czwartek, 24 lipca 2025

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie"

 


Justyna Czechowska, tłumaczka literatury szwedzkiej i norweskiej skomponowała zbiór dwudziestu pięciu opowiadań, których tematem przewodnim jest kobieta. Są tu teksty z przeróżnych stron świata, wspaniale, że zbiór nie ogranicza się tylko do Europy i USA, mamy teksty z Egiptu, Chin, Korei, Argentyny, Kanady. Dzięki tej różnorodności geograficznej uzyskujemy szeroką perspektywę na tak przecież złożony i wszechstronny temat. Co więcej, w zbiorze znalazły się też opowiadania napisane przez mężczyzn, wprawdzie tylko trzy, ale jednak zaskoczył mnie ten wybór w tak na wskroś kobiecej publikacji. Czechowska zadbała o to, by zebrane przez nią teksty objęły jak najwięcej aspektów kobiecości. Mamy dziewczynki, kobiety samotne, zakochane i nieszczęśliwe, matki i bezdzietne, kobiety kochające i zdradzane, kobiety oszukane, obsesyjne i czarownice, kobiety chore i zmarłe. 

Jak to w zbiorach bywa są tu opowiadania, które mnie szczególnie poruszyły i takie, które zupełnie do mnie nie trafiły. Dodam, że trzy z publikowanych tekstów już znałam, wśród nich wspaniałą "Żółtą tapetę", którą czytałam już kilka lat temu w oryginale. Z przyjemnością przeczytałam teksty nieznanych mi dotychczas autorek, zwłaszcza Any Marii Shua, Cory Sandel czy Nawal as-Sadawi. Nie zawiodły mnie Chimamanda Ngozi Adichie ani Margaret Atwood, które należą do moich ulubionych pisarek. Trudno jednak pisać o tak różnorodnym zbiorze, zwłaszcza, że trudno mi było go czytać. Myślę, że głównym problemem była to mnogość autorów i autorek. Sam temat jest zbyt słabym lepiszczem dla tak sporego zbioru. Kobiecość ma tak wiele aspektów, że w efekcie temat przewodni się rozpływał, a każde opowiadanie było zupełnie inne. Fakt, że bohaterkami są osoby płci żeńskiej nie wystarcza, by stworzyć spójny zbiór. Trudno było mi przeskakiwać z zupełnie innego świata, stylu i pomysłu w kolejny, a co za tym idzie czytać ten zbiór po kolei. Wyłapałam z niego kilka perełek, ale ogólnie jednak mnie rozczarował.

Rozczarował mnie też koniec książki – w momencie gdy doszłam do spisu treści zauważyłam, że w e-booku brakuje dwóch opowiadań! Nie ma tekstu Clarice Lispector ani Radki Denemarkovej! Jeszcze bym może zrozumiała, że e-book ma inną objętość, ale w spisie treści widnieją. Czuję się oszukana, bo akurat Lispector bardzo chciałam przeczytać. 

Moja ocena: 4/6

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie", wybór Justyna Czechowska, 464 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2023.

poniedziałek, 21 lipca 2025

"Mit Dir, da möchte ich im Himmel Kaffee trinken" Sarah Lorenz


Blisko czterdziestoletnia Elisa spogląda wstecz na swoje życie. Życie, którego sensem było ciągłe poszukiwanie miłości, zrozumienia, ciepła i akceptacji, a które toczyło się między różnymi domami, na ulicy, w domu dziecka, w melinach, w opuszczonych mieszkaniach, w brudzie, wśród narkotyków, alkoholu, papierosów i przemocy, także tej seksualnej. Elisa relacjonuje tę przeszłość fragmentami, impresjami, wraca do dzieciństwa, a potem na ulicę i w końcu do teraźniejszości. 

Ratunkiem dla dziewczyny były książki – a szczególnie wiersze Maschy Kaléko, którymi rozpoczyna każdy rozdział. Ta powieść to właściwie dialog z poetką. Elisa czuje, że ma podobną wrażliwość i w pewnym sensie podobne przeżycia. Kaléko, w Polsce niestety nieznana, była wybitną poetką, która w ostatniej chwili uciekła przed reżimem hitlerowskim. Urodzona w Chrzanowie, dorastała w Berlinie, gdzie odkryła swój talent. Postać niezwykle ciekawa, na którą trafiłam przypadkiem, często mijając ulicę jej imienia w Berlinie. Dla Elisy jest wzorem, guru, ostatnią deską ratunku.

Debiutancka powieść Lorenz zachwyca językiem i konstrukcją – Elisa jest szczera do bólu, pełna refleksji, nastawiona na poszukiwanie przyczyn swojego losu. Mimo niewyobrażalnie ciężkich przeżyć nie jest zgorzkniała, potrafi odnaleźć dobro i nie ustaje w poszukiwaniu i docenianiu tej miłości, która jest jej dana. Zasadzenie tej powieści na dialogu z Maschą Kaléko to wspaniały pomysł, a ustawienie literatury jako ratunku w najtrudniejszych chwilach bardzo ze mną rezonuje. 

Lorenz przyznaje, że zawarła w tej powieści wiele z własnego życia – co nadaje tej lekturze dużo głębszego wymiaru. Znacie te opowieści, o których się sądzi: gdybym to spisała, nikt by nie uwierzył, że jedna osoba może aż tyle przeżyć? No właśnie, życie pisze nieoczekiwane scenariusze, każe przetrwać więcej niż się wydaje, że to możliwe. Lorenz zachowała przy tym tyle ciepła, serdeczności i wiary w życie, że mimo tak ciężkiej tematyki, potrafi dodać otuchy. 

Moja ocena: 5/6

Sarah Lorenz, Mit Dir, da möchte ich im Himmel Kaffee trinken, 214 str., Rowohlt 2025. 

niedziela, 20 lipca 2025

"Czarnoksiężnik z Archipelagu" Ursula K. LeGuin



Lata temu poległam przy prozie LeGuin, nie przebrnąwszy nawet przez pięćdziesiąt stron. Na drugie podejście do Ziemiomorza wybrałam audiobook i to był bardzo doby pomysł. Tym razem książkę skończyłam, a podczas lektury wcale się nie nudziłam. 
Zacznę od końca – nie nudziłam się, bo oczarował mnie język autorki. To bardzo potoczyste, plastyczne pióro, które odmalowuje świat i bez reszty wciąga w tę kreację. Sama historia jest natomiast dość prosta. Ged dorasta na jednej z wysp archipelagu Ziemiomorza, nieświadomy swoich mocy. Po ich odkryciu ląduje w szkole dla czarnoksiężników na wyspie Roke. A w szkole, jak to w szkole, nawiązuje przyjaźnie, ale i wplątuje się w kłótnie. Podczas jednej z nich używa swojej nadzwyczaj silnej mocy, która wymyka mu się spod kontroli. Chłopak wychodzi z konfrontacji cało, przynajmniej fizycznie, ale nie bez nauki. Zadziorny i pewny siebie nastolatek zmienia się, pokornieje i jest gotowy na poniesienie konsekwencji swojego czynu.
Od tego momentu jego życia się zmienia, a Ged podąża za nieznanym, które obudził, wiedząc, że tylko ostateczna konfrontacja da mu oczyszczenie i wyzwolenie. Wędrówka nastolatka obejmie wiele z wysp  archipelagu, a poruszał się będzie głównie łodzią. Czytelniczkę czeka wiele dramatycznych opisów walk z przeciwnościami natury i nieprzychylnymi osobnikami oraz mnóstwo przemyśleń na temat własnych błędów i ich konsekwencji.

Ta klasyka fantasy to nic innego jak opowieść o dorastaniu, odnajdywaniu swojego ja, własnej ścieżki i przeznaczenia, o ponoszeniu konsekwencji własnych czynów i o sile przyjaźni. Doceniam kreację tego świata oraz postaci Geda, myślę jednak, że zdecydowanie za późno sięgnęłam po ten cykl. To książka do czytania w wieku nastoletnim – wtedy, gdy rozterki Geda są bliższe czytelniczce. Wtedy, gdy nie zna się już wielu światów i wielu kreacji, a Ziemiomorze może uwieść świeżością. 

Cieszę się, że wreszcie poznałam ten, bądź co bądź, słynny cykl, ale nie planuje jednak kontynuacji. 

Moja ocena: 4/6

Ursula K. LeGuin, Czarnoksiężnik z Archipelagu, tł. Stanisław Barańczak, 245 str., Prószyński i s-ka.

sobota, 19 lipca 2025

"Lizystrata" Arystofanes


 

Lizystrata skrzykuje kobiety z całej Hellady, by wreszcie zakończyć ciągnącą się wojnę. Mężczyźni zaciekle walczą i nic ich nie przekonuje o bezsensie tych działań. Lizystrata wpada więc na pomysł, jak przycisnąć mężów. Szantażem najbardziej skutecznym ma byc wstrzemięźliwość. Okazuje się, że wojna już nie jest taka fajna, gdy nie ma gdzie spuścić, hmm, pary. Przedsięwzięcie nie jest jednak takie łatwe, bo i niektórym kobietom trudno wytrzymać bez zbliżeń. Oczywiście pomysł Lizystraty zostaje uwieńczony sukcesem i w Helladzie zapanuje pokój.

Dwudziestopięciowieczna sztuka jest zaskakująco aktualna i wciąż bawi. Arystofanes kreśli sceny pełne komizmu słownego i sytuacyjnego, a współczesna czytelniczka jest w stanie to docenić dzięki tłumaczeniu Olgi Śmiechowicz. Widać, że naukowczyni włożyła w ten przekład wiele serca i konsekwentnie realizowała swój pomysł, dostosowując wypowiedzi poszczególnych postaci, ale nie odbiegając od oryginału. Nie znam oczywiście greki, ale autorka przekładu starannie tłumaczy swoje decyzje w licznych przypisach, a także we wstępie, skądinąd świetnym i bardzo wiele wyjaśniającym. Śmiechowicz odwołuje się w nim do strajku kobiet, ustawiając w ten sposób interpretację tej komedii, równocześnie nie ujmując jej lekkości.

Można się kłócić na temat zasadności konkretnych rozwiązań translacyjnych czy użycia wulgaryzmów – je nie zamierzam tego czynić, bo przede wszystkim nie mam żadnej wiedzy na tym polu, a po drugie doceniam odwagę tłumaczki. Kupuję jej konsekwencję, osadzenie sztuki w znanym nam kontekście i śmiałość w podążaniu za swoją wizją. Czytało się to świetnie, a dzięki przypisom mam poczucie, że zrozumiałam kontekst historyczny. 

W całym tym projekcie jednak zabrakło mi konsekwencji, końcowa nota o tłumaczce, potrzebna i ważna, napisana jest tak, że przekreśla w moich oczach całe tłumaczenie. Śmiechowicz jest w niej hellenistą i historykiem, tłumaczem i autorką oraz laureatką, a nawet dramaturgiem. Nie wymagam feminatywów, ale nie toleruję niekonsekwencji, która mnie bardzo razi. Ponadto biorąc pod uwagę przekład oraz wstęp, a zwłaszcza hasła ze strajku kobiet, zupełnie nie rozumiem tak upartego nazywania siebie choćby historykiem. Ta ostatnia strona jest dla mnie przysłowiową łyżką dziegciu w beczce miodu.

Moja ocena: 4/6

Arystofanes, Lizystrata, tł. Olga Śmiechowicz, 200 str., Biblioteka Śląska 2022.

piątek, 18 lipca 2025

"Die Schiffbrüchige" Ali Zamir


Anguille mieszka na jednej z wysp Komorów, wyspie rybaków, biedy i braku perspektyw. Gdy ją poznajemy ma siedemnaście lat i tonie. W tym momencie całe jej życie skraca się i przemyka przed jej oczami w postaci krótkich kadrów, powracających scen, dygresji, powrotów do tego, co niewypowiedziane i zapomniane. 

Anguille – węgorz i jej siostra Crotale – grzechotnik wychowywane są przez ojca noszącego imię Connaît-Tout (wszystkowiedzący), który stawia na faszerowanie córek mądrością uzyskaną z wycinków gazet znajdowanych na ulicy. Matka bliźniaczek zmarła przy porodzie, a ciotka, która wychowywała dziewczynki, musiała je oddać ojcu, gdy miały pięć lat. Anguille snuje historię dorastania, która toczy się między szkołą, prowadzeniem domu, czekaniem na ojca-rybaka i mężczyznami. 
To historia dwóch sióstr, które poruszają się po przeciwległych biegunach, obejmując role tej grzecznej i tej niesfornej, a następnie zamieniając się. Fabuła może nie jest odkrywcza, choć może zaskoczyć, ale dobrze pokazuje warunki życia na Komorach – mentalność, dążenia, religię, cele życiowe, a także prawdy, według których ludzie starają się żyć. Zamir operuje na dwóch płaszczyznach – przyziemnej i metaforycznej. Ta druga jest ściśle związana z naturą i oceanem, ale i tym, co nieuchwytne. Autor nadał wszystkim bohaterom imiona, które ich definiują, dając czytelniczce interpretacyjne wskazówki.

Zamir postawił na bardzo wyszukany język – ta opowieść nie pozwala na oddech, brak tu przecinków i pauz. Anguille mówi, mówi, mówi, zachłystuje się słowami, schodzi z obranej ścieżki i wraca. To monolog osoby, która wyznaje wszystko na ostatnim oddechu. Tym sposobem jest to jednak rzecz trudna w odbiorze, czytanie tego strumienia było dla mnie wielkim wyzwaniem i dopiero w ostatniej części książki poczułam jakieś zainteresowanie. Gdyby literatura z Komorów byłaby szerzej dostępna, zapewne nie brnęłabym w tę książkę, ale niestety wybór jest praktycznie żaden. To niewielkie państwo, liczące około 870 tysięcy mieszkańców, a Zamir jest chyba jedynym autorem tłumaczonym na angielski czy niemiecki. 

Dzięki tej książce dowiedziałam się sporo o życiu na wyspach, wybrałam się na google maps, by zobaczyć miejsca, o których opowiada Anguille, przemierzyłam palcem po mapie, a właściwie kursorem po ekranie, trasę do departamentu zamorskiego Francji – Mayotte, podejrzałam budynki i krajobrazy, ale nawet na tej stronie tych zdjęć dużo nie jest.

Moja ocena: 3/6

Ali Zamir, Die Schiffbrüchige, tł. Thomas Brovot, 354 str., Eichborn Verlag 2017.

środa, 16 lipca 2025

"Już się nie boję!" Naomi Watts

 


Ta książka zapewne nigdy nie wpadłaby w moje ręce, gdyby nie fejsbukowy klub czytelniczy. Temat menopauzy interesuje mnie jako kobietę, także jako kobietę wprawdzie nieco młodszą od autorki, ale już w wieku menopauzalnym. Książka Watts powstała na podstawie jej doświadczeń, które można streścić tak: o menopauzie się nie mówi, lekarze jej nie rozpoznają na czas, nie przepisują hormonów, każą przetrzymać, a społeczeństwo uważa kobiety menopauzalne za niemal staruchy lub conajmniej za szalejące podstarzałe stworzenia, które nie radzą sobie z własną psychiką. I jestem w stanie potwierdzić te słowa, choć może nie do końca. Ja akurat trafiłam na lekarzy, którzy menopauzy nie ignorują, ale mam wrażenie, że społecznie temat jest omijany, a gdy go poruszam, także wśród kobiet, nie spotykam się ze specjalnym odzewem.

Watts postanowiła stworzyć książkę jak najbardziej kompletną o wszystkich niuansach menopauzy, osadzając ją głęboko na swoich doświadczeniach i na relacjach przyjaciółek i znajomych. Porusza więc przeróżne aspekty tego procesu, począwszy od perimenopauzy. Watts opisuje zmiany, jakie zachodzą w ciele kobiety, ale i w jej psychice, popierając te informacje konkretnymi badaniami, danymi medycznymi i wypowiedziami specjalistek z różnych dziedzin medycyny, kosmetologii i psychologii. Jako że autorka obrała jak najszersze podejście, pisze więc nie tylko o zmianach dotyczących stricte narządów płciowych, skupia się też na skórze, włosach, ale i działaniu jelit czy mózgu. To jednak przede wszystkim opowieść o swojej drodze, aktorka odsłania dużo strefy prywatnej, bez ogródek pisze o swoich dolegliwościach, o związkach, o dzieciach, ale i o rozterkach w kwestii ukazania tak wielu osobistych aspektów oraz tego ewentualnym wpływie na jej karierę. Widać, że jej książka ma na celu wzmocnienie innych kobiet, danie im narzędzi w zawalczeniu o jak najłagodniejsze przejście menopauzy i dodanie odwagi w konfrontacjach z lekarzami, rodziną, pracodawcą.

Nie podchodzę jednak do tej książki bezkrytycznie. O ile odebrałam autorkę jako szczerą, piszącą bez zadęcia i zdecydowanie nie przyjmującą postawy wyższościowej, to drażniły mnie wstawki o firmie i produktach stworzonych przez nią. Rozumiem ich cel, ale dla mnie miały posmak sprzedażowo-reklamowy. Siłą rzeczy oceniałam Watts w kwestii wspólnej chemii, skoro odsłania tak wiele ze swojego życia i w wielu punktach mam jednak inne podejście, co w pewien sposób miało wpływ na mój odbiór tej książki. 

Jest to jednak niezaprzeczalnie ważna pozycja, która ma szansę dotrzeć do wielu kobiet i w realny sposób im pomóc w opisywanym okresie życia. A to już wystarczający powód, by ją publikować i rozpowszechniać. 

Moja ocena: 4/6

Naomi Watts, Już się nie boję. Wszystko, czego nie mówią nam o menopauzie, tł. Aleksandra Weksej, 336 str., Znak Literanova 2025.

piątek, 11 lipca 2025

"Lichtspiel" Daniel Kehlmann

 


G.W. Pabst – wielki reżyser okresu Republiki Weimarskiej, sława, pełne kina, wielki talent. U szczytu kariery próbuje przebić się w Hollywood, kręci we Francji, aż w końcu dogania go widmo II wojny światowej. Rodzina wraca do Austrii, gdzie mieszka starzejąca się i chorująca na demencję matka reżysera, dynamiczne zmiany na najwyższym szczeblu, zatrzymują ich w kraju. Wyjazd staje się niemożliwy, bo brunatna siła poczyna sobie coraz śmielej. Pabst jest w pułapce, która się zacieśnia, gdy zostaje zaproszony do ministerstwa. Praktycznie nie ma wyjścia, nawet jeśliby nie chciał kręcić filmów, to już takiego wyboru nie ma. Stopniowo Pabst wikła się w reżim, jego syn staje się wiernym członkiem Hitlerjugend, a żona pogrąża się w depresji.

Ta powieść to wspaniały portret artysty zmagającego się z szeregiem problemów. Uwikłanie w reżim to zaledwie jeden z nich, bo to także stały lęk przed porażką, poszukiwanie pomysłów, troska o rodzinę, niepewność, kruchość małżeństwa. Mimo że Pabst jest głównym bohaterem, to czasem punkt ciężkości przenosi się na inne osoby – rozdziały są poświęcone synowi, żonie, współpracownikom, co pozwala na nakreślenie szerokiego obrazu ówczesnej sytuacji. Słyszmy głosy pochlebne, krytyczne, współczujące, głosy ze świata filmu, ale i głosy nazistów. To niesamowity kalejdoskop, do tego wspaniale napisany.

Bardzo ciekawa jest także klamrowa konstrukcja powieści. Kehlmann rozpoczyna współcześnie – spotykamy mieszającego w domu opieki asystenta Pabsta, który gubi się we wspomnieniach i słowach. Ten obraz demencji jest świetnie nakreślony – autor prowadzi tu strumień świadomości, wskakując w głowę bohatera. Punktem wyjścia całej historii jest jednak film, który zaginął w wojennej zawierusze, legendarne dzieło Pabsta, którego strata naznaczyła reżysera na zawsze.

Ta powieść skłania do wielu przemyśleń i pytań – tu nie ma jednoznacznych odpowiedzi, szczególnie w kwestii współpracy z nazistami i decyzjami artystycznymi. Kehlmann nawet formalnie nawiązuje do filmu, tworząc z poszczególnych rozdziałów kadry. Jego pisarstwo to oko kamery, które ukazuje poszczególne sceny, a niektóre z nich są przerażające. Największe wrażenie chyba robi moment nagrywania koncertu w Pradze, w którym statystami są więźniowie obozu koncentracyjnego. 
Niemiec wspaniale pokazuje mechanizm zagarniania wszystkich aspektów życia przez nazistów – począwszy od domu rodzinnego Pabsta. Wszystko dzieje się powoli, podskórnie, niepostrzeżenie – nie mogłam się oprzeć paralelom ze współczesnością. Bardzo dobra powieść. 

Moja ocena: 5/6

Daniel Kehlmann, Lichtspiel, 464 str., Rowohlt 2023.

czwartek, 10 lipca 2025

"Rytuały" Álvaro Ortiz


Dwóch kolegów wynajmuje mieszkanie w Barcelonie – wielkie szczęście, bo nie dość, że jest fajne, to jeszcze w dzielnicy gotyckiej. Lorenzo studiuje na akademii sztuk pięknych i do swojego projektu postanawia bliżej zainteresować się mieszkaniem piętro niżej. To rzekomo magazyn antykwariusza – ale, o dziwo, nikt tam nie wchodzi. Lorenzo postanawia więc się dostać tam przez okno i zobaczyć, o co chodzi z tym mieszkaniem. Ta wiodąca historia przeplatana jest szeregiem innych, pozornie nie mających ze sobą związku. Ortiz zabiera czytelniczkę w różne miejsca i epoki. Jest więc facet, który się roztapia, kebabownia w Szwecji, guwernantka w wiktoriańskiej Anglii, Caravaggio, seksworkerka, misjonarz i willa Mussoliniego. Ta powieść to szalony rajd przez epoki i wydarzenia ze sztuką w tle, a wszystkie te kadry łączy figurka z wydatnym przyrodzeniem. 

Nie mam zupełnie doświadczenia w powieściach graficznych – rzadko po nie sięgam, bez wyraźnej przyczyny, bo przecież lubię. Ta była cudnym prezentem, którego lektura sprawiła mi dużo przyjemności, nawet jeśli zamiar autora nie jest dla mnie do końca jasny. Te liczne wątki niekoniecznie dobrze się na końcu spięły fabularnie, bardziej doceniam tu pojedyncze historie, zwłaszcza te ze sztuką w tle. Trafiła też do mnie kreska Ortiza, natomiast mniej język, a może raczej wybory językowe tłumacza – nie podważam ich spójności z postaciami, niektóre wyrażenia były dla mnie dziwne. 

"Rytuały" to dla mnie zdecydowanie rzecz do ponownego czytania i wyszukiwania smaczków. Czuję się zachęcona do sięgania po więcej powieści graficznych.

Moja ocena: 4/6

Álvaro Ortiz, Rytuały, tł. Jakub Jankowski, 126 str., Timof i cisi wspólnicy 2023. 

środa, 9 lipca 2025

"To nie rzeka" Selva Almada

 


Na wyspie gdzieś w środku rzeki dzieje się wiele. Dziewczyny szykują się na imprezę, matka drży o piękne córki, mając w pamięci męską przemoc, a trzech przybyszów podczas wycieczki na ryby łowi gigantyczną płaszczkę. Historia owych trzech mężczyzn jest punktem wyjściowym tej powieści. Dla nich to ponowna wyprawa w to miejsce: dwóch z nich właśnie tam straciło przyjaciela, którego syn jest teraz z nimi. To właśnie oni łapią rybę, która od lat mieszka w tych wodach, zawieszają ją na drzewie i pozwalają jej zgnić. Dla mieszkańców wyspy to obraza, zbezczeszczenie natury i przyczynek do bójki. Dla przybyszów natomiast to wyprawa w przeszłość, by wspomnieć kolegę. Dla dziewczyn przybysze to możliwość odskoczni, poznania czegoś nowego. Dla matki źródło lęku. 

Almada prowadzi narrację nielinearnie, przeskakuje między planami czasowymi i postaciami, konfundując czytelniczkę. Ja akurat zdecydowałam się na słuchowisko, które wprawdzie jest świetnie zrealizowane, ale pozostawiło mnie z wieloma znakami zapytania, szczególnie w kwestii końca. Przesłuchałam więc je drugi raz, a następnie udałam się spotkanie Klubu Literatury Latynoamerykańskiej, które rzuciło mi na tę powieść jeszcze inne światło. 

Argentyna zasadza narrację na żywiołach – wodzie i ogniu, które definiują ową mikrospołeczność i decydują o życiu. Oba są karmicielami, ale i mają ogromną siłę destrukcyjną. Zarazem autorka porusza się na granicy między rzeczywistym a wyobrażonym, tak że pozostawia szeroki margines do dociekań i interpretacji.

Dla mnie to powieść o życiu w bliskości z naturą i jej poszanowaniu, o lęku i chęci odmiany losu, o kulturze machismo. To zarazem powieść krótka, która pozostawia niedosyt i w której to właśnie forma ściśle współpracuje z treścią. Ciekawy głos, choć nie porusza bardzo odkrywczych tematów.

Moja ocena: 4/6

Selva Almada, Kein Fluss, tł. Christian Hansen, 112 str., Berenberg Verlag 2021.

poniedziałek, 7 lipca 2025

"Rückkehr durch die Hintertür" Epeli Hau'ofa




Ten zbiór opowiadań to przeważnie pierwszy wybór dla osób szukających literatury z Tonga. Epeli Hau'ofa urodził się w tym kraju, studiował w Kanadzie i Australii, ale powrócił do Oceanii i wiele lat był prywatnym sekretarzem króla Tonga. W tych dwunastu tekstach autor opisuje życie na fikcyjnej wyspie Tiko – mimo że są to oddzielne opowiadania, niektóre postaci się powtarzają jak starzec i mędrzec Manu. 
Hau'ofa bierze na tapet przeróżne problemy i kwestie dotykające mieszkańców Tonga. To lud wesoły, zawsze uśmiechnięty i nastawiony na korzystanie z życia. Tongijczycy zawsze znajdą sposób, jak sobie poradzić z przeciwnościami losu lub pracownikami organizacji pomocowych, których pomysły na industrializację i wzbogacenie Tonga są zaprawdę kuriozalne. Hau'ofa opisuje zmagania z pożyczkami, grantami, zwierzętami z Nowej Zelandii, motorówkami i sieciami itp. Są też urzędnicy z innych krajów, którzy nie rozumieją pacyficznego życia i pozostają w swojej bańce. Są projekty pomocowe, które trafiają jak kulą w płot i zamiast pomóc w konkretny sposób, polegają na wyrzucaniu pieniędzy przez okno. Są kościoły przeróżnych dominacji, które przyciągają wiernych, by się wzbogacić. I w końcu jest pacyficzny uśmiech, lenistwo, korzystanie z życia i praca tylko wtedy, gdy jest konieczna. Jest dużo dzieci i czynności koniecznych do ich tworzenia. 

Autor w swoich niezbyt długich opowiadaniach posługuje się ironią i sarkazmem – to prześmiewcze przedstawienie życia, które skłania do uśmiechu, ale i refleksji. Dla mnie jednak te teksty, mimo ich lekkości, nie były przyjemną lekturą. Miałam poczucie, że doceniłabym je dużo bardziej, gdybym znała Oceanię. Język autora nie jest może zbyt skomplikowany, ale jednak mało porywający i dość monotonny. Mimo całej ironii odebrałam te opowiadania jako smutne – obnażają bowiem niedociągnięcia, a nawet całkowity bezsens całej pomocy humanitarnej i rozwojowej. Wniosek nie nowy i wciąż tak samo smutny. 

Moja ocena: 3/6

Epeli Hau'ofa, Rückkejr durch die Hintertür, tł. Ina Boesch, Renate von Gizycki, Irene Knauf i Johano Strasser, 141 str., Unionsverlag 1998.

sobota, 5 lipca 2025

"Magiczne lata" Robert McCammon

 


1964 rok, Zephyr, Alabama – małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, a życie toczy się swoim niespiesznym rytmem. Dwunastoletni Cory to bystry dzieciak, który uwielbia historie o potworach i ma wielką fantazję. To także narrator powieści. Punktem wyjścia tej historii jest nietuzinkowe wydarzenie, jakiego świadkami są Cory i jego pracujący jako mleczarz ojciec. Wczesnym rankiem obserwują, jak do jeziora wpada samochód. Ojciec, niewiele się zastanawiając, wskakuje do wody, by uratować kierowcę. Okazuje się jednak, że w aucie siedzi zmasakrowany trup. To wydarzenie naznaczy oboje. Tata chłopca będzie mierzył się z koszmarami, a syn na własną rękę spróbuje odkryć, co kryje się za śmiercią człowieka. Szeryf miasteczka jest bowiem bezradny, nikt nie zna trupa, nikt nikogo nie szuka, nikt nie widział, by ktoś zepchnął auto do jeziora. 

Ta powieść jednak tylko pozornie zasadza się na tym wydarzeniu, bo McCammon snuje raczej gawędę o dorastaniu w Alabamie w latach 60. Każdy rozdział to inna przygoda Cory'ego – powódź, problemy w szkole, konkurs pisarski, mobbing między nastolatkami, wypadek kolegi, nocna wyprawa do lasu, przyjazd cyrku itd. Obserwujemy te przeżycia oczami chłopca, który wiele z tych wydarzeń tłumaczy zjawiskami nadprzyrodzonymi, magią, którą dzieci wciąż dostrzegają w życiu. To w zasadzie beztroskie dzieciństwo, mimo wielu przykrych wydarzeń, jak śmierć psa i kolegi czy wyżej wspomniany mobbing. Cory wydaje się szybko przechodzić do porządku dziennego – jego dni to jazda na rowerze, spotkania z kolegami, wyjścia do kina, zabawa. W tle pobrzmiewa muzyka z epoki, przewijają się problemy rasowe, bezrobocie czy lęk przed atakiem ze strony Związku Radzieckiego, ale dla dziecka nie są to kwestie, które spędzają mu sen z powiek. Początkowe wydarzenie przewija się w tle, ale, jak pisałam, nie należy się nastawiać na to, że będzie to wiodący wątek, a jego rozwiązanie jest kuriozalne. Ta powieść to raczej gawęda o minionym świecie pełnym magii, przypominająca amerykańskie seriale o szczęśliwym dzieciństwie na prowincji. 

Ogrom pozytywnych opinii o tej książce bardzo mnie zaskoczył – ja odebrałam ją jako nudną i rozwlekłą. Multum pobocznych wątków, których zadaniem jest zapewne budowanie atmosfery i pokazanie życia Cory'ego mnie zmęczyło, a szeroko pojęta amerykańskość do mnie już nie trafia. Nie lubię książek, w których odczuwam świadome konstruowanie fabuły tak, by zadziałać na emocje czytelniczki, wtykanie wielu postaci i wątków, by pociągnąć tezę o magii i beztrosce życia. Zdziwiło mnie nagromadzenie tragicznych wydarzeń w jednym roku, które główny bohater dość bezproblemowo łyka. Nie lubię narracji z perspektywy dziecka, gdy okazuje się, że owo dziecko ma spostrzeżenia dorosłego. Nie przeczę, że McCammon to sprawny pisarz, który ma lekki i potoczysty styl, ale ta powieść nie porusza, nie haczy, ani nie pozostawia po sobie śladu. To typowe czytadło na wakacje, a nie tego szukam w literaturze.

Moja ocena: 3/6

Robert McCammon, Boy's Life. Die Suche nach einem Mörder, tł. Nicole Lischewski, 600 str., Luzifer Verlag 2020.

czwartek, 3 lipca 2025

"Miasto i psy" Mario Vargas Llosa


Debiut Maria Vargasa Llosy długo czekał na swoją kolej, ale wreszcie dzięki wyzwaniu 25 książek na 2025 po niego sięgnęłam. To było moje drugie podejście, bo za pierwszym razem nie mogłam wejść w narrację, co mnie po zakończonej lekturze nie dziwi. Peruwiańczyk nie ułatwia podążania za postaciami do samego końca, moim zdaniem niepotrzebne komplikując konstrukcję powieści. 

Akcja rozgrywa się w Colegio Militar Leoncio Prado – szkole wojskowej dla nastoletnich chłopców, a my towarzyszymy bliżej kilku młodzieńcom. Chłopcy są już na trzecim roku, gdy oficerowie odkrywają, że wykradziono tematy egzaminu z chemii. Po jakimś czasie jeden z kadetów zdradza kolegę, co pociąga za sobą całą lawinę wydarzeń, między innymi śmierć jednego z uczniów podczas manewrów. O tę śmierć oskarżony zostaje jeden z kolegów z roku, który rzekomo miał zabić za donosicielstwo. Vargas Llosa opisuje życie w szkole – kradzieże, picie, palenie, bijatyki, kompletną niesubordynację, o której oficerowie nic nie wiedzę. Rzekoma dyscyplina i mores są tylko powierzchowne, pod ich płaszczykiem wyrastają nie karni żołnierze, a skrzywieni macho, których kręgosłup moralny jest wątpliwy. Zdaje się, że jedyne czego się uczą, to kombinowanie i lawirowanie, a nie tego, czego oczekiwali wysyłający do szkoły problematyczne dzieci rodzice. Peruwiańczyk obnaża podwójną moralność i tuszowanie skandali w imię zachowania dobrego imienia szkoły. 

To bardzo dobrze przemyślana powieść, która porusza wiele tematów, zapewne nie wszystkie są dla mnie jako dla nie-Peruwianki dostrzegalne. Niestety nie jestem w stanie docenić tej książki z innego powodu – nie przekonuje mnie jej konstrukcja. Llosa opowiadając aktualne wydarzenia ze szkoły, wplata szereg retrospekcji z życia poszczególnych chłopców sprzed niej. Niestety czyni to na tyle niechronologicznie i zagmatwanie, że do końca książki myliły mi się postaci, a naprawdę mam bardzo dobrą pamięć do imion. Mamy tu jednak jeszcze ksywki i nawet różne środowiska pochodzenia niczego nie ułatwiły. Jestem pewna, że ta wyrafinowana konstrukcja jest zamierzona, że oddaje różnorodność szkoły, mnogość losów, chaos i zagmatwanie żyć i warunków, ale mnie niestety przerosła i nie pozwoliła do końca docenić pięknego języka i samej treści. 

Moja ocena: 4/6

Mario Vargas Llosa, Miasto i psy, tł. Kazimierz Piekarec, 429 str., Wydawnictwo Muza 2001.

wtorek, 1 lipca 2025

Podsumowanie czerwca 2025

  


Przeczytane książki:
 11

Liczba stron: 3640

Przeczytane tytuły

– "Kobiety, o których myślę nocą" Mia Kankimäki
– "W matni" Émile Zola
– "Kos kos jeżyna" Tamta Melaszwili
– "Munda oder die Hälfte des Lebens" Terézia Mora
– "Śląsk, którego nie ma" Kamil Iwanicki
– "Lautlose Feinde" Gil Ribeiro
– "Zerteilt" Michael Tsokos
– "Nie jesteśmy tu dla przyjemności" Nina Lykke
– "Annie John" Jamaica Kincaid
– "Die hohen Berge Portugals" Yann Martel
– "Der sechste Stock eines fünfstöckigen Hauses" Anar

Najlepsza książka: "Annie John"

poniedziałek, 30 czerwca 2025

Stosikowe losowanie – lipiec 2025


 

McDulka wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 22 książki) – 11
Agnes wybiera numer książki dla Guci (w stosie 35 książek) – 27
Gucia wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 333
ZwL wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 30 książek) – 22
Katarzyna wybiera numer książki dla Anny (w stosie 238 książek) – 203
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 18 książek) – 4
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 300 książek) – 174

"Der sechste Stock eines fünfstöckigen Hauses" Anar

 


Zaur jest młodym geologiem, który mieszka wciąż z rodzicami w Baku. Wprawdzie pracuje w wydawnictwie, ale wciąż zależny jest od pomocy finansowej ojca-profesora. Zarazem znajduje się całkowicie pod pantoflem matki, która ma dalekosiężne plany na przyszłość syna. Niestety dla niej Zaur zakochuje się w Tehminie – kobiecie o niezbyt pochlebnej opinii, która pracuje w telewizji jako spikerka i ma aktorskie ciągoty.
Mimo protestów rodziny i prób wyswatania go ze spokojną i godną dziewczyną z sąsiedztwa, Zaur rzuca się na fale tej miłości. Szalonej i namiętnej. Jednak gdy zamieszkuje z Tehmine, która dla niego bierze rozwód, wcale nie jest tak różowo. Związek pożerają ciągłe wątpliwości Zaura dotyczące wierności kobiety. Wychowany w tradycyjny sposób i oczekujący podobnego zachowania od partnerki Zaur ciągle wietrzy zdradę. Te przeczucia podsyca rodzina, która robi wszystko, by rozbić ten związek. Matka nieustannie wydzwania do Tehmine, obrzucając ją wyzwiskami, inni ciągle sugerują liczne zdrady i związki kobiety z innymi mężczyznami. W efekcie to, co imponowało Zaurowi – jej niezależność, przekora, światowość stanie się problemem nie do przeskoczenia. Zair ulegnie naciskom rodziny, pokusie wygodnego, dostatniego życia i wróci do domu, by zawrzeć związek z wybranką matki. 

Powieść Anara osadzona jest w okresie, gdy Azerbejdżan był częścią Związku Radzieckiego, więc sporo tu tego tła – wyjazdów do Moskwy, kwestii tworzenia w danym języku, rosyjskich statusów luksusu takich jak własna wołga. Równocześnie to książka głęboko osadzona w azerskich realiach. Przy okazji planów weselnych Anar opisuje sporo zwyczajów, kultywowanych nawet przez klasę wyższą, do której niewątpliwie należy rodzina Zaura. 
To także opowieść o miłości, która nie ma szans na przetrwanie wobec siły rodzinnych więzi, rytuałów i zasad, a także wygody i finansowego bezpieczeństwa. Emancypacja Tehmine wprawdzie mężczyznom imponuje, ale nie na tyle, by móc z nią żyć. 

To ciekawa pozycja z Azerbejdżanu, może nie z najwyższej półki, ale jednak pozwala wejrzeć głębiej w ten kraj, a zarazem dopatrzeć się uniwersalizmu w opisywanej historii.

Moja ocena: 4/6

Anar, Der sechste Stock eines fünfstöckigen Hauses, tł. Alpaslan i Gökalp Bayramli, 253 dtr., Unionsverlag 1992.

środa, 25 czerwca 2025

"Wysokie góry Portugalii" Yann Martel

 


Sięgnęłam po tę książkę ze względu na jej tytuł. Proza Martela interesowała mnie zdecydowanie mniej niż samo miejsce akcji. I faktycznie sporo tu portugalskich miejsc, imion, nazwisk, a w ostatniej części zdań, ale poza egzotycznym anturażem nie stanowią one tutaj żadnej wartości dodanej. Opisane historie mogłyby się wydarzyć wszędzie i pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego Kanadyjczyk wybrał północno-wschodnią na miejsce większości akcji. 

Powieść dzieli się na trzy części. Pierwsza z nich rozpoczyna się w 1904 w Lizbonie, gdzie młody mężczyzna Tomás, po śmierci ukochanej, dziecka i ojca decyduje się wybrać w wysokie góry Portugalii w poszukiwaniu zagadkowego krucyfiksu. Podczas swojej pracy w muzeum odkrył bowiem pamiętnik portugalskiego misjonarza, który ów bliżej nieokreślony obraz/rzeźbę wysłał do Portugalii z Wysp św. Tomasza i Książęcej. Tomás wyrusza w swoją podróż jednym z pierwszych samochodów w Portugalii, pożyczonym przez wujka, co wzbudza wielką sensację na dość niekonwencjonalnej trasie. Mężczyzna jedzie bowiem przez interior, niewielkie miejscowości, cała trasa niespecjalnie koresponduje z rzeczywistością.

Druga część rozgrywa się jednego dnia – w sylwestra 1938 roku w Bragançy, gdzie medyk sądowy wysłuchuje monologu swojej żony na temat kryminałów Agathy Christie i ich powiązań z ewangelią, a następnie przyjmuje nietypową klientkę. Starsza kobieta przybywa z wysokich gór Portugalii z ciałem męża w walizce, by poddać je autopsji. O ile pierwsza część miała jakikolwiek realizm, to tu autor totalnie odpłynął w magię, czy też może też w realizm, ale magiczny.

Trzecia część to lata 80. – stojący tuż przed emeryturą Kanadyjczyk emigruje do Portugalii wraz z wykupionym z laboratorium szympansem. Podobnie jak Tomás z pierwszej części owdowiał i próbuje sobie w ten sposób poradzić z życiem. Peter wyjeżdża w, a jakże, wysokie góry Portugalii i wynajmuje dom w zabitej dechami wiosce, która przypadkowo jest tą wioską z poprzednich części. Ów Peter za pomocą słownika porozumiewa się z mieszkańcami (całymi zdaniami!), którzy bez problemu akceptują wśród nich obcokrajowca i szympansa. 

Autor wszystkie te części łączy, ale to lepiszcze jest toporne i kruche, a zakończenie nie niesie żadnego katharsis ani nawet efektu wow, choć zdecydowanie jest na jedno i drugie wymierzone. Nie zachwycił mnie ani język Kanadyjczyka, ani pomysł, ani historia – nudziłam się podczas lektury i gdybym nie słuchała audiobooka na pewno bym ją porzuciła. Mam więc nauczkę – nie wszystko, co ma w tytule Portugalię, warte jest lektury. 

Moja ocena: 2/6

Yann Martel, Die hohen Berge Portugals, tł. Manfred Allié, 416 str., S. Fischer 2016.

poniedziałek, 23 czerwca 2025

"Annie John" Jamaica Kincaid

 


Annie dorasta na niewielkiej karaibskiej wyspie – Antigui. Dziewczynka jest kochana i rozpieszczana przez rodziców, w szkole sobie świetnie radzi, uchodzi za bardzo zdolną, wszyscy ją lubią, ma cudną przyjaciółkę, jej życie nie mogłoby być piękniejsze. Pewnego dnia jednak Annie zaczyna dorastać i jej spojrzenie na świat się zmienia, a dziewczyna zaczyna odczuwać, że stosunek jej matki do niej się zmienił. Wrogość między nimi narasta, a Annie zaczyna cichą rebelię, zmienia się też jej krąg znajomych, w miarę jak przeskakuje do kolejnych klas. Pewnego dnia dziewczyna zapada na dziwną chorobę.

Ta częściowo autobiograficzna opowieść to historia o dojrzewaniu z wieloma tematami w tle. Na głównej płaszczyźnie to proces oddzielania się od matki, a zarazem narastającej wrogości między kobietami. Wraz z dorastaniem Annie matka zmienia się z opiekunki w swoistą konkurentkę. Dziewczyna początkowo nie rozumie, dlaczego matka traktuje ją inaczej, ale nie szuka też rozmowy. Zresztą matka także niczego nie tłumaczy i pozwala, by napięcie narastało. To napięcie pozostaje jednak w ukryciu, wobec świata i ojca zachowane zostają pozory. Choroba Annie nie otrzymuje tu głębszego wyjaśnienia – przywraca jednak troskliwość rodziców, a nastolatka traktowana jest jak małe dziecko. Bardzo ciekawy jest zabieg korelacji dolegliwości z nieustającym deszczem. Po miesiącach suszy na wyspę zaczyna spadać nieustający deszcz, tak jakby natura pogrążała się w smutku nad depresją Annie, o ile jej chorobę tak można nazwać.

Na małej wyspie siła natury odgrywa ogromną rolę, podobnie jak morze. Matka głównej bohaterki pochodzi z Dominiki i na Antiguę dostała się statkiem, który musiał przetrwać sztorm. Nosząca to samo imię jak główna bohaterka matka opuściła rodzinną wyspę, by uciec od rodziców i rozpocząć niezależne życie. Nie inaczej uczyni Annie, która wsiądzie na statek, który ma ją zawieźć przez Barbados do Anglii. Mimo że czasy kolonializmu się skończyły, to jest on wciąż obecny – czy w szkole (niektórzy nauczyciele i nauczycielki pochodzą z Anglii), czy w perspektywach edukacyjnych i zawodowych. 

To bardzo ciekawa, choć krótka powieść. Kincaid opowiada o życiu Annie w przedziale od dziesięciu do siedemnastu lat, ale dzięki retrospektywom pozwala czytelniczce poznać wiele wcześniejszych wydarzeń. Sporo tu także metaforycznych wizji, nie tylko tych z okresu choroby. Każda z nich wydaje się mieć drugie dno nawiązujące do sytuacji uwięzienia na wyspie, przemożnej siły natury czy surowych reguł, według których toczy się życie w tej małej społeczności. 

Moja ocena: 5/6

Jamaica Kincaid, Annie John, tł. Barbara Henninges, 160 str., Knaur 1992.

niedziela, 22 czerwca 2025

"Nie jesteśmy tu dla przyjmemności" Nina Lykke


Pierwsza wydana w Polsce powieść Lykke bardzo mnie ubawiła i przypadła so gustu, dlatego cieszyłam się na jej kolejną publikację. Tym razem Norweżka postawiła na męskiego bohatera. Knut ma pięćdziesiąt osiem lat i za sobą szczyt kariery pisarskiej. Po przełomowej powieści wprawdzie jeszcze publikował, ale bez większych sukcesów. To oznacza, że utrzymuje się ze spotkań autorskich w podrzędnych bibliotekach i w szkołach, gdzie stawia czoła znudzonym i niezainteresowanym literaturą nastolatkom. Knut mieszka sam, jego byla żona, też literatka, mieszka z Terje, pisarzem, a ich dorosły syn nie utrzymuje większych kontaktów z rodzicami. 
Knutowi nie pozostaje nic innego niż dumać nad swoim życiem, upadającą karierą i kondycją świata literackiego i w ogóle. Pewnego dnia do jego skrzynki mailowej wpada zaproszenie na festiwal literacki w Lillehammer, na którym ma wziąć udział w panelu dotyczącym niewierności w życiu i w literaturze. Knut podejrzewa, że pierwszy gość w ostatniej chwili odmówił, a on jest ostatnią deską ratunku. Do pozytywnej odpowiedzi skłoni perspektywa darmowego jedzenia i hotelu, mimo że w panelu oprócz niego wezmą udział nowy mąż byłej żony i słynna pisarka, autorka prozy autobiograficznej. Owa pisarka w swojej ostatniej książce bez ogródek opisała różne wydarzenia ze swojego życia oraz wymieniła szereg osób z imienia i nazwiska, które brały w nich udział. Trafiło też na Knuta, którego przedstawiła jako napalonego dziada, który ją molestował. Ten jest oburzony tą kreacją, bo z jego perspektywy cała sytuacja wyglądała inaczej. 

W tej powieści niewiele się w zasadzie dzieje, punktem kulminacyjnym jest ów panel, ale cała treść zasadza się na przemyśleniach Kurta na temat kondycji świata czy literatury. Spogląda także na swoje życie, doszukuje się błędów, przyczyn różnych sytuacji. W tle przewija się szereg postaci, przede wszystkim sąsiad Frank, który ma romans z żonatym Pakistańczykiem, pracującym jako lekarz, ale także redaktor i była żona. Przyznam się, że nie bawiłam się tak przy tej książce, jak przy "Ostatnim stadium", a przemyślenia Knuta często mnie zwyczajnie nudziły. Lykke przedstawia go jako dość nudnego faceta, który wszystko chętnie krytykuje (choć często słusznie!) i nie podąża za światem, choć przyznam, że ja czułam dla niego pewną sympatię. 

Fajnym smaczkiem jest natomiast nawiązanie do lekarki z "Ostatniego stadium" – przynajmniej ja je tak odebrałam.

Moja ocena: 3,5/6

Nina Lykke, Nie jesteśmy tu dla przyjemności, tł. Karolina Drozdowska, 304 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

czwartek, 19 czerwca 2025

"Zerteilt" Michael Tsokos


Piąty i ostatni tom cyklu o Fredzie Ablu to świetne zakończenie tej serii. Abel wraz z partnerką oczekują narodzin dziecka, ale medyk sądowy nie ma zbyt wiele czasu na przygotowania, bo oprócz normalnych licznych sekcji, które są codziennym chlebem w Berlinie, stolicą wstrząsa seria brutalnych zbrodni. Najpierw w windzie zaszlachtowany zostaje biznesmen z Mołdawii i jego kochanka. Kolejnymi ofiarami są matka z córką i mężczyzna w hotelowej windzie. Owa rodzina powiązana jest z libańskim klanem, który pojawiał się na kartach tego cyklu już uprzednio. Równocześnie ginie partner Marie, byłej żony Larsa, przyjaciela Freda. Wszystkie te morderstwa są ze sobą powiązane, a Fred i Lars działają razem, by uchronić Marie, która widziała mordercę partnera. 

Tsokos niezwykle umiejętnie poprowadził tę akcję, by pozwolić swoim postaciom zamknąć pewien rozdział w ich życiu. Równocześnie książka naszpikowana jest przypadkami, z którymi faktycznie miał do czynienia w swojej karierze. Tsokos opisuje codzienność medyka sądowego – począwszy od rannej odprawy, przydziału poszczególnych sekcji, a na współpracy z policją skończywszy. Autor nie skupia się całkowicie na głównej akcji, bo i na stołach lądują najprzeróżniejsze przypadki, którymi trzeba się zająć. Tsokos operuje przy tym fachowym słownictwem, przy okazji tłumacząc przeróżne procesy dla mniej wyprawionej czytelniczki. 

Niemiec po raz kolejny sięga po aktualną tematykę – zagrożenie terrorystyczne, sposób kształtowania się postaw ekstremistycznych, klany, które trzymają w ręku handel narkotykami i rozciągają się na teren całego państwa, współpraca transgraniczna itd. Końcowa refleksja, która skłania Abela do porzucenia dotychczasowej pracy jest idealnym podsumowaniem trudów tej pracy, ale i pokazuje, jak trudny wybór stoi przed osobami, których praca wymaga tak wielkiego zaangażowania emocjonalnego. Na szczęście koniec tego cyklu nie oznacza końca kariery pisarskiej Tsokosa. Już powstały dwa tomy nowej serii z Sabine Yao, koleżanką Abla, w roli głównej.

Moja ocena: 5/6

Michael Tsokos, Zerteilt, 353 str., Droemer Knaur 2022.

wtorek, 17 czerwca 2025

"Lautlose Feinde. Lost in Fuseta" Gil Ribeiro


Jako że to już siódmy tom tej serii, musiałam oczywiście po niego sięgnąć, choćby po to, żeby poznać dalsze losy głównych bohaterów. I właściwie tylko one były w tym kryminale ciekawe, choć mam wrażenie, że i tu autor wypstrykał się z pomysłów. Jest koniec września – Leander i Soraia biorą ślub, ich podróż poślubna zostaje jednak przesunięta z powodu gęstej mgły (we wrześniu? w Faro?, nie wierzę). I dobrze, bo w Algrave zaczynają się dziać dziwne rzeczy – najpierw uprowadzona zostaje dziewczynka, a jej dziadek zamordowany. Później ginie inna osoba, utopiona w wannie w wyrafinowany sposób (wannę wypełniono kostkami lodu, a jej podano lek powodujący gorączkę). 
Ribeiro prowadzi akcję dwutorowo, pokazując działania siatki szpiegowskiej, która planuje przejęcie amerykańskiego transpondera używanego w myśliwcach do rozpoznawania wroga. Ten wątek jest dość zagmatwany, bo mamy dwie pary szpiegowskie, ponadto jedna z osób używa innych danych, więc łatwo się tu pogubić. Autor wprawdzie zamieścił na początku spis postaci, ale w przypadku e-booka na wiele się to nie zdało. 
Sama intryga wydała mi się być mało realistyczna, zbyt zagmatwana i zwyczajnie nudna, nawet rozwiązanie zagadki nie było zaskoczeniem. Dużo bardziej ciekawiły mnie rozdziały o znanych już z tego cyklu postaciach, ale i tu nie było zachwytu. Na początku denerwowały liczne powtórzenia, mające na celu przypomnieć kto jest kim i dlaczego – tak jakby ktoś faktycznie rozpoczynał lekturę tego cyklu od siódmego tomu! Ribeiro stawia na stare chwyty, ale niestety u mnie nastąpił już moment znudzenia – Duarte jako pyszny głupek już nie śmieszy, pociągłe spojrzenia między Gracianą a Carlosem nie iskrzą, a wypadek Sorai tuż po ślubie przelał szalę nierealności. 
Najbardziej jednak drażniły mnie lapsusy językowe. O ile na początku cyklu byłam w stanie je wybaczyć, to w siódmym tomie świadczą już tylko o niefrasobliwości autora. Skoro osadza on swoje kryminały w portugalskim Algarve, to oczekuję, że nie będzie tu żadnych potknięć językowych, zwłaszcza, że wstawki w języku portugalskim to rzadkość. Tymczasem jest tu złe użycie trybu rozkazującego – dziadek zwraca się do wnuczki w sposób formalny, jest złe słowo w tytule konkursu na policjanta roku, ale najgorszy jest ponownie dobór imion. Ribeiro myli pisownię (Magdalena zamiast Madalena, Matilda zamiast Matilde), nie nadaje imion stosownie do wieku postaci, ale dobiera ekstremalnie rzadkie imiona. Dla osoby nie znającej języka czy Algarve mogą to być drobnostki, ale mnie zdecydowanie psuły lekturę. 
Wiadomo, że cykl będę dalej ciągnąć, bo ciekawią mnie losy bohaterów oraz bliski jest mi anturaż, ale zachwyt zostawiłam przy poprzednich tomach.

Moja ocena: 3/6

Gil Ribeiro, Lautlose Feinde. Lost in Fuseta, 371 str., Kiepenheuer & Witsch 2025.

czwartek, 12 czerwca 2025

"Śląsk, którego nie ma" Kamil Iwanicki


Śląsk to mój hajmat i wszystko na jego temat mnie bardzo interesuje. Nawet jeśli książka skupia się na rejonach trochę odleglejszych od mojego miasta czy tematach nie leżących w bezpośrednim kręgu moich zainteresowań, to łykam wszystko. Bo Śląsk. Pozycja Iwanickiego zainteresowała mnie szczególnie ze względu na tytuł i tematykę – czuję wielki sentyment do miejsc ginących, ratowanych i zarośniętych. I w tej kwestii autor zaspokoił moją ciekawość.

Iwanicki na tapet bierze śląskie budynki, które zostały wyburzone, uległy powolnemu rozkładowi, miały szczęście zostać odratowane, zostały przebudowane, a nawet rewitalizowane. Opisuje więc pałace i rezydencje śląskich magnatów przemysłowych, familoki budowane dla tłumnie ściągających do pracy robotników, cmentarze niemieckie i żydowskie, kopalnie, huty, ale i masowo budowane po wojnie hotele, hale, wieżowce, dworce i bloki. Iwanicki bazuje na swoich własnych obserwacjach, przemierza śląskie miasta w poszukiwaniu niemieckich napisów, starych murów, resztek budynków czy nagrobków, śledzi historię ich właścicieli oraz zmianę funkcjonalności czy rozbudowę poszczególnych obiektów. 

Iwanicki bardzo skrupulatnie opisuje kolejne budowle, dba o zarys historyczny, przytacza życiorysy właścicieli lub mieszkańców, opisuje stan aktualny, potrafi też plastycznie przedstawić architekturę. W swoich relacjach opiera się na wielu źródłach, ale także osadza je w kontekście historycznym, nakreślając przemiany, jakie dotknęły ten region. Dla osoby, która ma jednak jakąś tam wiedzę, niekoniecznie głęboką, są to jednak oczywistości. 

Mimo tych wszystkich zalet, mam do tej książki sporo pretensji. Przede wszystkich na płaszczyźnie językowej. Styl Iwanickiego często jest bardzo szkolny, wielokrotnie powtarzane są te same frazy czy stwierdzenia ubrane w nieco inne słowa, tak jakby autor koniecznie chciał nadać każdemu rozdziałowi pointę. Dużo tu niezręczności, potknięć językowych i niekonsekwencji w kwestii języka niemieckiego. Straße czasem jest pisana tak, ale przeważnie jednak Strasse, Victor bywa Viktorem, brakuje znaków diakrytycznych, a w przypadku niemieckich słów czasem wielkiej litery. Być może są to drobnostki, ale ten prosty, szkolny styl jak i zamiłowanie autora do słowa industria zupełnie zepsuły mi lekturę. Mam wrażenie, że autorowi nie udało się wyjść ponad relację, swoisty przewodnik – mimo pracy włożonej w zbieranie materiałów ta książka jest tylko i wyłącznie ich sprawozdaniem i uporządkowaniem. Dobre są momenty, gdy autor odsłania samego siebie, ale jest ich za mało, by czytać tę publikację jako osobisty przewodnik, a za dużo, by widzieć tu reportaż.

Moja ocena: 3/6

Kamil Iwanicki, Śląsk, którego nie ma, 272 str., Wydawnictwo Editio 2025.

środa, 11 czerwca 2025

"Muna oder Die Hälfte des Lebens" Terézia Mora


Muna Apelius dorasta w niewielkim mieście w NRD. Ojciec zmarł na raka, a matka jest aktorką w miejscowym teatrze i alkoholiczką. Tuż przed maturą podejmuje próbę samobójczą, ale Muna świetnie sobie sama radzi, podczas gdy matka przebywa w szpitalu. Dziewczyna zdaje maturę i rozpoczyna praktyki w miejscowym czasopiśmie. Tam poznaje Magnusa – fotografa i nauczyciela francuskiego i od razu się w nim zakochuje. Magnus jest opryskliwy i oschły, wydaje się nie zwracać na nią uwagi, ale w końcu spędza z nią czas, para ląduje w łóżku, a potem Magnus znika. Wyjeżdża na zachód, nie pozostawiając żadnej wiadomości. Mur berliński upada, a Muna rozpoczyna studia: w Berlinie, Wiedniu, Londynie. Poznaje ludzi, angażuje się w wiele projektów, ale Magnus wciąż pozostaje w jej głowie i sercu. Gdy spotyka go ponownie przypadkiem, nie wypuszcza go już z rąk. Ich związek nie jest jednak szczęśliwy. Magnus się nie zmienił, nadal nie dopuszcza Muny do siebie, nie dzieli z nią życia, nie zawiadamia o planach, żyje jak wcześniej. Muna wciąż jest zakochana, pozwala na wszystko, dopasowuje się, godzi, ale też wciąż się narzuca, błaga o tę miłość, ogranicza swoje życie, dostosowuje się całkowicie do mężczyny.

Mora opisuje kilkadziesiąt lat życia Muny, ową tytułową połowę życia. Życia w uzależnieniu od innego człowieka, w czekaniu i zależności, bez wiary w siebie. Można sądzić, że Muna definiuje się tylko wtedy, gdy czeka na Magnusa. Gdy pozostaje sama, musi odnaleźć samą siebie na nowo. Całe jej życie zawodowe, podobnie jak to Magnusa odbywa się na płaszczyźnie uniwersytecko-wydawniczej, co bardzo dobrze pokazuje, jak trudno jest utrzymać się z takiej pracy, jak wygląda pogoń za zleceniami, za stanowiskami na uczelniach, za grantami itd. Kobieta konfrontowana jest także z wieloma mężczyznami, którzy często i chętnie wykorzystują swoją lepszą pozycję. Co ciekawe Muna jest świadoma tych mechanizmów, choćby podczas swojej pracy jako niania w Londynie, ale sama się im poddaje. 

Lauretaka Deutscher Buchpreis z 2013 roku, z tą książką znalazła się na krótkiej liście dziesięć lat później. Ja niestety tej poprzedniej powieści jeszcze nie czytałam, ale na pewno po nią sięgnę, bo pióro Mory potrafi uwieść. To subtelna, delikatna proza, pisana z perspektywy Muny, której mamy tendencję współczuć, ale która równie mocno irytuje. Niemka stworzyła postaci, które nie pozostawiają obojętnym – zarówno Muna jak i Magnus denerwują, wzbudzają wiele emocji, a ich losy i zachowania skłaniają do wielu przemyśleń, a najlepiej dyskusji. 

Moja ocena: 5/6

Terézia Mora, Muna oder Die Hälfte des Lebens, 381 str., Luchterhand Literaturverlag 2023. 

niedziela, 8 czerwca 2025

"Kos kos jeżyna" Tamta Melaszwili

 


Etero ma czterdzieści osiem lat, mieszka na gruzińskiej wsi i jest panią samej siebie. Ma swój dom, prowadzi sklep i niczego więcej jej do szczęście nie potrzeba. Ale nie zawsze tak było. Wychowała się u siostry dziadka, u której została umieszczona po śmierci matki. Do ojca i starszego brata wróciła w momencie pójścia do szkoły i od tego momentu stała się posługaczką tych dwojga. Jej życie ograniczało się do prania, gotowania, prasowania i na końcu szkoły. To niewolnicze życie było przyczyną odrzucania wszelkich zalotów. Etero miała świadomość, że zamążpójście będzie oznaczało przejście z jednego kieratu w drugi. Teraz spogląda na młodsze znajome, które usługują mężom i synom, źle traktując córki. Takie spokojne życie wydaje się wystarczać, kobieta ma świadomość, że wkracza w okres drugiej połowy życia – menopauza, starzenie się, starość – to wszystko ma przemyślane i zaplanowane. Gdy pewnego dnia jednak wybiera się na jeżyny i podczas zbioru niemal ginie, jej rozsądek chwieje się w posadach i kobieta nawiązuje romans. 

Melaszwili napisała tę powieść w formie strumienia świadomości, co pozwala nam wejść w głowę Etero. To prosta kobieta, która nie poznała wiele poza swoją wsią, pracą, nawet nie ukończyła edukacji. czyli szkoły pielęgniarskiej. Swoją aktualną pozycja zawdzięcza pracy swoich rąk, ale też uwolnieniu się od władzy mężczyzn. Wciąż jednak jej życiem kierują sąsiedzi i znajomi – siła plotki i oceny jest tak wielka, że zawsze trzeba mieć się nie baczności, by nie być wziętym na języki. W tle pobrzmiewa także niebezpieczeństwo śmierci – po wojnie i oddzieleniu Osetii nie jest dobrze być wziętą za Osetyjkę i choć Etero nią nie jest, to pochodzenie jej matki z położonej w tym regionie wsi może zdecydować o życiu lub śmierci. 

Melaszwili opisuje powolną emancypację. Nie tę, która rodzi się z ruchu feministycznego i wsparcia innych kobiet, ale tę, który wyrasta na własnym buncie, zmęczeniu i poczuciu bycia wykorzystywaną. Co jednak z tą wypracowaną równowagą, gdy człowiek się zakocha? A może to wcale nie miłość, lecz zew nigdy nieprzytulanego ciała? 

Gruzinka operuje bardzo plastycznym językiem, pięknie opisuje świat, przyrodę, okolicę, odczucia. Wielkim kontrastem są tu jednak wulgaryzmy, bo tylko w taki sposób Etero opisuje świat miłości fizycznej. Zaskakujący jest także jej brak świadomości na temat zdrowia płciowego kobiet. To wszystko jednak wynika z braku wzorców, matczynego wychowania, rozmów, edukacji. Etero nie zna innych słów i nie ma szans niczego się dowiedzieć, bo na takie tematy się szczerze nie rozmawia, można tylko heheszkować. 

Melaszwili stworzyła ciekawą powieść o skutkach patriarchatu i oziębłości. Widać u niej, jak brak uczucia i bliskości rzutują na życie, pozornie poukładane i dobre, ale jednak samotne. 

Moja ocena: 5/6

Tamta Melaszwili, Kos kos jeżyna, tł. Magdalena Nowakowska, 240 str., Filtry 2024.

sobota, 7 czerwca 2025

"W matni" Émile Zola

 


Siódmy tom cyklu Rougon-Macquart jest jak na razie moim ulubionym, choć trudno tu mówić o przyjemności lektury. W tej powieści Zola wraca do rodziny Macquartów, opisując życie praczki Gervaise, która do Paryża przybyła z Augustem Lantier, kochankiem, oraz dwójką synów: Claudem i Etienne. Lantier uwiódł ją już w wieku czternastu lat, a w Paryżu bardzo prędko opuszcza Gervaise i dzieci w pogoni za lepszą kochanką. Gervaise zostaje sama, bez grosza, ale to pracowita i sprytna osoba. Bardzo prędko podejmuje prace w pralni i dzięki swoim umiejętnościom zdobywa wiernych klientów. Wzbudza także zainteresowanie robotnika Coupeau, który zakłada na domach rynny. Para bierze ślub, niebawem rodzi się im córka Anna, zwana Naną, a Gervaise wynajmuje sklep, by założyć swoją pralnię. Wszystko idzie jak z płatka, aż pewnego dnia Coupeau spada z dachu. Ten wypadek będzie przełomowy. Pracowity człowiek zamienia się w pijaczynę. W międzyczasie wraca także Lentier, który zaprzyjaźnia się z nowym mężem byłej kochanki. Bardzo szybko okazuje się, ze Gervaise pracuje na dwóch leniwych mężczyzn, cały dom i dzieci. 

Zola fantastycznie opisuje stosunki w kamienicy – niechęć do Gervaise, gdy odnosi sukcesy, zakłamanie, perfidię i plotkowanie. Tytułowa matnia nie ma wyjścia, a alkohol jest gwoździem do trumny. Francuz nie szczędzi sugestywnych opisów pijaństwa piętnastego każdego miesiąca, a także skutków choroby alkoholowej. Zoli udało się wejść do czynszówek i warsztatów robotniczych i pokazać warunki życia, stosunki międzyludzkie i mentalność. Wiarygodnie opisuje powolny upadek Gervaise, która nie ma szans na przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku i w obliczu takiego wroga, jakim jest alkohol. Równocześnie Zola zaznacza w tle zmiany zachodzące w Paryżu – przebudowę całych dzielnic, ale także coraz silniejszy wpływ maszyn na życie robotnicze. Praca w kuźni, którą prowadzi jedyny życzliwy Gervaise człowiek, fascynuje kobietę. Siła ludzkich rąk i maszyn przykuwa jej wzrok, podobnie jak destylator, który niby mimochodem stwarza truciznę rządzącą życiem najbiedniejszych. 

Zola nie ogranicza się tylko do szkicu życia głównej bohaterki, mamy tu wiele fantastycznych postaci w tle: sąsiadów takich jak grabarz czy mała dziewczynka, której matkę zakatował wiecznie pijany ojciec i który podobnie traktuje dziecko. W tej powieści jednak mniej wielostronicowych opisów, a więcej akcji i odmalowywania charakterów, co zdecydowanie przekłada się na jakość lektury. Dodatkowym smaczkiem jest dzieciństwo i dojrzewanie Nany, którą dopiero lepiej poznamy w jednej z najsłynniejszych powieści Zoli.

Francuz bez ogródek opisuje sromotę życia, są wydzieliny, obcesowość, śmierć, bicie i stosunki płciowe, co podobno po publikacji nie trafiło na dobry odzew czytelniczek i czytelników. To jednak naturalizm w jego najlepszym wydaniu, niezwykłe świadectwo ówczesnego życia i do głębi poruszająca powieść.

Dodam jeszcze, że polski tytuł, mimo że odbiega od oryginału (L'Assomoir to nazwa lokalu, który magicznie przyciąga książkowych pijaków), świetnie oddaje istotę powieści.

Moja ocena: 6/6

Émile Zola, Der Totschläger, tł. Gerhard Krüger, 330 str., Die Gehörgäng 2025.

piątek, 6 czerwca 2025

"Kobiety, o których myślę nocą" Mia Kankimäki


Mia Kanikmäki zapragnęła zmienić swoje życie. Stoi przed napisaniem drugiej książki, ale brakuje jej pomysłu i na treść i na siebie. Zaczyna więc nocą rozmyślać o kobietach i te rozmyślania zaprowadzą ją w nieznane miejsca: dosłownie i w przenośni. Pierwszą kobietą, o której myśli Finka, jest Karen Blixen. I to chyba najbardziej znana i najbardziej kontrowersyjna postać tej książki. Kanikmäki wyrusza do Tanzanii, po trosze śladem Blixen, po trosze, by odnaleźć swoje przeznaczenie. Ta wyprawa będzie więc początkiem drogi, długiej drogi do zrozumienia istoty pisania, tworzenia, motywowania siebie, odnajdywania celu i sensu, w tym, co się robi. 

Ta powieść to z jednej strony życiorysy wielu kobiet, które działały wbrew normom i konwenansom, które miały odwagę wyjechać, porzucić, pogonić za swoimi marzeniami. Są to podróżniczki i artystki, postaci arcyciekawe i nietuzinkowe. Czytając o nich, szukałam zdjęć i ich prac, porównywałam wrażenia autorki z moimi, doczytywałam życiorysy. Przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałam o Idzie Pfeiffer, Nellie Bly czy Artemisii Gentileschi i innych. Jestem absolutnie zachwycona tymi kobietami i ich dokonaniami. Wypada jednak napisać słowo o Blixen, bo to jednak bardzo kontrowersyjna postać. Wbrew wielu krytycznym recenzjom, uważam, że Finka dość dobrze rozegrała ten temat. Nie koloryzuje ani wybiela, pisze wprost o kolonializmie, zabijaniu zwierząt i prawdopodobnej depresji Blixen, pokazując, że te zachowania były na miarę owych czasów i że Dunka wpisywała się w tamte trendy, równocześnie w pewien sposób płynąc pod prąd. Pytanie, czy w ogóle warto pisać o takiej postaci? Uważam, że tak. W końcu istniała, nie można o niej zapomnieć, tym bardziej, że dla wielu osób jest rozpoznawalna. Kanimäki dobrze podjęła jej temat, być może odzierając Blixen z wyidealizowanej przez film aury.

Z drugiej strony jest to książka o autorce, właściwie dziennik podróży i zmagań z samą sobą. Wiele tu wątpliwości i niepewności, poszukiwań i stagnacji, spotkań i rozmów. Finka pisze z humorem, czerpie z doświadczeń nocnych kobiet, tworzy listy na podstawie ich przeżyć, pisze do nich, rozmyśla. Ta forma książki była dla mnie największą zaletą. Autorce udało się uciec od biografii, tworząc coś nowego, świeżego.

Moja ocena: 5/6

Mia Kankimäki, Kobiety, o których myślę nocą, tł. Iwona Kiuru, 560 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.