Niemczech uznanie, więc zdecydowała się na powrót. Poetka została laureatką nagrody Fontanego w 1960 roku, gdy jednak dowiedziała się, że jeden z jurorów był członkiem SS, zrezygnowała z przyjęcia nagrody. To wywołało pewien skandal, bo prezes akademii fundującej nagrodę przynależność do SS określił jako grzech młodości, a Maschę wyprosił z kraju. Kaléko wyjechała więc z mężem do Jerozolimy, gdzie nigdy nie poczuła się u siebie, spędziła tamtejsze lata w izolacji i samotności, zmarła w 1975 roku w Zurychu, gdzie zatrzymała się podczas podróży powrotnej do domu.

Poezja Kaléko jest wyjątkowa, tak bardzo, że nawet taka dyletantka w tym temacie jak ja czyta ją z zachwytem. Ten zbiór to osobisty wybór znanenego też polskiej czytelniczce niemieckiego pisarza Daniela Kehlmanna, zawierający jednak nie tylko poezję, ale i eseje, które obrazują poszczególne etapy życia poetki. Czytając te teksty, zrozumiałam, że poezja Kaléko dlatego do mnie trafia, bo przypomina prozę. Jej wiersze to jakby króciutkie eseje, sceny, które są bardzo realistyczne, pozbawione wydumanych metafor, nie wymagające długich przemyśleń. Równocześnie tak dobrze oddają troski, zmartwienia, radości, obserwacje, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.

Subiektywny wybór Kehlmanna ułożony jest chronologicznie, tworząc obraz życia Kaléko. Poznajemy kolejne etapy przez jej utwory i towarzyszymy w jej krętej drodze między krajami, językami, tożsamościami.

Pewnie długo bym nie sięgnęła po poezję Kaléko, ale przypomniała mi o niej Sarah Lorenz, która zasadziła swoją powieść na dialogu z autorką, prowadząc z nią swoisty dialog. Jej powieść czytałam zaledwie kilka tygodni temu i bardzo szybko chciałam przeczytać wiersze Maschy. 

Zachęcam do sięgnięcia po tomik tej poetki, zwłaszcza jeśli uważacie, że z poezją jesteście na bakier.

Moja ocena: 5/6

Mascha Kaléko, Ich tat die Augen auf und sah das Helle, 212 str., dtv 2024.

Stosikowe losowanie – wrzesień 2025

 



Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 300 książek) – 1
McDulka wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 38 książek) – 9
Katarzyna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 1128
ZwL wybiera numer książki dla Guci (w stosie 27 książek) – 19
Gucia wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 15 książek) – 11
Agnes wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 11 książek) – 10
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 227 książek) – 28

środa, 27 sierpnia 2025

"Stoner" John Williams


"Stoner" to powieść napisana w 1965, która przeszła bez echa. Na nowo odkryto ją dopiero w XXI wieku, co po lekturze wcale mnie nie dziwi, bo to rzecz niezwykle uniwersalna, ponadto napisana pięknym językiem. William Stoner pochodzi z ubogiego domu rolników, w którym niewiele się rozmawia, wcale nie dyskutuje, a już na pewno nie o uczuciach. Życie wypełnione jest ciężką pracą. Gdy syn przypadkiem trafia na studia rolnicze otwiera się przed nim zupełnie nieznany świat. Pobyt na uniwersytecie ma pomóc w lepszym zarządzaniu gospodarstwem, więc ojciec godzi się na wyjazd syna. William jednak kolejnym przypadkiem odkrywa pasję do literatury, zmienia kierunek i do domu nie wraca. Na kolejnych kartach Williams opisuje nieszczególnie spektakularne życie Stonera, niezbyt obfite w wydarzenia radosne, za to chętnie rozdające ciosy: nieudane małżeństwo, utrata więzi z córką, konflikt na uniwersytecie, porzucenie miłości itd. Co więc się stało, że tego podrzędnego doktora i niezbyt utalentowanego wykładowcę zaczęła otaczać aura kultu?

"Stoner" to niezwykle smutna powieść, napisana bezpretensjonalnie, bez jakiejkolwiek sztuczności, z dystansem, a równocześnie świetna kompozycyjnie i zmuszająca do wielu przemyśleń dzięki fantastycznym kreacjom bohaterów. Na klubie książkowym dyskutowałyśmy o niej blisko dwie godziny. Po tej rozmowie sądzę, że ta powieść ujmuje prostotą bohatera, który mimo że nie jest wybitny, mimo że żyje w mało znanym miejscu i zajmuje się nic nie zmieniającą w świecie tematyką, prowadzi swoje życie w sposób w jego mniemaniu jak najbardziej godny. Równocześnie to smutny obraz tego, jak brak zdolności wyrażania emocji, głębszej komunikacji rzutuje na całe życie. Ta całkowita przeciętność i zwykłość Stonera tworzy z niego everymana – a my, czytając, przeglądamy się w nim jak w lustrze. 

Lektura tej powieści była dla mnie ucztą literacką  – zachwyciły mnie eleganckie zdania, przemyślana kompozycja, która jednak nie sprawia wrażenia sztucznej. Wydaje się, że tworzenie tej książki przyszło autorowi mimochodem. Mimo że akcja rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku, można by ją swobodnie przenieść w lata choćby 60., a jak pisałam wyżej i dziś wciąż porusza wiele różnych strun i zmusza do przemyśleń.

Moja ocena: 5/6

John William, Stoner, tł. Maciej Stroiński, 352 str., Wydawnictwo Filtry 2023.

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

"Lügen über meine Mutter" Daniela Dröscher


Ela dorasta na wsi, w wielopokoleniowym domu. Oprócz mamy i taty, mieszkają z nimi dziadkowie ze strony taty. To zamknięta społeczność, w której mówi się dialektem i niechętnie spogląda na obcych, zwłaszcza tych, którzy zostali wysiedleni po wojnie z Polski. Rodzice matki mieszkają w innej miejscowości, oddalonej o niecałą godzinę drogi, to wystarczy jednak, by dystans był ogromny. Problemem jest jednak jeszcze coś – figura mamy. Obojętnie, czy matka jest nieco puszysta, czy otyła, nigdy nie zadowala ojca. A ten ma zawsze coś do powiedzenia na jej temat. Nieustannie krytykuje, szykanuje, rozlicza, zmusza do diet, uzależnia swój sukces od figury żony i robi z tego tematu wątek nadrzędny. Matka może pracować, opiekować dziećmi, chorą matką, gotować, sprzątać, dodatkowo się kształcić – to wszystko nie znaczy nic w obliczu jej tuszy. 

"Lügen über meine Mutter" (Kłamstwa o mojej matce) to powieść autobiograficzna napisana z perspektywy dziewczynki – wpierw około dziewięcioletniej, z czasem nieco starszej, która obserwuje dynamikę w rodzinie i z czasem zaczyna ją rozumieć, wokół niej układać swoje zachowanie, lawirować między rodzicami, odczytywać nastroje i łagodzić konflikty. Ta opowieść przeplatana jest krótkimi fragmentami rozmów z matką, w których autorka próbuje zrozumieć mechanizmy jej funkcjonowania, jej decyzje oraz chorobę. 

Daniela Dröscher stworzyła niezwykle autentyczną opowieść – udało się jej zrekonstruować dialogi, zachowania, działania rodziców oraz całą dynamikę w domu. Opisywane przez nią czyny ojca są niewiarygodnie denerwujące, cierpienie matki poruszające, a uczucia zagubionego dziecka niezwykle smutne. Równocześnie autorka fantastycznie oddała klimat lat 80. w Niemczech, małomiasteczkowość, dorastanie, zabawy, dziecięce radości i wybryki. Czyta się to fantastycznie, przy całym tym ładunku emocjonalnym. Równocześnie nie ma tu pretensjonalności, sensacji, epatowania cierpieniem, autorce udało się uderzyć w odpowiedni ton, by uniknąć krzykliwości, lecz poruszyć i wzbudzić wiele uczuć: od smutku po gniew.

Mimo że jest to już kolejna powieść o patriarchacie, wykluczeniu, oczekiwaniach społecznych to odebrałam ten głos jako świeży, poruszający inną perspektywę i stawiający w centrum wygląd zewnętrzny. Wspaniała powieść!

Moja ocena: 6/6

Daniela Dröscher, Lügen über meine Mutter, 448 str., Kiepenheuer & Witsch 2022.

niedziela, 24 sierpnia 2025

"Uśmiech Shoko" Choi Eunyoung



Po ten zbiór sięgnęłam z zamiarem przeczytania pierwszego opowiadania, ale wbrew planom, przeczytałam cały uwiedziona językiem Choi Eunyoung. To siedem nowelek, z których każda eksploruje podobną tematykę. Koreanka bada związki międzyludzkie – między przyjaciółkami, między dwoma rodzinami na emigracji, między babcią i wnuczką, między krewnymi czy wolontariuszami. Zmienia się tu tło, bo autorka chętnie wybiega do Europy: Francji, Rosji czy Niemiec, ale wciąż pozostaje to samo pytanie: co się wydarzyło między dwoma osobami? Wszystkie teksty są głęboko osadzone politycznie i socjologicznie w Korei. Choi Eunyoung odwołuje się do wojny, protestów przeciwko reżimowi w 1987, do katastrofy promu w 2014, do wojny w Wietnamie. Te wydarzenia naznaczyły rodziny – zniszczyły życia ojców czy dziadków, którzy walczyli, wpłynęły na losy młodych, którzy protestowali i wreszcie załamały matki, których dzieci utonęły wraz z promem. 

Bohaterki i bohaterowie tych tekstów są zagubieni, wydają się być pionkami, o których losach decyduje historia, często brakuje im słów, by wyrazić swoje uczucia, co pociąga za sobą utratę relacji. Koreanka stworzyła nastrój melancholii, ciszy, zagubienia. Dialogi jej postaci są nieporadne, niedokończone, nie przynoszą katharsis ani zrozumienia. Ludzie żyją wiele lat obok siebie, tracąc możliwość rozmowy, opierając się na domysłach. Często mowa tu o listach, zapiskach, rysunkach, które stanowią zastępstwo dla rozmowy. 

Najbardziej poruszyło mnie opowiadanie o babci i wnuczce, które łączyła wyjątkowa więź. Dziewczynka nauczyła babcię czytać, a babcia miała dla niej więcej czasu i uwagi niż dla córki. Rodzina nigdy babci nie powiedziała, że dziewczyna zginęła w katastrofie promu, babcia zaś wciąż czeka na jej powrót. Przeraźliwie smutne, napisane niezwykle delikatnie, z taktem. Koreanka nie wypowiada niczego wprost, istota jej tekstów kryje się między wierszami. 

Dopełnieniem tych tekstów są świetne przypisy tłumaczki, która nakreśla tło polityczno-historyczne, wyjaśnia niektóre kwestie specyficzne dla Korei. Posłowie natomiast daje tropy interpretacyjne i pozwala inaczej spojrzeć na teksty. Świetna robota Tajfunów.

Moja ocena: 5/6

Choi Eunyoung, Uśmiech Shoko, tł. Marta Niewiadomska, 256 str., Tajfuny 2023.

 

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

"Und alle so still" Mereike Fallwickl


"Und alle so still" jest moim pierwszym spotkaniem z prozą Mareike Fallwickl, znaną w Polsce z powieści "Wściekłość" i wnioskuję z recenzji, że niekoniecznie był to najlepszy wybór. Ta powieść rzekomo nawiązuje nawet do wyżej wspomnianej.
Fallwickl wzięła na tapet care work – pracę, na którą w polszczyźnie nawet nie mamy utartego określenia. To wszystkie te niewidzialne czynności, które przejmują kobiety: opieka nad dziećmi, nad starszymi, praca w domach opieki, szpitalach itd. Cały zakres prac, które gdzieś w tle magicznie się załatwiają. Dzieci nakarmione, pranie zrobione, dom wysprzątany, babcia zaopiekowana. Chorzy zaopatrzeni, przebrani, czyści, kolejna nadgodzina i kolejna i jeszcze jedna. A przy tym brak personalu, samotność, ciągła dyspozycyjność. I zmęczenie.

Zanim jednak Fallwickl podejmie ten temat przedstawi Elin – to młoda influencerka, która jest uzależniona od seksu. Bycie obecną w sieci zmieniło ją w osobę, która tylko funkcjonuje, gdy otrzymuje feedback na temat swojego wyglądu. Elin mieszka w hotelu matki, nie ma kontaktu z resztą rodziny. Dorastała w otoczeniu feministycznym, świadoma patriarchatu, swoich praw, ale jednak nie radzi sobie ze swoim życiem. Pewnego dnia matka wysyła ją do babci Iris, która wraz z grupą kobiet położyła się pod szpitalem. Okazuje się, że kobiety rozpoczęły cichy protest – w całym kraju porzucają swoje miejsca pracy, ale i prace domowe i kładą się na ulicach. Taka forma rewolty szokuje mężczyzn, którzy oczekują krzyków, haseł, postulatów. 

Niemka opowiada tę historię z trzech perspektyw. Elin to pierwsza z nich. Drugą jest Ruth, która pracuje w szpitalu jako opiekunka, a że jest samotna, pracuje za wszystkich, uwija się, zawsze potrafi zaradzić i znaleźć rozwiązanie w najtrudniejszej sytuacji. Ruth miała dziecko, niepełnosprawnego chłopca, którym opiekowała się sama, aż do jego śmierci.
Trzecim bohaterem jest Nuri – syn oschłego ojca i cudzoziemki, którą jego ojciec początkowo najął jako opiekunkę do czwórki dzieci, gdy został wdowcem. Nuri z pewnością nie był planowanym dzieckiem, nie skończył szkoły i teraz stara się wyrwać z domu, podejmując się najgorszych i najsłabiej płatnych prac. Haruje na kilka etatów, sprzątając, przewożąc szpitalne łóżka, myjąc pojemniki przemysłowe itd. 

O ile historia Elin poniekąd rozczarowuje, to Ruth i Nuri są silnymi i dobrze naszkicowanymi postaciami. Niestety w całej powieści zabrakło mi klamry spinającej te wątki i przesłanie autorki. 
To niewątpliwe ważna tematyka, o której wciąż i wciąż trzeba mówić, ale podjęcie jej nie ratuje całej powieści. Miałam wrażenie, że to książka pisana pod tezę, która ma mocne sceny i kilka dobrych postaci, ale niestety owa teza gdzieś mi się rozmyła, a zakończenie rozczarowało. 
Mimo tych punktów sięgnę po poprzednie powieści Fallwickl, bo cenię społecznie zaangażowane powieści, a i przekonało mnie pióro autorki.

Moja ocena: 4/6

Mareike Fallwickl, Und alle so still, 356 str., Rowohlt 2024.

niedziela, 17 sierpnia 2025

"Liść wiatru. Antologia opowiadań Ameryki Środkowej" redakcja Jerzy Kühn

 


Książkę tę kupiłam, gdy bezskutecznie szukałam powieści z krajów Ameryki Środkowej. O ile Gwatemala czy Honduras jeszcze były do przeskoczenia, to Kostaryka, Salwador czy Panama i Nikaragua stały się nie do uzyskania. Ta publikacja wydana została w 1982 roku, a zawiera opowiadania z okresu mniej więcej połowy XX wieku, napisane głównie przez mężczyzn. Zaledwie dwa teksty napisały kobiety. Z posłowia wynika, że redaktor Jerzy Kühn nie miał łatwego zadania, gdy wybierał opowiadania do zbioru. Nie dlatego, że był on tak szeroki, a raczej z powodu dostępności. Mimo że od tej publikacji minęło ponad czterdzieści lat w tym względzie niewiele się zmieniło. 

Sam zbiór czytałam bardzo długo – większość tekstów jest krótka, ale też niestety nudna. Głównymi tematami, które się stale przewijają są więzienie, ucieczki, wojsko, potyczki, polityka, a bohaterami są przeważnie mężczyźni. Teksty, które biorą na tapet życie społeczne, a w punkcie centralnym stoją kobiety czy dzieci wyróżniają się więc, ale jest ich faktycznie niewiele. Brak tu eksperymentów formalnych i w treści, brak zaskakujących point i niestety nie mam też poczucia, że poznałam bliżej ten kawałek świata. Lektura tego zbioru nie była więc bardzo satysfakcjonująca, ani nie mam poczucia, że poznałam literaturę tych krajów. Z perspektywy myślę, że w pamięci pozostanie mi zaledwie kilka motywów, ale bez ich przyporządkowania konkretnemu autorowi czy krajowi. Myślę tu o historii o psie, który porzuca swoją panią, by przyłączyć się do kapitana okupujących wojsk amerykańskich, czy o grupie dzieci emigrantów, która tworzy fantastyczne zabawy. Znajdą się tuż te nieliczne teksty społeczne – o ślubie niedopasowanej społecznie pary, o starszych damach dyskutujących o życiu czy o szwedzkim badaczu w nikaraguańskim więzieniu.

Jedno jest pewne, ten zbiór mnie utwierdził w chęci bliższego poznania literatury tych krajów i nie ustanę w poszukiwaniach bardziej współczesnych i dłuższych tekstów prozatorskich.

Moja ocena: 3,5/6

Manuel Aguilar Chávez, Rafael Arévalo Martínez, José Manlio Argueta, Miguel Angel Asturias, Eduardo Bähr, Mario Cajina-Vega, Adolfo Calero Orozco, Ernesto Cardenal, Marcos Carías, Alejandro Castro syn, Alfonso Chase, Lizandro Chávez Alfaro, Enrique Chúez, José Coronel Urtecho, Manolo Cuadra, Rúben Dario, Luis Díaz Chávez, Luis Ducoudray, Julio Escoto, Carlos Luis Fallas, Mariano Fiallos Gil, Joaquín Gutiérrez, Orlando Henriquez, Francisco Herrera Velado, Enrique Jaramillo Levi, Ramón Jurado, José Marin Cañas, Álvaro Menen Desleal, Mario Monteforte Toledo, Augusto Monterroso, Carmen Naranjo, Yolanda Oreamuno, Abel Pacheco, Julieta Pinto, Sergio Ramírez, Pedro Rivera, Samuel Rovinski, Salarrué, José León Sánchez, Fernando Silva, Rogelio Sinán, red. Jerzy Kühn, Liść wiatru. Antologia opowiadań Ameryki Środkowej, tł/ Danuta Rycerz, Teresa Marzyńska, Rajmund Kalicki, Jerzy Kühn, Zofia Siewak-Porcel, Magdalena Pabisiak, Jerzy Brzozowski, Krystyna Rodowska, Barabara Graca, Teresa Garbacik, 377 str., Wydawnictwo Literackie 1982.

sobota, 9 sierpnia 2025

"Plaga" Juliana Javierre


Sopinga to niewielkie kolumbijskie miasteczko, w którym żyje się z uprawy trzciny cukrowej. No chyba, że nadejdzie plaga. Pierwszą plagą są muchy, które są wszędzie, bzyczą nieustannie, wpadają do jedzenia, do oka, wszędzie łażą, wszędzie leżą musze truchła. No to zwalczymy je ropuchami – one tak świetnie jedzą muchy. I rozmnażają się jak szalone. Już nie wiadomo, co gorsze: bzyk much czy odgłos rozdeptanej przypadkiem ropuchy? Władza średnio sobie radzi z tą sytuacją, a radiowy głos świetnie podsumowuje aktualny stan rzeczy. 

Trzynastoletnia Emilia żyje w biedzie z matką i babcią. Żyją razem, ale jednak osobno. Każda z kobiet zmaga się ze swoimi demonami, a Emilia wydaje się tkwić między nimi. Pewnego dnia jedna z natarczywych much wlatuje do ust Emilii, a dziewczyna połyka owada. Od tego momentu czuje, że mucha składa w niej jajka i w jej brzuchu rosną nowe muchy. Dziewczyna jest zupełnie sama ze swoim lękiem i obawami. 

Javierre szkicuje atmosferę grozy, niepewności, osaczenia, lęku. Muchy i ropuchy są namacalne, obrzydliwe i natrętne. Powieść Kolumbijki jest zdecydowanie metaforą, którą zapewne można odczytywać na wiele sposobów. Ja tu widzę symboliczne przedstawienie osób rządzących życiem miejscowych – to mogą być biali, kolejne partyzantki, żołnierze... Mężczyźni, którzy przyznają sobie prawo do decydowania o być lub nie być innych, którzy szczodrze korzystają z kobiecych wdzięków. 

"Plaga" to niezwykle krótka powieść, która jednak niesie w sobie wiele sugestywnej treści. Emocjonalnie nie do końca ze mną zagrała, ale autorce nie mogę odmówić kunsztu pisarskiego, a tłumaczce świetnej roboty.

Moja ocena: 4/6

Juliana Javierre, Plaga, tł. Agata Ostrowska, 104 str., ArtRage 2025.

piątek, 8 sierpnia 2025

"Portret Lucrezii" Maggie O'Farrell


Lucrezia de'Medici, czyli Lukrecja Medycejska, jest narratorką tej powieści, która po angielsku i niemiecku nosi trafniejszy tytuł, kierujący uwagę czytelniczki na kwestię małżeństwa. Bo mimo że młoda arystokratka jest tu główną bohaterką, to autorka wydaje się koncentrować na jej życiu z perspektywy roli kobiety, w małżeństwie szczególnie. Lucrezia dorastała we Florencji, w licznej rodzinie, którą musiała opuścić jeszcze jako niemal dziecko, po ślubie z Alfonsem II Ferrara. Księżniczka zmarła jako szesnastolatka, podejrzewa się, że bynajmniej nie z przyczyn naturalnym.

Maggie O'Farrell posłużyła się życiem Lucrezii, ale także przeżyciami innych arystokratek, by stworzyć możliwą wersję jej życia. Praktycznie od zera wymyśliła charakter, okoliczności życia oraz sytuację, w jakiej znalazła się po zamążpójściu. Autorka wspomina wiele szczegółów architektonicznych, dotyczących fryzury, ubioru, jedzenia, malarstwa, które wspaniale przenoszą w szesnastowieczne Włochy.
Największą zaletą tej powieści jest jednak kreacja Lucrezii, która jest inna, nie przystaje do rodzeństwa, ale też nie ma żadnego pola manewru. Jako dziewczynka i kobieta jest marionetką, którą rządzi najpierw ojciec, a potem mąż. Jej jedynym celem w życiu jest urodzenie potomka i godne reprezentowanie męża. Nie jest to odkrywczy wniosek, ale wciąż na nowo szokujący. O'Farrell udało się stworzyć tak autentyczny portret, że trudno nie kibicować dziewczynie, a zakończenie mnie bardzo zaskoczyło. Autorka wspaniale rozłożyła napięcie, przeskakując między ostatnimi dniami życia Lucrezii, a jej dzieciństwem. Od początku nie wiadomo, co jest prawdą, a co urojeniem kobiety. Oprócz głównej bohaterki mamy tu świetne kreacje jej rodziców, sióstr, szwagierek, malarza, męża, jego przyjaciela, służącej czy niańki. To postaci naszkicowane z życiem, swadą – czytając o nich, nie ma się wątpliwości, że tak, właśnie tak mogły wyglądać i funkcjonować. 

Wspaniała powieść, napisana z rozmachem, stawiająca w centrum kobiety, a przy okazji pokazująca życie w ówczesnych włoskich księstwach. Na pewno sięgnę po jeszcze coś autorki.

Moja ocena: 5/6

Maggie O'Farrell, Porträt einer Ehe, tł. Thomas Bodmer, 448 str., Piper Verlag 2022.

czwartek, 7 sierpnia 2025

"Trans-Atlantyk" Witold Gombrowicz


W szkole nie przeczytałam jednej, jedynej lektury. Owszem, zaczęłam, ale porzuciłam. Coś, czego kiedyś nigdy nie robiłam. Niestety, mając siedemnaście lat, nie przeskoczyłam "Ferdydurke" Mając lat o wiele więcej, zapragnęłam wrócić do Gombrowicza, sądząc, że ówcześnie nie doceniłam pisarza. "Trans-Atlantyk" od dawna czekał na czytniku i dzięki wyzwaniu 25 książek na 2025 wreszcie się lektury doczekał. To nie jest długa książka, ale zajęła mi zdumiewająco dużo czasu. Przeczytałam wstęp, przeczytałam powieść i przeczytałam posłowie. Dzięki temu ostatniemu wiem, o czym czytałam i jaki był cel Gombrowicza. Ale tylko dzięki temu. 

Opierająca się na własnych doświadczeniach pisarza powieść ma na celu zdemaskowanie Polonii, układów, układzików, stosunków i pojęcia ojczyzny. Gombrowicz przypływa do Argentyny na krótko przed rozpoczęciem wojny i decyduje się tam zostać. Jako że nie śmierdzi pieniądzem, szuka wsparcia wśród licznej Polonii i w placówce dyplomatycznej, co jest dla niego przyczynkiem do napisania tej groteskowej i prześmiewczej powieści. To rzecz, która nie zasadza się na fabule, a na słowie. Gombrowicz wyraża wiele za pomocą powtórzeń, wyolbrzymień czy innych zabiegów językowych, nie poświęcając wiele uwagi prowadzeniu narracji. Ta książka to eksplozja słowa, przytłaczająca, rozbuchana i męcząca. O ile jestem w stanie docenić pojedyczne zabiegi, pomysły, wyrażenia, to całościowo jest tego dla mnie za dużo. Nie rozumiem tego stylu, nie kupuję tego natłoku, nie odnajduję się w takiej grotesce, a co za tym idzie, do Gombrowicza już nie wrócę.

Moja ocena: 2/6

Witold Gombrowicz, Trans-Atlantyk, 164 str., Wydawnictwo Literackie 2012.

środa, 6 sierpnia 2025

"Zimna kalkulacja" Michael Tsokos

 


Drugi tom cyklu z Sabine Yao podobał mi się o wiele bardziej niż pierwszy. 
Początkowo fabuła nie ma styczności z przypadkiem, który później wysunie się na pierwszy plan akcji, ale w medycynie sądowej dzieje się przecież ciągle coś. W dniu rozpoczęcia książki na stołach medyków ląduje kilka ciekawych przypadków – starsza para, której ciała znaleziono w lesie, niedaleko ich domu, w dziwnej pozycji i teatralnie przebrane, były szef policji, którego postrzelono, ciało litewskiego młodego mężczyzny w kryzysie bezdomności itd. Yao ma pełne ręce roboty i pełną głowę problemów, opiekuje się przecież nadal młodszą siostrą, która stoi u progu rozpoczęcia nowego etapu w życiu. Równocześnie na osiedlu w jednej z mniej uprzywilejowanych dzielnic Berlina ginie ośmiolatek. Yasser to odpowiedzialne dziecko, więc jego zniknięcie wzbudza od razu troskę. Niestety zarówno on, jak i matka, przebywają w Niemczech nielegalnie, dlatego poszukiwaniami zajmie się Khalaf – były współpracownik libańskiego klanu, który rządził Berlinem, a uprzednio członek służb bezpieczeństwa Jordanii. Khalaf wie, co robić, ale ma poniekąd związane ręce, bo działa w ukryciu. W pewnym momencie sytuacja wymyka się mu jednak spod kontroli i do akcji wkracza berlińska policja kryminalna i medycyna sądowa pod postacią Sabine Yao. Czas nagli, bo dziecko zniknęło już cztery dni wcześniej i nikt nie ma pojęcia, gdzie się znajduje.

W tym kryminale Tsokos dzięki dwutorowej narracji uzyskał dużo więcej napięcia – choć ja niekoniecznie tego szukam w jego książkach. Przyciągają mnie raczej fachowymi opisami, szczegółowymi wyjaśnieniami procesów zachodzących w ludzkim ciele po śmierci, a także pracy badawczej medyków sądowych, by odkryć przyczynę śmierci czy czas zgonu. Tsokos w tej kwestii nigdy nie zawodzi i mimo tak dużej liczby publikacji, ciągle potrafi zaskoczyć czymś nowym. 

Jeśli chodzi o główne postaci – w tym cyklu Tsokos postawił całkowicie na kobiety. Oprócz Sabine Yao ponownie główną rolę w śledztwie odgrywa Monica Monti – komisarka śledcza włoskiego pochodzenia. Nie ukrywam, że podoba mi się taki rozwój jego pisarstwa. Prywatna historia Yao jest ciekawym dodatkiem do bieżących przypadków. Yao nie spełnia typowych stereotypów na temat głównych bohaterów – jest poukładana, ambitna, żyje zdrowo i wspiera siostrę. W tych kreacjach widać też różnorodność berlińskiej, a właściwie niemieckiej struktury społecznej – wiele z postaci pracujących w służbach ma pochodzenie cudzoziemskie, co uważam za bardzo ważnym zabiegiem. 

Czekam na kolejne tomy tego cyklu i pozostaję wierna Tsokosowi.

Moja ocena: 5/6

Michael Tsokos, Mit kaltem Kalkül, 397 str., Knaur 2024.

wtorek, 5 sierpnia 2025

Podsumowanie lipca 2025

 


Przeczytane książki: 19

Liczba stron: 5599

Przeczytane tytuły

– "Miasto i psy" Mario Vargas Llosa
– "Boy's Life. Die Suche nach einem Mörder" Robert McCammon
– "Kein Fluss" Selva Almada
– "Rückkehr durch die Hintertür" Epeli Hau'ofa
– "Rytuały" Álvaro Ortiz
– "Lichtspiel" Daniel Kehlmann
– "Die Schiffbrüchige" Ali Zamir
– "Już się nie boję!" Naomi Watts
– "Lizystrata" Arystofanes
– "Czarnoksiężnik z Archipelagu" Ursula K. LeGuin
– "Mit Dir, da möchte ich im Himmel Kaffee trinken" Sarah Lorenz
– "Mistrzowie opowieści. O kobiecie" Autor zbiorowy
– "Mit kalter Präzision" Michael Tsokos
– "Goście" Agnes Ravatn
– "Wild wuchern" Katharina Köller
– "Das Wohlbefinden" Ulla Lenze
– "Pantaleon i wizytantki" Mario Vargas Llosa
– "Griechischstunden" Han Kang
– "Przeklęty królik" Bora Chung

Najlepsza książka: "Goście" i "Lichtspiel"

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

"Przeklęty królik" Bora Chung


Ten kultowy już zbiór opowiadań trafił w moje ręce dopiero teraz, dzięki nieśmiałemu klubowi książki i przeczytałam go nie bez satysfakcji. Bora Chung potrafi zainteresować swoimi światami i wyobraźnią. Tematycznie te opowiadania krążą wokół takich tematów jak samotność, wyobcowanie, patriarchat, rola kobiety, pamięć, a o ich wyjątkowości stanowi koktajl między tym, co prawdziwe, a tym, co mistyczne. Wiele z tych tekstów przyprawionych jest folklorem, wierzeniami, swego rodzaju mądrością ludową, tak że przypominają baśnie, legendy.
Podczas lektury tych opowiadań towarzyszyło mi wiele uczuć: od grozy, niepokoju po nawet złość. Bora Chung wplata w nie chętnie elementy makabryczne, niewygodne, przypominające horror, a nawet surrealizm. Każde z nich skłania do głębszego zastanowienia się nad tym, co autorka chce w tak krótkiej formie ująć.

Na klubie rozmawialiśmy o dwóch tekstach, bardzo różnych. Zresztą odnoszę wrażenie, że Chung potrafi pracować na różnych płaszczyznach i stworzyć teksty bardzo od siebie odmienne. Opowieść o głowie w toalecie jest tak kuriozalna, że aż fascynująca. Pomyśl Koreanki jest wyjątkowy, przyciąga w swojej istocie, ale i skłania do głębszego zastanowienia i prowadzi do raczej smutnych wniosków na temat roli kobiety w społeczeństwie. Do mnie przemawiają pomysły, które niepokoją, poruszają się na cienkiej linii między wyobrażonym, duchowym, nieuchwytnym – a jest ich tu kilka. 

Ciekawostką dla polskiej czytelniczki jest ostatni tekst, którego akcja rozgrywa się w Krakowie. Chung ma zresztą powiązania z naszym krajem, zna język polski i tłumaczy literaturę. 

Nie jest to zbiór, który pozostanie ze mną na zawsze – na pewno zapamiętam omawiane teksty, opowiadanie tytułowe, a także to zatytułowane Cieleśnienie. Zapamiętam atmosferę, poczucie niepokoju i niezwykłość pomysłów. 

Moja ocena: 4/6

Bora Chung, Przeklęty królik, tł. Marta Niewiadomska, 240 str., Wydawnictwo Tajfuny 2023.

niedziela, 3 sierpnia 2025

"Lekcje Greki" Han Kang

 


Opowieść z językiem i mową w roli głównej – to coś idealnego dla mnie. Tak pomyślałam przed lekturą, teraz już niestety tak nie myślę i spróbuję napisać, dlaczego. 
Ta powieść toczy się dwutorowo. Ona po rozwodzie, straciła władzę rodzicielską nad synem i przestała mówić. W ramach autoterapii zaczyna uczęszczać na lekcje greki. On wraca z emigracji do Niemiec i podejmuje w Korei pracę jako nauczyciel greki, od dzieciństwa ma słaby wzrok, który stopniowo się pogarsza, tak że mężczyzna już bardzo słabo widzi. Ona i on spotykają się na lekcjach i nawiązują więź porozumienia. 

Fabułę dopełniają wspomnienia obu postaci, które pozwalają zrozumieć ich motywacje i problemy związane z utratą mowy i wzroku. Ta powieść jednak nie zasadza się na fabule, a na tym, co między wierszami. Na uczuciach i przemyśleniach, które krążą wokół tematu utraty. To może być utrata ojczyzny, tożsamości, języka ojczystego, ale i języka w ogóle, utrata małżeństwa, dziecka, poczucia bezpieczeństwa. Ten cały obszar tematyczny bardzo mnie interesuje, ale niestety nie jestem kompatybilna z pisarstwem Han Kang. To moje drugie spotkanie z jej prozą i ponownie mam ten sam kłopot. Bardzo doceniam pomysł, treść, ale nie czuję porywu serca, gdy czytam te książki. Być może to mój odwieczny problem, że nie przepadam za rozpoetyzowaną prozą, być może moja wrażliwość nie współgra z tą Koreanki. Szkoda.

Moja ocena: 3/6

Han Kang, Griechischstunden, tł. Ki-Hyang Lee, 185 str., Aufbau Verlag 2024.

sobota, 2 sierpnia 2025

"Pantaleon i wizytantki" Mario Vargas Llosa


Pantaleon Pantoja kocha wojsko, a służba w siłach lądowych jest spełnieniem jego marzeń. Nie ma bardziej obowiązkowego, zdyscyplinowanego i oddanego sprawie żołnierza niż on! Jako że zasłynął z sumiennego wypełniania zadań i rozpracowywania ich w najmniejszych szczegółach, generalicja decyduje się powierzyć mu kwestię niezwykle delikatną. Otóż w Amazonii, w miastach, gdzie stacjonują Służby Lądowe źle się dzieje. Niewyżyci żołnierze gwałcą, uwodzą i pomnażają tamtejszą społeczność. Zadaniem Pantaleona jest rozwiązanie tego problemu. Logistyka to jego konik, więc kapitan zakłada służbę wizytantek – to prostytutki, które mają pomóc żołnierzom w spuszczeniu pary. Cała akcja jest dopięta na ostatni guzik i wielce tajna. Pantaleon występuje incognito, a jego pomysł przeradza się w wielki biznes. Kobiety poruszają się statkami i samolotami, każdy żołnierz dostaje płatny przydział i określony czas na wizytę wybranki. Sukces przeszedł wszelkie oczekiwania. Pantaleon wkrótce potrzebuje coraz więcej i więcej pracownic, bo zapotrzebowanie zgłaszają wyżsi rangą żołnierze. Równocześnie dość przeciętny na tym polu Pantaleon odczuwa wzrost popędu ku radości żony. Niestety sprawy wymkną się w pewnym momencie spod kontroli, a winnym oczywiście będzie sprawca całego zamieszania. 

Ta powieść Vargasa Llosy to fantastyczna satyra na działanie peruwiańskiego wojska, jego hipokryzję i kult władzy. Noblista porusza jednak więcej tematów – rolę mediów, powierzchowną religijność Peruwianek i Peruwiańczyków, pogoń za sektami i oczywiście machismo. Ta na pozór lekka powieść kryje w sobie wiele tematów do przemyśleń i zachwyca konstrukcją. Małżeństwo Pantaleona jest odbiciem społeczeństwa – hipokryzji, religijności na pokaz, odrzucenia i powrotu, jak gdyby nigdy nic. Postać matki Pantaleona, która akceptuje syna i wszystkie jego poczynania, choć ich nie pochwala, to także świetny przykład ról społecznych. Uległość Pantaleona i pokorne przyjęcie winy na siebie idealnie domyka tę powieść. Peruwiańczyk sięgnął także do wielu chwytów stylistycznych – są listy, reportaże radiowe, przemowy, rozkazy i przeplatające się dialogi. Dzięki temu bardzo dobrze czyta się tę powieść, bo taka konstrukcja pozwala poznać kwestię akceptacji lub nieakceptacji wizytantek z różnych perspektyw. 

Moja ocena: 5/6

Mario Vargas Llosa, Pantaleon i wizytantki, tł. Carlos Marrodán Casas, 324 str., Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2007. 

piątek, 1 sierpnia 2025

"Das Wohlbefinden" Ulla Lenze


Jest rok 2020, Vanessa ma prawie czterdzieści lat i musi nagle opuścić swoje dotychczasowe mieszkanie w Berlinie. Szukanie nowego lokum w czasie pandemii jest trudne, do tego kobieta nie ma dużego budżetu. Podczas tej żmudnej czynności ogląda dużo za drogie mieszkanie poza Berlinem, a konkretnie w Beelitzer Heilstätten. To wyjątkowe miejsce, właśnie tam z końcem dziewiętnastego wieku powstało nowoczesne sanatorium i szpital dla chorych na gruźlicę. Przeznaczone było dla klasy robotniczej, ale wyposażeniem przodowało na świecie. Ciepła woda w kranach, centralne ogrzewanie, najlepsza klasa medyczna, przepiękna architektura, wysokokaloryczne posiłki – wszystko to miało pomóc chorym wywodzącym się z najbiedniejszych warstw społecznych. Vanessa jeszcze nie wie, że z tym miejscem łączy jej prababka. Johanna Schellmann była pisarką i jej najsłynniejsza powieść opisuje właśnie Beelitzer Heilstätten, a szczególnie jedną z pacjentek – Annę – która miała paranormalne zdolności. W owym czasie okultyzm należał do jednym z najbardziej ulubionych zajęć pań z dobrych domów, więc osoby takie jak Anna przyciągały uwagę. W dużych miastach powstawały towarzystwa spirytystyczne, lekarze, często samozwańczy, badali media i organizowali pokazy. Johanna Schellmann uległa tej fascynacji i zaprosiła Annę nawet do mieszkania w jej własny, bogatym, domu. Tymczasem mąż pisarki był lekarzem, który próbował odkryć lek na gruźlicę i przeprowadzał eksperymenty z pleśnią, co było nie w smak koleżeństwa. 

Lenze prowadzi narrację tej powieści na trzech płaszczyznach – współcześnie, w latach 60., oraz w 1907  roku. W 2020 roku wraz z Vanessą poszukujemy informacji o jej prababce, o której dotychczas niewiele wiedziała. W 1967 roku towarzyszymy Johannie, która traci już pamięć, ale wciąż próbuje pisać. Opiekuje się nią Klaus, student, który robi dla Johanny zakupy, ale i wysłuchuje historii jej życia i pisania. W 1907 natomiast młoda Johanna pracuje nad swoją powieścią i poznaje Annę. 

Autorka fantastycznie opisała Beelitzer Heilstätten, co było dla mnie największym atutem tej powieści. To miejsce fascynuje mnie od dawna, odwiedziłam je, gdy jeszcze stało w ruinie i nie było przystosowane do zwiedzania. Zachęcam do zobaczenia zdjęć stamtąd, wspaniale pokazują klimat. Niestety sama powieść mnie rozczarowała. Zabrakło mi tu zdecydowanego powiązania wątków, jakiejś konkluzji. Po zakończeniu lektury nie miałam poczucia, że wszystkie elementy i wątki łączą się w całość. Każda z tych płaszczyzn jest sama w sobie ciekawa, ale rodzinna koneksja nie wystarczyła, by je powiązać. 

Moja ocena: 4/6

Ulla Lenze, Das Wohlbefinden, 347 str., Klett-Cotta 2024.

czwartek, 31 lipca 2025

"Wild wuchern" Katharina Köller


Marie spotykamy, gdy biegnie przez tyrolskie Alpy. Kobieta jest w panice, ma ranę na głowie i ucieka przed czymś lub kimś. Jej celem jest chata na górskiej hali, w której mieszka jej kuzynka Johanna. Kobiety wprawdzie razem się wychowały, ale nie mogłyby się bardziej różnić. Marie była perfekcyjnym dzieckiem, zawsze grzecznym, zachwycającym blond lokami i pięknymi sukienkami. Johanna cicha, małomówna, zainteresowana bardziej naturą niż strojami. Te różnice przeniosły się na ich dorosłe życie – Marie mieszka w Wiedniu, zajmuje się sztuką, nosi designerskie stroje i ma przemocowego męża. To on gnębi ją psychicznie i fizycznie i to przed nim ucieka. Johanna natomiast wybrała życie w odosobnieniu, w chacie bez prądu, sama dba o opał, jedzenie, zwierzęta. I nadal mało mówi, wprawdzie minął okres mutyzmu, który przeszła w dzieciństwie, ale nadal woli obserwować niż prowadzić czcze dyskusje.

Wizyta Marie nie jest w smak kuzynce, ale Johanna czuje, że nie może jej odesłać. Podczas tego pobytu stopniowo poznamy tajemnice z przeszłości kobiet – mroczne i trudne. Marie zaczyna pracować z Johanną, odkrywa ukojenie w prostocie tego życia, potrafi docenić leczniczą siłę przyrody, a równocześnie udaje się jej dotrzeć do kuzynki i nawiązać z nią od dawna zerwaną więź. Dopiero bliskość zwierząt, zależność od pogody i trud zdobywania własnego jedzenia pozwala Marie uwolnić się od społecznych oczekiwań, które tak idealnie wypełniała od maleńkości. Dla Johanny ucieczką od tego, że ich nie wypełniała był mutyzm. Dla obu kobiet życie w odosobnieniu oznacza wolność. Wolność od przemocy, społecznych norm i oczekiwań. Te ostatnie zmieniły dzieciństwo obu w piekło.

Miałam okazję wysłuchać tej książki w interpretacji autorki, która wspaniale przeczytała własną powieść, w odpowiednich momentach uciekając się do dialektu. Te różnice w wymowie to wisienka na torcie, dodają treści autentyczności i prawdziwa przyjemność dla słuchaczki. 

Moja ocena: 4,5/6

Katharina Köller, Wild wuchern, 209 str., Penguin Verlag 2025.

środa, 30 lipca 2025

"Goście" Agnes Ravatn


Małżeństwo w średnim wieku ma okazję spędzić tydzień w luksusowym domu nad morzem. Fantastyczna perspektywa, która jednak nie cieszy Karin. Kobieta jest prawniczką, ale pracuje w urzędzie niewielkiej gminy i ciągle zmaga się z kompleksami. Ma poczucie, że mogła zrobić większą karierę, mieć lepszą pensję, ciekawsze życie i fajniejszy dom, równocześnie jednak dobrze się czuje na swoim spokojnym stanowisku, u boku zwykłego męża, z dwójką synów i na przedmieściach. Problemem Karin jest to, że nie może znaleźć poczucia zadowolenia w tym, co ma. Jak się dowiemy później przyczyny leżą tu między innymi w szkolnych przeżyciach. Kobieta dostrzega natomiast, że to wszystko ma jej mąż – Kai. Jest cieślą, lubi swoją pracę, potrafi się cieszyć chwilą i nie doszukuje się wszędzie drugiego dna. Jest też gotowy wykorzystać niespodziewany pobyt nad morzem, mimo że warunkiem korzystania z domu jest wybudowanie nowego tarasu. 
Cały pobyt jednak nabiera pikanterii, gdy Karin podczas spaceru poznaje sąsiadów – parę znanych w Norwegii pisarzy i jednym zdaniem otwiera niekończącą się spiralę kłamstw.

Ravatn świetnie naszkicowała wszystkie cztery postaci tej powieści, którą widzę jako dramat na deskach teatru. Te kreacje są autentyczne, życiowe, spójne. To są postaci, które niekoniecznie można polubić (i dobrze), ale tacy są ludzie, z takimi problemami się niektórzy borykają. Norweżka eksploruje tu więcej tematów niż te, z którymi zmaga się Karin. Jest jeszcze kryzys twórczy, opieka nad chorym dzieckiem, ale i segregacja mieszkaniowa, tworzenie baniek, a nawet współżycie lub nie z naturą. Mimo że jest to krótka powieść, to kipi od emocji i treści, ponadto autorce udało się stworzyć zaskakujące zakończenie. Miałam poczucie, że nie ma tu zbędnych zdań, to rzecz zwięzła, a zarazem dobitna w najlepszym, skandynawskim stylu.

Moja ocena: 5/6

Agnes Ravatn, Goście, tł. Karolina Drozdowska, 192 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

Stosikowe losowanie – sierpień 2025

 


ZwL wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 27 książek) – 19
Katarzyna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 20 książek) – 13
Agnes wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) – 244
McDulka wybiera numer książki dla Guci (w stosie 26 książek) – 8
Gucia wybiera numer książki dla Anny (w stosie 239 książek) – 105
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 16 książek) – 15
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 735

piątek, 25 lipca 2025

"Z zimną precyzją" Michael Tsokos


Po zakończeniu serii z Fredem Abelem w roli głównej Tsokos nie zarzucił innych bohaterów tego cyklu. Miejsce Abela jako zastępczyni szefa patologii berlińskiej policji kryminalnej zajęła Sabine Yao. Jest wprawdzie jest doświadczoną patolożką, ale jako wiceszefowa ma jeszcze inne zadania i inną odpowiedzialność. To już nie tylko same sekcje, ale rozmowy z policją, współpraca przy śledztwach, kontakty z prasą i odnalezienie w tym wszystkim swojej pozycji. Dodatkowo, jak wiadomo z poprzednich tomów, kobieta ma prywatne problemy. Jej siostra nadal przebywa na oddziale psychiatrycznym a siostrzenice - bliźniaczki w szpitalu i w opiece zastępczej. 
Nowe wyzwania w pracy zaangażują jednak Yao całkowicie. Najpierw ginie żona znanego i prominentnego chirurga plastycznego, który ma liczne powiązania w berlińskiej polityce. Lekarka zostaje wezwana na miejsce śmierci, by potwierdzić ekspertyzę medyka sądowego, bo jak wiadomo, Roderich Kracht ma kontakty wszędzie i rzeczą najważniejszą jest uniknięcie najmniejszego błędu. Równocześnie inny policjant zajął się starym nierozwiązanym przypadkiem zagadkowego samobójstwa pewnej kobiety i prosi Yao o pomoc. Obie śmierci łączy ta sama postać – Krachta.
Yao zaczyna się bliżej interesować tym zbiegiem okoliczności i szybko wraz z szefem odkrywa, że Kracht ma dwuletnie doświadczenie w medycynie sądowej, a w ośrodku jego zainteresowań leżało badanie godziny śmierci. 

Tsokos ponownie skonstruował thriller bazujący na jego zawodowym doświadczeniu, skupiając się wprawdzie na głównym wątku, ale okraszając go licznymi detalami z pracy w medycynie sądowej. Jest więc opis dania w patologii, inne przypadki, które lądują na stołach sekcyjnych, zasady współpracy z policją, ale i życie prywatne i rozterki poszczególnych osób. Ta praca zabiera wiele z prywatności i często stanowi o całym życiu – w tym tomie Yao spotyka się nawet z Ablem. Ten zaangażowany lekarz potrafił odejść z tego wyniszczającego życie prywatne zawodu i poświęcić się rodzinie. 

Jeśli chodzi o samo prowadzenie akcji, to są tu pewne komponenty mniej realistyczne, szczególnie pod koniec, zapewne służące budowaniu punktu kulminacyjnego, którego ja akurat w takiej mierze nie potrzebuję. Większą wartość stanowią dla mnie wyżej wymienione opisy z codzienności medyków sądowych. Tsokos pisze w typowy dla niego sposób, szatkując fabułę na krótkie epizody, zawsze podając godzinę i miejsce akcji. Akurat ten sposób prowadzenia narracji uważam za męczący, ale w postaci audiobooka się sprawdza. Nie jest to może jego najlepsza książka, ale jako przerywnik od cięższych lektur sprawdza się dobrze, a postać Yao jest bardzo dobrze nakreślona.

Moja ocena: 4/6

Michael Tsokos, Mit kalter Präzision, 417 str., Knaur 2023.