poniedziałek, 30 czerwca 2025

Stosikowe losowanie – lipiec 2025


 

McDulka wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 22 książki) – 11
Agnes wybiera numer książki dla Guci (w stosie 35 książek) – 27
Gucia wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 333
ZwL wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 30 książek) – 22
Katarzyna wybiera numer książki dla Anny (w stosie 238 książek) – 203
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 18 książek) – 4
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 300 książek) – 174

"Der sechste Stock eines fünfstöckigen Hauses" Anar

 


Zaur jest młodym geologiem, który mieszka wciąż z rodzicami w Baku. Wprawdzie pracuje w wydawnictwie, ale wciąż zależny jest od pomocy finansowej ojca-profesora. Zarazem znajduje się całkowicie pod pantoflem matki, która ma dalekosiężne plany na przyszłość syna. Niestety dla niej Zaur zakochuje się w Tehminie – kobiecie o niezbyt pochlebnej opinii, która pracuje w telewizji jako spikerka i ma aktorskie ciągoty.
Mimo protestów rodziny i prób wyswatania go ze spokojną i godną dziewczyną z sąsiedztwa, Zaur rzuca się na fale tej miłości. Szalonej i namiętnej. Jednak gdy zamieszkuje z Tehmine, która dla niego bierze rozwód, wcale nie jest tak różowo. Związek pożerają ciągłe wątpliwości Zaura dotyczące wierności kobiety. Wychowany w tradycyjny sposób i oczekujący podobnego zachowania od partnerki Zaur ciągle wietrzy zdradę. Te przeczucia podsyca rodzina, która robi wszystko, by rozbić ten związek. Matka nieustannie wydzwania do Tehmine, obrzucając ją wyzwiskami, inni ciągle sugerują liczne zdrady i związki kobiety z innymi mężczyznami. W efekcie to, co imponowało Zaurowi – jej niezależność, przekora, światowość stanie się problemem nie do przeskoczenia. Zair ulegnie naciskom rodziny, pokusie wygodnego, dostatniego życia i wróci do domu, by zawrzeć związek z wybranką matki. 

Powieść Anara osadzona jest w okresie, gdy Azerbejdżan był częścią Związku Radzieckiego, więc sporo tu tego tła – wyjazdów do Moskwy, kwestii tworzenia w danym języku, rosyjskich statusów luksusu takich jak własna wołga. Równocześnie to książka głęboko osadzona w azerskich realiach. Przy okazji planów weselnych Anar opisuje sporo zwyczajów, kultywowanych nawet przez klasę wyższą, do której niewątpliwie należy rodzina Zaura. 
To także opowieść o miłości, która nie ma szans na przetrwanie wobec siły rodzinnych więzi, rytuałów i zasad, a także wygody i finansowego bezpieczeństwa. Emancypacja Tehmine wprawdzie mężczyznom imponuje, ale nie na tyle, by móc z nią żyć. 

To ciekawa pozycja z Azerbejdżanu, może nie z najwyższej półki, ale jednak pozwala wejrzeć głębiej w ten kraj, a zarazem dopatrzeć się uniwersalizmu w opisywanej historii.

Moja ocena: 4/6

Anar, Der sechste Stock eines fünfstöckigen Hauses, tł. Alpaslan i Gökalp Bayramli, 253 dtr., Unionsverlag 1992.

środa, 25 czerwca 2025

"Wysokie góry Portugalii" Yann Martel

 


Sięgnęłam po tę książkę ze względu na jej tytuł. Proza Martela interesowała mnie zdecydowanie mniej niż samo miejsce akcji. I faktycznie sporo tu portugalskich miejsc, imion, nazwisk, a w ostatniej części zdań, ale poza egzotycznym anturażem nie stanowią one tutaj żadnej wartości dodanej. Opisane historie mogłyby się wydarzyć wszędzie i pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego Kanadyjczyk wybrał północno-wschodnią na miejsce większości akcji. 

Powieść dzieli się na trzy części. Pierwsza z nich rozpoczyna się w 1904 w Lizbonie, gdzie młody mężczyzna Tomás, po śmierci ukochanej, dziecka i ojca decyduje się wybrać w wysokie góry Portugalii w poszukiwaniu zagadkowego krucyfiksu. Podczas swojej pracy w muzeum odkrył bowiem pamiętnik portugalskiego misjonarza, który ów bliżej nieokreślony obraz/rzeźbę wysłał do Portugalii z Wysp św. Tomasza i Książęcej. Tomás wyrusza w swoją podróż jednym z pierwszych samochodów w Portugalii, pożyczonym przez wujka, co wzbudza wielką sensację na dość niekonwencjonalnej trasie. Mężczyzna jedzie bowiem przez interior, niewielkie miejscowości, cała trasa niespecjalnie koresponduje z rzeczywistością.

Druga część rozgrywa się jednego dnia – w sylwestra 1938 roku w Bragançy, gdzie medyk sądowy wysłuchuje monologu swojej żony na temat kryminałów Agathy Christie i ich powiązań z ewangelią, a następnie przyjmuje nietypową klientkę. Starsza kobieta przybywa z wysokich gór Portugalii z ciałem męża w walizce, by poddać je autopsji. O ile pierwsza część miała jakikolwiek realizm, to tu autor totalnie odpłynął w magię, czy też może też w realizm, ale magiczny.

Trzecia część to lata 80. – stojący tuż przed emeryturą Kanadyjczyk emigruje do Portugalii wraz z wykupionym z laboratorium szympansem. Podobnie jak Tomás z pierwszej części owdowiał i próbuje sobie w ten sposób poradzić z życiem. Peter wyjeżdża w, a jakże, wysokie góry Portugalii i wynajmuje dom w zabitej dechami wiosce, która przypadkowo jest tą wioską z poprzednich części. Ów Peter za pomocą słownika porozumiewa się z mieszkańcami (całymi zdaniami!), którzy bez problemu akceptują wśród nich obcokrajowca i szympansa. 

Autor wszystkie te części łączy, ale to lepiszcze jest toporne i kruche, a zakończenie nie niesie żadnego katharsis ani nawet efektu wow, choć zdecydowanie jest na jedno i drugie wymierzone. Nie zachwycił mnie ani język Kanadyjczyka, ani pomysł, ani historia – nudziłam się podczas lektury i gdybym nie słuchała audiobooka na pewno bym ją porzuciła. Mam więc nauczkę – nie wszystko, co ma w tytule Portugalię, warte jest lektury. 

Moja ocena: 2/6

Yann Martel, Die hohen Berge Portugals, tł. Manfred Allié, 416 str., S. Fischer 2016.

poniedziałek, 23 czerwca 2025

"Annie John" Jamaica Kincaid

 


Annie dorasta na niewielkiej karaibskiej wyspie – Antigui. Dziewczynka jest kochana i rozpieszczana przez rodziców, w szkole sobie świetnie radzi, uchodzi za bardzo zdolną, wszyscy ją lubią, ma cudną przyjaciółkę, jej życie nie mogłoby być piękniejsze. Pewnego dnia jednak Annie zaczyna dorastać i jej spojrzenie na świat się zmienia, a dziewczyna zaczyna odczuwać, że stosunek jej matki do niej się zmienił. Wrogość między nimi narasta, a Annie zaczyna cichą rebelię, zmienia się też jej krąg znajomych, w miarę jak przeskakuje do kolejnych klas. Pewnego dnia dziewczyna zapada na dziwną chorobę.

Ta częściowo autobiograficzna opowieść to historia o dojrzewaniu z wieloma tematami w tle. Na głównej płaszczyźnie to proces oddzielania się od matki, a zarazem narastającej wrogości między kobietami. Wraz z dorastaniem Annie matka zmienia się z opiekunki w swoistą konkurentkę. Dziewczyna początkowo nie rozumie, dlaczego matka traktuje ją inaczej, ale nie szuka też rozmowy. Zresztą matka także niczego nie tłumaczy i pozwala, by napięcie narastało. To napięcie pozostaje jednak w ukryciu, wobec świata i ojca zachowane zostają pozory. Choroba Annie nie otrzymuje tu głębszego wyjaśnienia – przywraca jednak troskliwość rodziców, a nastolatka traktowana jest jak małe dziecko. Bardzo ciekawy jest zabieg korelacji dolegliwości z nieustającym deszczem. Po miesiącach suszy na wyspę zaczyna spadać nieustający deszcz, tak jakby natura pogrążała się w smutku nad depresją Annie, o ile jej chorobę tak można nazwać.

Na małej wyspie siła natury odgrywa ogromną rolę, podobnie jak morze. Matka głównej bohaterki pochodzi z Dominiki i na Antiguę dostała się statkiem, który musiał przetrwać sztorm. Nosząca to samo imię jak główna bohaterka matka opuściła rodzinną wyspę, by uciec od rodziców i rozpocząć niezależne życie. Nie inaczej uczyni Annie, która wsiądzie na statek, który ma ją zawieźć przez Barbados do Anglii. Mimo że czasy kolonializmu się skończyły, to jest on wciąż obecny – czy w szkole (niektórzy nauczyciele i nauczycielki pochodzą z Anglii), czy w perspektywach edukacyjnych i zawodowych. 

To bardzo ciekawa, choć krótka powieść. Kincaid opowiada o życiu Annie w przedziale od dziesięciu do siedemnastu lat, ale dzięki retrospektywom pozwala czytelniczce poznać wiele wcześniejszych wydarzeń. Sporo tu także metaforycznych wizji, nie tylko tych z okresu choroby. Każda z nich wydaje się mieć drugie dno nawiązujące do sytuacji uwięzienia na wyspie, przemożnej siły natury czy surowych reguł, według których toczy się życie w tej małej społeczności. 

Moja ocena: 5/6

Jamaica Kincaid, Annie John, tł. Barbara Henninges, 160 str., Knaur 1992.

niedziela, 22 czerwca 2025

"Nie jesteśmy tu dla przyjmemności" Nina Lykke


Pierwsza wydana w Polsce powieść Lykke bardzo mnie ubawiła i przypadła so gustu, dlatego cieszyłam się na jej kolejną publikację. Tym razem Norweżka postawiła na męskiego bohatera. Knut ma pięćdziesiąt osiem lat i za sobą szczyt kariery pisarskiej. Po przełomowej powieści wprawdzie jeszcze publikował, ale bez większych sukcesów. To oznacza, że utrzymuje się ze spotkań autorskich w podrzędnych bibliotekach i w szkołach, gdzie stawia czoła znudzonym i niezainteresowanym literaturą nastolatkom. Knut mieszka sam, jego byla żona, też literatka, mieszka z Terje, pisarzem, a ich dorosły syn nie utrzymuje większych kontaktów z rodzicami. 
Knutowi nie pozostaje nic innego niż dumać nad swoim życiem, upadającą karierą i kondycją świata literackiego i w ogóle. Pewnego dnia do jego skrzynki mailowej wpada zaproszenie na festiwal literacki w Lillehammer, na którym ma wziąć udział w panelu dotyczącym niewierności w życiu i w literaturze. Knut podejrzewa, że pierwszy gość w ostatniej chwili odmówił, a on jest ostatnią deską ratunku. Do pozytywnej odpowiedzi skłoni perspektywa darmowego jedzenia i hotelu, mimo że w panelu oprócz niego wezmą udział nowy mąż byłej żony i słynna pisarka, autorka prozy autobiograficznej. Owa pisarka w swojej ostatniej książce bez ogródek opisała różne wydarzenia ze swojego życia oraz wymieniła szereg osób z imienia i nazwiska, które brały w nich udział. Trafiło też na Knuta, którego przedstawiła jako napalonego dziada, który ją molestował. Ten jest oburzony tą kreacją, bo z jego perspektywy cała sytuacja wyglądała inaczej. 

W tej powieści niewiele się w zasadzie dzieje, punktem kulminacyjnym jest ów panel, ale cała treść zasadza się na przemyśleniach Kurta na temat kondycji świata czy literatury. Spogląda także na swoje życie, doszukuje się błędów, przyczyn różnych sytuacji. W tle przewija się szereg postaci, przede wszystkim sąsiad Frank, który ma romans z żonatym Pakistańczykiem, pracującym jako lekarz, ale także redaktor i była żona. Przyznam się, że nie bawiłam się tak przy tej książce, jak przy "Ostatnim stadium", a przemyślenia Knuta często mnie zwyczajnie nudziły. Lykke przedstawia go jako dość nudnego faceta, który wszystko chętnie krytykuje (choć często słusznie!) i nie podąża za światem, choć przyznam, że ja czułam dla niego pewną sympatię. 

Fajnym smaczkiem jest natomiast nawiązanie do lekarki z "Ostatniego stadium" – przynajmniej ja je tak odebrałam.

Moja ocena: 3,5/6

Nina Lykke, Nie jesteśmy tu dla przyjemności, tł. Karolina Drozdowska, 304 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

czwartek, 19 czerwca 2025

"Zerteilt" Michael Tsokos


Piąty i ostatni tom cyklu o Fredzie Ablu to świetne zakończenie tej serii. Abel wraz z partnerką oczekują narodzin dziecka, ale medyk sądowy nie ma zbyt wiele czasu na przygotowania, bo oprócz normalnych licznych sekcji, które są codziennym chlebem w Berlinie, stolicą wstrząsa seria brutalnych zbrodni. Najpierw w windzie zaszlachtowany zostaje biznesmen z Mołdawii i jego kochanka. Kolejnymi ofiarami są matka z córką i mężczyzna w hotelowej windzie. Owa rodzina powiązana jest z libańskim klanem, który pojawiał się na kartach tego cyklu już uprzednio. Równocześnie ginie partner Marie, byłej żony Larsa, przyjaciela Freda. Wszystkie te morderstwa są ze sobą powiązane, a Fred i Lars działają razem, by uchronić Marie, która widziała mordercę partnera. 

Tsokos niezwykle umiejętnie poprowadził tę akcję, by pozwolić swoim postaciom zamknąć pewien rozdział w ich życiu. Równocześnie książka naszpikowana jest przypadkami, z którymi faktycznie miał do czynienia w swojej karierze. Tsokos opisuje codzienność medyka sądowego – począwszy od rannej odprawy, przydziału poszczególnych sekcji, a na współpracy z policją skończywszy. Autor nie skupia się całkowicie na głównej akcji, bo i na stołach lądują najprzeróżniejsze przypadki, którymi trzeba się zająć. Tsokos operuje przy tym fachowym słownictwem, przy okazji tłumacząc przeróżne procesy dla mniej wyprawionej czytelniczki. 

Niemiec po raz kolejny sięga po aktualną tematykę – zagrożenie terrorystyczne, sposób kształtowania się postaw ekstremistycznych, klany, które trzymają w ręku handel narkotykami i rozciągają się na teren całego państwa, współpraca transgraniczna itd. Końcowa refleksja, która skłania Abela do porzucenia dotychczasowej pracy jest idealnym podsumowaniem trudów tej pracy, ale i pokazuje, jak trudny wybór stoi przed osobami, których praca wymaga tak wielkiego zaangażowania emocjonalnego. Na szczęście koniec tego cyklu nie oznacza końca kariery pisarskiej Tsokosa. Już powstały dwa tomy nowej serii z Sabine Yao, koleżanką Abla, w roli głównej.

Moja ocena: 5/6

Michael Tsokos, Zerteilt, 353 str., Droemer Knaur 2022.

wtorek, 17 czerwca 2025

"Lautlose Feinde. Lost in Fuseta" Gil Ribeiro


Jako że to już siódmy tom tej serii, musiałam oczywiście po niego sięgnąć, choćby po to, żeby poznać dalsze losy głównych bohaterów. I właściwie tylko one były w tym kryminale ciekawe, choć mam wrażenie, że i tu autor wypstrykał się z pomysłów. Jest koniec września – Leander i Soraia biorą ślub, ich podróż poślubna zostaje jednak przesunięta z powodu gęstej mgły (we wrześniu? w Faro?, nie wierzę). I dobrze, bo w Algrave zaczynają się dziać dziwne rzeczy – najpierw uprowadzona zostaje dziewczynka, a jej dziadek zamordowany. Później ginie inna osoba, utopiona w wannie w wyrafinowany sposób (wannę wypełniono kostkami lodu, a jej podano lek powodujący gorączkę). 
Ribeiro prowadzi akcję dwutorowo, pokazując działania siatki szpiegowskiej, która planuje przejęcie amerykańskiego transpondera używanego w myśliwcach do rozpoznawania wroga. Ten wątek jest dość zagmatwany, bo mamy dwie pary szpiegowskie, ponadto jedna z osób używa innych danych, więc łatwo się tu pogubić. Autor wprawdzie zamieścił na początku spis postaci, ale w przypadku e-booka na wiele się to nie zdało. 
Sama intryga wydała mi się być mało realistyczna, zbyt zagmatwana i zwyczajnie nudna, nawet rozwiązanie zagadki nie było zaskoczeniem. Dużo bardziej ciekawiły mnie rozdziały o znanych już z tego cyklu postaciach, ale i tu nie było zachwytu. Na początku denerwowały liczne powtórzenia, mające na celu przypomnieć kto jest kim i dlaczego – tak jakby ktoś faktycznie rozpoczynał lekturę tego cyklu od siódmego tomu! Ribeiro stawia na stare chwyty, ale niestety u mnie nastąpił już moment znudzenia – Duarte jako pyszny głupek już nie śmieszy, pociągłe spojrzenia między Gracianą a Carlosem nie iskrzą, a wypadek Sorai tuż po ślubie przelał szalę nierealności. 
Najbardziej jednak drażniły mnie lapsusy językowe. O ile na początku cyklu byłam w stanie je wybaczyć, to w siódmym tomie świadczą już tylko o niefrasobliwości autora. Skoro osadza on swoje kryminały w portugalskim Algarve, to oczekuję, że nie będzie tu żadnych potknięć językowych, zwłaszcza, że wstawki w języku portugalskim to rzadkość. Tymczasem jest tu złe użycie trybu rozkazującego – dziadek zwraca się do wnuczki w sposób formalny, jest złe słowo w tytule konkursu na policjanta roku, ale najgorszy jest ponownie dobór imion. Ribeiro myli pisownię (Magdalena zamiast Madalena, Matilda zamiast Matilde), nie nadaje imion stosownie do wieku postaci, ale dobiera ekstremalnie rzadkie imiona. Dla osoby nie znającej języka czy Algarve mogą to być drobnostki, ale mnie zdecydowanie psuły lekturę. 
Wiadomo, że cykl będę dalej ciągnąć, bo ciekawią mnie losy bohaterów oraz bliski jest mi anturaż, ale zachwyt zostawiłam przy poprzednich tomach.

Moja ocena: 3/6

Gil Ribeiro, Lautlose Feinde. Lost in Fuseta, 371 str., Kiepenheuer & Witsch 2025.

czwartek, 12 czerwca 2025

"Śląsk, którego nie ma" Kamil Iwanicki


Śląsk to mój hajmat i wszystko na jego temat mnie bardzo interesuje. Nawet jeśli książka skupia się na rejonach trochę odleglejszych od mojego miasta czy tematach nie leżących w bezpośrednim kręgu moich zainteresowań, to łykam wszystko. Bo Śląsk. Pozycja Iwanickiego zainteresowała mnie szczególnie ze względu na tytuł i tematykę – czuję wielki sentyment do miejsc ginących, ratowanych i zarośniętych. I w tej kwestii autor zaspokoił moją ciekawość.

Iwanicki na tapet bierze śląskie budynki, które zostały wyburzone, uległy powolnemu rozkładowi, miały szczęście zostać odratowane, zostały przebudowane, a nawet rewitalizowane. Opisuje więc pałace i rezydencje śląskich magnatów przemysłowych, familoki budowane dla tłumnie ściągających do pracy robotników, cmentarze niemieckie i żydowskie, kopalnie, huty, ale i masowo budowane po wojnie hotele, hale, wieżowce, dworce i bloki. Iwanicki bazuje na swoich własnych obserwacjach, przemierza śląskie miasta w poszukiwaniu niemieckich napisów, starych murów, resztek budynków czy nagrobków, śledzi historię ich właścicieli oraz zmianę funkcjonalności czy rozbudowę poszczególnych obiektów. 

Iwanicki bardzo skrupulatnie opisuje kolejne budowle, dba o zarys historyczny, przytacza życiorysy właścicieli lub mieszkańców, opisuje stan aktualny, potrafi też plastycznie przedstawić architekturę. W swoich relacjach opiera się na wielu źródłach, ale także osadza je w kontekście historycznym, nakreślając przemiany, jakie dotknęły ten region. Dla osoby, która ma jednak jakąś tam wiedzę, niekoniecznie głęboką, są to jednak oczywistości. 

Mimo tych wszystkich zalet, mam do tej książki sporo pretensji. Przede wszystkich na płaszczyźnie językowej. Styl Iwanickiego często jest bardzo szkolny, wielokrotnie powtarzane są te same frazy czy stwierdzenia ubrane w nieco inne słowa, tak jakby autor koniecznie chciał nadać każdemu rozdziałowi pointę. Dużo tu niezręczności, potknięć językowych i niekonsekwencji w kwestii języka niemieckiego. Straße czasem jest pisana tak, ale przeważnie jednak Strasse, Victor bywa Viktorem, brakuje znaków diakrytycznych, a w przypadku niemieckich słów czasem wielkiej litery. Być może są to drobnostki, ale ten prosty, szkolny styl jak i zamiłowanie autora do słowa industria zupełnie zepsuły mi lekturę. Mam wrażenie, że autorowi nie udało się wyjść ponad relację, swoisty przewodnik – mimo pracy włożonej w zbieranie materiałów ta książka jest tylko i wyłącznie ich sprawozdaniem i uporządkowaniem. Dobre są momenty, gdy autor odsłania samego siebie, ale jest ich za mało, by czytać tę publikację jako osobisty przewodnik, a za dużo, by widzieć tu reportaż.

Moja ocena: 3/6

Kamil Iwanicki, Śląsk, którego nie ma, 272 str., Wydawnictwo Editio 2025.

środa, 11 czerwca 2025

"Muna oder Die Hälfte des Lebens" Terézia Mora


Muna Apelius dorasta w niewielkim mieście w NRD. Ojciec zmarł na raka, a matka jest aktorką w miejscowym teatrze i alkoholiczką. Tuż przed maturą podejmuje próbę samobójczą, ale Muna świetnie sobie sama radzi, podczas gdy matka przebywa w szpitalu. Dziewczyna zdaje maturę i rozpoczyna praktyki w miejscowym czasopiśmie. Tam poznaje Magnusa – fotografa i nauczyciela francuskiego i od razu się w nim zakochuje. Magnus jest opryskliwy i oschły, wydaje się nie zwracać na nią uwagi, ale w końcu spędza z nią czas, para ląduje w łóżku, a potem Magnus znika. Wyjeżdża na zachód, nie pozostawiając żadnej wiadomości. Mur berliński upada, a Muna rozpoczyna studia: w Berlinie, Wiedniu, Londynie. Poznaje ludzi, angażuje się w wiele projektów, ale Magnus wciąż pozostaje w jej głowie i sercu. Gdy spotyka go ponownie przypadkiem, nie wypuszcza go już z rąk. Ich związek nie jest jednak szczęśliwy. Magnus się nie zmienił, nadal nie dopuszcza Muny do siebie, nie dzieli z nią życia, nie zawiadamia o planach, żyje jak wcześniej. Muna wciąż jest zakochana, pozwala na wszystko, dopasowuje się, godzi, ale też wciąż się narzuca, błaga o tę miłość, ogranicza swoje życie, dostosowuje się całkowicie do mężczyny.

Mora opisuje kilkadziesiąt lat życia Muny, ową tytułową połowę życia. Życia w uzależnieniu od innego człowieka, w czekaniu i zależności, bez wiary w siebie. Można sądzić, że Muna definiuje się tylko wtedy, gdy czeka na Magnusa. Gdy pozostaje sama, musi odnaleźć samą siebie na nowo. Całe jej życie zawodowe, podobnie jak to Magnusa odbywa się na płaszczyźnie uniwersytecko-wydawniczej, co bardzo dobrze pokazuje, jak trudno jest utrzymać się z takiej pracy, jak wygląda pogoń za zleceniami, za stanowiskami na uczelniach, za grantami itd. Kobieta konfrontowana jest także z wieloma mężczyznami, którzy często i chętnie wykorzystują swoją lepszą pozycję. Co ciekawe Muna jest świadoma tych mechanizmów, choćby podczas swojej pracy jako niania w Londynie, ale sama się im poddaje. 

Lauretaka Deutscher Buchpreis z 2013 roku, z tą książką znalazła się na krótkiej liście dziesięć lat później. Ja niestety tej poprzedniej powieści jeszcze nie czytałam, ale na pewno po nią sięgnę, bo pióro Mory potrafi uwieść. To subtelna, delikatna proza, pisana z perspektywy Muny, której mamy tendencję współczuć, ale która równie mocno irytuje. Niemka stworzyła postaci, które nie pozostawiają obojętnym – zarówno Muna jak i Magnus denerwują, wzbudzają wiele emocji, a ich losy i zachowania skłaniają do wielu przemyśleń, a najlepiej dyskusji. 

Moja ocena: 5/6

Terézia Mora, Muna oder Die Hälfte des Lebens, 381 str., Luchterhand Literaturverlag 2023. 

niedziela, 8 czerwca 2025

"Kos kos jeżyna" Tamta Melaszwili

 


Etero ma czterdzieści osiem lat, mieszka na gruzińskiej wsi i jest panią samej siebie. Ma swój dom, prowadzi sklep i niczego więcej jej do szczęście nie potrzeba. Ale nie zawsze tak było. Wychowała się u siostry dziadka, u której została umieszczona po śmierci matki. Do ojca i starszego brata wróciła w momencie pójścia do szkoły i od tego momentu stała się posługaczką tych dwojga. Jej życie ograniczało się do prania, gotowania, prasowania i na końcu szkoły. To niewolnicze życie było przyczyną odrzucania wszelkich zalotów. Etero miała świadomość, że zamążpójście będzie oznaczało przejście z jednego kieratu w drugi. Teraz spogląda na młodsze znajome, które usługują mężom i synom, źle traktując córki. Takie spokojne życie wydaje się wystarczać, kobieta ma świadomość, że wkracza w okres drugiej połowy życia – menopauza, starzenie się, starość – to wszystko ma przemyślane i zaplanowane. Gdy pewnego dnia jednak wybiera się na jeżyny i podczas zbioru niemal ginie, jej rozsądek chwieje się w posadach i kobieta nawiązuje romans. 

Melaszwili napisała tę powieść w formie strumienia świadomości, co pozwala nam wejść w głowę Etero. To prosta kobieta, która nie poznała wiele poza swoją wsią, pracą, nawet nie ukończyła edukacji. czyli szkoły pielęgniarskiej. Swoją aktualną pozycja zawdzięcza pracy swoich rąk, ale też uwolnieniu się od władzy mężczyzn. Wciąż jednak jej życiem kierują sąsiedzi i znajomi – siła plotki i oceny jest tak wielka, że zawsze trzeba mieć się nie baczności, by nie być wziętym na języki. W tle pobrzmiewa także niebezpieczeństwo śmierci – po wojnie i oddzieleniu Osetii nie jest dobrze być wziętą za Osetyjkę i choć Etero nią nie jest, to pochodzenie jej matki z położonej w tym regionie wsi może zdecydować o życiu lub śmierci. 

Melaszwili opisuje powolną emancypację. Nie tę, która rodzi się z ruchu feministycznego i wsparcia innych kobiet, ale tę, który wyrasta na własnym buncie, zmęczeniu i poczuciu bycia wykorzystywaną. Co jednak z tą wypracowaną równowagą, gdy człowiek się zakocha? A może to wcale nie miłość, lecz zew nigdy nieprzytulanego ciała? 

Gruzinka operuje bardzo plastycznym językiem, pięknie opisuje świat, przyrodę, okolicę, odczucia. Wielkim kontrastem są tu jednak wulgaryzmy, bo tylko w taki sposób Etero opisuje świat miłości fizycznej. Zaskakujący jest także jej brak świadomości na temat zdrowia płciowego kobiet. To wszystko jednak wynika z braku wzorców, matczynego wychowania, rozmów, edukacji. Etero nie zna innych słów i nie ma szans niczego się dowiedzieć, bo na takie tematy się szczerze nie rozmawia, można tylko heheszkować. 

Melaszwili stworzyła ciekawą powieść o skutkach patriarchatu i oziębłości. Widać u niej, jak brak uczucia i bliskości rzutują na życie, pozornie poukładane i dobre, ale jednak samotne. 

Moja ocena: 5/6

Tamta Melaszwili, Kos kos jeżyna, tł. Magdalena Nowakowska, 240 str., Filtry 2024.

sobota, 7 czerwca 2025

"W matni" Émile Zola

 


Siódmy tom cyklu Rougon-Macquart jest jak na razie moim ulubionym, choć trudno tu mówić o przyjemności lektury. W tej powieści Zola wraca do rodziny Macquartów, opisując życie praczki Gervaise, która do Paryża przybyła z Augustem Lantier, kochankiem, oraz dwójką synów: Claudem i Etienne. Lantier uwiódł ją już w wieku czternastu lat, a w Paryżu bardzo prędko opuszcza Gervaise i dzieci w pogoni za lepszą kochanką. Gervaise zostaje sama, bez grosza, ale to pracowita i sprytna osoba. Bardzo prędko podejmuje prace w pralni i dzięki swoim umiejętnościom zdobywa wiernych klientów. Wzbudza także zainteresowanie robotnika Coupeau, który zakłada na domach rynny. Para bierze ślub, niebawem rodzi się im córka Anna, zwana Naną, a Gervaise wynajmuje sklep, by założyć swoją pralnię. Wszystko idzie jak z płatka, aż pewnego dnia Coupeau spada z dachu. Ten wypadek będzie przełomowy. Pracowity człowiek zamienia się w pijaczynę. W międzyczasie wraca także Lentier, który zaprzyjaźnia się z nowym mężem byłej kochanki. Bardzo szybko okazuje się, ze Gervaise pracuje na dwóch leniwych mężczyzn, cały dom i dzieci. 

Zola fantastycznie opisuje stosunki w kamienicy – niechęć do Gervaise, gdy odnosi sukcesy, zakłamanie, perfidię i plotkowanie. Tytułowa matnia nie ma wyjścia, a alkohol jest gwoździem do trumny. Francuz nie szczędzi sugestywnych opisów pijaństwa piętnastego każdego miesiąca, a także skutków choroby alkoholowej. Zoli udało się wejść do czynszówek i warsztatów robotniczych i pokazać warunki życia, stosunki międzyludzkie i mentalność. Wiarygodnie opisuje powolny upadek Gervaise, która nie ma szans na przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku i w obliczu takiego wroga, jakim jest alkohol. Równocześnie Zola zaznacza w tle zmiany zachodzące w Paryżu – przebudowę całych dzielnic, ale także coraz silniejszy wpływ maszyn na życie robotnicze. Praca w kuźni, którą prowadzi jedyny życzliwy Gervaise człowiek, fascynuje kobietę. Siła ludzkich rąk i maszyn przykuwa jej wzrok, podobnie jak destylator, który niby mimochodem stwarza truciznę rządzącą życiem najbiedniejszych. 

Zola nie ogranicza się tylko do szkicu życia głównej bohaterki, mamy tu wiele fantastycznych postaci w tle: sąsiadów takich jak grabarz czy mała dziewczynka, której matkę zakatował wiecznie pijany ojciec i który podobnie traktuje dziecko. W tej powieści jednak mniej wielostronicowych opisów, a więcej akcji i odmalowywania charakterów, co zdecydowanie przekłada się na jakość lektury. Dodatkowym smaczkiem jest dzieciństwo i dojrzewanie Nany, którą dopiero lepiej poznamy w jednej z najsłynniejszych powieści Zoli.

Francuz bez ogródek opisuje sromotę życia, są wydzieliny, obcesowość, śmierć, bicie i stosunki płciowe, co podobno po publikacji nie trafiło na dobry odzew czytelniczek i czytelników. To jednak naturalizm w jego najlepszym wydaniu, niezwykłe świadectwo ówczesnego życia i do głębi poruszająca powieść.

Dodam jeszcze, że polski tytuł, mimo że odbiega od oryginału (L'Assomoir to nazwa lokalu, który magicznie przyciąga książkowych pijaków), świetnie oddaje istotę powieści.

Moja ocena: 6/6

Émile Zola, Der Totschläger, tł. Gerhard Krüger, 330 str., Die Gehörgäng 2025.

piątek, 6 czerwca 2025

"Kobiety, o których myślę nocą" Mia Kankimäki


Mia Kanikmäki zapragnęła zmienić swoje życie. Stoi przed napisaniem drugiej książki, ale brakuje jej pomysłu i na treść i na siebie. Zaczyna więc nocą rozmyślać o kobietach i te rozmyślania zaprowadzą ją w nieznane miejsca: dosłownie i w przenośni. Pierwszą kobietą, o której myśli Finka, jest Karen Blixen. I to chyba najbardziej znana i najbardziej kontrowersyjna postać tej książki. Kanikmäki wyrusza do Tanzanii, po trosze śladem Blixen, po trosze, by odnaleźć swoje przeznaczenie. Ta wyprawa będzie więc początkiem drogi, długiej drogi do zrozumienia istoty pisania, tworzenia, motywowania siebie, odnajdywania celu i sensu, w tym, co się robi. 

Ta powieść to z jednej strony życiorysy wielu kobiet, które działały wbrew normom i konwenansom, które miały odwagę wyjechać, porzucić, pogonić za swoimi marzeniami. Są to podróżniczki i artystki, postaci arcyciekawe i nietuzinkowe. Czytając o nich, szukałam zdjęć i ich prac, porównywałam wrażenia autorki z moimi, doczytywałam życiorysy. Przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałam o Idzie Pfeiffer, Nellie Bly czy Artemisii Gentileschi i innych. Jestem absolutnie zachwycona tymi kobietami i ich dokonaniami. Wypada jednak napisać słowo o Blixen, bo to jednak bardzo kontrowersyjna postać. Wbrew wielu krytycznym recenzjom, uważam, że Finka dość dobrze rozegrała ten temat. Nie koloryzuje ani wybiela, pisze wprost o kolonializmie, zabijaniu zwierząt i prawdopodobnej depresji Blixen, pokazując, że te zachowania były na miarę owych czasów i że Dunka wpisywała się w tamte trendy, równocześnie w pewien sposób płynąc pod prąd. Pytanie, czy w ogóle warto pisać o takiej postaci? Uważam, że tak. W końcu istniała, nie można o niej zapomnieć, tym bardziej, że dla wielu osób jest rozpoznawalna. Kanimäki dobrze podjęła jej temat, być może odzierając Blixen z wyidealizowanej przez film aury.

Z drugiej strony jest to książka o autorce, właściwie dziennik podróży i zmagań z samą sobą. Wiele tu wątpliwości i niepewności, poszukiwań i stagnacji, spotkań i rozmów. Finka pisze z humorem, czerpie z doświadczeń nocnych kobiet, tworzy listy na podstawie ich przeżyć, pisze do nich, rozmyśla. Ta forma książki była dla mnie największą zaletą. Autorce udało się uciec od biografii, tworząc coś nowego, świeżego.

Moja ocena: 5/6

Mia Kankimäki, Kobiety, o których myślę nocą, tł. Iwona Kiuru, 560 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.

sobota, 31 maja 2025

"W sztucznym świetle" Deniz Ohde


Bezimienna narratorka powraca do miasta swojego dorastania. Niewielkie osiedle tuż przy fabryce, blisko wielkiej metropolii naznaczyło jej dzieciństwo, które spędziła w dalekich od idealnych warunkach. Ojciec pracował w owej fabryce, resztę czasu spędzając na kłótniach z matką i ojcem, maniakalnym zbieraniu rzeczy i piciu. Dziadek, niemal niewidomy, spędza całe dnie w łóżku. Matka pochodzi z Turcji, pędzona chęcią ucieczki opuściła swoją wioskę, by zostać uwięziona w tym mieszkaniu. Oprócz pracy, zajmuje się dziadkiem, próbuje urządzić mieszkanie jak najmilej, utrzymać porządek w tym natłoku rzeczy. Narratorka jednak nic z tureckiej tożsamości nie przejęła – nie zna języka, nie jest muzułmanką. 
Dziewczyna od najmłodszych lat trzyma się na uboczu, nauczona ciszy i nie przeszkadzania, nigdy się nie wychyla, pokornie akceptuje swój los, pozostaje niewidoczna. Nawet dla dwójki najbliższych przyjaciół, którzy nigdy nie spróbują jej zrozumieć ani doszukać się przyczyn niepowodzeń w szkole. Narratorka jest mądrym dzieckiem, szybko umie czytać, nie ma problemów z nauką, ale jest cicha, spokojna i mało aktywna. Jej tureckie imię jest powodem innego traktowania. Jeśli pojawi się drobny błąd, to zapewne dlatego, że nie zna dość dobrze języka niemieckiego. Jeśli odpowiedź nie jest perfekcyjna, to pewnie dlatego, że pochodzi z domu o niskim wykształceniu i ma braki. I tak się to ciągnie przez całą edukację. Narratorka nie ma siły przebicia ani odwagi, by zawalczyć o swoje, a co za tym idzie, jest coraz bardziej spychana na bok, w brak poczucia własnej wartości, aż w końcu przerywa liceum. 

To fantastyczna opowieść o uprzedzeniach, stereotypach, słabościach systemu edukacji, która oddaje głos tym, którzy sami nie potrafią o niego zawalczyć. Proza Ohde jest pełna spokoju, wyważenia, bardzo współgra z główną postacią. Dla mnie to niemiecka odpowiedniczka Eribona czy Louisa. Sporo tu różnic, ale widzę też dużo podobieństw, szczególnie w kwestii trudnej drogi edukacji, braku wsparcia w domu rodzinnym i w otoczeniu. Ważna powieść!

Moja ocena: 5/6

Deniz Ohde, Streulicht, 284 str., Suhrkamp 2020.

Stosikowe losowanie – czerwiec 2025

 


Guciamal wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 18 książek) – 9
Agnes wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 22 książki) – 20
Maniaczytnia wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 300 książek) – 155
McDulka wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 38 książek) – 6
Katarzyna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 1128
ZwLwybiera numer książki dla Anny (w stosie 210 książek) – 47
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 27 książek) – 19

czwartek, 29 maja 2025

"Nędza" Andrzej Tichý


Narrator tej powieści jest wiolonczelistą, podczas przechadzki ze swoim zespołem spotyka bezdomnego. To przypadkowe spotkanie jest dla niego przyczynkiem do zagłębienia się we wspomnieniach. A nie są to wspomnienia radosne. Mężczyzna zabierze nas w najbrzydsze, najbardziej zapomniane i najohydniejsze dzielnice Europy: w Szwecji, Niemczech, Wielkiej Brytanii. To nie jest opowieść o szczęśliwej, udanej emigracji, lecz o otchłani, w jaką wpadają młodzi ludzie. Niezintegrowani, bez szans na sukces, bez siatki znajomych, bez zaplecza finansowego lądują w squatach, na melinach, wśród nędznej ohydy. To tam królują narkotyki, alkohol, przemoc i brutalność.

"Nędza" to opowieść o tym, jak jedna decyzja może pogrążyć w tej otchłani na zawsze lub pomóc się z niej wyrwać. Autor sam jest emigrantem, jako syn Czecha i Polki, będąc małym dzieckiem wylądował w Szwecji. Można się domyślać, że emigracyjne środowisko zna z własnego doświadczenia, skąd zapewne tak autentyczny obraz. 

To nie jest jednak powieść łatwa w odbiorze. Tichý postawił na strumień świadomości, przeplatany krótkimi wstawkami ze współczesności. Sam strumień nie ma chronologii, narrator przeskakuje z miejsca w miejsce, przewijają się te same postaci, ale trudno się zorientować kto jest kim. Wydaje się, że ważniejsze niż sama treść, są atmosfera, poczucie beznadziei, grążenie w ludzkim bagnie, a narrator de facto jest zbiorowy i stanowi uosobienie całej straconej grupy młodych ludzi. Tichý świetnie to oddaje i to odczucie pozostaje z czytelniczką na długo, ale tylko ono. Dla mnie sama treść okazała się być mało przystępna i miałam trudności, by podążać za autorem.

Moja ocena: 3/6

Andrzej Tichý, Nędza, tł. Dominika Górecka, 176 str., Wydawnictwo Pauza 2023

środa, 28 maja 2025

"Kołysanka" Leïla Slimani


Louise jest perfekcyjną nianią – dba o dzieci, przy okazji sprząta, gotuje, ogarnia całe życie rodziny. Robi to z własnej woli, całkowicie angażując się w swoją pracę. Takie szczęście mieli Myriam i Paul. Paul jest producentem muzycznym, Myriam prawniczką, która zrezygnowała z kariery. Po urodzeniu drugiego dziecka odczuwa jednak dotkliwy brak pracy i własnego życia. Wtedy do życia rodziny wkracza Louise i obejmuje ją swoją opieką. 
Slimani rozpoczyna opowieść od końca, prezentując czytelniczce na pierwszych stronach zakończenie tej opowieści. Dopiero później stopniowo pokazuje wydarzenia, które doprowadziły do tragedii, nie oceniając i nie dając żadnej odpowiedzi. 
Czytając, jesteśmy tylko obserwatorkami życie rodziny i jej opiekunki. Poznajemy ich codzienności, zmagania z łączeniem pracy i rodziny, urlop, weekendy. Slimani opisuje rozterki rodziców, zwłaszcza Myriam, która balansuje wciąż na cienkiej granicy między rolą matki a pracą w kancelarii. Ojca tu znacznie mniej, za to z rozdziałów pokazujących życie Louise wyłania się bardzo smutny obraz. To kobieta samotna, wdowa, która straciła kontakt z córką, maniakalna pedantka, żyjąca na granicy ubóstwa. Louise chorobliwie przywiązuje się do rodziny i staje się od niej zależna. Z drugiej strony zabiegane małżeństwo albo nie dostrzega sygnałów powolnych zmian w zachowaniu niani albo je ignoruje. 

Widziałam krytyczne głosy dotyczące sposobu konstrukcji fabuły tej powieści. Mnie jednak nie przeszkadzało, że praktycznie od początku wiedziałam, jak się skończy ta historia. Co więcej, za interesujące uważałam wstawki z rozmów śledczych z sąsiadką czy innymi osobami, z którymi Louise miała kontakt, a szczególnie psychologiczny portret niani. 

Slimani pisze wartko, tę powieść czyta się naprawdę szybko, ale zarazem daje ona wiele do myślenia. Mnie zastanowiły przede wszystkim głosy krytyczne dotyczące zachowania rodziców, ich stosunku do Louise. Ja tej pary nie odebrałam negatywnie, może nie byli idealnymi pracodawcami, ale odniosłam wrażenie, że starali się być wobec niani fair, a jej zachowanie też nie ułatwiało tej relacji. Ta powieść to zdecydowanie dobry materiał do dyskusji. 

Moja ocena: 5/6

Leïla Slimani, Dann schlaf auch du, tł. Amelie Thoma, 225 str., Luchterhand Literaturverlag 2017.

wtorek, 27 maja 2025

"Czempionki" Jovana Reisinger

 


Dziewięć kobiet – każda w innym wieku, w innym momencie życiowym, i każda o innym imieniu. Brigitte, Jolie, Emma, Petra, Tina, Lisa, Barbara, Laura, Verena – to także tytuły znanych niemieckich czasopism dla kobiet. O czym te czasopisma są, wszyscy zapewne wiemy. Porady, jak dbać o siebie, jak schudnąć, jak się dobrze ubrać, jak zadbać o męża i jak być dobrą w łóżku. Każde z tych imion może być więc programem dla jej nosicielki. Ale nie jest. Bo są jeszcze mężczyźni, bezimienni, określani tylko pierwszą literą. Każdy z nich w zasadzie taki sami i żaden z nich z pewnością nie przejmuje się spełnianiem zadań i osiąganiem celów wyznaczanych przez czasopisma i społeczeństwo.

Reisinger nie opisuje szczegółowo żyć tych kobiet. Poznajemy je w pewnym przełomowym momencie. Barbara jest wdową, która nie umie podnieść się z żałoby po mężu, dopiero przypadkowo znaleziony pies nauczy ją samostanowienia. Lisa jest po czterdziestce i znów nie zaszła w ciążę, z którego to powodu opuścił ją partner. Emma jest przyjaciółką Barbary, żyjącą pod pantoflem męża i matką Jolie, która traci pracę i niespodziewanie zachodzi w ciążę. Petra jest lesbijką, dobrze wykształconą kobietą, która wykonuje pracę poniżej kwalifikacji i wreszcie poznaje miłość swojego życia – mieszkającą na drugim końcu kraju Brigitte. Tina ma przemocowego męża, który od lat ją maltretuje. Po ostatnich wydarzeniach wreszcie postanawia od niego odejść. Laura ma niebawem wyjść za mąż i planuje najpiękniejszy dzień swojego życia, a jej przyjaciółka Verena dziedziczy piękny dom nad jeziorem. Wszystkie mieszkają w dość konserwatywnych środowiskach w Bawarii. 
Autorka szkicuje te portrety z dystansem, z humorem, mimo często niewesołych losów kobiet, za razem ujmując moment przemiany w przypadku każdej z nich. To ta chwila, gdy zmienia się myślenie, gdy ma się siłę odejść od oczekiwań i konwenansów i postawić na siebie. Reisinger udało się przemycić w tle te wszystkie zdania wypowiadane mimochodem, czytane w poczekalni u lekarza, bezmyślnie powtarzane, które naznaczają kobiecy sposób myślenia, wiążą w klatce stereotypów i oczekiwań. Równocześnie autorka zachowała zwięzłą formę, pozostawiając sporą przestrzeń do własnych refleksji.

Bardzo podoba mi się zabieg wykorzystania tytułów tych wszystkich gazetek, czasopism, magazynów, które często pod przykrywką emancypacji zatruwają kobiece myślenie. Owszem, można czuć niedosyt, bo, jak wspomniałam, kobiece historie są krótkie i chciałoby się poznać ich przeszłość i przyszłość, ale myślę, że taki był zamysł autorki. Ciekawa pozycja, krótka, ale zmuszająca do myślenia.

Moja ocena: 4,5/6

Jovana Reisinger, Spitzenreiterinnen, 270 str., Verbrecher Verlag 2021.

poniedziałek, 26 maja 2025

"Uciekaj, króliku" John Updike


Królik, czyli Harry Angstrom, ma dwadzieścia sześć lat i już przegrał życie. Ten były koszykarz, a właściwie lokalna gwiazda tego sportu, tkwi w małżeństwie, które dalekie jest od bycia szczęśliwym. Harry pracuje w domu towarowym jako akwizytor, sprzedaje maszynkę do obierania warzyw. W domu czeka na niego kilkuletni synek i ciągle pijana żona w ciąży. Żona, którą określa jako głupią i tępą. Pewnego dnia miarka się przelewa i Królik spontanicznie wyrusza na południe. Ta podróż bez celu i planu oczywiście kończy się fiaskiem, Królik jednak opuszcza mieszkanie i zamieszkuje u byłej prostytutki. Czy to zmieni jego życie albo spełni marzenia? Oczywiście nie. Czy wróci do żony i do nowo narodzonego dziecka? Przeczytajcie sami, choć to nie akcja tu jest najważniejsza. Updike koncentruje się bowiem tu na zbudowaniu portretu psychologicznego młodego człowieka, zagubionego w świecie, bez kręgosłupa moralnego, bez planu na życie i poczucia odpowiedzialności. Królik jest skupiony tylko na sobie i własnych potrzebach, na tym, by zrobić dobre wrażenie, dobrze się ubrać, mieć dobry seks. Brak u niego refleksji, rozpoznania więzi przyczynowo-skutkowych, uważności na drugiego człowieka. To człowiek, który pozostał mentalnie na poziomie nastolatka.

Podobnie zresztą jest w przypadku innych bohaterów – choćby rodziców żony, którzy dla spokoju i zapewne zachowania wizerunku tolerują wybryk zięcia i alkoholizm córki. Zresztą wszystkie postaci w tej powieści są odpychające, nawet były trener Królika, którego ten prosi o radę. Zadanie wyprowadzenia Harry'ego na dobrą drogę zostaje powierzone pastorowi, do którego mają zaufanie teście. Ten jednak podchodzi do sprawy nieco niekonwencjonalnie i na luzie, bo pragnie dokonać zmiany w młodym człowieku, grywając z nim w golfa i rozmawiając z nim. 

Updike stworzył fantastyczny obraz społeczeństwa amerykańskiego lat 50. – cała gama postaci i postaw, które zmuszają do zrewidowania własnego podejścia do życia. Królik irytuje, denerwuje, wkurza, ale zarazem zmusza do myślenia, do przejrzenia się w nim i zrewidowania własnych pragnień. Chęć ucieczki od beznadziei dnia codziennego zapewne dotknęła w jakiś sposób każdego z nas, tylko czy to jest rozwiązanie problemów? 

Ze względu na postać głównego bohatera nie jest to proza, którą czyta się lekko. Ponadto Updike pisze gęsto, bez wielu dialogów, drobiazgowo opisując postaci, sceny, otoczenie, nie unika przytaczania przemyśleń bohaterów. Tej książce trzeba dać czas, ale warto to uczynić i nie wystraszyć się tej klasycznej prozy. Dziś pisze się inaczej, dynamiczniej, krócej, ale Updike zdecydowanie wygrywa swoją zdolnością do sportretowania całego społeczeństwa i małomiasteczkowej atmosfery. Wielka proza!

Moja ocena: 5/6

John Updike, Uciekaj, Króliku, tł. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, 305 str., PIW 1988.

niedziela, 25 maja 2025

"Echtzeitalter" Tonio Schachinger


Till jest uczniem elitarnego liceum w Wiedniu. Pech chce, że trafia do klasy najbardziej surowego nauczyciela szkoły – Dolinara. Ten staromodny, konserwatywny nauczyciel wierzy we własne metody wychowawcze, które polegają na zastraszeniu, karach i kontrolowaniu uczniów. Till należy do najspokojniejszych, chowających się w tle uczniów, ale do pewnego czasu. Najpierw umiera jego ojciec, z którym chłopak nie ma najlepszych stosunków. Podczas gdy matka pozostawia mu sporo swobody (rodzice są po rozwodzie), ojciec ciągle go krytykuje, przede wszystkim za ciągłe granie na komputerze. Till skupia się tylko na jednej grze: Age of Empire II. Swoje sukcesy na tym polu jednak ukrywa. Wiele zmienia się, gdy kończy szesnaście lat. Od tego momentu może oficjalnie zachodzić do szkolnej palarni, gdzie poznaje dwie dziewczyny: Finę i Feli. Szczególnie Feli będzie mieć na niego wieki wpływ. Pochodząca z bogatej rodziny Feli jest wybitnie uzdolniona i ma rebeliancką naturę. To ona wyciągnie Tilla z ukrycia i pokaże mu życie poza ścianami pokoju. 

Na pierwszy rzut oka ta powieść to typowa książka o dojrzewaniu, dorastaniu, szukaniu swojej drogi i pozycji w społeczeństwie. Till przechodzi wiele etapów i, wbrew pozorom, nie zostanie rebeliantem, jak można by było się spodziewać na początku lektury. Bardzo ciekawą postacią jest Dolinar – z jednej strony potwór, nie nauczyciel, z drugiej strony chętnie odwiedzany przez wychowanków po maturze. Postać niejednoznaczna, nie poddająca się nakazom dyrekcji, traktująca swoich uczniów bardzo zaborczo. Jeśli jednak spojrzeć na tę powieść głębiej, to jest to bardzo ciekawy portret Austrii. W tle wydarzeń dużo tu polityki, przetasowań na najwyższym szczeblu, są protesty i aktywne śledzenie tych wydarzeń. Schachinger umieszcza życie Tilla w kontekście społecznym, to nie jest historia dojrzewania oderwana od miejsca, a raczej głęboko osadzona w austriackich realiach. Tu ogromnym smaczkiem jest wiedeński dialekt, świetnie oddany przez lektora. 
Wartością dodaną są też liczne odwołania literackie. Dolinar uczy niemieckiego i męczy uczniów licznymi lekturami (słynne żółte wydania Reclam), a Schachinger bogato czerpie z ich treści, przemycając wnioski np. w pracach klasowych uczniów. Sporo z czytanych utworów znałam, ale znalazły się też takie, o których wcale nie wiedziałam, Dolinar sięga bowiem po starannie dobrane utwory.

Choć dobrze się bawiłam podczas lektury, nie miałam poczucia, że jest to powieść na miarę takiej nagrody jak Deutscher Buchpreis, którą została uhonorowana w 2024 roku. Przypuszczam, że wyznacznikiem był przede wszystkim kontekst społeczny i podjęcie tematu e-sportu.

Moja ocena: 4/6

Tonio Schachinger, Echtzeitalter, 365 str., Rowohlt 2023.